Close
Close

Jak kreować negatywny obraz Polski bez wychodzenia z domu?

Skip to entry content

Od jakiegoś czasu jest głośno wokół trójki polskich Youtuberów nagrywających piosenki kabaretowe pod szyldem Gang Albanii. W swoim repertuarze mają taki utwór jak “Napad na bank” opowiadający o – uwaga, uwaga, nie zgadniecie! – napadzie na bank. Piosenka ma świetny podkład, dość przeciętny tekst, takie samo wykonanie i wyjątkowo słaby teledysk, jednak ze względu na swój kabaretowy humor i wulgarność, zyskała ogromną popularność. Ponad 24 miliony odsłuchań w rok. Do “Ona tańczy dla mnie” trochę brakuje, ale już nie tak dużo.

Czemu o tym piszę? Z powodu szkody jaką sobie robimy za granicą bez wychodzenia z domu.

Wczoraj na Facebooku ktoś znalazł Wietnamczyka, który nazywa się Naapada Nabang i skojarzył, że jego imię i nazwisko fonetycznie brzmi podobnie do wcześniej wspomnianego “Napad na bank”. I co z tego, spytacie? To, że od wczoraj profil tego człowieka przeżywa najazd Polaków. Kilkanaście tysięcy osób stwierdziło, że fakt podobieństwa między tytułem piosenki, a nazwiskiem przypadkowej osoby jest tak zabawny, że trzeba zalać ją tą informacją.

Robiąc przy okazji turbo bydło i kreując negatywny obraz Polski.

Potop

napaada nabang

Niczego nieświadomy Azjata wczoraj zaczął być zasypywany zaproszeniami do znajomych, prywatnymi wiadomości i komentarzami na jego profilu w niezrozumiałym dla niego języku, bo – przypomnijmy – wietnamski nie jest podobny do polskiego. Wcale. I nie mówimy tu o kilkunastu wiadomościach, czy kilkudziesięciu komentarzach, tylko o tysiącach. TY-SIĄ-CACH.

Wczujcie się w jego sytuację, jecie sobie niedzielny obiad z rodziną, ciesząc się końcówką weekendu, a tu nagle Wasz telefon zaczyna wariować i dostajecie dzikie liczby wiadomości po mongolsku. Nawet nie wiecie, w której części mapy są ludzie porozumiewający się tym językiem. Chcecie skontaktować się ze znajomymi, ale nie jesteście w stanie, bo nie ma jak się przebić przez falę ciągle napływających powiadomień.

Przez chwilę to może być śmieszne nawet dla obu stron, ale na dłuższą metę to uniemożliwienie korzystania ze swojego konta. Niefajnie, co?

Dzicz

dzicz 2

dzicz 1

dzicz 3

dzicz 4

dzicz 5

dzicz 6

dzicz 7

O ile napisanie “Naapada Nabang, kiedy napadasz na bank?” raz, może być śmieszne, o tyle robienie tego po raz setny jest już mega męczące. Ale to nic, dołóżcie do tego rzucanie wulgaryzmami w tego bogu ducha winnego człowieka i jawne manifestowanie rasizmu. Jesteście już zażenowani? To wmiksujcie w to jeszcze sugerowanie, że Jan Paweł II był pedofilem i spuentowanie tego bydła hasłem “Jestem z polski. Kurwa!”. Napisanie nazwy własnego kraju mała literą, to musi być duma, co? Ale co ja się czepiam, jest “kurwa” na końcu, więc wszystko się zgadza. I teraz pomyślcie, że któryś z tych komentarzy ten człowiek przetłumaczył sobie na wietnamski. Albo lepiej, że ktoś z jego znajomych zna polski. Albo jeszcze lepiej, że któryś z ichniejszych tabloidów, jakiś lokalny naTemat, podchwyci tę sytuację i wysmaruje o tym jednostronny, subiektywny artykuł, charakteryzujący wszystkich Polaków.

Piękna wizytówka naszego kraju, co?

Kradzież tożsamości

Gdyby rasizmu, mieszania z błotem i upadlania symbolu Polski było mało, to nasi rodacy postanowili na wszelki wypadek pójść krok dalej. I tworzyć Wietnamczykowi profile podszywające się pod niego. Kradnąc jego zdjęcia i dane osobowe. Kradnąc jego tożsamość. Cudowne. Z pewnością każdy z Was o tym marzy, żeby z prywatnej, anonimowej osoby, zupełnie bez swojego udziału i żadnego powodu stać się maskotką internetu, która będzie eksploatowana dopóki się nie znudzi, a potem zostanie rzucona w kąt. Z tym, że to, że odwróci się od niej zainteresowanie, nie znaczy, że chaos wokół niej zniknie.

Wyobraźcie sobie, że ktoś stworzył Wam kilkanaście profili, na których widnieje Wasza twarz, Wasze imię i Wasze nazwisko. I nie macie wpływu na to, co jest na nich publikowane. A może to być dosłownie wszystko, zarówno “memy”, na których zamiast nosa macie pochwę, jak i treści sugerujące odmienną orientację, bądź uderzające w Waszą religię albo w aktualnego prezydenta. Tłumaczenie się z tego pracodawcy lub prokuraturze musi być przezabawne.

Boki zrywać.

Użyj wyobraźni

Kieruję ten tekst do osób, które uważają tę sytuację za śmieszną albo dołożyły swoją cegiełkę do tego, żeby jeszcze ją dośmiesznić.

Możecie sobie z tego nie zdawać sprawy, ale posługując się językiem polskim i mówiąc, że jesteście z Polski, reprezentujecie nie tylko siebie, ale cały kraj. I nie musicie nawet wyjeżdżać za granicę, żeby to robić. Wystarczy, że napiszecie coś na facebookowym profilu jakiegoś obcokrajowca. Jeśli będziecie mili i kulturalni, tak też będzie postrzegane miejsce, z którego pochodzicie. I to samo tyczy się sytuacji, gdy będziecie zachowywać się jak jaskiniowcy. Przez pryzmat tego co robicie, ktoś będzie wyrabiał sobie opinię o całym narodzie. Teraz może mało was to interesuje, bo siedzicie w cieplutkim domku na wygodnej kanapce, ale gdy pojedziecie do Wielkiej Brytanii, a ktoś będzie widział w was chlejące wódę bydło, nie będzie wam już tak milutko.

Skojarzenie, że Napaada Nabang i “napad na bank” brzmi podobnie może i jest śmieszne, ale sugerowanie komuś z drugiego końca globu, że kraj, o którym jak dotąd nie miał pojęcia, zamieszkują same dzikusy, już tak śmieszne nie jest. Zwłaszcza, gdy to twój kraj.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Paul Gillard
(niżej jest kolejny tekst)

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących

Skip to entry content

Żyjąc w internecie i z internetu, na co dzień spotykam się ze słowami, które raczej by się nie przyśniły Mickiewiczowi, a i Bralczyk mógłby mieć z nimi kłopot. Czytasz jakąś dyskusję pod statusem znajomego o problemach w pracy i trafiasz na gęsty jak smoła miks angielskiego z technicznym słownictwem informatycznym i szczątkowy polski? I czujesz się zagubiony jak dziecko Macierewicza w smoleńskiej mgle?  To korpomowa.

Mimo, że nigdy nie pracowałem w typowej korporacji, i w nietypowej w zasadzie też nie, to branża reklamowa kocha wszelkie abstrakcyjnie brzmiące akronimy i makaronizmy. Dlatego, jeśli właśnie zacząłeś pracę w międzynarodowym konglomeracie, albo przez przypadek trafiłeś na profil Junior Brand Managera na Facebooku i chcesz zrozumieć, o czym Ci dziwni ludzie mówią, to służę pomocą.

Oto korpomowa przełożona na polski, czyli słownik korporacyjnych pojęć dla początkujących.

Fokusować się (focus) – znaczy dokładnie to samo co „skupiać się”, ale po angielsku brzmi poważniej i można udawać, że to jakiś zaawansowany proces.

Przykład zastosowania: kiedy współpracownik namawia Cię na piętnaste wyjście na fajkę w trakcie godziny, mówisz, że nie możesz, bo musisz sfokusować się na projekcie.

ASAP (as soon as possible) – w korpomowie rzucany częściej niż wulgaryzmy w „Psach”, po polsku znaczy „jak najszybciej to możliwe”.

Przykład zastosowania: gdy wybierzesz się do toalety na dłuższe posiedzenie i w trakcie obrad orientujesz się, że nie ma papieru, wysyłasz ze służbowego telefonu maila do kolegi z działu, że potrzebujesz chusteczek na asapie.

Mieć bekap (backup) – wbrew pozorom nie chodzi o zapasową kopię danych na dyskietce 3,5 cala, tylko osobę, która może przejąć Twoje obowiązki i zastąpić Cię, wykonując pracę na Twoim stanowisku.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz wziąć wolne i pojechać z żoną na podróż poślubną, słyszysz od szefa, że nie masz bekapu, więc musisz ją przełożyć na inne życie, bo bez Ciebie firma się załamie.

AFAIK (as far as i know) – z tego co mi wiadomo. Dziwię się, że jeszcze nikt nie spolszczył tego akronimu na ZTCMW.

Przykład zastosowania:

– Karolina jest wolna?

– AFAIK sypia z naszym menadżerem.

Ołpenspejs (openspace) – w dosłownym tłumaczeniu „otwarty kosmos”, w rzeczywistości to duża, otwarta przestrzeń biurowa, przypominając halę produkcyjną, w której ludzie pracują obok siebie, bez podziału na indywidualne biura. Coś jak klasa w podstawówce, tylko z kurewskim zgiełkiem.

Przykład zastosowania: kiedy wynajmujesz mieszkanie przy ulicy, po której jeżdżą tramwaje i właściciel pyta Cię, czy nie będzie przeszkadzał Ci hałas, mówisz, że nie, bo na co dzień pracujesz w ołpenspejsie.

FYI (for your information) – pojawia się najczęściej w mailach i znaczy „do twojej wiadomości”.

Przykład zastosowania: gdy przełożona pyta, czy nie chciałbyś wziąć dodatkowego projektu na siebie i dodaje „FYI: ostatnia osoba, która mi odmówiła została zwolniona w trybie natychmiastowym”.

Mieć kola (call) – nie ma tu błędu i przy „l” nie brakuje polskiego znaku diakrytycznego. „Mieć kola” znaczy mieć zaplanowaną rozmowę telefoniczną, bądź wideorozmowę na Skype. Od normalnego połączenia przez telefon różni się to tym, że kol występuję tylko i wyłącznie jako rozmowa w sprawach służbowych.

Przykład zastosowania:

– Idziemy na lancz o 14?

– Nie da rady mordo, mam bardzo ważnego kola.

Target – najczęściej nie chodzi o grupę docelową produktu, a pracowniczą normę do wyrobienia na dany miesiąc.

Przykład zastosowania: gdy przełożony mówi Ci, że w tym kwartale nie dostaniesz premii, argumentuje to tym, że nie wyrobiłeś targetów.

Pan Kanapka – brzmi jak nazwa niskobudżetowego superbohatera? I w sumie tak jest. „Pan Kanapka” to człowiek, który jest obwoźnym Subwayem. Przychodzi rano do budynku z torbą wypakowaną jedzeniem i chodzi po biurach, oferując gotowe śniadanko w postaci kanapek i sałatek.

Przykład zastosowania:

– Żona zrobiła mi na drugie śniadanie bezglutenowego sandwicha z jarmużem, humusem, guacamole i grillowanymi wnętrznościami azjatyckich dzieci, chcesz spróbować?

– Nie, dzięki, poczekam na Pana Kanapkę.

Dedlajn (deadline) – wydawać by się mogło, że to hasło związane ze śmiercią, jednak nie, tyczy się punktualności i oznacza „termin”. Choć w niektórych korpo, faktycznie, przekroczenie dedlajnu może być równoznaczne z natychmiastowym zgonem spowodowanym przez zwierzchnika.

Przykład zastosowania: kiedy szefowi bardzo zależy na tym, żebyś powierzone Ci zadanie wykonał na czas, może powiedzieć, że jeśli nie dotrzymasz dedlajnu, wylecisz z pracy przez okno razem z biurkiem.

Fakap (fuck-up) – wbrew pozorom, to nie określenie seksu na półpiętrze, a najmodniejszy w ostatnich czasach synonim „zawalenia sprawy”. I mimo, że nie trzeba kończy anglistyki, żeby wiedzieć, że „fuck” to wulgaryzm, to jakieś 90% osób używających tego grepsu udaje, że jest zupełnie odwrotnie. Rzucając na prawo i lewo „fakapami” i jednocześnie krzywiąc się, gdy ktoś powie, że „zjebali projekt”.

Przykład zastosowania:

– Czemu Krzysiek już z nami nie pracuje?

– Bo zrobił duży fakap.

Mieć miting (meeting) – to dość proste, więc tłumacząc to hasło raczej nie odkryję nowego pierwiastka. Chodzi po prostu o „spotkanie”. Przepraszam bardzo, oczywiście „biznesowe spotkanie”, bo przecież jesteśmy w pracy.

Przykład zastosowania: kiedy pod przykrywką omówienia bieżącego projektu ustawiłeś się z chłopakami z innego działu, żeby ustalić co robicie w piątek, wpisujesz w kalendarzu pracowniczym, że masz miting.

Kejpiaje (KPI/key performance indicators) – powtarzając za Wikipedią „kluczowe wskaźniki efektywności”, czyli, przekładając na ludzki, rzeczy, które muszą się wydarzyć w trakcie realizacji projektu, aby szef Ci nie urwał głowy.

Przykład zastosowania:

– O ile zwiększyliśmy sprzedaż w segmentach H, W i DP?

– W sumie o 7,85%.

– A ile było napisane w Kejpiajach, że mamy zwiększyć?

– 8%.

– Kurwa…

Klepnąć akcept  (accept) – gdy jesteś osobą decyzyjną w jakimś zakresie, znaczy tyle co, „zaakceptować coś” lub „dać zgodę na działanie”.

Przykład zastosowania: jeśli pracujesz w zasobach ludzkich i pracownicy domagają się 5-warstwowego papieru toaletowego zamiast szarego, żeby takowy pojawił się w przy muszlach klozetowych, musisz dać akcept na jego zakup.

Kejs (case) – jest pojęciem tak wieloznacznym, że aż woda w mózgu może się zagotować. Szukając tego pojęcia w słowniku angielsko-polskim zobaczymy, że jest przetłumaczone zarówno jako pudełko, skrzynia, futerał, walizka, teczka, przypadek, wydarzenie oraz sprawa. W korposlangu „kejs” jednak funkcjonuje jako „zadanie”, którym należy się zająć, bądź je rozwiązać.

Przykład zastosowania: gdy po latach klepania nadgodzin awansujesz na stanowisko kierownicze i będziesz rozdzielał pracę na poszczególnych członków zespołu, na spotkaniu projektowym powiesz, że przydzielasz im kejsy.

Brif (brief) – „wprowadzenie do zadania” tudzież „opis projektu”. Dokument zawierający podstawowe informacje, z którymi należy się zaznajomić, aby zacząć pracę przy danym temacie.

Przykład zastosowania: jak już rozdzielisz podwładnym kejsy, musisz im wysłać bo briefie, żeby wiedzieli na czym się fokusować i nie zrobili żadnego fakapa.

Lancz (lunch) – po staropolsku to po prostu obiad, ale „lancz” brzmi bardziej światowo.

Przykład zastosowania: gdy zamiast hipsterskiej tarty z wątróbką z dzika, duszonym bakłażanem i carpaccio z buraka, żona zapakowała Ci na obiad mielonego z ziemniakami, mówisz współpracownikom, że dziś nie jesz lanczu, bo jesteś na diecie.

Sprawdź też: Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących część II

Zasada szczoteczki, czyli skąd wiadomo, że nie chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Nie chciałaś być sama. Już nawet nie chodziło o to, że na spotkaniach ze znajomymi, gdzie pary licytowały się na kupione szafki w IKEA, czułaś się jak piąte koło u wozu, równie na miejscu, co heteryk w gejowskim klubie. Wkurwiało Cię to jak bezpłatne nadgodziny, ale istotniejsze było co innego. Nie chciałaś być sama, bo miałaś już dość trzymania w sobie miłości na później. Tłamszenia wewnątrz tych wszystkich uczuć w pastelowych kolorach, które chciałaś dzielić z drugą osobą, ale wciąż musiałaś odkładać je na później. Później, które nie nadchodziło. Bałaś się, że stanie się z nimi to samo, co z tym winem, które dostałaś po obronie magistra i trzymałaś na specjalną okazję. Że od tego czekania, przekroczą datę ważności i zamienią się w ocet, a okazja nie nadejdzie.

Wzięłaś sprawy w swoje ręce. Poznaliście się przez tę straszną aplikację. Tę, którą wszyscy nazywali wirtualnym burdelem. To znaczy, wszyscy którzy o niej słyszeli, ale nigdy jej nie używali.

Napisał, że masz ładne okulary i wyglądasz w nich trochę jak Audrey Hepburn, co całkiem Cię ujęło, bo kupując je faktycznie myślałaś o swojej ulubionej aktorce. I było to o niebo lepsze, niż te wszystkie teksty o spadaniu z nieba i wiadomości typu kopiuj-wklej. Przed pierwszym spotkaniem pół dnia zastanawiałaś się jak się ubrać, chciałaś zrobić na nim wrażenie, ale jednocześnie nie chciałaś, żeby za dużo sobie pomyślał, starając się przy tym, abyś ani nie wyglądała jak po treningu na siłowni, ani jakbyś właśnie szła na studniówkę. Ostatecznie ubrałaś się jak na rozmowę o pracę. W charakterze hostessy. A on po prostu włożył luźne dżinsy, polówkę i sweter.

Mimo turbo dekoltu, udało mu się nie patrzeć na Twoje cycki przez całą randkę i nawet dał radę na tyle skupić się na rozmowie, by kilka razy Cię rozśmieszyć. Coś z tego będzie?

Wylądował między Twoimi udami na czwartym spotkaniu i na dobrą sprawę nie byłaś w stanie stwierdzić, czy to się stało “już”, czy “dopiero” na czwartym spotkaniu. Klasyczny dylemat singielki zmęczonej byciem singielką – zaspokoić swoją potrzebę bliskości, czy nie wyjść na łatwą? Na drugi dzień zadzwonił. I na trzeci. I na czwarty. I po tygodniu trudno było Ci wytrzymać więcej niż dobę bez usłyszenia jego głosu. I dosiadania go.

Seks był dobry. Bardzo dobry. Po takim czasie celibatu zadowoliłabyś się nawet kwadransowym misjonarzem, byleby tylko ktoś Cię wziął po, a nie przed grą wstępną, i dał się wtulić już po wszystkim, a tu nieoczekiwanie dostałaś mistrza minety i wirtuoza łechtaczki w jednym.

Kiedy lepka od podniecenia wchodziłaś na niego, wiedział co z Tobą zrobić. Wiedział jak Cię dotykać, kiedy przyspieszyć i w którym momencie złapać Cię za szyję żebyś doszła. Wiedział to tak dobrze, że zaczęłaś się zastanawiać ile innych musiał mieć przed Tobą, żeby posiąść tę wiedzę. I ile będzie miał po Tobie.

Pobawi się i zostawi? Zależy mu tylko na seksie?

Poza byciem w Tobie, zdarzało Wam się być razem też w innych sytuacjach. Zdobywaliście się na takie wariactwa jak wyjście do kina, obiad na mieście, a nawet spacer. Raz doszło do tego, że aż wyszliście na piwo z Twoimi znajomymi i jakimś cudem nie pozabijałaś ich tulipanem z barowego kufla, gdy zaczęli przerzucać się kompromitującymi faktami z Twojego życia. Był pierwszym facetem od 3 lat, z którym chciałaś robić coś więcej niż udawać zainteresowanie i wmawiać sobie, że nie ma ideałów i najważniejsze to, żeby mentalnie był choć trochę dojrzalszy niż Kuba Wojewódzki. Wpadałaś w niego jak w ruchome piaski i bałaś się, że po drugiej stronie może jednak nie być tęczy i gara ze złotem.

Było Ci z nim dobrze, gdy przychodził do Ciebie wieczorami… ej, ej, stop! Koniec o seksie! Ustaliliśmy, że znaleźliście w tym temacie wspólną płaszczyznę. Mówiąc dosłownie. Dobra już, wróćmy na ziemię niewyżyta kobieto, życie nie kręci się tylko wokół łóżka! Jeszcze raz: było Ci z nim dobrze, był inteligentny, potrafił Cię rozśmieszyć i miał dużo mniejsze ego niż kutasa, przez co lubiłaś z nim spędzać czas również w pozycji wertykalnej. I miałaś wrażenie, że jest to lubienie z wzajemnością. Tyle, że wrażenia mają to do siebie, że bywają złudne, a Ty ciągle nie byłaś pewna na czym stoisz. Mijały już 2 miesiące, a Ty wciąż nie poznałaś żadnego z jego znajomych, bywały dni, że nawet nie wysłał Ci głupiego smsa o tym, że pada i jest wtorek, nigdy nie mówił o Was w liczbie mnogiej, a na imprezę firmową poszedł sam. Lub z inną.

Kolejne zestawy pościeli lądowały w praniu, a Ty wciąż nie wiedziałaś, czy coś z tego będzie.

Nie składaliście sobie żadnych deklaracji, nie wpuścił Cię do swojego świata na tyle, byś mogła czuć się jego częścią i zastanawiałaś się, czy znów nie otworzyłaś serduszka przed kimś, kto nie chciał się w nim zadomowić, tylko sprawdzić, czy wygodne. Kolejny raz, bo już trafiłaś na pana, który pozwolił zakwitnąć uczuciom, które w Tobie rosły, by z dnia na dzień odciąć im dopływ wody i pozwolić im zwiędnąć jak zwykłym chwastom. Bolało za pierwszym razem. Bolało za drugim razem. I nie chciałaś po raz trzeci czuć bólu, gdy ktoś ususza to, co najdelikatniejszego nosisz w sobie. Bałaś się, że to, co Ty widziałaś jako ziarno kiełkującego związku, dla kogoś było tylko zbędny nasieniem, które się oddaje, wdeptuje w glebę i idzie dalej.

Piętrzący się chaos w Twojej głowie poukładało jedno niepozorne zdanie, wypowiedziane tuż przed tym, jak znowu miałaś ułożyć się do snu, opierając o jego ramię i zastanawiając, czy będzie następny raz.

– Zostawiam u ciebie swoją szczoteczkę, pamiętaj, że ty masz z Colgate, a ja Oral-B, bo obie są zielone.

– Szczoteczkę?

– No, szczoteczkę. Do mycia zębów. Wiesz, takie plastikowe coś z włóknami na co kładziesz pastę i wkładasz do ust, a potem przeciągasz po tym czymś, co ci wystaje z dziąseł, posuwistymi ruchami. Nasza cywilizacja nazywa to szczoteczką do zębów.

Jeśli mężczyzna zostawia u Ciebie swoją szczoteczkę do zębów, to możesz mieć pewność, że coś z tego będzie. Gdyby interesował go tylko seks, nawet by o tym nie pomyślał, nie mówiąc już o wykonaniu tak skomplikowanego procesu, jakim jest pójście do sklepu i kupienie jej. Nie wiedziałaś, że faceci to lenie i dopóki się nie zaangażują, mogą całe tygodnie myć zęby palcem, jak na zielonej szkole?

Teraz już wiesz. Nie ma za co.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tomaz Stolfa