Close
Close

Od połowy pierwszej liceum, czyli od jakiegoś 17 roku życia, jestem posiadaczem telefonu komórkowego. Porównując się do rówieśników, dość późno zacząłem korzystać z komórki, bo oni pierwsze Siemensy mieli już w gimnazjum, a biorąc po uwagę, że w tym momencie mało które dziecko w podstawówce nie ma swojego telefonu, to wszedłem w posiadanie tego sprzętu niemal na skraju życia. I o ile komórka kiedyś była dla mnie dodatkiem do komunikacji, który nie wydawał mi się jakoś wyjątkowo niezbędny, tak dzisiaj zupełnie nie wyobrażam sobie życia bez smartfonu. A nie, przepraszam, nie życia. Pracy.

Bo to jedno z 3 najważniejszy narzędzi, jakich używam do tworzenia treści. I bardzo trudno jest je zastąpić.

Dlatego, gdy podczas wyjazdu do Mediolanu unieruchomiłem Xperię Z3 Compact, bo wyświetlacz nie wytrzymał upadku z 20 centymetrów mimo szkła hartowanego na przodzie i zabezpieczającej gumy dookoła, czułem się trochę jakby mi ktoś zasznurował usta, oślepił i ogłuszył. I zostawił tak na pastwę losu i ulicznych sępów na skraju lasu lata świetlne od domu. No, a przynajmniej uciął rękę. Prawą, bo lewa to wiadomo, że nie przydaje się do niczego poza podcieraniem.

 

Minusy życia bez telefonu

Nie możesz dzwonić. Kwestia dość oczywista, ale przybiera na znaczeniu, gdy jesteś w nowym mieście. Którego nie znasz. A ludzie mieszkający w nim nie mówią w Twoim języku. I po angielsku też nie za bardzo. W dodatku wynajmujesz mieszkanie ze znajomymi. A macie tylko 1 klucz. I niekoniecznie chcecie spędzać 24 godziny na dobę razem. Dobrze byłoby mieć możliwość zdzwonienia się w trakcie dnia, co?

Nie możesz robić zdjęć. Od jakiegoś 1,5 roku telefony, z których korzystam mają tak dobre aparaty fotograficzne, że noszenie ze sobą osobnego, zewnętrznego sprzętu mija się z celem. Zwłaszcza jeśli jesteś blogerem i musisz mieć możliwość natychmiastowego opublikowania zdjęcia w mediach społecznościowych. A jesteś w światowej stolicy mody pierwszy raz w życiu i chciałbyś trochę tych fot powrzucać do sieci w trakcie zwiedzenia. Zonk. Nie masz czym, nie masz jak.

Nie możesz korzystać z Google Maps. Jak już ustaliliśmy, Włosi mówią po angielsku równie chętnie co niedźwiedzie polarne, więc w przypadku zagubienia się w metrze i wylądowania w nie-mam-najmniejszego-pojęcia-gdzie-jestem zamiast pod muzeum z oryginałem „Ostatniej Wieczerzy”, bez interaktywnej mapy masz niewielkie szanse na sprawne przemieszczenie się we właściwym kierunku.

Nie możesz zamówić Ubera. Taksówki, jeśli akurat nie stoi na postoju, zresztą też nie. I nawet gdybyś miał sprawny telefon, to podejrzewam, że bez bardzo dobrej znajomości tubylskiego, również nie byłbyś w stanie wytłumaczyć na jaką ulicę ma podjechać taryfa.

Nie możesz słuchać muzyki. Bo nawet jeśli masz osobne urządzenie do tego, to i tak nie masz nawyku by nosić je wszędzie ze sobą tak, jak telefon.

Nie możesz tworzyć, moderować i nadzorować mediów społecznościowych poza domem. Na szczęście nie jesteś blogerem, żeby było Ci to niezbędne do życia, więc z pewnością Ci to nie przeszkadza.

Nie możesz używać JakDojade.pl. Nawet jeśli jesteś w swoim mieście, w którym mieszkasz od urodzenia, to i tak pokazywanie trasy z miejsca, w którym jesteś, do przystanku, czy szukanie najoptymalniejszego połączenia autobusowo-tramwajowego wraz z rozpisaniem czasu na przesiadki, jest mega pomocną opcją. Oczywiście zawsze można sobie jakoś poradzić. Na przykład drukując rozkłady wszystkich środków komunikacji. Ze wszystkich przystanków na jakich się zatrzymują. W obie strony. Brzmi prosto i wygodnie, no nie?

Nie możesz notować pomysłów na wpisy w chmurze. Na szczęście wciąż nie jesteś blogerem, więc opcja zapisywania rzeczy, do których od razu mają dostęp inne osoby ze swoich komputerów nie jest Ci potrzebna.

Nie możesz korzystać z biletów pociągowych w PDFie. Ani autobusowych, ani samolotowych, ani jakichkolwiek innych. Jeśli nie weźmiesz ze sobą osobnego urządzenia. Albo ich nie wydrukujesz, o czym oczywiście zawsze pamiętasz i na co zawsze masz czas przed podróżą.

Nie możesz czytać tekstów innych blogerów w podróży.

Nie możesz odpisywać na komentarze pod Twoimi tekstami w podróży.

Nie możesz czytać, ani odpisywać na maile w podróży.

Nie masz jak sprawdzić godziny. Bo o czasach, kiedy dostawało się zegarki na komunię słyszałeś tylko do babci. Ewentualnie jesteś muzułmaninem.

Nie masz jak sobie poświecić idąc nocą do toalety. Śpiąc w namiocie podczas festiwalu. Czy wchodząc do jakiegokolwiek ciemnego pomieszczenia.

 

Plusy życia bez telefonu

Spokój. Nikt Ci nie zawraca dupy, nie męczy propozycją setnego pakietu darmowych minut, czy przyjścia na wydarzenie, gdzie trzecioligowy, podstarzały celebryta będzie próbował wcisnąć Ci garnki za 5 koła. Kiedy już opanujesz panikę związaną z tym, że gdybyś złamał nogę biegnąć na metro, zasłabł w trakcie spaceru po lesie, albo po prostu utknął w korku w drodze na spotkanie i nie jesteś w stanie przekazać ŻADNEJ informacji, gdy już pogodzisz się z tym, że wróciłeś do epoki kamienia łupanego, nagle ogarnia Cię spokój. Błogi tomiwisizm i nieznośna lekkość bytu.

Wzrost koncentracji. Kiedy nie masz przy udzie tego ciągle wibrującego urządzenia, które co 5 minut informuje Cię o niezwykle ważnych kwestiach typu: notyfikacja na Facebooku o zrobieniu pierwszej kupy przez dziecko koleżanki z podstawówki, okazuje się, że jednak potrafisz być skupiony. Na jednej rzeczy. I to dłużej niż kwadrans. Kiedy nie dostajesz na bieżąco setek powiadomień i też nie kusi Cię, żeby je co chwilę sprawdzać, bo nie masz na czym, Twój umysł się oczyszcza jak zęby przed borowaniem i sam się zaskakujesz, jak bardzo potrafisz być skoncentrowany. I o ile efektywniejsza jest wtedy Twoja praca.

Wolność. Zabrzmi to strasznie patetycznie, ale w momencie uwolnienia się z tej elektronicznej smyczy, orientujesz się, że przez bycie w nieustannym kontakcie z całym światem, stałeś się zniewolony. Dociera do Ciebie, że nie korzystałeś z telefonu, kiedy naprawdę chciałeś, tylko kiedy musiałeś. Kiedy zmuszał Cię chorobliwie uzależniający głód informacji i strach przed tym, że coś Cię ominie. Coś bardzo ważnego, czego nie możesz przegapić. Coś tak niewiarygodnie istotnego, że z perspektywy kolejnego dnia, zupełnie nie miało znaczenia. Kiedy żyjesz bez smartfonu, czujesz, że jesteś odludkiem, ale po pewnym czasie zauważasz, że to jest zajebiste. Bo przestajesz czuć przymus bycia ze wszystkim na bieżąco. Czujesz wolność.

 

Wnioski

Co daje pozbawienie się na tydzień narzędzia, z którego korzystasz codziennie? Uzmysłowienie sobie do czego tak naprawdę jest Ci potrzebne i po co je w ogóle masz.

Nie chodzi o to, żeby odciąć się od technologii sekatorem, zbojkotować współczesny świat podpalając Media Markt i na znak protestu wyjechać na resztę życia do lasu amazońskiego, czy w Bieszczady. Chodzi o to, żeby ze wszystkich dóbr cywilizacji korzystać świadomie, tak by to one służyły nam, a nie my im. Żeby złapać dystans, zachować zdrowy rozsądek i nie stać się niewolnikami maszyn, jak zapowiadał Stanisław Lem. Żeby wiedzieć, że o ile taki smartfon w ciągu tygodnia jest genialnym narzędziem w pracy, tak w weekend może być tylko zbędnym dodatkiem, którego można się pozbyć.

I taki przymusowy tydzień bez mobilnego środka łączności świetnie o tym przypomina. Polecam każdemu, kto zaczyna i kończy dzień z telefonem w ręce.

(niżej jest kolejny tekst)

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy “umawianie się” i “planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie “popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się “normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu “Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status “w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.

Jadę do Warszawy w przedziale nabitym jak Pinhead, gdzie froteryści mieliby permanentny wzwód, bo jest tak gęsto, że nie da się znaleźć pozycji, w której nikt się o Ciebie nie ociera. Z prawej przykleja się do mnie czyjeś ramię, z lewej kolano, a z naprzeciwka czuję – niby niecelowe, ale jednak – smyrnięcia po łydce. Można by pomyśleć, że to miniaturowa wersja “Igrzysk Śmierci”, gdyby nie fakt, że w tej pociągowej klatce panuje cisza jak na spotkaniu kółka fanów języka migowego. Jest tak cicho, że aż uszy zaczynają puchnąć, wysilając się, aby wyłapać jakikolwiek dźwięk wydobywający się z tych ludzi. Mimo, że fonia sugeruje, że jestem w przedziale z nieboszczykami, to powonienie dobitnie przypomina, że to jednak żywi ludzie. Umarlaki nie mieszają Fahrenheita z Bondem. I potem.

Owa eksperymentalna mieszanka zapachowa, której nie powstydziłby się główny bohater „Pachnidła”, dość szybko zaczyna drażnić mi nozdrza, sprawiając, że wydaję z siebie bezwarunkowe, przeszywające całą przestrzeń, donośne:

– AAAAAPSIK!

W sensie, że kicham.

Trochę mi głupio, bo kichnięcie jest tak mocne, że odbija się jeszcze 3 razy od ścian tej pociągowej puszki, zanim zupełnie wybrzmi, ale kiedy łapię oddech, orientuję się, że nikt, ale to zupełnie, totalnie i absolutnie NIKT nie zwrócił na nie uwagi. Ani na mnie. A tym bardziej nie powiedział mi „na zdrowie”. Ani nie wydobył z siebie żadnej innej reakcji sugerującej, że odnotował moje kurewsko głośne „apsik” i fakt, że w ogóle istnieję. A istnieję jak najbardziej, bo od 5 minut stykam się skórą na łokciu z prawie elegancką przedtrzydziestką, więc jeśli tylko nie przeżyła poparzenia trzeciego stopnia w tym miejscu, to musi to czuć. Czuć też musi garniturowy, lekko podstarzały – ale jak widać po krawacie we flamingi, tylko ciałem – jegomość, smyrający mnie od czasu do czasu po wcześniej wspomnianej łydce. Czemu musi czuć? Bo w konsekwencji bezwarunkowego kichnięcia, równie bezwarunkowo uniosła mi się prawa stopa, i tym razem to ja go smyrnąłem po kostce. No i przypomnijmy, że cały czas jedziemy w 8 osób, w nieco większej paczce zapałek, więc moim współpasażerom musiano by podać naprawdę mocne leki psychotropowe, żeby nie odnotowali choć jednego z moich ruchów.

Mimo to, ZERO reakcji.

Pan garniturowy odnotował moją obecność dopiero, gdy drugi raz zebrało mi się na kichanie i owe zebranie było na tyle gwałtowne, że nie zdążyłem zakryć ręką ust, przez co część zawartości mojej jamy ustnej, wylądowała na jego uniformie z BYTOMia. Co bardzo – niechętnie, ale jednak – skwitował wzrokiem pełnym pogardy i zgorszenia, i ciężkim, krótkim syknięciem wydobywającym się z amfetaminowego szczękościsku:

– Psze uwaszadź.

Nie piszę tego tylko dlatego, żeby pochwalić się, że potrafię odróżnić zapach drogich perfum od taniego dezodorantu, bo z sytuacją znieczulania się ludzi na całe otoczenie i unikania kontaktu za wszelką cenę, spotykałem się dużo więcej niż raz. I u lekarza, gdy wchodząc do poczekalni pytałem „czy tu przyjmuje doktór Goździkowa”, bo na drzwiach nie było tabliczki lub po prostu pytając „kto z państwa jest ostatni?” i dostając w odpowiedzi wzrok zaciekle wbity w sznurowadła. I w 19-ce, gdy wracając z zakupami z Tesco przeszacowałem wytrzymałość siatek i nektarynki rozsypały mi się po całym tramwaju – od motorniczego, po łączenie z drugim wagonem – na co pasażerowie nie zareagowali nawet uniesieniem nóg, gdy wyciągałem owoce spod ich kończyn. I gdy, zdyszany jak matka Gilberta Grape’a po wejściu na półpiętro, wpadłem na peron, dobiegając do ruszającego pociągu i krzycząc do ludzi wewnątrz, czy jedzie do Warszawy, bo jak tak, to żeby hamował i mnie zabrał, nie uzyskując żadnej zwrotnej informacji, poza rozbawionym spojrzeniem osób zgromadzonych na peronie, które wiedziały, że to była kolejka do Łodzi, ale nie zdecydowały się mnie o tym poinformować.

Piszę o tym, bo bardzo mi przykro, że żyjemy pogrążeni w jakiejś zawiesinie z apatii. Celem nadrzędnym przemieszczania się po mieście jest odizolowanie się od ludzi i pod groźbą śmierci, a przynajmniej trwałego uszczerbku na zdrowiu, nienawiązywanie kontaktu z drugim człowiekiem. Źle mi z tym, że unikanie powiedzenia „na zdrowie” obcej osobie, wzbranianie się od bezinteresownego udzielenia jej informacji, czy nawet powstrzymywanie odwzajemnienia uśmiechu, premiowane jest złotem i dobrym samopoczuciem. Bo naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś za darmo wprawia się w taki autyzm.

Przykro mi, że omamia nas znieczulica. Że stajemy się coraz bardziej na siebie ślepi, a drugi człowiek zauważa, że istniejesz dopiero, gdy naplujesz mu na spodnie.

Apsik.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Michael Shaheen