Close
Close

Do czego może doprowadzić lincz na nastolatce?

Skip to entry content

Od jakichś 2 tygodni internet nieustannie żyje sprawą 2 nastolatek z Warszawy, które pochwaliły się na Snapchacie, że uprawiały seks z muzykami z amerykańskiego zespołu. Wulgarną opowieść o tym, co dziewczyny robiły z raperami w podróżnym autobusie, ktoś wyciągnął ze Snapchata i udostępnił na YouTube, przez co zaczęła rozprzestrzeniać się wirusowo po całej sieci. I równie szybko co samo wideo, jeśli nawet nie szybciej, zaczęła rozsiewać się nienawiść do dziewczyn. Nie hejt – amerykańska nazwa, to zbyt łagodne określenie na to, co się dzieje wokół tego tematu – czysta, bezduszna, nienawiść.

Okazało się, że żyjemy w społeczeństwie strażników moralności, tylko niestety nie swojej, a cudzej. I że ci strażnicy czują się w obowiązku by pilnować jej we dnie, w nocy, i w czasie pracy, gdy szef nie widzi, że siedzą na Fejsie zamiast wykonywać obowiązki służbowe. I że najlepszą metodą obrony tych indywidualnie skompletowanych i narzuconych osobie trzeciej zasad, jest nazwanie jej

– kurwą
– jebanym lachociongiem
– zwykłym szlaufem do dymania
– slojem na sperme dla czarnuchuw
– dzidą co się z pizdą na łby pozamieniała

ewentualnie

– wrzodem na dupie ludzkości która nie powinna mieć prawa do oddychania

Tak, te określenia zdecydowanie pokazują wyraźną różnicę między zachowaniem tych niemoralnych nierządnic, a postawą nieskazitelnie czystych strażników moralności, będących wzorem cnót i wszelkiej prawości. Biorąc pod uwagę język, jakim posługują się osoby osądzające nastolatki, w pewnym momencie można mieć problem z określeniem, czyje zachowanie jest faktycznie naganne.

Zaraz po wybuchu afery broniłem dziewczyn, bo nie wydaje mi się, żeby internetowy lincz, na wzór ulicznych samosądów, był właściwą reakcją na tego typu sytuację w cywilizowanym świecie, przez co wielu strażników moralności wywnioskowało, że pochwalam zachowanie nastolatek. Otóż nie. Zupełnie nie pochwalam. Nie uważam, żeby chwalenie się z kim uprawia się seks było czymś właściwym. Nie pochwalam również traktowania przygodnych stosunków płciowych jako sposobu na zdobycie sławy. Nie wydaje mi się także, żeby wyzucie seksu z romantyzmu i emocjonalności, i sprowadzenie go do czysto fizjologicznego aktu, było dobrym pomysłem.

Tyle, że to tylko mój sposób postrzegania rzeczywistości i moja opinia. Uważam ją za najwłaściwszą, ale nie mam zamiaru zamordować każdego, kto ma inną.

Za to internetowi strażnicy cudzej moralności i kilku youtuberów omamionych zapachem przyrostu subskrypcji, chętnie przeprowadziłoby publiczną egzekucję, na, przypomnijmy jeszcze raz, nastolatkach. Dziewczynach, które może mają 19 lat i są pełnoletnie, ale równie prawdopodobne, że mają 17 i nie są. Jednak niezależnie, czy już mają dowód osobisty czy nie, są bardzo młode. To nie są 30-letnie, doświadczone, w pełni świadome kobiety, tylko dziewczyny z liceum. Nie wiem, czy wszyscy, którzy chcieliby je dla przykładu powiesić na szubienicy, już pozapominali w jakim stanie umysłowym było się w ogólniaku, ale ze swoich doświadczeń i obserwacji mogę powiedzieć, że w takim wieku – pod wpływem grupy, otoczenia, rówieśników – robiło się rzeczy skrajnie niemądre, niedumne i nieodpowiedzialne. Tyle, że nie tak spektakularne, bo nie było na tyle rozwiniętych mediów społecznościowych, żeby zapis czyjegoś przejawu nastoletniej głupoty, w ciągu doby mógł obiec całą Polskę.

Teraz może, więc 2 nastolatki są kolejny tydzień równane z ziemią.

UPSSS…

Posted by TEDE on 14 grudnia 2015

Kiedy wydawało się, że kto miał je zmieszać z błotem, w trosce o właściwe wzorce młodzieży, już to zrobił, do akcji wkroczył Tede. Prawie 40-letni, całkowicie świadomy jak działa Facebook, człowiek, który ponownie nakręcił spiralę nienawiści, publikując na swoim fanpage zdjęcie jednej z nastolatek w sytuacji seksualnej. Ktokolwiek by nie był na tym zdjęciu, to upublicznianie fotografii z nagimi ludźmi, po to żeby ich upodlić i zgnoić jest ohydne. W przypadku nieletnich, karane prawnie. A w momencie kiedy robi to stary chłop – który nieraz spotkał się z falą nienawiści i wie jak to jest być opluwanym w internecie – tylko po to, żeby się pośmiać i podżegać innych do linczu, jest nieludzkie. Rzadko się to zdarza, ale tym razem brak mi słów.

Ja – osoba, która ma obycie z siecią i jest w jakimś stopniu zahartowana na przyjmowanie wiader pomyj – po takiej serii upokorzeń i publicznym upodleniu, nie dałbym rady. Przez tak długi czas, przyjmując wyzwiska i będąc w atmosferze permanentnej nagonki na mnie, w najlepszym wypadku załamałbym się psychicznie. W najlepszym. W wersji realistycznej, będąc tak zaszczutym, stałoby się coś dużo, dużo gorszego. A teraz pomyślcie, w jakim stanie emocjonalnym musi być nastoletnia, wciąż jeszcze niedojrzała dziewczyna?

Jak myślicie, do czego może doprowadzić człowieka taki nieustanny lincz?

Do osób, które od tych 2 tygodni ją gnoją: naprawdę uważacie, że to właściwa metoda wychowawcza? Chcecie ją niszczyć psychicznie, aż nie targnie się na życie? Tak chcecie nauczać co jest właściwym zachowaniem, a co złym? Jeśli przez szykanowanie w internecie coś sobie zrobi, świat nie zmieni się na lepsze. Zmieni się na gorsze, a wy będziecie współwinni tragedii.

Weźmiecie za nią odpowiedzialność?

(niżej jest kolejny tekst)

Dramatyczna relacja z PRAWDZIWEGO życia bez smartfona

Skip to entry content

(w końcu odebrałem z naprawy zniszczony ponad miesiąc temu telefon, więc jestem Wam winien wyjaśnienie, jak NAPRAWDĘ wyglądało życie bez smartfona)

Miesiąc temu roztrzaskałem sobie smartfon mierząc aplikacją „Linijka” długość okna, żeby dobrać odpowiedni rozmiar zasłon. Nie dość, że wciąż śpię przy asyście sąsiadów z naprzeciwka, to nawet nie wiem kiedy dokładnie się to stało, bo naścienny kalendarz, mimo podawania komendy głosowej, nie chce wskazać aktualnej daty. Chciałem zapostować na Facebooku zdjęcie pajęczyny na wyświetlaczu albo chociaż puścić krótkiego Tweeta, żeby wszystkich 365 najbliższych znajomych, których tam zebrałem wiedziało co u mnie, ale budka telefoniczna na rogu mojej ulicy nie ma opcji robienia zdjęć.

Po drodze do budki przechodziłem obok bezdomnego. Chciałem zasnapować jak dużym problemem jest bieda w dzisiejszych czasach, ale z przedwojennego Kodaka nie da się dodać zdjęć do „My Story”, więc musiałem je wywołać w punkcie fotograficznym w centrum i zawieźć do wszystkich 5 osób, które obserwują mnie w tej aplikacji. W trakcie podróży nie mogłem użyć JakDojade.pl, na szczęście kumpel podpowiedział mi sztuczkę. Zdradził mi sekret, że podobno na przystankach jest coś jakby program telewizyjny tylko z autobusami.

Chodzi dość topornie i nie reaguje na dotyk, ale w sumie czego się spodziewać po państwowych apkach?

W autobusie Spotify odpalone w kabinie kierowcy zacięło na „Jesteś szalona” i mimo wciskania czerwonego przycisku „stop” przy drzwiach wejściowych, program nie reagował. Zresztą to był najmniejszy kłopot tej jazdy. Na podwójnym siedzeniu po lewej, zaraz za kabiną kierowcy, siedziała dziewczyna, która mi się podobała, ale mimo przegrzebania jej torebki, nie mogłem znaleźć innego zdjęcia poza profilowym w dowodzie. Stwierdziłem, że #RKŚ, trudno, kto nie ryzykuje, ten nigdy nie pozna wenerologa i, jak George Michel w dark roomie, trzeba walić w ciemno. Przesunąłem ją w prawo, na tak, ale pech chciał, że autobus się przechylił przy skręcie i moja przyszła współkredytobiorczyni pożyczki na mieszkanie wypadła przez okno.

Podryw bez Tindera jest niebezpieczniejszy, niż to się ludziom wydaje.

Starsza pani siedząca 2 rzędy dalej zaczęła krzyczeć, że jestem bandytą i namawiać kierowcę do wezwania policji, ale mimo wciskania krzyżyka na łańcuszku na jej szyi, nie dało rady ani usunąć komentarza, ani zbanować kobity. Chciałem olać to kopanie się z motłochem i podjechać Uberem do tego 1 z 5 obserwatorów na Snapchacie. Chciałem, ale przypomniało mi się, że gdy tydzień temu wybierałem się do znajomego z podstawówki, żeby napisać mu „stuffka mordo!” na ścianie w salonie z okazji urodzin, mimo, że wyraźnie zaznaczyłem na chodniku sprejem duże koło wokół siebie, nikt nie przyjechał. Z MyTaxi to samo, mimo idealnie odwzorowanego logotypu na dywanie w mieszkaniu kumpla, przez 45 minut nikt nie przyjechał.

Geolokazlizacja w analogu ssie.

Podobnie Endomondo. Musiałem odpuścić bieganie na tydzień, bo nie mogłem wymyślić jak mam jednocześnie zaznaczać przebytą trasę i informować znajomych o tym, że zrobiłem życiówkę. Na początku też próbowałem spreju, ale w Warszawie jest tyle tagów na ulicach, że nikt nie zwracał uwagi na mój fioletowy rwany pas. Poza tym, gdy tylko spadł śnieg, nie było widać spod niego mojej trasy, więc bieganie mijało się z celem. W końcu rozkminiłem jak można sobie poradzić z tym problemem bez smartfona. To tak proste, że aż głupio mi, że wpadłem na to dopiero po tygodniu.

Wystarczyło co 50 metrów kłaść zwłoki.

Po pierwsze, żeby były niewidoczne musi spaść naprawdę od cholery śniegu, po drugie, to najprostszy sposób, żeby wszyscy Twoi znajomi dowiedzieli się o Twoim wyniku. Jeszcze zanim ukończyłem bieg, już widziałem spore grono osób poruszonych moim treningiem. Niektórzy nawet płakali wzruszeni moim zaanagżowaniem w sport. Inni z kolei zainspirowani świetnym czasem, przyłączali się biegnąc za mną i dopingując hasłami “ty chory pojebie”. Faktycznie wynik, który wykręciłem był tak dobry, że aż chory. Niestety, zazdrośni policjanci zdewastowali trasę po czasie usuwając poszczególne ciała.

I znów całe bieganie w pizdu.

autorem zdjęcia jest Matthew Hurst

Wojna Płci: czy przyjaźń damsko-męska jest możliwa?

Skip to entry content

Na swojej drodze spotkałem wiele dziewczyn, które pod różnymi pretekstami nie pozwalały swoim chłopakom spotykać się z innymi kobietami i jeszcze więcej kolesi, którzy kategorycznie nie pozwalali swoim dziewczynom mieć nawet kolegów, bo tak. Wśród wielu osób nie będących w związkach, również dominuje silne przekonanie, że przyjaźń damsko-męska nie ma racji bytu, bo jeśli mężczyzna spotyka się z kobietą, to tylko w jednym celu. Czy aby na pewno? O tym rozmawiam z Asią z “Wyrwane z kontekstu” w piątej odsłonie Wojny Płci.

Wojna Płci

Jan Favre: Miałaś kiedyś przyjaciela?

Joanna Pachla: Miewałam. Dzwoniłam do niego, siedząc na brzegu wanny i płacząc, gdy mnie faceci rzucali. Ale później powiedział, że nie mogę więcej dzwonić, bo jego dziewczyna się złości. To mi trochę zaburzyło definicję przyjaźni. Więc to chyba jednak palant był, nie przyjaciel.

Jan Favre: Ten zwrot “miewałam” odnosi się do tego konkretnego faceta? W tym sensie, że przyjaźniliście się, gdy był wolny, a w momencie, kiedy wpadał w związek, od razu wchodził pod pantofel zazdrosnej partnerki i musieliście urywać kontakt? Czy w ogóle do facetów, z którymi miałaś bliższe niezwiązkowe relacje?

Joanna Pachla: Do tego konkretnego. Użyłam zwrotu “miewałam”, bo to był przyjaciel od akcji awaryjnych. Taki do dzwonienia czy spotykania, jak wali Ci się świat. Albo jemu. Ale tak, żeby się z kimś spotykać regularnie, wychodzić gdzieś wspólnie, razem spędzać czas – to nie, nie miałam. Życie uczy mnie, że to się nie udaje. Prędzej czy później któraś ze stron chce zrobić z tej przyjaźni związek. Albo chociaż seks.

Jan Favre: To według mojej definicji, to nie był przyjaciel, tylko… nie wiem… wolontariusz z Ochotniczego Pogotowia Rozstaniowego?

Ja z kolei mam inne doświadczenia na gruncie przyjaźni damsko-męskich. Ostatnie, które chciałem zamienić w coś więcej, były w podstawówce. Bo wtedy też byłem na tyle nieśmiały, że na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, w jaki inny sposób mógłbym widywać dziewczynę poza szkołą, niż pod pretekstem “przyjaźni”. Tyle, że to była przyjaźń w cudzysłowie tak dużym jak nos Pinokia. Od liceum natomiast, to już były czyste relacje. Przynajmniej z mojej strony. Choć też nie przypominam sobie, żeby któraś z moich przyjaciółek podkochiwała się we mnie.

Ale to może po prostu dlatego, że jestem brzydki.

Joanna Pachla: Ale ja nie mówię o udawaniu przyjaźni i cichym podkochiwaniu się. Ani o żadnych innych, nieszczerych intencjach. Tylko o tym, że zwykle któraś ze stron wpada z czasem na pomysł, że zróbmy z tego coś więcej.

Ale… Chcesz powiedzieć, że można udawać przyjaźń, licząc na coś od początku? To wtedy ciągle nazywa się przyjaźń, a nie oszustwo?

Jan Favre: To ja nie miałem nigdy takich pomysłów, żeby przyjaźń zamieniać w związek. Głównie wynikało to z tego, że dość szybko wiedziałem, czy chcę z kimś być, śmiać się, płakać i sypiać, czy tylko śmiać i płakać, i nigdy nie ulegało to zmianie wraz z czasem. Ani w jedną, ani w drugą stronę.

Natomiast, co do Twojego pytania o udawanie przyjaźni, to niestety, przez wielu facetów jest to praktyka stosowana na porządku dziennym.

Gość spotyka dziewczynę, która mu się podoba, ale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie jej zdobyć w normalny sposób, bo nie jest dla niej atrakcyjny pod kątem seksualno-związkowym, więc udaje przyjaźń, żeby się do niej zbliżyć. Głęboko wierzy, że jeśli będzie z nią spędzać dużo czasu, pomagać w problemach, zabawiać i uprzyjemniać codzienność, to ona nagle ściągnie kataraktę z oczu i zobaczy w nim super samca alfa, z którym chce wziąć kredyt na M3 i pojechać do Bułgarii. Miałem znajomego, który przez ponad 2 lata był w stanie udawać przyjaciela, żyjąc w nadziei, że ona w końcu się do niego przekona i nagle rzuci w ramiona w samej bieliźnie.

Kobiety tak nie robią?

Joanna Pachla: Ale przecież to głupie! Albo – mówiąc bardziej dyplomatycznie – naiwne. Jeśli nie chcę kogoś dzisiaj, to dlaczego miałabym go chcieć za dwa lata? Bo mi robił za murzynka i wachlował mnie liściem palmowym w gorące dni? Przecież związku nie robi się z litości czy wdzięczności, na zasadzie: “był dla mnie dobry, pomagał mi, to może go jednak pokocham”. To się nie może udać.

Jan Favre: [Panowie, słyszycie? Info z pierwszej ręki: to tak nie działa.]

Joanna Pachla: Szczerze? Nie znam ani jednego przypadku tak “wychodzonego” związku. Ani kobiety, która by tak robiła. Udawać przyjaciela i czekać na związek jak na promocję w supermarkecie? Przecież to głupie jak religia w gimnazjum.

No i jak ten Twój znajomy skończył?

Jan Favre: Pracuje w Capgemini, tak że średnio.

Joanna Pachla: Nie byłabym z facetem, który pracuje w Capgemini. Rozumiem, że ona też nie jest?

Jan Favre: Nie. Gdy on w końcu ujawnił się i odkrył karty, ona powiedziała to, co zwykle dziewczyny mówią w takim sytuacjach: “Mirek, ale co ty gadasz? Pszeciesz my jesteśmy pszyjaciółmi!”. I doszło do niego to, co mówiłem mu od dawna – że tylko traci czas.

Abstrahując jednak od tych zagrań wbrew kodeksowi harcerza, wiem, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa.

Joanna Pachla: Z doświadczenia?

Jan Favre: Własnego.

Joanna Pachla: I nie z czasów piaskownicy? Wow.

To jak się robi taką przyjaźń? Bo na przykład jeden z moich byłych miał teorię, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa tylko wtedy, jeśli mają oni odmienną orientację seksualną. I trochę się z tym wiercę. Bo co, żebym mogła przyjaźnić się z facetem, to to od razu musi być gej? Nie, żebym nie lubiła, ale zawęża to pole manewru. Ale skoro Tobie nie zawęziło, to opowiedz mi o tym. Jak to się robi?

Jan Favre: Żeby to była faktycznie czysta przyjaźń, a nie czajenie się na związek którejś ze stron, z moich doświadczeń wynika, że musi być spełniony jeden bardzo, ale to bardzo istotny warunek: nie możecie być w swoim typie. Tłumacząc obrazowo, on nie może fantazjować o tym, jakby to było złapać Cię za tyłek zamiast przytulić na przywitanie, a Ty nie możesz wyobrażać sobie, czy bez koszulki w Twoim łóżku wyglądałby równie dobrze, co ubrany w fotelu.

Innymi słowy: nie możecie lecieć na siebie. No i musicie się lubić. A przynajmniej mieć coś wspólnego.

Joanna Pachla: I nie może to być dziecko?

A tak całkiem serio – ok, zgadzam się z Twoimi “warunkami” zaistnienia przyjaźni, ale znowu brzmią mocno teoretycznie. A ja Cię pytam o życie. Masz przyjaciółkę, tak? Jak to funkcjonuje? Od kiedy? Kim ona jest? Jaka jest? I dlaczego byś się z nią nie przespał?

Jan Favre: Z jedną przyjaciółką znam się 4 lata, z drugą 3 i funkcjonuje to dokładnie tak samo, jak z każdym innym przyjacielem płci męskiej. Widujemy się na browara, na obiad, żeby pogadać albo się upić, albo pomóc sobie, jak jest jakiś problem. Najczęściej bardziej ogólno-życiowy niż związkowy, ale i w tych również się wspieramy, jeśli jesteśmy w stanie. Zasadniczo, nie dzielę swojego podejścia do przyjaciół względem płci, tylko albo ktoś nim jest, albo nie, bez zaglądania w majtki.

A nie poszedłbym z nimi do łóżka, bo tak, jak wcześniej wspomniałem, nie są w moim typie. Jeśli by były, to byśmy się nie przyjaźnili.

Rozumiem, że Ty nigdy nie miałaś kogoś, z kim regularnie się spotykałaś i ani nie był Twoim chłopakiem, ani nie miał piersi?

Joanna Pachla: Nie. Mam masę kumpli, ale przyjaciela-faceta? Żadnego. Raz próbowałam. Chyba z pół roku świetnie nam szło, a potem dupa. To znaczy seks. I nie udało się wrócić, bo jak? Znowu przyjaźń bez seksu? On nie chciał. Przyjaźń z seksem? Ja nie chciałam.

Ale to miłe, że mówisz, że się da. Myślałam, że z tym jest jak ze zjedzeniem tylko jednego ciasteczka. Wszyscy o tym mówią, a nikomu nigdy nie udało się na tym poprzestać.

Jan Favre: Jak lubisz mięso, ciasteczka Cię nie ruszają.