Close
Close

10 kłamstw, które porno przekazuje nastolatkom

Skip to entry content

Tabu związane z seksem, w żółwim tempie, ale mimo wszystko, zaczyna być przełamywane w debacie publicznej. Zazwyczaj przy próbach delegalizowania tabletek „dzień po”. O filmach pornograficznych jednak już nie mówi niemal nikt, wychodząc najwyraźniej z założenia, że jeśli nie będzie poruszać się ich tematu, to może w magiczny sposób przestaną istnieć. Nie stało się tak, gdy ja byłem nastolatkiem i – może to zbyt śmiałe przypuszczenie, ale zaryzykuję – nie stanie się tak również teraz.

Pornosy, pornuchy, pornole będą istnieć, a dzieciaki – przez ciągły brak właściwej edukacji seksualnej w szkołach i w domach – będą traktować je jak podręczniki stosunków płciowych i bezrefleksyjnie wierzyć we wszystko, co w nich zobaczą. Tworząc w swoich głowach błędne i wypaczone wyobrażenie o tym, jak wyglądają intymne relacje damsko-męskie. Wyobrażenie, które po zderzeniu z rzeczywistością runie jak World Trade Center, zostawiając po sobie poczucie zagubienia, oszukania i rozczarowania. Nic miłego.

Chciałbym ten tekst zadedykować rodzicom wszystkich dzieciaków w okresie gimnazjalno-licealnym, ale podejrzewam, że i tak będą się wstydzili rozmawiać z nimi na ten temat. Dlatego adresuję ten wpis do nastolatków – sprawdźcie jakie kłamstwa przekazuje Wam porno.

 

1. KAŻDY mężczyzna ma półmetrowego penisa

Otóż nie. panowie grający główne role w filmach z trzema iksami nie są reprezentatywnymi przedstawicielami płci męskiej. Przeciętny mężczyzna nie ma członka zaczynającego się przy podbrzuszu i kończącego się przy kolanie, bo jak podają badania naukowców z King’s College London, średnia długość prącia w stanie wzwodu, to 13,12 cm. Czyli o jakąś połowę mniej, niż penisy w pornosach, dlatego nie powinieneś porównywać się do występujących tam aktorów, a już na pewno nie wpadać w kompleksy.

 

2. KAŻDA kobieta, niezależnie od wzrostu i wagi ma wielkie, idealne, sterczące piersi

Pamiętam kiedy pierwszy raz widziałem żywe, gołe, damskie piersi z takiej odległości, że nie były mi do tego potrzebne okulary. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy z zawstydzenia nie zakryć oczu i przeprosić, że w ogóle na nie patrzę. W drugiej – gdy już się otrząsnąłem i upewniłem, że to dzieje się naprawdę – byłem, nieco bardziej niż nieco, zdziwiony. Nie dość, że były o jakieś 3 rozmiary mniejsze niż u Jenny Jameson, to jeszcze nie prężyły się do góry jak napompowane helem, tylko opadały jakby ktoś poluzował im wentyl.

Przez długi czas (aż do następnych wakacji), myślałem, że to po prostu taki okaz. Ale to nie egzemplarz był wadliwy, to ja miałem nierealne wyobrażenie. Piersi normalnych kobiet nie wyglądają jak dwie perfekcyjne kule zaprojektowane w Photoshopie i wyjęte z drukarki 3D. Mogą być małe, wiszące, rozjeżdżające się na boki, z wklęsłymi sutkami albo niesymetryczne, bo są nieidealne, jak wszystko w rzeczywistym świecie.

 

3. Kobiety będą oferować Ci seks W ZAMIAN za naprawę samochodu

Ewentualnie cieknącego kranu, zacinającego się okna albo skrzypiących drzwi. Większość filmów pornograficznych dla mężczyzn, uczy ich, że kobieta za każdą pomoc odwdzięcza się szybkim numerkiem na kuchennym blacie albo chociaż małym obciąganiem na poboczu autostrady. Niektórzy z odbiorców tych treści niestety zaobserwowane tam wzorce przenoszą w dorosłe życie i oczekuję, że za każdą robótkę domową należy się robótka ręczna. Inaczej nie pomogą.

Seks w zdrowych relacjach pojawia się, gdy obie strony mają na niego ochotę, a nie jest uniwersalną metodą płatniczą. Oczekiwanie, że pojawi się jako wdzięczność za pomoc jest skrajną patologią.

 

4. KAŻDA kobieta jest biseksualna

Produkcje oznakowane „XXX” przekazują, że dotyczy to każdej, ale absolutnie każdej kobiety, bez wyłączania matek, córek, sióstr i babć. Pokrewieństwo i więzy rodzinne nie mają tu żadnego znaczenia, bo jeśli dwie kobiety znajdą się w tym samym pomieszczeniu, to bez wątpienia będą miały niepohamowaną ochotę odbyć ze sobą stosunek. No, nie jest tak.

 

5. Uprawiając seks z obcymi NIE TRZEBA się zabezpieczać

W odróżnieniu od poprzednich kłamstw, to nie wyrządza szkód psychicznych, a może być powodem namacalnych problemów fizycznych.

Na palcach ręki stolarza można policzyć tytuły porno, w których aktorzy używają prezerwatyw. W druzgocącej większości filmowane stosunki odbywają się bez zabezpieczenia i to nie tylko w przypadku dwojga osób, ale również gdy pojawiają się trójkąty, seks grupowy, czy kilkunastoosobowe orgie. Nie ma pokazanego strachu przed infekcją grzybiczną, rzeżączką, czy wirusem HIV, jest jasny komunikat – prezerwatywy są zbędne. Jeśli nastolatek 10, 20, 30, 100 razy zobaczy, jak Łysy z Brazzers spotykając nową, przypadkową osobę wykonuje akt płciowy bez kondoma, co z tego wyniesie? Że prezerwatywy są niepotrzebne, skoro gość na ekranie rucha pół wsi i ich nie używa.

Gdyby tak faktycznie było, AIDS nie stałby apokalipsą zabijającą miliony ludzi w Afryce.

 

6. KAŻDA kobieta uwielbia, gdy wpycha jej się penisa do ust po same jądra

Bangbros pokazują rozentuzjazmowane, klęczące dziewczyny, szczęśliwe, że facet może je poddusić swoimi genitaliami. Przekazując tym samym, że lasek nic tak nie cieszy, jak moment, kiedy nie mogą oddychać i smyrasz je żołędzią po migdałkach. Jeśli zastanawiasz się, czy jest tak w rzeczywistości i to faktycznie miłe, spróbuj połknąć całego banana. Bez gryzienia go.

 

7. KAŻDA kobieta dostaje orgazmu już przy pierwszym włożeniu penisa do pochwy

Dla kogoś, kto swoje wyobrażenie na temat współżycia buduje tylko na podstawie pornosów, czyli dla jakichś 80% chłopaków, zderzenie tego kłamstwa z prawdą może być równie bolesnym szokiem, co 2 kreski na teście ciążowym.

Jesteś przekonany, że żeby doprowadzić kobietę do wrzenia, wystarczy wprowadzić członka do waginy i kilka razy nim poruszać. I tyle. Na wszystkich filmach, które widziałeś na ten temat, każda pozycja, tempo i sposób wprowadzania penisa odpowiadały partnerce, sprawiając, że szczytowała przez cały stosunek już od samego startu penetracji.

Przy pierwszym razie okaże się, że jest dokładnie odwrotnie – jest spięta, większość rzeczy, które robisz jej nie odpowiada i wprowadza dyskomfort albo rozprasza, a pozycje, w których oboje czujecie się dobrze znajdziecie po jakimś czasie. Dopiero wtedy zaczniecie pracować nad tym, żeby w ogóle mogła osiągnąć orgazm.

 

8. KAŻDA kobieta w trakcie stosunku krzyczy tak głośno, że na całym osiedlu pękają szyby

Nie, nie każda w łóżku zachowuje się jak na przesłuchaniu do kapeli deathmetalowej. I wcale nie znaczy to, że coś z nią jest nie tak, czy że nie jest jej dobrze.

 

9. Mężczyznom seks NIGDY nie sprawia wysiłku

Nie czuję się turbo wyjadaczem w kwestii liczby obejrzanych świerszczyków, który jest na bieżąco ze wszystkim po 1988, ale jeszcze nie widziałem tam faceta, który byłby zmęczony po stosunku. Albo zaniemógł w trakcie. Każdy gość z pornola jest Pudziano-Predatorem pijącym byczą krew zamiast wody, który niezależnie czy robi pionowe 69, czy spacer farmera z partnerką między nogami, nawet nie drgnie brewką. Pot, zadyszka i zmęczenie nie występują u facetów w trakcie seksu.  Tak jakby to nie było eksploatujące organizm, wycieńczające ćwiczenie fizyczne, tylko poobiednia drzemka.

Absolutnie, nie jest to prawdą, więc nie zastanawiaj się, czy wszystko z Tobą w porządku, jeśli po 30 minutach dzikiego galopu bezwładnie padniesz jak sarna na polowaniu. Mężczyzna, nawet w łóżku, nie jest Robocopem.

 

10. KAŻDA kobieta wpada w euforię na dźwięk słowa “anal”

Zdanie będzie prawdziwe, jeśli przed „każda” wstawimy „prawie”, a słowo „euforia” zamienimy na „histeria”.

 

***

 

Nastolatku, film porno ma się tak do realnego stosunku jak „Dr House” do prawdziwej pracy lekarzy. To fikcja, więc nie traktuj jej jak podręcznika do seksu.

(niżej jest kolejny tekst)

Filmowe klasyki, których nie przełączysz

Skip to entry content

Gdy poprzednio byłem chory, zrobiłem sobie maraton z bajkami wszech czasów, które niezależnie od wieku oglądającego potrafią poruszyć i być lekarstwem na chorobę. W tym tygodniu znów mnie rozłożyło, więc będąc przykutym do łóżka zrobiłem sobie seans z filmowymi klasykami. Czyli długometrażowymi filmami, które mimo zmieniających się dat w kalendarzu nie tracą na aktualności, a oglądając je po raz n-ty odczuwa się tę samą przyjemność, co za pierwszym razem. A nieraz nawet większą, bo znając już jakiś obraz, przy ponownym kontakcie wydobywa się szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Oto moja złota piątka filmów, które trudno przełączyć mimo, że zna się je na pamięć.

 

Wilk z Wallstreet

Film świeży, bo zaledwie sprzed 2 lat, ale już w dniu premiery wiedziałem, że trwale wpisze się w historię kinematografii. I to nie tylko dlatego, że pobił rekord w liczbie użycia słowa „fuck”, które pada tam 506 razy, czyli średnio co 21 sekund. To po prostu esencja filmu rozrywkowego! Mimo, że nie jest to stricte komedia, to „Wilk z Walstreet” bawi bardziej niż jakikolwiek tytuł z Jimem Carreyem, trzymając przy tym w napięciu, dając do myślenia, obrazując mentalność amerykanów i dając motywacyjnego kopa. Tu nie ma dłużyn, ani słabych moment, tu jest czysta przyjemność z oglądania.

Jeśli nie wierzysz, to sprawdź scenę, w której naćapny i sparaliżowany DiCaprio prowadzi Lamborghini. Majstersztyk!

 

Pulp fiction

Nie ma chyba drugiego pojedynczego filmu długometrażowego, który miałbym taki wpływ na popkulturę co „Pulp fiction”. Rzadko się zdarza by obraz oparty nie na książce, komiksie, grze, czy czyimś życiorysie, a na autorskim scenariuszu tak mocno wykraczał poza ekrany kin i promieniował na rzeczywistość. Scena gdzie Jules z Vincentem dyskutują o tym jak we Francji nazywa się ćwierćfunciak z serem była cytowana prawie tak często jak biblia, a przewijający się przez film motyw burgerów zainspirował ludzi do otworzenia swoich knajp z grillowaną wołowiną na całym świecie. Również w Krakowie. Ten tytuł to puszka pandory z kultowymi motywami.

 

Chłopaki nie płaczą

Jedyny polski film w zestawieniu i w dodatku komedia. Przedostatnia dobra. Przepraszam, genialna. Już od pierwszej sceny widz ma banana na twarzy i wykrzywienie ust ku górze nie schodzi aż do ostaniej. Trudno w to uwierzyć, ale pod wodzą Lubaszenki nawet Michał Milowicz wyciąga kij od szczotki z tyłka i jest zabawny. Nie mówiąc już o Pazurze, Łazuce, czy młodym Stuhrze, którzy odgrywają tu oscarowe role. I oczywiście Tomku Bajerze ztj. „Lasce”, który rzuca turbo-kultowe „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Zresztą „Chłopaki nie płaczą” to studnia pełna haseł, które przeszły do mowy potocznej – „skąd wziąłeś ten sweter? Zajebałeś go z pomocy dla powodzian?” to właśnie stąd.

 

Incepcja

W moim prywatnym rankingu absolutnie najlepszy film na świecie! Na dobrą sprawę powinno wystarczyć, że reżyserem jest Christopher Nolan, główną rolę gra Leonardo DiCaprio, a muzykę skomponował Hans Zimmer, ale nieco rozwinę argumentację, czemu „Incepcja” to taki kozak.

Przede wszystkim, motyw przewodni – świadome sny i dzielenie ich z innymi. Sama ta koncepcja jest tak ciekawa i intrygująca, że fabułę chłonie się mimowolnie jak tlen z powietrza. Po drugie, gra aktorska, wiadomo, że DiCaprio nie mógłby zawieść, ale poza nim nikt inny również nie daje ciała i widz ani przez moment nie musi się zmuszać, żeby uwierzyć, że bohaterowie naprawdę włamują się do umysłów. Po trzecie, montaż i praca kamer – przechodzenie między kolejnym warstwami snu jest posklejane w taki sposób, że to się po prostu czuje. Nie kwestionuje się tego, czy to możliwe, jest się tego pewnym. Po czwarte, muzyka jest absolutnie idealnie dopasowana do tematyki i wydarzeń na ekranie. Ona nie jest tłem, ona jest ich integralną częścią. Po piąte, klimat. Klimat z pogranicza rzeczywistości i ułudy, mroczny, zalewający umysł jak smoła jest tak perfekcyjnie dopracowany, że nawet jeśli widziałeś ten film 15 razy, to i tak chcesz obejrzeć jeszcze raz, żeby się w nim zanurzyć.

Arcydzieło.

 

Straszny film

Musiał się tu znaleźć jeden typowo głupkowaty tytuł, bez podprogowego przekazu, ani żadnych głębszych treści i w kwestii odmóżdżaczy jest to wzór do naśladowania. Prosty, często wulgarny humor, ale niesamowicie skuteczny. Jeśli umarł Ci chomik i chcesz po prostu wyłączyć myślenie i dostać zakwasów na brzuchu, to jest to pozycja stworzona na tę okazję.

Jak macie jakieś inne tytuły, które możecie oglądać setny raz z tą samą przyjemnością, to śmiało, dajcie znać w komentarzach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest m4tlik

Pamiętam jak w 4-tej klasie podstawówki pojechałem na wycieczkę szkolną do Krakowa. Od momentu, w którym zobaczyłem planty, wiedziałem, że pokocham to miasto i będę chciał w nim żyć.

Pamiętam też jak 3 lata temu przyjechałem pierwszy raz do Warszawy na branżową konferencję. Od chwili wyjścia z pociągu i postawienia stopy na dworcu centralnym, czułem się zagubiony i przytłoczony ogromem miasta. I to uczucie nigdy nie minęło.

Przeprowadziłem się do Warszawy, bo potrzebowałem zmiany. Potrzebowałem czegoś nowego, jakiegoś wyzwania, tego wrażenia uczenia się życia od początku. I dostałem to. Mieszkając w stolicy musiałem od zera pojąć funkcjonowanie w mieście, bo wszystko było inne – i tempo, i sposób poruszania się, i ludzie.

O ile sieć rowerów miejskich funkcjonowała zdecydowanie lepiej niż w Krakowie, o tyle przemieszczanie się na jednośladzie było bez porównania bardziej uciążliwe. Ruch na ulicach i odległości są o wiele większe, przez co jeździ się nieprzyjemnie – bo masz wrażenie bycia mrówką na autostradzie, która zaraz zostanie rozwalcowana – i mija się to z celem – podróż zajmuje więcej niż komunikacją miejską i po kilkudziesięciu minutach jazdy jesteś cały mokry. Z kolei przemieszczanie się za pomocą komunikacji miejskiej, jeśli nie mieszkasz przy stacji metra, doprowadza do szału. Autobusy wiecznie się spóźniają i notorycznie grzęzną w korkach, bo godziny szczytu w stolicy trwają prawie cały dzień.

Poskutkowało to tym, że mimo iż nie mieszkałem daleko od centrum – 14 minut autobusem – to dotarcie na Marszałkowską, Świętokrzyską albo Chmielną zamieniało się w wielką wyprawę. Wyprawę, która zniechęcała mnie do wychodzenia z domu, a przecież tak bardzo to lubię.

Okazało się, że mam małomiasteczkową mentalność.

W Krakowie uwielbiałem to, że ścisłe centrum zamykało się obrębie plant. Na Rynku Głównym, Szewskiej, Floriańskiej, Gołębiej, Grodzkiej i Świętego Tomasza, znajdowało się WSZYSTKO czego potrzebowałem. I restauracje do wybornego pojedzenia, i bary do kumpelskiego pogadania, i kawiarenki do wczuwkowego porandkowania, i kluby do bezgranicznego pobawienia, i kina i teatry do ukulturalnienia, i kościoły do uduchowonienia. Choć z usług tych ostatnich nigdy nie korzystałem, ale pocieszała mnie myśl, że mogłem.  A wszystko to w atmosferze sielsko-kameralnej. Którą okazało się, że uwielbiam.

Do owego odkrycia doszło po kilkunastu próbach odnalezienia się w centrum Warszawy. Bez powodzenia.

Raz, że w stolicy śródmiejski pejzaż jest diametralnie inny. Wszystko jest wielkie, ogromne! To nie jest kilka uliczek z uroczymi kamieniczkami, tylko nieustannie aktywne arterie z wysokimi biurowcami i hotelami. A dwa, żeby je przejść, trzeba przyspieszyć kroku, bo wszystko pędzi.

To, co na początku mi tak imponowało, z czasem zaczęło uwierać, aż stało się poważnym problemem. W Krakowie wchodząc na Rynek czułem się rozluźniony, uspokojony, nastawiony na relaks i miłe spędzanie czasu. W Warszawie, wysiadając na patelni czułem się jeszcze bardziej spięty, jakby ktoś w moim regulatorze trybu życia podkręcił prędkość. Spotykając się ze znajomymi na piwo, czy jedzenie, nie czułem się wyluzowany, tylko ciągle zaprogramowany na pracę. Widząc tempo ludzi na chodnikach, pod czaszką ciągle świeciły mi się diody z napisem „efektywność”, „wydajność”, „brak opierdalanki”.

Lubię te lampki, ale nie po 18:00, ani nie w weekendy. Wtedy powinienem być w trybie żółwia i uskuteczniać leniwe przyjemności hedonisty anemika. W stolicy nie byłem w stanie odpoczywać. Cały czas myślałem o rozwoju bloga, o nowych pomysłach na teksty, o tym co zrobić lepiej, więcej, inaczej, aż w pewnym momencie przekroczyłem granicę, po której przyszła totalna demotywacja i zniechęcenie do czegokolwiek.

Mała uwaga: czytając ten tekst do tego momentu, mogłeś go odebrać jako wjazd na Warszawę i paszkwil cisnący jakie to miasto jest beznadziejne. W żadnym wypadku tak nie jest. Warszawa ma od groma aututów, jest świetnym miejscem do rozwoju i miastem setek możliwości, o czym zresztą pisałem we wrażeniach po pierwszym miesiącu życia w niej. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie jest dla mnie.

Pod żadnym pozorem nie myślcie też, że przeprowadzkę do Warszawy traktuję jako jakiś błąd, czy porażkę. Absolutnie nie, to było świetne posunięcie i powinienem je zrealizować już wcześniej. Jakiś rok wcześniej, bo mniej więcej od tego momentu o tym myślałem, żyjąc w przekonaniu, że tam będzie mi lepiej, ale ciągle tworząc nowe wymówki. Wymówki, które usprawiedliwiały mnie przed opuszczaniem strefy komfortu i skonfrontowaniem wyobrażeń z rzeczywistością.

To najistotniejsze, co dała mi ta cała przygoda – świadomość tego jak jest naprawdę.

A konkretnie, to jak naprawdę mi się tam mieszkało. Wiele osób żyje nigdy niespełnionymi fantazjami o tym, jak by im było z kimś albo gdzieś. Buduje cały alternatywny świat, w którym jest grafikiem komputerowym, mieszka w Los Angeles, albo wraca do swojej pierwszej miłości. I nigdy nie urealnia tych wyobrażeń. Nie sprawdza, czy mają one pokrycie ze światem rzeczywistym, tylko coraz bardziej zapędza się w wizjach, że tam byłoby im lepiej. Takie długotrwałe fantazjowanie jest często zgubne i szkodliwe, bo przeszkadza w życiu faktycznym, a nie wyśnionym życiem, i deprecjonuje to co się ma w danej chwili, odbierając radość z codzienności.

Dlatego bardzo cieszę się, że mieszkałem w Warszawie, bo zamiast wyobrażać sobie w nieskończoność jakby to było, sprawdziłem to empirycznie.

I dzięki temu – zabrzmi to strasznie patetycznie i paolocoelhowo, wybaczcie – wiem, że Kraków jest moim miejscem na Ziemi. A przynajmniej na polskiej ziemi. Gdy przyjeżdżałem tu odwiedzić znajomych albo coś załatwić, czułem się jakbym wracał do siebie. Gdy tylko wysiadałem z pociągu na dworcu głównym, wiedziałem, że jestem u siebie. Że to moje ulice, po których chcę jeździć rowerem, moje parki, do których chcę chodzić na spacery i moje knajpy, w których chcę się spotykać z ludźmi. Że tu chcę świętować sukcesy, przeżywać porażki, kochać, wkurwiać się, śmiać i płakać. Że po prostu tu pasuję, jakbym był puzzlem z układanki na właściwym miejscu.

Świetne uczucie, polecam!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roman Boyko