Close
Close

Jak nie wpaść we friendzone będąc kobietą?

Skip to entry content

Przy tekście z zeszłego tygodnia, radzącym facetom jak nie wpaść we friendzone, odezwało się kilka czytelniczek sugerujących, że przydałby się analogiczny wpis z radami dla kobiet. A jedna z nich napisała nieco dłuższą wiadomość, dopytując co zrobić, żeby z owej „strefy przyjaźni” wydostać się, gdy już się w niej jest.

Dobra, piszę, bo mi to nie daje spokoju. Patrząc na komentarze pod postem (zwykle facetów), wynika z tego, że żeby wyjść z friendzone, trzeba mieć odpowiednią aparycję (cytuję: Jak wyjść z friend zone : 1 nie być brzydkim ?). Czy ja to dobrze rozumiem, czy jest po prostu piątek i mój mózg nie chłonie tak, jak należy? Bo, że tak powiem, co ma piernik do wiatraka?

I drugie pytanie – czy naprawdę uważasz, że z legendarnego friendzone nie da się wyjść? Piszę, bo sama jestem w takiej sytuacji – dogadujemy się świetnie na każdym polu, jest nam ze sobą dobrze, rozmawiamy godzinami, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu – a nic nie może/ nie chce z tego wyjść. Biorę pod uwagę ewentualność, że możemy być kiedyś razem, o ile on wyrazi taką chęć, ale jak nic nie wyjdzie – nie będzie tragedii. Kiedyś myślałam o Nim wyłącznie w kategorii “przyjaciel”, teraz coraz częściej w kategorii “chłopak” (chyba przez ludzi, którzy twierdzą, że bylibyśmy super parą). Co jest w takim razie ze mną/ z Nim nie tak, że to jeszcze nie wypaliło? Zachowujemy się jak para (bez spania ze sobą of course), a nią nie jesteśmy. Why? Może jako facet potrafiłbyś mi to wyjaśnić…

Łączę pozdrowienia,

Ola

Zmiana stanu z „kumpela”, na „moja druga połówka” jest mniej niemożliwa, niż w przypadku facetów, bo oparta jest na innych mechanizmach, ale wciąż to bardzo, ale to bardzo trudne. Prawie tak trudne jak przekonanie kobiety rano, że pięknie wygląda bez makijażu. Dlatego lepiej chuchać na zimne i robić tak, żeby nie wpaść do tej bezdennej studni z napisem „wieczna koleżanka”. Żeby dowiedzieć się jak do tego nie dopuścić, trzeba zadać sobie inne pytanie.

 

Co sprawia, że kobieta wpada we friendzone?

Powód pierwszy: mężczyzna jest w związku.

Kiedy jestem zakochany, to nawet Penelopa Cruz i Agnieszka Szulim przestają robić na mnie wrażenie. Choćby leżały przede mną nago razem z całym kalendarzem Pirelli w hotelowym pokoju, trzymając w zębach oświadczenie, że wiadomość o żadnej figurze geometrycznej, którą tu utworzymy nie wydostanie się poza ten sześcian, nawet bym nie drgnął. W sensie powieka by mi nie drgnęła. Nawet bym nie ziewnął, choćby one zrobiły to pierwsze jedna po drugiej. Innymi słowy, jak gość jest w szczęśliwym związku, to nie masz za bardzo pola manewru.

 [emaillocker]

Powód drugi: nie jesteś wystarczająco ładna.

Mężczyzna patrząc na każdą kobietę momentalnie stwierdza, czy chciałby z nią poćwiczyć w łóżku gimnastykę artystyczną, czy nie. Możesz być zabawna, inteligentna, oczytana, wiedzieć czym jest spalony i nauczyć się samodzielnie oddawać mocz, bez wsparcia koleżanki, ale jeśli facet patrząc na Ciebie nie próbuje rozebrać Cię wzrokiem, to nigdy nie zrobi tego rękoma. Jeśli świetnie się dogadujecie, masz wrażenie, że lubi spędząć z Tobą czas i widujecie się częściej, niż gdy potrzebuje wybrać prezent na urodziny matki, ale nigdy nie splotły Wam się palce w uścisku, ani nie zahaczył swoimi wargami o Twoje przy dawaniu buziaka w policzek, to znaczy, że mu się nie podobasz.

Nie znaczy to, że jesteś brzydka i powinnaś zakopać się w głębokim dole na obrzeżach miasta albo związać się z niewidomym, bo ilu mężczyzn, tyle różnych definicji kobiecego piękna. Mnie pociągają drobne, delikatne, szczupłe, a wręcz chude, dziewczyny, ale mam wielu kumpli, których kręcą wysokie, duże laski. Dla mnie najistotniejsze są nogi i tyłek, dla mojego przyjaciela duże cycki. Ktoś lubi blondynki, ktoś lubi brunetki, a podobno, gdzieś w Wieliczce, jest nawet człowiek, któremu podobają się rude. To że ten konkretny facet nie ma ochoty sprawdzić z Tobą wytrzymałości swojego łóżka, nie znaczy, że żaden nie będzie chciał.

Innymi słowy, jeśli wolny, heteroseksualny facet, niemający w planach medialnej kariery księdza, traktuje Cię jak koleżankę, to znaczy, że nie pociągasz go fizycznie.

I tu dochodzimy do pytania, które zadała czytelniczka.

 

Jak wyjść z friendzone będąc kobietą?

W tym momencie wydaje mi się, że odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek ją napiszę: żeby przejść z facetem z długotrwałego koleżeństwa do związku, musisz stać się dla niego atrakcyjna seksualnie.

Schudnąć, zacząć chodzić w sukienkach i spódnicach, zmienić oprawki albo zrobić laserową korekcję oczu, urosnąć, zmienić kolor, długość i uczesanie włosów, powiększyć piersi, wydłużyć nogi, wyprostować i wybielić zęby, zaokrąglić pośladki, wyrzucić buty trekingowe ze swojej szafy, dostać pieprzyków na dekolcie, zamienić adidasy na szpilki, albo na odwrót, przekłuć wargę, język, sutki, zrobić operację plastyczną nosa, zlikwidować odstające uszy, częściej nosić topy i leginsy, nabrać piegów na twarzy, wydepilować wąsy i brodę albo zacząć być bardziej wyzywającą. Ewentualnie bardziej dziewczęca.

Coś z tego powinno w końcu zadziałać.

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Cotygodniowy Przegląd Internetu #46: jak zostać korektorem?, profesor Bralczyk i mój własny program śniadaniowy

Skip to entry content

Od ostatniego odcinka “Cotygodniowego Przeglądu Internetu” do dzisiaj, niemal cała moja facebookowa tablica żyła tym wydarzeniem w Gdańsku, o którym już pewnie nie chce Wam się czytać, więc powiem tylko, że mimo iż trudno było wyłuskać jakiekolwiek inne informacje, to podołałem wyzwaniu. 46-te CPI chudsze niż zazwyczaj, ale nie mniej sycące.

7 rzeczy, których nie wiesz o kawie: niedawno był światowy dzień kawy, więc Kasia Gandor zebrała kilka mało popularnych faktów o tej najbardziej akceptowalnej społecznie używce.

Miejska ścieżka: audioprzewodnik po Warszawie podrzucony przez jedną z czytelniczek. Nie zdążyłem go jeszcze wypróbować, ale sama koncepcja i opisy tras brzmią super!

Wolny dzień szturmowca z “Gwiezdnych Wojen”: fotografie przedstawiające co robi, gdy akurat nie walczy z Jedi.

Jak zostać korektorem? Gdyby komuś z Was zamarzyła się praca człowieka poprawiającego przecinki, rzeczowniki, czasowniki i powtórzenia, to moja dobra kumpela – Ula Łupińska – obszernie o tym opowiada. Bo w końcu założyła bloga, na co namawiałem ją od ponad roku, więc odnotowuję to jako osobisty sukces.

Wiesz jak to się pisze? Quiz ze znajomości języka polskiego. Byłem pewien, że jestem asem i na niczym mnie nie zagną, a miałem ledwie 9/12.

Buritto Bukowski – “Zjeść ser”: parodia bijącego wszelkie rekordy popularności Taco Hemingwaya i jego szlagieru “6 zer”. Pastisz mocno średni przede wszystkim ze względu na kwadratowy podkład, ale dla świętego spokoju można sprawdzić.

Profesor Bralczyk o języku internetu: obiecywałem, że nie będę już spamował Blog Forum Gdańsk, ale to wystąpienie jest całkowicie zjadliwe dla normalnych, nieblogujących ludzi i, co najważniejsze, wyjątkowo zabawne. Jeśli więc chcesz się jednocześnie dowiedzieć o mowie ojczystej i pośmiać, to jest to pozycja dla Ciebie.

Klip tygodnia: Disclosure to ci alchemicy, którzy stworzyli niemożliwe do jednorazowego przesłuchania i idealne do miziania się na parkiecie pod pretekstem tańca “Latch”. Numer poniżej to singiel z ich nowej płyty, który niestety nie próbuje nawet dorównać tamtemu hitowi, ale wciąż jest w ich stylu i bardzo przyjemnie się go słucha prowadząc flirt na kanapie.

Damska stylówka tygodnia: tym razem damska stylówka podwójna, bo nie ma męskiej, poza tym zarówno Karolina, jak i Paulina wyglądają jak milion złotych po denominacji, więc szkoda by je było rozłączać. Zwłaszcza, że już ktoś rozdzielił je przy porodzie, bo patrząc na tę fotę jestem pewien, że są siostrami-bliźniaczkami.

Charlize Mystery - Karolina Gliniecka

 

Fanpage tygodnia: ilustracyjny profil satyryczny dokumentujący przemyślenia Januszów i Grażyn, czyli ukazanie jak postrzegają bieżące wydarzenia typowi mieszkańcy Polski C. Poza humorem, warto zwrócić uwagę na charakterystyczną kreskę nadającą pracom odrębną estetykę.

Drodzy Panowie…#dzienchlopca #chlopcy #oferta #polskakobieta

Posted by Jak lampart pazurem on 30 września 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tej chwili Snapchat u 99% użytkowników jest śmietnikiem, do którego wrzuca się mydło i powidło, nagrania chodzących nóg, przejazdy taksówką, rozpikselowane jedzenie i nieudane karaoke, które w zamyśle autora jest faktycznym popisem wokalnym. Długo zastanawiałem się, czy musi tak być i czy nie da się inaczej. I wymyśliłem.

Na samym początku na YouTube też były śmieciowe filmiki o niczym, po czym, po jakimś czasie, ktoś zauważył, że tylko od twórców zależy jak zostanie wykorzystana ta platforma i że można ją traktować jak twór telewizjopodobny. Czyli taki, w którym rację bytu mają konkretne, określone, cykliczne formaty, jak “Matura to bzdura”, “The Uwaga Pies”, czy “SciFun”. Czemu by tego samego nie zrobić na Snapchacie?

Od przyszłego tygodnia rozpoczynam emisję mojego własnego programu śniadaniowego “3 zdania do śniadania”, w którym będę komentował bieżące wydarzenia. Codziennie od poniedziałku do piątku będę nagrywał około minutowy odcinek, w którym poruszę głośny temat z dnia wczorajszego, na wzór przeglądu prasy w typowej telewizyjnej śniadaniówce. Bardzo ciekaw jestem jak to się sprawdzi w praktyce i czy jest szansa, że osoby, które skończyły gimnazjum przekonają się do tego medium.

Stay Fly Snapchat

Widzimy się już w najbliższy poniedziałek o 9:00 na moim snapchatowym kanale: panstayfly !

Czego blogerzy i startupowcy mogą się od siebie nauczyć?

Skip to entry content

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk byłem panelistą w dyskusji skupionej na różnicach i podobieństwach łączących blogerów i startupowców, i tym czego wzajemnie możemy się od siebie nauczyć. Rozmowa była merytoryczna i obie strony mogły się nią zainspirować, wyciągając budujące wnioski, jednak 30 minut to bardzo mało czasu jak na tak szeroki temat i 4 wypowiadające się osoby. Dlatego, postanowiłem poruszyć go na blogu omawiając najważniejsze kwestie dotyczące obu środowisk i uzupełniając o dodatkowe przemyślenia, które nie padły w dyskusji.

 

Czego blogerzy mogą się nauczyć od startupowców?

Myślenie od początku o modelu biznesowym. W startupach już we wczesnym stadium rozwoju, a czasem nawet na poziomie idei, myśli się o tym jak będzie się je monetyzować. Czyli już w trakcie tworzenia rewolucyjnej apki nakładającej filtr maskujący pryszcze na zdjęciu, twórcy myślą o tym, w jaki sposób na niej zarobią. U blogerów tego nie ma i wydaje im się, że pieniądze same spadną z nieba, zapominając, że sam to może spaść meteoryt. Szkoda, bo gdyby taka przeciętna blogerka kulinarna już w momencie zakładania bloga zastanowiła się w jaki sposób może na nim za robić, nie musiałaby wklejać spamerskich banerów z adsense’ów, ani modlić się o kampanię ze słodzikami.

A opcji jest całkiem sporo.

Na przykład mogłaby już od pierwszego posta z przepisem pokazywać się na zdjęciach w fartuszkach własnego autorstwa. Powiedzmy ze śliwką. Po pół roku, gdy miałaby już jako takie grono czytelników, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby na blogu otworzyć sklep z akcesoriami kulinarnymi i sprzedawać fartuszki, rękawice kuchenne, czy chochle sygnowane własną marką, która od dawna byłaby utrwalona w świadomości jej odbiorców. Mogłaby też na samym początku założyć, że blog to jej trampolina do bycia najbardziej rozpoznawalnym kucharzem w kraju i prowadzenia własnych warsztatów kulinarnych. Oczywiście za hajs. Albo, że to sposób na zgromadzenie grupy osób, które będą zainteresowane jej książką z niepublikowanymi dotąd, wyjątkowymi przepisami.

Oczywiście powyższe pomysły można zrealizować na każdym etapie, ale gdy jest się ich świadomym na samym starcie ta droga jest o wiele prostsza.

 

Testowanie rozwiązań. W przypadku startupów, niezależnie, czy to nowy portal, czy aplikacja mobilna, zanim wprowadzi się na stałe jakieś rozwiązanie testuje się je. Dla przykładu, każda zmiana wyglądu Facebooka – wielkości treści na osi czasu, ikon z powiadomieniami, formatu zdjęcia w tle – zanim wejdzie globalnie, testowana jest na małej grupie użytkowników. W momencie gdy okaże się, że reagują na nią pozytywnie/potrafią posługiwać się nową funkcja, dane rozwiązanie wprowadzane jest u wszystkich. A jeśli okaże się, że nowy pomysł nie jest tak zajebisty jak się twórcom wydawało, nie wprowadzają go globalnie.

Na blogach testowanie rozwiązań nie istnieje.

Jeśli bloger wybierze sobie szablon przy zakładaniu swojej strony, to zazwyczaj aż do jej śmierci nic się w nim nie zmieni. Ewentualnie, aż najpopularniejszy bloger w jego kategorii nie zmieni wyglądu, przypominając tym samym taka opcja jest dostępna nawet na Blogspocie. A przecież to, jakiej wielkości są ikony wpisów na stronie głównej, w jakiś sposób są ułożone, czy w jednej, czy w dwóch, czy w trzech kolumnach, ma bardzo duży wpływ na liczbę odsłon. Podobnie jak umiejscowienie przycisku z Facebooka na stronie wpisu. I fakt, czy jest to „lubię to”, czy „udostępnij”, bo działają inaczej. Położenie i sposób prezentacji ramki z powiązanymi tekstami też ma wpływ na to, czy ktoś w nie klika, czy nie.

Niestety blogerzy kompletnie tego nie sprawdzają, ignorując, że coś mogłoby działać lepiej u nich na stronie.

 

Czego startupowcy mogą nauczyć się od blogerów?

Nadawanie ludzkiej twarzy produktowi. Blog nie istnieje bez jego autora i myśląc o tych najpopularniejszych, już po usłyszeniu nazwy, widzimy w głowie twarz osoby, która go tworzy. Przez to, że wiecie jak wyglądam, jaką mam mimikę, jaką mowę ciała, mamy dużo bliższy kontakt, niż w czasach, gdy byłem zabandażowanym autorem widmo, a blog cieszy się bez porównania większą popularnością. Upublicznienie swojego wizerunku pozwala nawiązać z odbiorcami więź emocjonalną i zaangażować ich w to co robisz. Dać im poczucie, że obcują z człowiekiem.

Dlaczego Brand24 jest liderem narzędzi do monitorowania internetu? Bo myśląc o tej firmie momentalnie masz przed oczami Michała Sadowskiego. Marka jest tak mocno powiązana z człowiekiem, że odbierasz ją przez jego pryzmat. Czemu nigdy nie ma takiego szumu w okół konkurencji? Czemu ludzie nie podniecają się SentiOne, mimo, że pod kątem skuteczności wcale nie jest gorsze? Bo to jedna z tysiąca bezosobowych usług, której nazwa wpada jednym uchem i wypada drugim, nie zostawiając nic w głowie przy przelocie, a myśląc o Brand24, mimo, że to działalność wirtualna, namacalnie czujesz, że tworzą ją ludzie. Ludzie z krwi i kości, a nie korpo-roboty o facjatach fantomów.

Startup potrzebuje lidera, który będzie jego oficjalnym reprezentantem, rzecznikiem, piarowcem, ale przede wszystkim ludzką twarzą. W Stanach wiedzą to już od dawna, bo myśląc Microsoft, myślisz Bill Gates, myśląc Apple, myślisz Steve Jobs, myśląc Facebook, myślisz Mark Zuckerberg. U nas się tego dopiero uczą.

 

Robienie dedykowanych akcji reklamowych. Blogi bardzo szybko wyrosły z banerków i reklamy displayowej. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, że jest coś efektywniejszego i przede wszystkim ciekawszego dla odbiorcy, niż walenie po oczach gifem z logiem i napisem „Nowy smak! Spróbuj!”. Obecnie promocja produktu w blogosferze, to lokowanie go w codziennej narracji blogera – wplatanie historii o nim w pojawiającej się na blogu treści. Mówiąc mniej enigmatycznie, to relacje z wyjazdów, na których produkt był obecny, testy ukazujące jak produkt sprawdza się w realnym życiu, czy opowiadanie o wartościach i ideach powiązanych z nim.

W startupach zdarza się to sporadycznie.

Jeśli są aplikacje, czy portale zarabiające nie na użytkownikach, a na reklamodawcach, to produkt sponsora rzadko kiedy zaimplementowany jest do ich ekosystemu. Marki najczęściej pojawiają się na osobnej powierzchni reklamowej w postaci standardowego displayu, na który użytkownicy jeśli nawet nie są od dawna ślepi, to po prostu nie wchodzą z nim w kontakt, bo traktują jako „zwykłą” reklamę. Czyli format, który znają z telewizji jako idealny moment na zrobienie sobie herbaty, czy pójście do toalety. W skrócie: olanie. A przecież wcale nie musi tak być.

Weźmy choćby na warsztat największego giganta społecznościowego, który zdeklasował konkurencję na samym wejściu – Facebooka. Nie wiem czemu, ale portal Marka cały czas kurczowo trzyma się reklam w prawej szpalcie, tak jakby ktokolwiek zwracał na nie uwagę, za to kompletnie nie wykorzystuje możliwości CAPTCHA – systemu zabezpieczeń – którą wprowadził przy wysyłaniu linków. W momencie kiedy chcemy znajomemu wysłać lub wkleić na tablicę odnośnik do mało popularnej domeny, wyskakuje okienko z 9 obrazkami, na którym mamy zaznaczyć wszystkie zdjęcia z elementem podanym w komunikacie. Na przykład „Jeśli chcesz przesłać link, zaznacz wszystkie zdjęcia na których jest wodospad, aby udowodnić, że nie jesteś robotem”.

Jak można by to wykorzystać reklamowo?

Aż prosi się, żeby ulokować tam markę. Czemu by nie zrobić CAPTCHA, w którą wpleciony jest produkt – na przykład „zaznacz wszystkie zdjęcia, na których jest Samsung Galaxy S5”? W takiej sytuacji użytkownik nie dość, że musiałbym przeczytać nazwę telefonu i odnotować ją w umyślę, to jeszcze szukając go na zdjęciach utrwaliłby sobie jak on wygląda. I to w formie mini-zabawy. To naprawdę efektywniejsze niż ramka z napisem „Nowy Samsung, kliknij!” na marginesie strony internetowej.

Skupiając się bardziej na lokalnym środowisku, na pewno kojarzycie genialną aplikację JakDojade.pl. W wersji na urządzenia stacjonarne w widoku wyszukiwania połączenia ma na prawym pionowym pasku kwadrat z reklamą i na poziomym górnym pasku prostokąt z reklamą, a w wersji mobilnej co jakiś czas wyskakuje pop-up reklamowy na całe okno. Pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii implementacji reklamy i trzymanie się podejścia z zeszłej dekady.

Przecież w sytuacji kiedy cała uwaga użytkownika skupiona jest na trasie przejazdu, produkt powinien pojawić się właśnie tam! Wyobraźmy sobie teraz, że JakDojade.pl podpisało kontrakt reklamowy ze Snickersem, co stoi na przeszkodzie, żeby batoniki pojawiły się na mapie miasta? Na przykład jako punkty symbolizujące kolejne przystanki na drodze autobusu, zamiast standardowych kropek? A w wersji mobilnej przy włączeniu nawigacji dodatkowo by znikały, jak pożarte przez Pacmana?

To chyba ciekawsze niż standardowa ramka sygnalizująca „Uwaga, reklama! Natychmiast odwróć wzrok w drugą stronę!”, co?