Close
Close

Czasem lepiej się zamknąć

Skip to entry content

Od soboty dzieje się to, o czym Tomek Tomczyk pisał w swojej książce, ale nie wszyscy mu wierzyli – dokonuje się żywy dowód tego, że wszyscy jesteśmy blogerami. W internecie wszyscy jesteśmy opiniotwórcami i wszyscy tworzymy treści. I nie robimy tego dla siebie, ale dla publiczności. Piszemy, fotografujemy, filmujemy najczęściej nie dla korzyści materialnych, czy z powodów ambicjonalnych, ale przez te najniższe – by zdobyć poklask i połechtać ego.

Mimo, że nie każdy jest świadomy tego, że pisanie postów na Facebooku, to tworzenie treści, bo nie zastanawia się nad tym, tylko robi to wręcz odruchowo, tak już mało kto wrzucając coś na tablicę, nie liczy na aprobatę otoczenia. No bo, czy jest ktoś kto nie chciałby mieć 100 lajków pod postem? A lepiej 200? Albo nawet 1000? 1000 lajków, to jest coś! Coś co… realnie gówno daje, ale zawsze miło popatrzeć sobie na taką liczbę pod swoimi wypowiedziami.

W piątek stało się coś strasznego – terroryści z ISIS zabili w Paryżu 130 osób. Niewinnych, przypadkowych ludzi, będących czyimiś matkami, mężami, dziećmi, najlepszymi kolegami z pracy, czy kumpelami z ławki. Równie smutne co przerażające. Jednak nie mniej, niż poprzednie zamachy w innych krajach. Mimo, że nie ma lepszych i gorszych ofiar ataków terrorystycznych, internet postanowił wyróżnić te paryskie. Wyróżnił je w jedyny możliwy sposób – zaczął o nich mówić.

Od sobotniego poranka zaczęła się zabawa w „a czy Ty już wypowiedziałeś się na temat tragedii w stolicy Francji?”. Każdy kto się nie odniósł przegrywa.

Niemal wszyscy mają palącą, jak żar z niedopałka spadający za kołnierz, potrzebę wyrażenia publicznie swojego stanowiska w tej sprawie. Stanowiska jednoznacznego i jedynego właściwego, dodajmy. Albo wskazania kto jest winny tragedii. Albo wrzucenia kilku inwektyw w stronę lewaków. Albo wyrażenia głębokiego ubolewania i deklaracji solidaryzowania z rodzinami zabitych. Albo chociaż wrzucenia śmiesznego mema. Bo czemu by sobie nie pokręcić beki z jeszcze nieostygłych trupów? Mam wrażenie, że ta potrzeba bycia jedynym-prawdziwie-prawdziwym-głosem-prawdy, jest tak palącą, że jeśli nie zostanie zrealizowana w ciągu najbliższych 5 minut, to nosiciel z miejsca się spopieli, dokonując samozapłonu.

Ludzie wypowiadają się z takim poczuciem nieomylności i z takimi emocjami, jakby to do ich rodzin strzelano. Jakby ich to bezpośrednio dotyczyło. A nie dotyczy.

Jestem Polakiem, ale i Francuzem. Urodziłem się we Francji, mój ojciec jest Francuzem, mam francuskie obywatelstwo. I nazwisko. Z „v” w środku, przez co od przedszkola muszę zawsze po piętnaście razy literować i tłumaczyć jak to się pisze. Nie chcę się wywyższać, ale z obiektywnego punktu widzenia, ta sprawa dotyka mnie o wiele mocniej, niż przeciętnego, wolącego kotleta od Mahometa, Sebę. Mimo to, moją pierwszą reakcją po przeczytaniu informacji o tym, co się właśnie stało w Paryżu, nie było opublikowanie jednoznacznej i niezostawiającej nawet cienia na wątpliwości odezwy do narodu na 1000 lajków. A z moim zasięgiem 1000 wpadłoby nawet bez przecinków i znaków diakrytycznych. Mimo to, nie napisałem „ufff, dobrze, że nie przyjęliśmy uchodźców”, „#prayforparis #smuteg #polishboy #nofilter”, ani „odwet będzie krwawy! każdy kto da lajka pod statusem, wirtualnie zabija jednego islamistę!”.

Moją pierwszą reakcją, po usłyszeniu, że ktoś na koncercie strzela do przypadkowych ludzi, było przerażenie. Drugą strach. Trzecią analiza sytuacji. Analiza, która wciąż trwa.

W przypadku zamachów terrorystycznych, ustalenie ciągu przyczynowo-skutkowego to nie jest połączenie prostą linią dwóch punktów. Gdyby to było tak łatwe, to przywódcy narodów nie zbieraliby się na narady, ministerstwa spraw wewnętrznych nie zbierałyby latami materiałów, a szpiedzy i antyterroryści nie mieliby roboty.

Cieszysz się, że nie przyjęliśmy uchodźców, bo to oni strzelają i podkładają bomby? Błyskotliwy wniosek, tylko jak myślisz, przed kim oni taki licznie uciekają?

Wykrzyknikujesz, że wystarczy zamknąć granice i będzie spoko? Genialne mordo, tylko, jak historia pokazuje, wielu zamachowców, to nie przyjezdni, a tubylcy, żyjący w danym kraju od lat.

Cieszysz się, że po tej tragedii będzie blokada na uchodźców i nikt z nich nie ostrzela ci klubu? Pocieszająca myśl. Tyle, że nieprawdziwa. Żyjemy w dobie internetu, sieci tor i kupowania strzykawek z HIV płacąc bitcoinami. Terroryści równie dobrze mogą zdalnie wynająć Twojego sąsiada do takiego zlecenia.

Mówisz, że wystarczy spuścić na nich bombę i będzie spokój? To chodź, pojedziemy tam i pokażesz palcem konkretnie na kogo, przy okazji odsuwając niewinne matki z dziećmi, żeby nie dostały rykoszetem.

Naprawdę, TO NIE JEST PROSTE, takie rzeczy wymagają długotrwałej analizy, spojrzenia na problem z wielu perspektyw i opanowania. W skrócie: ZASTANOWIENIA SIĘ.

Nie zrozum mnie źle. Nie uważam, że należy przejść obojętnie wobec aktu terroru, czy to na Twoim kontynencie, czy na każdym innym. Uważam, że należy reagować, bo zło rozprzestrzenia się, gdy dobry człowiek nic nie robi, ALE jednak zanim zacznie się krzyczeć przez megafon na całe osiedle swoje mądrości, a tego odpowiednikiem jest właśnie wrzucenie posta do mediów społecznościowych, warto się zastanowić, czy masz w ogóle coś mądrego do powiedzenia. I czy to, co chcesz powiedzieć faktycznie jest mądre.

Bo czasem po prostu lepiej się zamknąć.

I żeby nie było, że czepiam się tylko tych manifestujących oburzenie, to teraz pstryczek w ucho dla drugiej strony. Bardzo ładnie wizerunkowo wygląda wrzucenie hasztaga #prayforparis, ustawienie na profilówkę francuskiej flagi i pisanie o tym jak ci przykro, jak ci źle i jak bardzo łączysz się w bólu z ofiarami tragedii. I w ogóle, że gdybyś tylko mógł, to byś wszystkich opłakujących bliskich zaprosił do domu na herbatę, bo szczerze jesteś ich bratnią duszą. Takie żywe zainteresowanie drugim, zupełnie obcym, człowiekiem jest piękne. Naprawdę.

Tylko teraz zgadnij, ile z tych osób, które zbierały lajki pod wyrazami współczucia, napisało do mnie z pytaniem, czy mojej rodzinie we Francji nic się nie stało, czy żyją, czy wszystko w porządku?

0.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.

Dostaję od Was dużo maili z pytaniami związkowymi i na niektóre można odpowiedzieć jednym zdaniem, a na inne można by pisać elaboraty. Mimo, że nie mam trudności ani z jednym, ani z drugim, to chciałem Wasze problemy ugryźć w ciekawszy sposób niż kolejny odtwórczy tekst o tym, że gdy zmienia się kod pocztowy, to jednak wciąż zdrada, albo że jeśli jesteście 7 lat razem, a Tobie robi się mokro na widok spoconego dostawcy Tesco, to jednak już nie jest miłość. Żeby pokazać każdy damsko-męski temat z obu perspektyw, a nie tylko jednej słusznej, do wspólnego gryzienia zaprosiłem Asię z „Wyrwane z kontekstu”, która mimo, że jest inteligentniejsza i elokwentniejsza ode mnie, to przyjęła zaproszenie i zgodziła się ze mną pogadać.

Wojna Płci

I to nie jednorazowo, bo co tydzień w ramach cyklu „Wojna Płci”, pojawi się nowy tekst omawiający kwestie łóżkowo-związkowe nurtujące ludzkość od zarania dziejów. W jedną środę u mnie, w drugą u Asi, więc do końca roku powinniśmy zrobić z tego relacyjną encyklopedię.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od tego, co hydraulicy lubią najbardziej.

Joanna Pachla: Seks na pierwszej randce przekreśla szanse na związek?

Jan Favre: Właśnie wiele kobiet tak uważa i boi się, że przez to, że za szybko pójdzie z facetem do łóżka, nic z tego nie wyjdzie, a on potraktuje je tylko jak ruchadło.

Joanna Pachla: A faceci się nie boją? Skąd pomysł, że boją się tylko kobiety?

Jan Favre: Ja się nie bałem, ale wciąż jestem prawiczkiem, więc mogę być mało obiektywny. Jednak to wciąż głównie obawa kobiet, bo wolny mężczyzna często jest postrzegany jako maszyna do seksu, która tylko chodzi po klubach i zalicza. Spotkałaś kiedyś faceta, który miał taką obawę?

Joanna Pachla: Nie. Ale też z żadnym nie uprawiałam nigdy seksu na pierwszej randce. Nie bardzo więc było jak spytać rano, jak się czuł. Chociaż gdyby się taki trafił, to raczej wolałabym, żeby nie pytał o nic. Tylko poszedł, skąd był.

O, chyba wyszła mi z tego teza, że jednak nie wierzę w związek po seksie. Nie po takim na pierwszej randce.

Jan Favre: W sensie, że gdyby się trafił facet, który bałby się, że przez to, że tak szybko dał Ci się przelecieć, nie będziesz traktować go poważnie, to olałabyś go wczorajszą herbatą?

Dobra, nie rozbijajmy na składowe Twojego lodowatego serca.

Wróćmy do głównego tematu: czemu nie wierzysz w związek po seksie na pierwszej randce?

Joanna Pachla: Czekaj, czekaj. Zacznijmy od tego, że ja bym go nie przeleciała.

Jan Favre: Wiem, nie masz miotły. HEHE.

Joanna Pachla: To totalnie nie jest moje słownictwo, to raz. A dwa, że mnie nie interesują takie krótkotrwałe relacje. Ale gdyby się już przypadkiem zdarzyło, to raczej nie interesowałoby mnie, czy się bał, czy nie – no stary, jesteśmy dorośli. Bierzemy odpowiedzialność za swoje czyny. Nie tylko te przed komputerem.

A co do związku po seksie na pierwszej randce – po prostu, intuicyjnie, nie.

Jan Favre: To teraz odrzućmy intuicję i skupmy się na logice. Co odróżnia związek od przyjaźni? Seks. Więc jeśli ten główny element, ta baza związkowej relacji między mężczyzną i kobietą jest w porządku – było Wam zajebiście razem w łóżku – to czemu ktoś miałby to odrzucać? I stwierdzać, że jeśli za szybko było Wam dobrze razem w łóżku, to to przekreśla możliwość bycia razem?

Joanna Pachla: O, i kto tu ma lodowate serce! Seks to nie jest baza. Baza to uczucia. A jak nie ma uczuć, to po co iść ze sobą do łóżka? Po orgazmy? O te umiem zadbać sama. A nie wierzę, że po pierwszej randce tych uczuć będzie jakoś specjalnie dużo. Może być jakaś ciekawość, fascynacja. Ale to dopiero punkt wyjścia. A nie punkt dojścia.

Jan Favre: Okej, nie wspomniałem, że seks w moim przypadku bierze się z uczucia, a przynajmniej z całościowej fascynacji daną osobą.

Po pierwszej randce może być tyle samo, co po drugiej. No, góra trzeciej. Nigdy nie zakochałaś się od pierwszego wejrzenia?

#KrólowaLodu

Joanna Pachla: Ha, nawet przed pierwszym wejrzeniem! W moim obecnym facecie zakochałam się od Facebooka! Co nie znaczy, że przy pierwszej lepszej okazji wylądowaliśmy ze sobą w łóżku.

Jan Favre: Wracając do meritum: jest przecież tak, że kobiety boją się, że jeśli za szybko będą uprawiać seks z mężczyzną, to ten przestanie być nimi zainteresowany i potraktuje jako wymienny przyrząd do masturbacji i biorą faceta na przeczekanie. Wydaje im się, że im dłużej mu nie „dadzą” tym bardziej on będzie je szanował i poważniej traktował. A przecież nie jest tak, że jeśli mężczyzna jest zainteresowany długotrwałym związkiem  z daną kobietą i wymienią się płynami ustrojowymi na drugim spotkaniu, to on nagle zerwie z nią kontakt, bo uzna, że skoro pociąga go i intelektualnie, i fizycznie, i dogadują się razem pod kołdrą, to lepiej tego nie kontynuować.

Jeśli facet chce od kobiety czegoś więcej niż seks, to im szybciej będą go uprawiać, tym szybciej ich relacja nabierze kształtu, a jeśli zależy mu tylko na zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych, to choćby go przetrzymywała miesiąc, i tak małżeństwa z tego nie będzie.

Joanna Pachla: Pytanie, czy kobiety rzeczywiście się tego boją. Cały czas wypowiadasz się w imieniu wszystkich kobiet. „Kobiety myślą”, „kobiety się boją”. Po sobie wiem, że tak niekoniecznie musi być. To nie jest tak, że nie idę z facetem do łóżka na pierwszej randce, bo boję się, że straci do mnie szacunek. Albo że weźmie mnie za – jak to ładnie nazywasz – ruchadło.

Kobiety nie idą z facetami do łóżka na pierwszej randce, bo zwyczajnie mogą nie czuć takiej potrzeby.

Jan Favre: Oczywiście nie rozmawiałem ze wszystkimi na świecie przedstawicielkami Twojej płci i generalizuję, ale mówię to na podstawie rozmów ze znajomymi oraz wiadomości, jakie dostaję od czytelniczek. I wynika z nich, że jednak wiele dziewczyn się tego boi.

Joanna Pachla: Widzisz, u nas zmniejszenie kontaktu fizycznego związane jest zwykle ze zmniejszeniem kontaktu psychicznego. W grę wchodzi jakieś wzajemne poznawanie się, oswajanie. Przecież seks jest najbliższą formą bliskości. A ja nie mam ochoty być blisko tak od razu, z zupełnie obcym sobie człowiekiem. Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce!

Jan Favre: Zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że stosunek płciowy to najwyższa forma obnażenia się przed kimś i fizycznie, ale i mentalnie, bo spadają z nas wszystkie maski i pozy, które przyjmujemy na co dzień, i mówiąc dosłownie, dzielisz się sobą z drugim człowiekiem, dlatego trzeba być na to gotowym. Albo przynajmniej tego chcieć. Ale w przypadku problemu, o którym rozmawiamy, bywa tak, że kobieta by chciała, ma ochotę, ale się boi, że „to” może wszystko zepsuć.

Dlatego mówię, że nie ma takiej możliwości, żeby akurat „to” wszystko zepsuło.

Joanna Pachla: „To” <3

Jan Favre: „Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce” – musielibyśmy zdefiniować, co to znaczy „poznać”, bo są małżeństwa, które po 50 latach mieszkania w jednym domu się nie znają, ale to chyba temat na osobną dyskusję, co?

Joanna Pachla: O, to, to! I dlatego żadnego ślubu przed seksem! Wiesz, żebym nie wyszła tu na starą dewotę – ja nie mam nic przeciwko pójściu do łóżka na pierwszej randce. Życie to nie jest telenowela, żeby trzeba było czekać z tym przez 1000 odcinków. Ja bym dała prostą odpowiedź na pytanie, kiedy iść z kimś do łóżka – po prostu, kiedy chcesz.

Jan Favre: Tak, też wychodzę z tego założenia, że jak chcesz coś robić, to to rób, tylko rozmawiamy o tym, że to może przekreślić szanse na związek.

Joanna Pachla: Bycie łatwą? To taka prosta wymówka. „Nie zadzwonił, bo uznał mnie za łatwą”. A może uznał Cię za kiepską, nieinteresującą lub głupią?

Jan Favre: Nudną, nieciekawą albo rudą.

Joanna Pachla: Co Ty masz do rudej?

Jan Favre: Nie zadzwoniła na drugi dzień.