Close
Close

Cierpy napadające na Ubera szkodzą wszystkim taksówkarzom

Skip to entry content

Na wstępie krótka definicja tego kim jest “cierp”.

Cierp – podgatunek taksówkarza, nielubiący swojej pracy, narzekający na nią, na klientów, na rząd i cały świat. Cierp ma postawę roszczeniową, uważa, że wszystko mu się należy i jest wiecznie niezadowolony ze wszystkiego. Cierp zazwyczaj jest wąsatym bucem, który zatrzymał się w PRLu, jeździ zdezelowanym samochodem najczęściej śmierdzącym fajkami i marudzi, gdy ma wykonać kurs poniżej 20zł. Dlatego nigdy nie ma wydać reszty, nie mówiąc już o takiej fanaberii jak terminal do płatności kartą, i gdy tylko może, jedzie dłuższą trasą.

I krótkie wyjaśnienie czym jest Uber.

Uber to aplikacja do zamawiania samochodów z prywatnym kierowcą, w celu przejazdu po danym mieście. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać, podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta. To taka “alternatywna taksówka” (więcej o Uberze).

W weekend w Warszawie cierpy napadały na kierowców Ubera, oblewając ich oraz ich auta gęstą mazią z oleju i odchodów. Zapowiadając, że to nie był jednorazowy atak i prześladowania będą trwać. Skąd to bandyckie zachowanie?

Zacznijmy od początku.

 

Cierpom wydaje się, że Uber kradnie im klientów

Taryfa24 wrzuciło coś takiego z komentarzem:”Jaki wysyp uberolubów trochę draństwa poblokowałem, a na resztę też…

Opublikowany przez Jacek Xanex Olejnik na 20 marca 2016

To główny argument w walce z Uberem, a w zasadzie z kierowcami zarabiającymi przez aplikację. Cierpy uważają, że klienta można ukraść jak batonika ze sklepu, nie pojmując zupełnie jak działa konkurencja i wolny rynek. Nie rozumieją, że klient nie jest idiotą, tylko ma świadomość i zdolność logicznego myślenia i woli wybrać lepszą jakościowo usługę w niższej cenie, niż być skazanym na nich.

Uber jest średnio tańszy o 25% od przeciętnej taksówki, więc nie ma nic zaskakującego w tym, że ktoś woli zapłacić mniej niż więcej, ale nie to jest jego główną zaletą. Jego największym atutem jest jakość. Jadąc Uberem:

– w samochodach nie śmierdzi potem i kiepami
– wsiadając do samochodu nie masz wrażenia, że zaraz się rozleci
– nigdy nie musisz mieć przy sobie gotówki
– kierowca nie jest obrażonym na cały świat bucem, tylko miły, uśmiechniętym, serdecznym człowiekiem
– kierowca nie próbuje Cię przekręcić jadąc dłuższą trasą, wykorzystując Twoją nieznajomość miasta
– kierowca nie “pompuje kilometrów” fałszując dane z taksometru
– wszelkie problemy rozstrzygane są na korzyść klienta

Cierpy nie rozumieją, że nie jesteśmy już pogrążeni w komunie, że klient ma wybór i nie jest już skazany tylko i wyłącznie na nich, i że oprócz ceny równie istotne, jeśli nie bardziej, jest to jak się go traktuje. Cierpy tego nie pojmują, dlatego jojczą, że Uber odbiera im chleb od ust i zachowują się jak zwierzęta napadając na innych.

 

Cierpy dziwią się, że ich bandyckie zachowania nie przyciągają klientów

NOC SZOKÓW !Dzisiejszej nocy w Warszawie, niektórzy kierowcy Ubera przeżyli ciężkie chwile. Pod kilkoma…

Opublikowany przez Taryfa24 na 18 marca 2016

W weekend cierpy stwierdziły, że jeśli dokonają napaści na kierowców Ubera i pokażą wyrządzone im szkody w internecie, to ludzie przestaną używać aplikacji do zamawiania przejazdów i wrócą to taksówek.

Czaicie? Ktoś wpadł na pomysł, że jeśli pochwali się aktem wandalizmu dokonanym na konkurencji, to ludzie mu przyklasną i ustawią się w kolejce do skorzystania z jego usług. Nie chcę nikogo obrażać, ale jak głupim trzeba być, żeby wpaść na coś takiego? Wyobrażacie sobie, że Pepsi od lat konkurująca z Colą napada na jej pracowników, wrzuca do sieci zdjęcia z tego zajścia i publicznie przyznaje się do złamania prawa? I jeszcze liczy, że to przysporzy jej klientów?

Dla mnie to niepojęta logika i na szczęście większość ludzi też nie ma tak bogatej wyobraźni jak warszawskie cierpy, przez co cała ta akcja miała odwrotny skutek od zmierzonego.

 

Cierpy zrobiły reklamę Uberowi…

I to bardzo skuteczną reklamę. Pomijając, że przez wirusowe rozprzestrzeniania się zdjęć z napaści setki tysięcy osób dowiedziały się o tym, że jest w ogóle taka usługa jak Uber, to w miniony weekend aplikacja podwoiła liczbę kursów. Innymi słowy, cierpy przyprowadziły swojemu konkurentowi nowych klientów. Zapewniając mu dalszą darmową reklamę w ogólnopolskich mediach. Nieźle, co?

 

…i antyreklamę wszystkim taksówkarzom

W związku z licznymi oskarżeniami o udział w wczorajszych incydentach, chcielibyśmy zauważyć, że nie mogliśmy, niestety,…

Opublikowany przez Taryfa24 na 19 marca 2016

Nie wrzucam wszystkich osób pracujących jako kierowcy taksówek do jednego worka, ale prymitywy atakujące swoją konkurencję smolistą mazią, zniszczyły wizerunek zarówno sobie, jak i normalnym taksówkarzom. Upublicznienie relacji z oblewania kierowców Ubera olejem wymieszanym z odchodami i przyznanie autorstwa tego wydarzenia środowisku taksówkarskiemu, spotkało się z OGROMNYM oburzeniem. Jeszcze nigdy nie oberwało im się tak jak teraz i to na taką skalę.

Komentarze pojawiające się pod tymi materiałami są jednoznaczne: klienci są absolutnie przeciwni takim praktykom i to do tego stopnia, że nie mają zamiaru nigdy więcej korzystać z usług taksówkarzy.

Ja również. Wolę wybrać podróż komunikacją miejską albo męczyć się z walizkami idąc pieszo, niż potwierdzić, że nie przeszkadza mi takie zachowanie. Nie mówiąc już o tym, że jeśli taki cierp atakuje obcego człowieka, tylko dlatego, że sam nie chce dostosować się do obecnych czasów i zmieniającej się rzeczywistości, to co może zrobić klientowi, z którym spędzi chwilę i mu się nie spodoba? Odda na niego urynę, bo kurs był za krótki? Obleje go kwasem, bo spytał o możliwość płatności kartą?  Wolę nie sprawdzać empirycznie.

 

Apel do cierpów

Drogie cierpy: już jakiś czas temu, jako gatunek, zeszliśmy z drzew i wyszliśmy z lasu, więc nie wracajmy do prawa dżungli. Jeśli nie jesteście w stanie konkurować z Uberem w cywilizowany sposób, to odpuśćcie, bo szkodzicie tylko normalny taksówkarzom.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leonld Mamchenkov
(niżej jest kolejny tekst)

Porównanie: podryw na żywo vs. podryw na Tinderze

Skip to entry content

Przy okazji ostatniego tekstu o najpopularniejszej aplikacji randkowej, jeden z czytelników zasugerował, żebym zrobił porównanie – podryw przez Tindera kontra podryw na żywo. Sugerując, że uwodzenie w rzeczywistości, a nie przez internet jest efektywniejsze. I w ogóle lepsze. Czy faktycznie tak jest? Czy może jednak chodzenie po klubach to tylko strata czasu?

Żeby móc choć trochę sensownie odpowiedzieć na to pytanie, postanowiłem, że zrobię porównanie podrywu przez Tindera i na żywo, rozbijając tę kwestię na podstawowe składowe.

Strach przed podejściem

Tinder: przez to, że możesz nawiązać jakikolwiek kontakt z drugą osobą dopiero w momencie, gdy jesteście już sparowani i wiecie, że się sobie podobacie i chcecie się poznać, strach przed podejściem praktycznie nie istnieje (to „praktycznie” zarezerwowane jest dla turbo-ultra-introwertyków, dla których każdy kontakt z drugim człowiekiem wiąże się z dyskomfortem).

Na żywo: zależy to oczywiście od uosobienia, doświadczenia w podrywie i poziomu pewności siebie, ale dla kogoś, kto nie jest wytrawnym graczem, zawsze pojawia się mniejsza lub większa ściana, którą trzeba przeskoczyć zanim zacznie się podrywać kobietę i mniej lub bardziej paraliżujące widmo odrzucenia.

Łatwość prowadzenia rozmowy

Tinder: może to być dla Was paradoksem, ale nienawidzę rozmawiać przez internet i wszelkie komunikatory, i tego typu kontakt jest dla mnie strasznie męczący, jednak wiem, że dla większość ludzi tego typu forma prowadzenia konwersacji jest ułatwieniem, bo nie trzeba reagować natychmiast i gdy nie wie się co powiedzieć, można na spokojnie, bez presji obecności drugiej osoby, zastanowić się.

Na żywo: nie żebym był jakimś ekstra ekstrawertykiem, ale to dla mnie najbardziej komfortowy sposób prowadzenia komunikacji, jednak, znowu ujmując rzecz statystycznie, wiem, że wiele osób ma z tym problem, bo ze stresu łatwiej powiedzieć coś głupiego, a jak się rozmowa nie klei, to trzeba modlić się o cud, żeby ktoś wylał trochę Butaprenu.

Pewność, że druga strona jest wolna

Tinder: prawdopodobieństwo jest ogromne, bo teoretycznie to aplikacja dla singli szukających partnera, ale nigdy nie masz pełnych 100% pewności, że osoba, z którą rozmawiasz nie jest w związku i po prostu nie szuka opcji na seks na boku. To marginalne przypadki, ale mnie się zdarzało na takie trafić.

Na żywo: w tramwaju, na ulicy, w bibliotece, a nawet w klubie, nigdy, ale to nigdy nie możesz być pewien, czy człowiek, którego chcesz uwieść ma kogoś, czy nie. Za każdym razem musisz to sprawdzać empirycznie.

Chęć spotkania się

Tinder: tak jak wyżej, teoretycznie Tinder jest apką dla ludzi bez pary, którzy chcą tę sytuację zmienić, ale nie znaczy to, że nie spotkasz na nim gawędziar, które przyszły tu tylko „popisać z kimś”, żeby nacieszyć się namiastką relacji i nawet, gdy gadka klei się jak tapety z Castoramy, zupełnie nie zamierzają wychodzić z nią poza internet.

Na żywo: to czy poznana „na mieście” dziewczyna da Ci swój numer, a potem będzie chciała umówić się na randkę, zależy od tryliona czynników, bo mogła podać Ci swoje 9 cyfr na złość chłopakowi, z którym aktualnie się pokłóciła, być pijana, gdy Cię spotkała, realizować przegrany zakład z koleżankami, albo – jak to kobiety często mają w zwyczaju – wrócić do domu i się rozmyślić. Ewentualnie przypomnieć sobie, że jest lesbijką i tylko się zgrywała. Nie ma reguły.

Możliwość wpakowania się na minę

Tinder: ryzyko, że osoba, z którą rozmawiasz w rzeczywistości okaże się niezrównoważona emocjonalnie lub absolutnie nie podobna do tej z aplikacji, jest całkiem spore, bo jak w tej kampanii społecznej – „nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie”. Powiedzmy sobie, że trafienie na kolekcjonera kości albo blogera, który tylko udaje dziewczynę, żeby zebrać materiał do tekstu jest niewielkie, ale prawdopodobieństwo tego, że będzie brzydsza niż na zdjęciach jest już całkiem duże.

Na żywo: widziały gały co brały – w kwestii wizualnej masz podane danie na tacy. Jeśli oczywiście nie poznaliście się po pijaku w ciemnym klubie. W kwestii tego, czy przypadkiem nie jest jebnięta w głowę jest gorzej, bo takie rzeczy wychodzą po czasie i wszystkiego nie jesteś w stanie wyłapać w trakcie 15-minutowej rozmowy.

Czasochłonność

Tinder: założenie konta to jakieś 3 kliki, znalezienie pierwszej pary to jakiś kwadrans, a umówienie się na spotkanie to jakaś godzina pisania. Góra dwie.

Na żywo: wyjście do klubu to przynajmniej 3 godziny, a w przeważającej liczbie przypadków, CAŁA NOC, która później kończy się spaniem do południa i całym dniem kaca. A jeśli nie jesteś aktywnie działającym PUA to i tak nie masz pewności, czy COKOLWIEK z tego będzie.

Prawdopodobieństwo, że będziecie uprawiać seks / prawdopodobieństwo, że będzie z tego związek

Zarówno w przypadku Tindera jak i rzeczywistości, ile przypadków, tyle możliwości. Ani w jednej, ani w drugiej opcji nic nie daje Ci pewności, że – w zależności od potrzeb – znajomość skończy się szybkim seksem lub spotkasz materiał na związek. I w trakcie zakupów w galerii handlowej możesz trafić na osobę, z którą będziesz się tego samego wieczoru wymieniał płynami ustrojowymi, i na Tinderze możesz znaleźć miłość, która zaowocuje wspólnym kupowaniem poszewek na kołdrę w IKEA. A równie prawdopodobne, że spotkacie się raz i wyjdzie z tego tyle, co zawartość pełnego Pampersa.

Loteria.

Werdykt: czy podryw na żywo jest lepszy od podrywu na Tinderze?

Bardzo nie chciałem udzielać tej odpowiedzi pisząc „to zależy”, ale prawda jest taka, że niestety, to zależy.

To czy wyklikiwanie par na Tinderze i potem pisanie z nimi jest efektywniejsze od uwodzenia na mieście, zależy od tego, czy jesteś na etapie licealno-studenckim, czy pouczelniano-dorosłym. Jeśli chodzisz na zajęcia w trybie dziennym i do tego mieszkasz w koedukacyjnym mieszkaniu studenckim, to aplikacja randkowa nie ma Ci do zaoferowania nic, czego na co dzień nie znajdziesz w rzeczywistości. Jest tyle imprez, domówek, grilli, juwenaliów, projektów grupowych, czy zwykłego stania w kolejce do dziekanatu, że każdego dnia masz okazję w naturalny sposób poznać dziesiątki lasek. I nie zastanawiać się, czy na żywo są dużo grubsze niż na profilowym.

Jeśli jednak okres kupowania najtańszych parówek z Biedry i żywienia się zupkami chińskim wszelkich odmian masz już za sobą, to klikając serduszka i krzyżyki otwiera się przed Tobą całkiem nowe źródło znajomości. Jeśli dłuższy czas pracujesz na etacie lub, nie daj boże, jesteś wolnym strzelcem i zarabiasz na życie siedząc w domu, a Twoi znajomi albo dawno są po ślubie, albo właśnie takowy planują i większość spotkań wygląda jak zajęcia w szkole rodzenia, to Tinder daje Ci możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza. Bez konieczności duszenia się w papierosowym dymie, otępiania słuchu dudniącą muzyką, zarywania nocek i rozbijania świnki skarbonki przed wyjściem na miasto.

Podsumowując: jeśli jesteś około 20-tki, bujanie się po imprezach jest dużo lepsze niż Tinder, jeśli jednak jesteś około 30-tki, Tinder jest dużo efektywniejszy niż szlajanie się po klubach.

17 sposobów na obrzydzenie sobie wiosny

Skip to entry content

Jesienią moje samopoczucie spada jak Chudy i Buzz Astral pod koniec pierwszej części “Toy Story”, a myśli spowija ciemność gęsta jak smog nad Krakowem. Zimą wpadam w letarg i błąkam się między jawą a snem, jak DiCaprio w przedostatniej scenie „Incepcji”, starając się nie wpaść w limbo. Za to wiosną… Wiosną wracam do żywych! Biegam nadaktywny na endorfinowym haju, czuję, że świat jest mój, a słońce świeci tylko dla mnie. Wiosna jest jak strzał najwyższej jakości kompotu dla heroinistów.

Mimo, że to najpiękniejsza pora roku, to da się ją skutecznie obrzydzić i poczuć wstręt do tego całego rozkwitu się fauny i flory. Mówisz, że to niemożliwe? Że nie da się mieć odruchu wymiotnego patrząc na przebiśniegi? To…

1. Stań przed przed lustrem w t-shircie i krótkich spodenkach. Stwierdź, że jesteś gruby.

2. Siądź na murku nad Wisłą. Podglądaj randkujące pary, przypominając sobie, że od roku jesteś sam.

3. Przejrzyj szafę. Zorientuj się, że nie masz żadnych fajnych niezimowych ciuchów.

4. Zobacz ludzi jeżdżących na rowerze. Narzekaj, że nie masz swojego.

5. Zaplanuj spontaniczną podróż stopem. Na którą nie pojedziesz, bo pracujesz.

6. Pójdź na piwo w plener. Dostań mandat za picie w miejscu publicznym.

7. Wybierz się na spacer do parku. W którym ostatni raz byłeś ze swoją byłą.

8. Dostań uczulenia na pyłki i słońce. Ni z tego, ni z owego w wieku 25 lat.

9. Upij się na ognisku kwietniowym. Zgub telefon, portfel i wszystkie dokumenty.

10. Przejedź się tramwajem. Z bezdomnymi. Bez klimatyzacji.

11. Przypomnij sobie o dniu wagarowicza. I o tym, że nie obchodzisz go już od 9 lat, bo jesteś za stary.

12. Odbierz fakturę za ogrzewanie. Rachunek za okres grzewczy po zimie w kamienicy zawsze poprawia humor.

13. Umów się na kawę na rynku. Zażenuj się bydłem, które robią pijani angole pod Mariackim w środku dnia.

14. Pójdź na lody na Starowiślną. Spędź 45 minut w kolejce.

15. Postanów sobie, że będziesz biegał przed pracą. Sprawdź poziom zanieczyszczeń powietrza przed pierwszym treningiem.

16. Wybierz się pojeździć na rolkach na Błonia. Najlepiej minutę po meczu Wisły/Cracovii.

17. Wejdź w psią kupę.

Nie ma za co.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Lynn Friedmann