Close
Close

3 lata w AirMaxach – czy warto wydać 500zł na buty?

Skip to entry content

Nike AirMax 90 chciałem mieć od bardzo dawna. Konkretnie to od momentu kiedy pojawiła się polska edycja „Yo! MTV Raps” i zobaczyłem je na jakimś klipie amerykańskich raperów. Wyglądały zajebiście, kolesie, którzy w nich rapowali też wyglądali zajebiście i muzyka, którą grali była zajebista, więc biorąc pod uwagę, że od 6-tej klasy podstawówki byłem zajarany hip-hopem i nie widziałem poza nim świata, musiałem je mieć. Tyle, że wtedy w Polsce były nie do dostania. No może w jakimś turbo wygrzany skateshopie w Warszawie na specjalne zamówienie, ale na pewno nie w Sosnowcu.

Gdy w końcu zaczęły pojawiać się w Polsce i nie trzeba było męczyć się ze ściąganiem ich z USA, ich cena wahała się między 500 a 600 złotych. Czyli była równowartością ¼ ówczesnej średniej pensji. Przeciętny Polak, żeby pozwolić sobie na jedną parę sportowych butów musiał pracować cały tydzien. Biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach mój miesięczny budżet wynosił 1000zł, z czego musiałem opłacić mieszkanie, w sensie pół pokoju w lodowatej ruderze, jedzenie, bilet miesięczny i wygospodarować coś na tak zwaną „kulturę i rozrywkę”, chyba nie muszę Wam tłumaczyć czemu nie mogłem sobie na nie pozwolić?

Stać mnie na takie fanaberie było dopiero 3 lata temu, kiedy zarobiłem pierwszy hajs na blogu. Jak tylko przyszedł przelew, wyparowałem do sklepu Nike w Galerii Krakowskiej, poprosiłem o rozmiar 43, zapłaciłem i wyszedłem w nich dumny jak paw, unosząc się jak Fisz 30 centymetrów ponad chodnikami. Czułem się jakbym miał urodziny albo jak wtedy, gdy mama w podstawówce włożyła mi wyczekiwany zamek z Lego pod poduszkę i zamiast spać, składałego do 2 w nocy. Bardzo, ale to bardzo się jarałem, że po latach, za własne pieniądze zrealizowałem to nastoletnie marzenie.

Obecnie jest straszna moda na te buty i podejrzewam, że wielu z Was zastanawia się nad ich zakupem, dlatego, w związku z tym, że przeżyliśmy już kilka sezonów, pomyślałem, że odpowiem na pytanie: czy warto wydać 500zł na AirMaxy?

Wygląd

3 lata w AirMax 90

Będę wyjątkowo nieobiektywny, bo 90-tki trwale wpisały się w hip-hopową kulturę, w której byłem od wieku nastoletniego i zawsze mi się podobały. Mimo, że ich bryła, przez poduszkę powietrzną w podeszwie, jest bardzo charakterystyczna, to mało jest rzeczy do których nie pasują. Komponują się zarówno z jeansami, czy sztruksami o regularnym kroju, dresami, joggerami, leginsami, czy nawet spódnicami. Chyba jedyne do czego nie pasują to spodnie w kancik i suknie. Innymi słowy, wyglądają świetnie i są wyjątkowo uniwersalne.

Wygoda

Uwielbiam lekkie buty i bardzo dobrze czuję się w Cortezach, jeszcze lepiej w Pre Montrealach, a najlepiej w Rosherunach albo w ogóle espadrylach. Przy czym te ostanie średnio nadają się do poważniejszych wędrówek. AirMaxy są cięższe od wszystkich wyżej wymienionych, ale wciąż nie czujesz, że coś Ci ciąży na stopach. W środku są miękkie i mimo, że mają dość sztywną konstrukcję to nie powodują dyskomfortu przy wyginaniu stopy – gdybyście wpadli na pomysł, żeby wpisnać się w nich po skałach, czy coś.   Co do samego chodzenia, to przez wspomnianą wcześniej poduszkę powietrzną w podeszwie, amortyzują nierówności podłoża, podskoki, czy bieg, co jest naprawdę spoko opcją. Nie polecam w nich jakoś wyczynowo uprawiać sportu, bo to jednak będzie za mało, ale przy codziennym użytkowaniu i dobieganiu na autobus, sprawują się bardzo dobrze.  

Wytrzymałość

3 lata w Nike AirMax Po 3 latach naprawdę intensywnego użytkowania poziom zużycia jest niewielki. W zasadzie ślady eksploatacji widać tylko przy pięcie, przy czym lekkie starcie się podeszwy, małe ubytki w gumie i przetarcie się farby, to znikome zniszczenie. Skóra, co najważniejsze w tego typu butach, nigdzie nie pękła, ani bardzo widoczne się nie zdeformowała. W środku, mimo, że od kupna ściągam i zakładam je bez rozsznurowywania, nie zrobiła się żadna dziura, gąbka nie wyleciała, a jedynie w jednym miejscu materiał lekko się wykruszył. Więcej, mimo tego, że buty czyściłem piorąc je w pralce, w żadnym miejscu nie puścił klej, ani nie nastąpił żaden inny defekt od środków chemicznych. 3 lata w Air Max 90 Podsumowując, stan bardzo dobry minus, jakby to napisali allegrowicze z odznaką super sprzedawcy.  

Zastosowanie

 

Tu dochodzimy chyba do najważniejszego puntku. Skórzane 90-tki to dla mnie miejskie obuwie jesienno-zimowe i mimo, że nie z takim przeznaczeniem zostały stworzone, to w takiej funkcji sprawują się świetnie! Przede wszystkim są ciepłe (swoją drogą nie rozumiem jak ludzie mogą w nich chodzić latem), dzięki wysokiej podeszwie i skórze trudno przemakalne i lżejsze niż większość typowych „jesiennych” butów. Przez to, że u dołu jest ta gruba guma, wdepnięcie w kałużę, czy chodzenie po płytkim śniegu kończy się bez szwanku i nie rzucasz w przestrzeń kurew, gdy biegnąc na autobus wpadniesz w coś nieplanowanego.

Na jesienne słoty nadają się idealnie, na lekką zimę, jak na przykład ta w zeszłym roku, też całkiem nieźle. Odpadają, gdy spadnie tyle śniegu, że można budować igla i gdy jest na tyle ciepło, że nie trzeba zakładać kurtki wychodząc z domu.

Czy warto?

3 lata w Nike AirMax 90

Mimo że, żeby uchronić się przed całkowitym zalaniem ulic tymi buciszami, powinienem Wam powiedzieć, że są przereklamowane i szkoda na nie hajsu, to prawda jest inna. Tak, warto wydać pół tysiąca złotych na Nike AirMax 90, bo cena jest adekwatna do stylu, wygody i jakości. Polecam!

(niżej jest kolejny tekst)

Chemia z dzieciństwa, którą kochałeś!

Skip to entry content

Ten wpis to powrót do słodkich czasów, kiedy jedliśmy syf i nikt się nie przejmował, czy to gluten, czy propan-butan i ile po tym przytyje. W codziennym asortymencie dostępnym w sklepiku szkolnym było tyle polepszaczy smaku i konserwantów, że każdy z nas powinien mieć “E” przed nazwiskiem. Hummus, guacamole, jagody goji i wchłanianie energii słonecznej? To już lepiej zalegalizować marihunaen. Przed Państwem największe przysmaki z czasów małoletnich, czyli chemia z dzieciństwa, którą kochaliśmy!

 

Cremona

śmietanka do kawy

Jedna z najpopularniejszych śmietanek do kawy, której nigdy w życiu nie wypiłem z kawą. Ani w ogóle nie przyjąłem jej w formie płynnej. Spożywana była w formie sypkiej, z torebki od razu do ust. Najczęściej kupowało się te mini-opakowania na 1-2 kawy za 20 groszy, ale pewnego razu, przy okazji jakiegoś 4-złotowego kieszonkowego, szarpnąłem się i kupiłem tę dużą 200-gramową paczkę. Wsypałem sobie tyle tej śmietanki do buzi, że w reakcji ze śliną zakleiła mi całą jamę ustną. Ale to było super!

 

Guma w kulkach

guma w kulkach

Po 5-ciu przeżuciach całkowicie traciła smak i twardniała, tak że o robieniu balonów nawet nie było sensu fantazjować, ale i tak kupowało się ją przy co drugiej wizycie w spożywczaku.

 

Vibovit

vibovit

Jestem przekonany, że został stworzony po to, by podświadomie uczyć mężczyzn gry wstępnej. Gdyby nie on, nie wiem, czy kiedykolwiek włożylibyśmy gdzieś pośliniony palec.

 

Zupka chińska

zupka chińska

Esencja śmieciowego żarcia. Glutaminian sodu, olej palmowy, wzmacniacze, spulchniacze i stabilizatory. Zawsze widząc skład tej atrapy jedzenia zastanawiam się, jak coś tak niezdrowego może być tak dobre. Mimo, że wiem ile syfu w tym jest, do dziś zdarza mi się zalać złocistego kurczaka albo krewetkową Vifonu.

 

Mleczko w tubce

mleczko w tubce

To chyba największy klasyk z dziecięcych lat. Nie mam pojęcia jaki ma związek z prawdziwym mlekiem, ani co autor miał na myśli tworząc je, ale to o smaku karmelowym było nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne słodycze. Gęste, turbo słodkie i ultra uzależniające. Po przebiciu aluminiowej plomby przy gwincie trzeba było wykazać się naprawdę nieziemską silną wolną, żeby przestać ssać i nie zeżreć całego przy pierwszym kontakcie.

 

Soczek w woreczku

sok w woreczku

Z sokiem to miało tyle wspólnego, co świnka morska z wodą i Ewelina z Warsaw Shore z muzyką, ale i tak był to najczęściej kupowany napój w trakcie przerw w podstawówce. Ze względu na formę opakowania, nie można było go po otwarciu po prostu schować do plecaka, czy odłożyć na później, tylko konieczne było spożycie od razu całego. Fakt, że ultra łatwo można go rozlać, był pretekstem do pierwszych pranków, bo w tych czasach mało rzeczy cieszyło równie, co widok kogoś z całą mokrą koszulką, po zupełnie-przypadkowym-popchnięciu. Wciąż trudno mi uwierzyć w to, że ktoś wpadł na tak głupi pomysł by sprzedawać napoje w workach.

Oranżadka w proszku

oranżada w proszku

Tak jak w przypadku Cremony, nie kojarzę ani jednego dzieciaka, który spożywałby ją zgodnie z zastosowaniem. Po co coś zalewać wodą, rozpuszczać i brudzić naczynia, jak można po prostu wysypać na język i pogryźć? Po kontakcie z wodą, jeszcze nie daj boże, okazałoby się, że nie jest tak wykręcająco-twarz-kwaśna jak na sucho.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Giang Hồ Thị Hoàng

Jak nie wpaść we friendzone będąc kobietą?

Skip to entry content

Przy tekście z zeszłego tygodnia, radzącym facetom jak nie wpaść we friendzone, odezwało się kilka czytelniczek sugerujących, że przydałby się analogiczny wpis z radami dla kobiet. A jedna z nich napisała nieco dłuższą wiadomość, dopytując co zrobić, żeby z owej „strefy przyjaźni” wydostać się, gdy już się w niej jest.

Dobra, piszę, bo mi to nie daje spokoju. Patrząc na komentarze pod postem (zwykle facetów), wynika z tego, że żeby wyjść z friendzone, trzeba mieć odpowiednią aparycję (cytuję: Jak wyjść z friend zone : 1 nie być brzydkim ?). Czy ja to dobrze rozumiem, czy jest po prostu piątek i mój mózg nie chłonie tak, jak należy? Bo, że tak powiem, co ma piernik do wiatraka?

I drugie pytanie – czy naprawdę uważasz, że z legendarnego friendzone nie da się wyjść? Piszę, bo sama jestem w takiej sytuacji – dogadujemy się świetnie na każdym polu, jest nam ze sobą dobrze, rozmawiamy godzinami, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu – a nic nie może/ nie chce z tego wyjść. Biorę pod uwagę ewentualność, że możemy być kiedyś razem, o ile on wyrazi taką chęć, ale jak nic nie wyjdzie – nie będzie tragedii. Kiedyś myślałam o Nim wyłącznie w kategorii “przyjaciel”, teraz coraz częściej w kategorii “chłopak” (chyba przez ludzi, którzy twierdzą, że bylibyśmy super parą). Co jest w takim razie ze mną/ z Nim nie tak, że to jeszcze nie wypaliło? Zachowujemy się jak para (bez spania ze sobą of course), a nią nie jesteśmy. Why? Może jako facet potrafiłbyś mi to wyjaśnić…

Łączę pozdrowienia,

Ola

Zmiana stanu z „kumpela”, na „moja druga połówka” jest mniej niemożliwa, niż w przypadku facetów, bo oparta jest na innych mechanizmach, ale wciąż to bardzo, ale to bardzo trudne. Prawie tak trudne jak przekonanie kobiety rano, że pięknie wygląda bez makijażu. Dlatego lepiej chuchać na zimne i robić tak, żeby nie wpaść do tej bezdennej studni z napisem „wieczna koleżanka”. Żeby dowiedzieć się jak do tego nie dopuścić, trzeba zadać sobie inne pytanie.

 

Co sprawia, że kobieta wpada we friendzone?

Powód pierwszy: mężczyzna jest w związku.

Kiedy jestem zakochany, to nawet Penelopa Cruz i Agnieszka Szulim przestają robić na mnie wrażenie. Choćby leżały przede mną nago razem z całym kalendarzem Pirelli w hotelowym pokoju, trzymając w zębach oświadczenie, że wiadomość o żadnej figurze geometrycznej, którą tu utworzymy nie wydostanie się poza ten sześcian, nawet bym nie drgnął. W sensie powieka by mi nie drgnęła. Nawet bym nie ziewnął, choćby one zrobiły to pierwsze jedna po drugiej. Innymi słowy, jak gość jest w szczęśliwym związku, to nie masz za bardzo pola manewru.

 [emaillocker]

Powód drugi: nie jesteś wystarczająco ładna.

Mężczyzna patrząc na każdą kobietę momentalnie stwierdza, czy chciałby z nią poćwiczyć w łóżku gimnastykę artystyczną, czy nie. Możesz być zabawna, inteligentna, oczytana, wiedzieć czym jest spalony i nauczyć się samodzielnie oddawać mocz, bez wsparcia koleżanki, ale jeśli facet patrząc na Ciebie nie próbuje rozebrać Cię wzrokiem, to nigdy nie zrobi tego rękoma. Jeśli świetnie się dogadujecie, masz wrażenie, że lubi spędząć z Tobą czas i widujecie się częściej, niż gdy potrzebuje wybrać prezent na urodziny matki, ale nigdy nie splotły Wam się palce w uścisku, ani nie zahaczył swoimi wargami o Twoje przy dawaniu buziaka w policzek, to znaczy, że mu się nie podobasz.

Nie znaczy to, że jesteś brzydka i powinnaś zakopać się w głębokim dole na obrzeżach miasta albo związać się z niewidomym, bo ilu mężczyzn, tyle różnych definicji kobiecego piękna. Mnie pociągają drobne, delikatne, szczupłe, a wręcz chude, dziewczyny, ale mam wielu kumpli, których kręcą wysokie, duże laski. Dla mnie najistotniejsze są nogi i tyłek, dla mojego przyjaciela duże cycki. Ktoś lubi blondynki, ktoś lubi brunetki, a podobno, gdzieś w Wieliczce, jest nawet człowiek, któremu podobają się rude. To że ten konkretny facet nie ma ochoty sprawdzić z Tobą wytrzymałości swojego łóżka, nie znaczy, że żaden nie będzie chciał.

Innymi słowy, jeśli wolny, heteroseksualny facet, niemający w planach medialnej kariery księdza, traktuje Cię jak koleżankę, to znaczy, że nie pociągasz go fizycznie.

I tu dochodzimy do pytania, które zadała czytelniczka.

 

Jak wyjść z friendzone będąc kobietą?

W tym momencie wydaje mi się, że odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek ją napiszę: żeby przejść z facetem z długotrwałego koleżeństwa do związku, musisz stać się dla niego atrakcyjna seksualnie.

Schudnąć, zacząć chodzić w sukienkach i spódnicach, zmienić oprawki albo zrobić laserową korekcję oczu, urosnąć, zmienić kolor, długość i uczesanie włosów, powiększyć piersi, wydłużyć nogi, wyprostować i wybielić zęby, zaokrąglić pośladki, wyrzucić buty trekingowe ze swojej szafy, dostać pieprzyków na dekolcie, zamienić adidasy na szpilki, albo na odwrót, przekłuć wargę, język, sutki, zrobić operację plastyczną nosa, zlikwidować odstające uszy, częściej nosić topy i leginsy, nabrać piegów na twarzy, wydepilować wąsy i brodę albo zacząć być bardziej wyzywającą. Ewentualnie bardziej dziewczęca.

Coś z tego powinno w końcu zadziałać.

 [/emaillocker]