Close
Close

“Speed dating”, czyli jak wyglądają szybkie randki?

Skip to entry content

Mam taką dziwną przypadłość, że zawsze wszystko chcę sprawdzać osobiście, a jak już usłyszę, że czegoś się nie da, to najczęściej działa to na mnie jak płachta na byka. Z tej mojej osobliwej potrzeby konfrontowania obiegowych opinii z rzeczywistością, wziął się choćby tekst o zawieszonej kawie, która biła rekordy popularności, a okazała się zupełnie nietrafionym pomysłem. Tym razem było nieco inaczej. Szybkie randki pierwszy raz zobaczyłem w jakimś amerykańskim filmie i wydawało mi się to mega spoko pomysłem, natomiast później natknąłem się w internecie na kilka opinii, że to „żałosne swatanie dla frustratów”.

Bardzo byłem ciekaw na ile to pieprzenie w stylu „nie byłem, nie widziałem, nie znam się, ale się wypowiem”, a na ile prawda, dlatego zapisałem się na pierwszy możliwy termin, żeby przekonać się samemu. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I po czterech udziałach w tego typu spotkaniach, mogę Wam powiedzieć jak naprawdę wygląda “speed dating”.

O co chodzi i na czym to polega?

Jak sama nazwa wskazuje, polega to na randkach, które są szybkie. W standardowym spotkaniu tego typu bierze udział 15 kobiet i 15 mężczyzn. Panie siadają przy stolikach, a panowie się do nich dosiadają i rozmawiają ze sobą jak na normalnej randce. To znaczy, prawie jak na normalnej, bo na całą konwersację, i opowiedzenie jak się czyj pies nazywa, mają 5 minut, po czym następuje zmiana – panowie przesiadają się do kolejnego stolika. W efekcie, każdy z uczestników poznaje 15 osób płci przeciwnej. Jeśli ktoś wzbudzi Twoją sympatię lub wydaje Ci się, że byłbyś w stanie utrzymać wymianę zdań dłużej niż te 300 sekund, stawiasz krzyżyk przy jego imieniu. Jeśli druga osoba ma podobne wrażenie co do Ciebie i również skrzyżuje kreski przy Twoim imieniu, to – wtedy i TYLKO wtedy – po spotkaniu organizator podaje Wam kontakt do siebie.

To tyle w teorii, przejdźmy do praktyki.

Czy 5 minut wystarcza, żeby kogoś poznać?

Żeby kogoś poznać czasem nie starcza nawet całe życie, ale żeby stwierdzić, czy chcesz go spotkać jeszcze raz, to aż za dużo. Cytując Jarosława Psikutę z „Chłopaki nie płaczą” to „wystarczy mi dziesięć pierwszych słów, pięć pierwszych gestów jakiegokolwiek koleżki i już wiem”. Pierwsze wrażenie robi się dość szybko, a to właśnie na jego podstawie decydujemy, czy nowo spotkana osoba zostanie kimś więcej, czy tylko przelotnym nieznajomym. Turbo mały limit czasu jest też zdecydowanie plusem w drugą stronę – jeśli trafisz na kogoś, kto absolutnie Ci nie pasuje, nie musisz się męczyć dwóch godzin, tylko wiesz, że za kilka minut usłyszysz dzwonek przerywający tę katorgę.

Kto przychodzi na szybkie randki?

W domyśle – czy to sami frustraci i brzydkie laski?

Podczas każdego z czterech razy, kiedy brałem w tym udział, uczestnicy byli bardzo przekrojowi, oscylując między 20, a 28 rokiem życia. Jeśli chodzi o kobiety, były zarówno zahukane szare myszki, głodne nowych przygód studentki, szukające na gwałt partnera Matki Polki, jak i dziewczyny, które po prostu chciały poznać kogoś spoza swojej stałej paczki znajomych. Co do facetów, to były i flanelowe koszule z AGHu, i wypacykowani lowelasi, i drwale, i początkujący sprzedawcy zapałek, to znaczy młodzi biznesmeni, i nieprzesadzeni w żadną stronę, zadbani mężczyźni. I każda z tych grup była równo liczna.

Innymi słowy, przeciętna reprezentacja obu płci, jak na „normalnej” imprezie.

Czy to przypał iść na „takie coś”?

Mam dość daleko przesuniętą granicę wstydu, ale nie wydaje mi się, żeby siarą było próbowanie nowych rzeczy, poznawanie ludzi, a przede wszystkim próba zmiany stanu, który Ci nie odpowiada. Czyli z „wolnego” na „w związku”. Jeśli już rozważamy coś w kategoriach obciachu, to raczej bardziej bym się wstydził narzekać na bycie samemu i nic z tym nie robić, niż czuć jakiś dyshonor, że podejmuję działania mające to zmienić.

Poza tym, to ciekawe doświadczenie i całkiem spoko zabawa, tak że absolutnie nie wyczuwam w tym przypału.

Czy warto iść na „speed dating”?

Średni koszt udziału w takim spotkaniu, to 30zł. Trochę więcej niż bilet do kina, trochę mniej niż bilet do teatru, dokładnie tyle co flaszka wiśniówki i paczka parówek. Niewiele, a biorąc pod uwagę, że poznajesz za jednym zamachem 15 osób, to nic. Jeśli nie wierzysz, to przelicz sobie ile poszło na ostatni wojaż po klubach.

Niska cena w stosunku do ilości to plus, minusem natomiast jest jakość.

Absolutnie nie wiesz czego możesz się spodziewać. Gdy idziesz na dicho albo wyklikujesz pary na Tinderze, widziały gały co brały. Szybkie randki to za każdym razem kupowanie kota w worku i nigdy nie wiesz, czy będą laski/faceci w Twoim typie, czy zupełnie z drugiego bieguna (przy czym, przypomnijmy, że “nie w Twoim typie” nie równa się “brzydki”). Niespodzianki są fajne kiedy są fajne, ale kiedy są niefajne, to są chujowe. Wciąż to lepsze rozwiązanie, niż siedzenie w domu i narzekanie jak jest źle, jednak pod kątem efektywności ten sposób znalezienia partner oceniam dość nisko. Ale jest jedno duże ALE. Jeśli masz problem z rozpoczynaniem kontaktu, czy prowadzeniem rozmowy, to jest to naprawdę dobre ćwiczenie i jeśli miałbym komuś doradzić pójście na szybkie randki, to najbardziej właśnie osobom z problemami w komunikacji.

Największą wartością jaką wyciągniesz z błyskawicznego spotkania z 15 osobami płci przeciwnej, jest odkrycie, że sposób w jaki zaczniesz rozmowę nie ma znaczenia. Istotne jest, żeby w ogóle ją zacząć.

(niżej jest kolejny tekst)

Motta, które miały wpływ na moje życie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

„Nie mieć życiowego motta, to jak przybijać gwoździe bez młotka”, jak to mawia Paulo Coelho i faktycznie, muszę przyznać, że wykonywanie tej czynności patelnią, czy paletką do ping-ponga jest zdecydowanie trudniejsze i mniej efektywne. I z życiem jest podobnie, mając jakąś sentencję, czy złotą myśl, którą człowiek na co dzień się kieruje, wiele spraw bywa prostszych i mniej wymagających zastanowienia się.

Każdy z nas prędzej, czy później trafia na jakąś maksymę, bądź hasło, z którym się identyfikuje, które go określa lub w prawdziwość którego po prostu wierzy. U mnie wraz z czasem motta życiowe ewoluowały i zmieniały się, przechodząc od babcinych powiedzeń, przez mądrości osiedlowo-ludowe, aż po całkowicie świadomie wybrane sentencje artystów, którzy byli moimi autorytetami, bądź idolami. Próbę czasu przetrwały tylko 3 z nich, mając jednocześnie największy wpływ na moje życie i kształtując moje postrzeganie świata, pomagając przy podejmowaniu decyzji i sprawiając, że dziś jestem tym, kim jestem.

najgorsze co możesz zmarnowac to talent

„Najgorsze co możesz zmarnować to talent” – nigdy nie wiedziałem, na ile sobie to wmawiam, a na ile tak faktycznie jest, ale zawsze wierzyłem w to, że mam talent do operowania słowem i że wyrządziłbym samemu sobie ogromną krzywdzę, jeśli nic bym z tym nie zrobił. Czas leci nieubłaganie, czy tego chcemy czy nie i czego byśmy nie robili, to nigdy nie stanie w miejscu, raz roztrwonione pieniądze zawsze możemy ponownie zarobić, ale jeśli mieliśmy ku czemuś predyspozycje i kompletnie nic z tym nie zrobiliśmy, to w końcu zaczyna to uwierać jak kamień w bucie.

Ten cytat, to wers Reno z utworu „Musisz klaskać”, który usłyszałem jako 19-latek i mimo iż czułem, że jest prawdziwy, to nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo. Gdy dziś, po latach, spotykam się ze znajomymi, którzy w młodzieńczych czasach zapowiadali się na świetnych muzyków, czy sportowców, ale nie chciało im się angażować i zakasać rękawów do pracy, często teraz, myśląc, gdzie by byli, gdyby wtedy nie odpuścili, żałują niewykorzystanego potencjału. Potencjału, który niezmarnowany dopełniłby ich życia, w wielu przypadkach czyniąc je lepszymi

Przywołuję to hasło, za każdym razem, gdy myślę, że nie chce mi się pisać książki, bo to zbyt wymagające zadanie.

kto chce znajdzie sposób, kto ine chce znajdzie powód

„Ten kto nie chce, znajdzie powód, ten kto chce, znajdzie sposób” – od zawsze nienawidziłem wymówek i tłumaczenia się czemu coś “nie wyszło”, zrzucając odpowiedzialność na osoby trzecie albo szerzej nieokreślone „czynniki losowe”. Nienawidziłem zarówno, gdy ktoś usprawiedliwiał się przede mną w ten sposób, jak i gdy ja sam próbowałem się tak tłumaczyć. Nienawidziłem tego, bo wiedziałem, że to kłamstwo. Jeśli mówisz, że czegoś się nie da, to nie znaczy, że to niemożliwe, tylko, że Ty tego nie potrafisz, a raczej po prostu Ci się nie chce. Nie chce znaleźć sposobu albo czasu, żeby to zrobić. Za to z szukaniem powodów, które będą dobrą wymówką, czemu czegoś nie robić, już nikt nie ma problemu.

jeśli będziesz robił to co zwykle będziesz dostawał to co zwykle

„Jeśli będziesz robił to, co zwykle, będziesz dostawał to, co zwykle” – to jest tak proste, a tak genialne, że gdy to odkryłem, czułem się jakbym wynalazł koło. Ta sentencja znaczy mniej więcej tyle co „jeśli chcesz zmienić swoje życie, to po prostu musisz coś w nim zmienić”. Są tysiące osób, które narzekają, że nie mogą znaleźć sobie partnera, ale gdy spotykają kogoś atrakcyjnego nigdy nie inicjują kontaktu. Są tysiące osób, którym przeszkadza, że są wykorzystywane w pracy, ale nigdy wprost się nie sprzeciwiają, gdy ktoś dokłada im obowiązków. Są tysiące blogerów, których frustruje, że nie mają niszowe blogi, ale nie robią nic, żeby poszerzyć tematykę albo ją zmienić.

Są miliony ludzi, którzy kurczowo trzymają się utartych schematów i dziwią się, że nic się nie zmienia i za każdym razem jest tak samo.

Też byłem taki i mimo, że mój sposób nawiązywani relacji z dziewczynami zupełnie się nie sprawdzał, z uporem maniaka w kółko go powielałem. Aż nie trafiłem na książkę „NLP. Wprowadzenie do programowania neurolingwistycznego”, w której przeczytałem to zdanie i wszystko zaczęło się zmieniać. Nie, nie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powoli i nierzadko bólach, ale upragniona zmiana następowała, bo wkładałem do równania inne zmienne, więc siłą rzeczy, wynik nie mógł być ten sam. Nadal, jeśli tylko jestem niezadowolony z jakiegoś aspektu, stosuje się do tej zasady i prędzej, czy później, jest tak jak chcę, żeby było.

sprith your truth

Te 3 złote myśli, to najistotniejsze motta, którymi kieruję się w życiu i które mają wpływ na mnie, jednak nie piszę o nich przypadkowo. Właśnie ruszyła akcja #SprayYourTruth, organizowana przez markę STR8 – producenta męskich kosmetyków. Przekładając na polski i tłumacząc łopatologicznie, chodzi o wysprejowanie swojej prawdy, czyli stworzenie grafiki z sentencją, która Was wyraża, którą kierujecie się w życiu lub opisuje to, co robicie. Na specjalnie przygotowanej w tym celu stronie, znajdziecie prosty kreator, który pozwoli Wam wrzucić Wasze motto na jakieś ładne tło i… zawalczyć o nagrody!

Każdy, kto stworzy grafikę ze swoją życiową maksymą, może wygrać jedną z kozackich nagród do rozwijania swoich zainteresowań. STR8 wspiera zajawkowiczów i ludzi z pasją, stąd pula nie jest przypadkowa, można zgarnąć między innymi: bilety na Openera, konsolę PS4, lustrzankę Nikona,  2000zł na zakupy modowe, projektor Benq, kamerę GoPro 4, a także nagrodę główną – 5000zł na podróż do dowolnego miejsca na Ziemi!

—> Weź udział w konkursie i zawalcz o 5000zł! <—

Dajecie znać jakie są motta, które miały wpływ na Wasze życie, a jeszcze lepiej, wklejcie w komentarzach swoje grafiki!

8 sytuacji, w których możesz skasować czyjś komentarz

Skip to entry content

Jak powszechnie wiadomo, usuwanie komentarzy, a już nie daj boże i niech cię ręka Allaha broni, banowanie ludzi w internecie jest zamachem na wolność słowa. Bo przecież wolność słowa nie polega na tym, że masz prawo wyrazić zdanie na jakiś temat w SWOICH kanałach komunikacji. Nie. Wolność słowa polega na tym, że możesz przyjść do CZYJEGOŚ domu i pouczać go jak ma wychowywać dzieci, udzielać rad na temat odżywiania i spuentować swoją wypowiedź tym, że ma gówniany kolor ścian i natychmiast powinien go zmienić. Bo to przecież tylko Twoja opinia.

Wyrażasz tylko swoje zdanie, co nie? A jak ktoś ma z tym problem, to najwyraźniej nie radzi sobie z krytyką.

Mimo, że, według Januszów i Sebixów, wolność słowa daje ci prawo wejścia do czyjegoś internetowego domu – na jego bloga, konto na Twitterze, fanpage na Facebooku, czy profil prywatny – pouczania go i zachowywania się jakby to miejsce należało do Ciebie i ty byłbyś jego panem, to konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej przewiduje 8 wyjątkowych sytuacji, w których taki komentarz można usunąć. A nawet dać bana jego autorowi. I nie narazić się na wizytę CBŚ, zgłoszenie do prokuratury, interwencję policji, ani kontakt z innymi organami ścigania walczącymi z cenzurą w internecie.

Jakie to sytuacje?

1. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób Cię obraża

Nie ma znaczenia, czy to pojazd wprost typu “ale pierdolenie”, czy pośredni “zjedz coś czasem, bo sama skóra i kości”, czy bardziej zawoalowana obraza w stylu “jak na kobietę to całkiem niezły tekst, rozkręcasz się”. Wyobrażasz sobie, że ktoś przychodzi na Twoje urodziny i robi Ci przy wszystkich gościach takie przytyki personalne? Za ucho i za drzwi, nie ma takiego bicia.

2. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób obraża innych

Tym razem masz imieniny i jakiś Mirek na gazie, który wbił się na imprezę na krzywy ryj, mówi, że Twój brat ma brzydką koszulę, Twoja dziewczyna krzywe nogi, a Twój kumpel z pracy wygląda jak przez okno. Jeśli ktoś w komentarzach w internecie ciśnie po Twoich znajomych, czytelnikach albo jakimś autorytecie, to zdecydowanie musi zmienić piaskownicę, jeśli nie umie bawić się z innymi.

3. Zarzucanie czegokolwiek niezgodnego z prawdą

Tekst typowo napisany pod kliki.

Napisałeś to tylko po to, żeby wzbudzić kontrowersje, co nie?

Gdyby ci zapłacili zareklamowałbyś nawet gówno, a potem je zjadł?

Bronisz homosiów, bo sam jesteś ciepły.

To prawda, że byłeś z XYZ, ale cię zostawiła bo ABC?

Lewacka propaganda.

Do czego to doszło, żebyś musiał się tłumaczyć we własnym domu. I to z czegoś czego nie zrobiłeś. I co jest absolutnie nieprawdą. Absurd, co? No, to do zsypu z nim.

4. Czepialstwo

Ja rozumiem, że ktoś może dbać o poprawność językową i mieć na względzie prawidłowe posługiwanie się polskim, ale gdy widzisz, że notorycznie komentuje Twoje teksty tylko wtedy, gdy znajdzie w nich błąd – a często szuka błędów na siłę, nawet wtedy, gdy ich nie ma – to jest to zwykłe dopierdalanie się. Podobnie, gdy tworzysz treści wizualne – zdjęcia kulinarne albo modowe – a ktoś jedyne co w nich widzi, to drobne niedociągnięcia, mające marginalny wpływ na odbiór całości. O których oczywiście nie może poinformować Cię wysyłając wiadomość prywatną, tylko pisząc publiczny komentarz, tak by koniecznie inni również zwracali na to uwagę.

Nie jesteś psim ogonem, żeby jakiś rzep tak się Ciebie czepiał. Ban.

5. Podpisywanie się adresem bloga

Zamiast imieniem i nazwiskiem albo ksywką.

Wiesz, czemu ktoś pisząc komentarz u Ciebie na blogu, robi to nie jak Grażyna Nowak, tylko Grazynabloguje.blogspot.com? Bo liczy, że ktoś inny widząc tę porywającą domenę kliknie w nią i przejdzie do niej na bloga. Czyli zrobi sobie u Ciebie darmową reklamę. Bo przecież po to angażujesz tyle czasu, energii, pomysłów i nerwów w prowadzenie swojego miejsca w sieci, żeby wszystkie domorosłe asy marketingu mogły się u Ciebie reklamować, co nie? Spryciule. Nic, tylko pogratulować genialnego pomysłu. Pogratulować przyciskiem “delete”.

6. Przejaw buractwa

Jeśli ktoś w komentarzu, choćby na Twoim prywatnym profilu na Facebooku, pisze, że “murzyny to maupy, hehe, i tak śmisznie skaczom na teledyskach, hehe”, ewentualnie “i po ch*j sie te baby pchają do polityki, poje*ane, trza było zostać przy garach, a nie”, to nie ma sensu dyskutować. Jeśli jego najbliższe otoczenie przez tyle lat go nie uświadomiło, że pojmuje świat jakby go właśnie wyciągnięto z piwnicy, to Ty też nie zrobisz tego w batalii w internecie. Tylko stracisz czas i nerwy, bo bardziej prawdopodobne, że on ściągnie Cię do swojego poziomu, niż, że Ty wciągniesz go na swój.

7. Gdy ktoś pyta czemu skasowałeś jego komentarz

Oczywiście nie w prywatnej wiadomości bezpośrednio do Ciebie, tylko w kolejnym, publicznym komentarzu, tak żeby przypadkiem nikomu to nie umknęło i, a nuż, udało się wywołać gównoburzę.

8. Gdy jakiś komentarz Ci się nie podoba

Jeśli to nie było czytelne, to na początku tego tekstu się zgrywałem. Kasowanie komentarzy i banowanie ludzi nie jest zamachem na wolność słowa. Jest zadbaniem o swoje miejsce w sieci. Twoje konto na Instagramie, Twój kanał na Youtube, Twój profil na Naszej-Klasie, Twój blog, to wszystko Twoje miejsca w sieci. Internetowe domy. Niezależnie, czy jesteś osobą “prywatną”, czy “publiczną”. I tak jak w rzeczywistym domu, tym, w którym budzisz się i zasypiasz, możesz zrobić co tylko Ci się podoba, bo jest TWÓJ.

Nikt nie ma prawa czegokolwiek na Tobie wymuszać, masz absolutnie wolną rękę.

Wyobraź sobie, że na kanapie w salonie, gdzie na co dzień się relaksujesz i korzystasz z rozrywki, usiadł obok Ciebie jakiś przypadkowy typ. Ani nie jest wulgarny, ani Cię nie obraża, ani nie przejawia buractwa w inny sposób, ale mimo to niewiarygodnie Cię irytuje. Wkurza Cię sposób w jaki się wypowiada, jego poglądy albo częstotliwość z jaką je manifestuje. Z jakiegoś powodu, zupełnie nieistotne jakiego, budzi w Tobie bardzo silną niechęć.

Jaki jest tego skutek? Coraz rzadziej przychodzisz do SWOJEGO salonu posiedzieć na SWOJEJ kanapie, bo on cały czas tam jest i Cię wkurza. Dochodzi do tego, że TWÓJ salon, który tak bardzo lubiłeś zaczął być powodem pojawiania się w Tobie negatywnych uczuć. Co robisz z człowiekiem, który znikąd pojawił się w TWOIM WŁASNYM DOMU i sprawia, że źle się w nim czujesz? Jestem pewien w 100%, że jeśli tylko będziesz mieć taką możliwość, to go stamtąd usuniesz.

I dokładnie to samo możesz zrobić w internecie.

Nie masz obowiązku kochać wszystkich ludzi na całym świecie i nie ma znaczenia, czy Twoja niemiłość do kogoś jest poprawna politycznie. Nie musisz nikogo prosić o zgodę, ani przed nikim tłumaczyć się z tego, że kogoś nie chcesz mieć w swoim miejscu w sieci. Bo to Twoje miejsce i najważniejsze, żebyś Ty się w nim dobrze czuł.

Dlatego możesz usunąć czyjś komentarz, a nawet go zablokować, jeśli tylko Ci się on nie podoba. To zupełnie wystarczający powód.

autorem zdjęcia w nagłówku jest flattop341