Close
Close

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*

(niżej jest kolejny tekst)

55
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
39 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
KarolPawełjestem peRunBrashJay Kopp Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Katarzyna
Gość

100% racji. Też mnie zastanawia, czemu tatuaże są ok, kolczyki też, a jak dziewczyna chce się poczuć lepiej i robi sobie zabieg to jest już pustą lalą no i na pewno robi to dla faceta, bo przecież nie dla siebie. Każdy zawsze wie lepiej, wiadomo.

aaaaanaaa
Gość
aaaaanaaa

Robi to dla podniesienia swojej atrakcyjności, w większości po to, żeby podobać się facetom właśnie, chyba, że jest lesbijką. Tu nie ma co zaprzeczać. Ludzie chcą być atrakcyjni w celu znalezienia potencjalnego partnera, nawet jak się o tym nie myśli na codzień to po prostu w nas siedzi. Natura ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Eeeee tam. Czasami kompleks jest na tyle wryty w mózg, że nawet mając bardzo kochającego partnera oraz generalne powodzenie – nie można się wyzbyć ryjącego w banię poczucia, że mniejszy nos/gęstsze włosy/większe piersi rozjaśniłyby cały świat, a z nieba spłynęłyby złociste aniołki grające na trąbach. Uwierz mi- tylko dla siebie też można.

aaaaanaaa
Gość
aaaaanaaa

Uwierzyłam ;) racja, są przecież przypadki, o których piszesz.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

No i fajnie, że mamy porozumienie :).

Weronika Truszczyńska
Gość

To mi przypomnialo ze kiedys w jakichs „Sekretach Chirurgii” czy czyms takim byla kobieta ze znikomym biustem. Mówila ze przez to rozpada się jej malzenstwo bo ona tak bardzo wstydzi się swojego ciala ze w ogóle nie dopuszcza męza do siebie, ich kontakty tak bardzo się popsuly ze zaczęli sypiać osobno. A mąz mówil ze maly biust mu nie przeszkadza. Wszystko siedzialo w glowie tej pani.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Dokładnie o czymś takim mówię. Nie podoba mi się – i co mi pan zrobisz? Naprawdę wtedy dla wszystkich lepiej będzie, jak sobie baba te cycki po prostu wstawi i już.

Urszula Jędrychowska
Gość
Urszula Jędrychowska

Każdy robi co chce, wiadomo. Nie mam nic przeciwko, ingerencja we własne ciało jest sprawą indywidualną i fajnie,że są osoby,które są na tyle odważne, że podchodzą do tematu na luzie. Przeciwna jestem natomiast temu, że kreuje się poglądy, że kobieta z małym biustem czuje się,jakby jej czegoś brakowało. Dlaczego kobietom psychologicznie siada to na głowę i decydują się na operację, aby poczuć się lepiej? Nogę też chcą wymienić? Albo zbyt krótkie palce u dłoni? No właśnie niezbyt…

Magdalena Śpiewak
Gość

No kiedyś oglądałam program o dziewczynie, krtóra wydłużała sobie nogi. W tym celu najpierw połamali jej jedną nogę i wstawili jakieś blaszki i inne cuda. Kilka meisięcy chodziła o kulach z wielkim bólem, po czym połamali jej drugą nogę, znów blaskzi, ból, kule.

aaaaanaaa
Gość
aaaaanaaa

I tu pojawia się pytanie czy taka osoba nie powinna zamiast do chirurgów udać się do psychologów…bo owszem, to jej ciało, ale ciało anorektyczki to też jej ciało, a jednak anorektyczkę próbuje się wysłać na leczenie. Oczywiście, powiększenie biustu jest w innej kategorii, bo nie wyrządza krzywdy, ale to też pewien problem z akceptacją siebie…

Ala
Gość
Ala

No nie wiem, operacja biustu może nie należy do najbardziej ryzykownych zabiegów na świecie, ale jednak pewne ryzyko za sobą niesie. Choćby w postaci narkozy, z której można się nie wybudzić. Nie mówiąc już o podobno potwornym bólu, który wyłącza te kobiety z normalnego życia na kilka dni (poczytajcie sobie na forach, jest tego dość sporo). Jeśli ktoś jest gotów na coś takiego wyłącznie z powodu kompleksów dotyczących wyglądu, to moim zdaniem kwalifikuje się na terapię. Podobnie jak właśnie anorektyczki czy osoby uzależnione od sterydów i ćwiczeń fizycznych.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Boże, ale czemu zaraz na terapię? Czy nie można po prostu chieć mieć dużych cycków, bo się duże cycki lubi? Bo się komuś podobają, bo mają fajny kształt, bo będą proporcjonalnie wyglądać i po prostu są fajne?
Czy każdy, kto bierze kredyt na samochód powinien pogadać z psychiatrą? Przecież kredyt oznacza cięższą pracę na splatę rat, czyli stres i rujnowanie zdrowia; obcinanie innych wydatków na rzecz spłaty zobowiązania wobec banku. Czy ktoś, kto jest gotów na coś takiego wyłącznie z powodu tego, że chce sobie pojeździć samochodem (bo przecież sa autobusy, rowery, zdrowe nogi) kwalifikuje się na terapię?

Ala
Gość
Ala

Kredyt to nie to samo, co narażanie zdrowia. Prędzej mi tu pasuje przykład ze sprzedaniem nerki, żeby mieć na jakiś fajny przedmiot ;)

Może to zboczenie zawodowe (jestem psychologiem), ale pachnie mi to samouprzedmiotowieniem (http://vers-24.pl/samouprzedmiotowienie-konsekwencja-nadmiernego-skupiania-sie-na-urodzie/) – skupianie się na wyglądzie jest jak najbardziej spoko, ale jeśli staje się on ważniejszy od zdrowia, sprawności i samopoczucia… No cóż, pachnie mi to obwiązywaniem stóp w Chinach – co z tego, że bolą, skoro są dzięki temu malutkie?.

Weronika Truszczyńska
Gość

W całych Chinach zostało już tylko kilka starych kobiet, które mają takie stopy bo od bardzo dawna się tego nie robi. W zasadzie podobną rolę pełniły w Europie gorsety, które potrafią przemieszczać narządy wewnętrzne ale talia osy taka seksowna.

Ala
Gość
Ala

Wiem, zresztą przykład gorsetów też przyszedł mi do głowy :) Cóż, niewykluczone, że za ileś lat ludzie będą zszokowani, gdy przeczytają, że w naszych czasach kobiety wstawiały sobie pod mięśnie ciała obce, żeby mieć większe piersi. Swoją drogą, istnieją kraje, w których operacja powiększania biustu jest bardzo popularnym prezentem na 18-te urodziny – bez komentarza…

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Oczywiście- w popieprzonych Stanach, w połowie krajów Ameryki Północnej i w Anglii. Ale -operacje uszu (odstających) bywają ofiarowywane i wcześniej, czasami i poniżej 10. roku życia.

Weronika Truszczyńska
Gość

Slyszalas o popularnosci operacji plastycznych w Korei Poludniowej? Operację wykonania malego nacięcia na powiece, aby stworzyć porządane „double eyelids” robi się juz niemowlakom. Ale warto wiedzieć ze w kulturze koreanskiej chirurgia plastyczna jest tak naturalna jak u nas farbowanie wlosów czy robienie makijazu.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Podobno szalenie to popularna sprawa w Azji.

Weronika Truszczyńska
Gość

A mimo wszystko nielegalna. Działa mniej więcej tak że na nogi zakłada się takie jakby metalowe rozciągacze. Rozkręca się je, przez co kości się wyciągają ale zostają przez to w nich takie mikroszczelinki, przez co trzeba czekać 2-3 dni aż kości trochę się zregenerują i rozkręca się dalej i dalej aż do uzyskania pożądanego efektu.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Dobry Jezu, średniowieczne tortury.

Dot
Gość
Dot

To samo robi się na szyi – nakłada się kilkanaście obręczy i co jakiś czas dokłada kolejne. Podobno później kobieta nie może żyć już bez obręczy, bo inaczej szyja by jej się złamała. I po co to? Wszystko z powodu tradycji.

Jan Favre
Gość

Również jestem przeciwny prani mózgu, które na bieżąco robią nam media i popkultura, niestety, nie dotyczy to tylko i wyłącznie kobiecych piersi, ale wszystkich aspektów życia. A małe jest piękne. Powtarzam to sobie codziennie pod prysznicem.

Magdalena Śpiewak
Gość

Umówiłam się na kwalifikację do wszczepienia implantu ślimakowego między innymi po to, by Cię lepiej słyszeć przy następnym spotkaniu. tez sztuczne, też implant, też ingerencja we własne ciało, też po to bym sie lepiej czuła.Wszyscy gratulują, nikt nie piętnuje. Gdyby powiedziała, ze chcę sobie powiększyć cycki (chętnie) to, by było, że zgłupiałam.

Mariusz Głuch
Gość

Zgadzam się z Tobą w 100%. Nigdy nie piętnowałem u żadnej kobiety pomysłu powiększania piersi, bo jakoś mi to nie przeszkadza. Każdy robi to co uważa za słuszne, ale Twoje porównania, do dentysty, fitnessu czy protez są mega trafne.

Jan Favre
Gość

Dzięki Mariusz!

Po prostu Kasia
Gość

Ja chętnie oddam trochę cycków :)

Marta
Gość

Biorę!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty

Skip to entry content

YouTube, jak i cały internet, z roku na rok ewoluuje i to co na TwojejTubie można było znaleźć w 2005, w chwili powstawania portalu, a to, co jest tam dzisiaj, to niemal dwa różne światy. Mimo, że to już nie tylko stronka z śmiesznymi filmikami ze zwierzętami, a prawdziwa internetowa telewizja we współczesnym rozumieniu tego słowa, to wiele osób zatrzymało się te 11 lat temu i postrzega portal z tamtej perspektywy. Lub przez pryzmat zagrajmerów przyrośniętych do „Minecrafta”. A YouTube to tak że wiele inspirujących, edukacyjnych kanałów, otwierających oczy na świat, kulturę i nieoczywiste aspekty życia.

I to dziś chciałbym Ci pokazać, przed Tobą 8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty!

Anna Szlęzak – spec od relacji damsko-męskich

Większość treści poradnikowych dotyczących związków na jakie się natknąłem w sieci, była autorstwa mężczyzn, a kwestia praktycznych porad związanych z uwodzeniem już w ogóle została niemal w 100% zdominowana przez samców. Dlatego bardzo cieszy mnie, że pojawił się ktoś taki jak Ania, kto merytorycznie i fachowo mówi o podrywaniu z perspektywy kobiety, dając innym dziewczynom rzeczowe rady odnośnie relacji damsko-męskich. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak poznać faceta, jakie są sposoby na udaną randkę, jakie są zasady atrakcyjności lub po prostu, posłuchać jak ktoś o bardzo miłej aparycji rzeczowo gada, to sprawdźcie jej kanał.

To już jutro – oswajanie przyszłości

Wiele osób zapewne kojarzy Rafała Masnego, widząc w nim śmieszka przebierającego się za kobiety z Abstrachujów, nie wiedząc, że ma też dużo poważniejsze oblicze. Które pokazuje na swoim solowym kanale „To już jutro”. Kanale o rozwoju sztucznej inteligencji, transgenetyce, nowych technologiach, projektowaniu dzieci i bocie, który został nazistą. Bardzo przystępnie podane futurystyczne wizje świata, które niebawem staną się faktem dokonanym. Obejrzyj, jeśli chcesz wiedzieć w jakiej rzeczywistości możesz się obudzić już następnego dnia.

Krzysztof Gonciarz – życie w Japonii i podróże

O Krzyśku ostatnio było tak głośno, że pisząc o nim czuję się jakbym informował o tym, który mamy aktualnie rok, ale mimo, że jego vlogi to oczywista oczywistość w kontekście YouTube, to źle bym się czuł, gdyby o tym nie wspomniał, bo oglądam je co drugi dzień do śniadania. Jeśli potrzebujesz ogólnożyciowej inspiracji, a przy okazji chcesz zobaczyć jak wygląda bardzo odległa część naszego globu, to zajrzyj do Krzycha.

Pink Candy – seks bez kontrowersji

Czy da się mówić o przedwczesnym wytrysku, seksie oralnym i spermie bez bazowania na taniej sensacji? Czy da się przeprowadzić test przyrządów pozwalającym kobietom sikać na stojąco nie wywołując u widza zażenowania? Czy można nagrać instruktaż zakładania prezerwatywy, który nie będzie pożywką dla koniobijców? Natalia Trybus z kanału Pink Candy udowadnia, że tak. Bardzo cenię jej filmy za nie uciekanie się do chwytów poniżej pasa, mówiąc dosłownie, i epatowanie golizną, byleby tylko nabić wyświetlenia. Zależy Ci na edukacji seksualnej i merytorycznych wypowiedziach? Tutaj to znajdziesz.

Arlena Witt – Twoja ulubiona nauczycielka angielskiego

Żałuję, że na którymkolwiek etapie edukacji nie trafiłem na nauczyciela, który uczyłby angielskiego na przykładach z „Przyjaciół”. Albo już nawet nie na serialach, ale z takim zaangażowaniem jak Arlena w programie „Po Cudzemu”. Może wcześniej, niż w wieku 28 lat dowiedziałbym się jak prawidłowo czytać nazwę swoje kraju w języku Szekspira.

Ichabod – przewodnik po świecie superbohaterów

Lubisz solidne, głębokie analizy filmowe, w trakcie których autor filetuje tytuł wyciągając z niego wszystkie bebechy, nie bojąc się przy tym rzucić przerywnikiem, który byłby wypikany w radiu, a w dodatku kręcą Cię komiksy? W takim razie Ichabod to kanał stworzony dla Ciebie. Łukasz Stelmach potrafi i konkretnie, i z humorem wytłumaczyć dlaczego „Batman v Superman” jest kupą, a „Avengers: Civil War” przyzwoitą rozrywką, wyłapując przy tym dziesiątki nawiązań i tłumacząc wszystkie odniesienia. A i żeby nie było, że gada tylko o kolesiach z majtkami na spodniach, to po innych zakątkach popkultury przewodzi również całkiem sprawnie.

SciFun – Twój ulubiony nauczyciel fizyki

No dobra, nie tylko fizyki, bo jego najlepszy film – w moim mniemaniu rzecz jasna – dotyczy analizowania informacji, którymi jesteśmy bombardowani każdego dnia, błędów poznawczych i odróżniania faktów od mitów. Materiał trwa ponad półtorej godziny, co na YouTube’owe standardy jest rokiem świetlnym, jednak jest tak wartościowy i pożyteczny, że gorąco zachęcam absolutnie każdego do obejrzenia go i nie przesadzę, jeśli powiem, że naprawdę może zmienić Twój sposób patrzenia na świat. A jeśli weryfikowanie informacji podawanych przez media Cię nie interesuje, to zawsze możesz popatrzeć na wybuchające butelki Coli po wrzuceniu do nich Mentosów, słuchając naukowego wytłumaczenia, czemu tak się dzieje.

Weronika Truszczyńska – codzienne życie w Chinach

Na ten kanał trafiłem dość nie typową drogą, bo… z komentarzy Weroniki na swoim blogu. Ale nie z komentarzy typu „Fajny pościk, zajrzyj do mnie”, „Świetna stylizacja! Pozdrawiam www.youtube/nazwakanału”, czy „Nie zgadzam się z tym co napisałeś, ale zapraszam do siebie [KLIK-KLIK]”. Weronika po prostu, gdy faktycznie miała coś do powiedzenia na dany temat, komentowała moje teksty i z ciekawości postanowiłem sprawdzić kim jest. I okazało się, że jest 22-latką, która od jakiegoś czasu mieszka w Szanghaju i nagrywa o tym vlogi. Vlogi, na których pokazuje chińskie jedzenie, w tym regionalnego zielonego burgera w McDonald’s, mówi o chińskich zwyczajach i tłumaczy, jak poprawnie wymawiać chińskie nazwy, na przykład „feng shui”. I do tego ma wściekle różowe włosy i lekkie ADHD. Mnie przekonało.

To z pewnością nie wszyscy YouTuberzy, którzy poszerzają horyzonty swoimi materiałami, edukują, czy inspirują, bo pisałem tylko o swoich ulubionych twórcach, których śledzę na bieżąco, więc jeśli chcecie kogoś dopisać w komentarzach, to śmiało.

Beka ze spotów promujących program 500+

Skip to entry content

Na tyle, na ile to możliwe staram się nie poruszać tematów politycznych na blogu, bo raz, że nurkowanie w szambie nie należy do rzeczy przyjemnych, a dwa, że smród zawsze przyciąga rój much, od których potem trudno się odgonić. Ale są takie tematy obok których trudno przejść obojętnie, licząc, że piekło zamarznie, kiedy się zamknie oczy. Jednym z nich jest właśnie wyjątkowo populistyczny i w dużej mierze demagogiczny program społeczny 500+. Program, który ma zachęcić Polaków do… no właśnie, miał zachęcać do zakładania rodziny i pomagać dzieciom z rodzin w potrzebie, a sprowadza się do tego, że zachęca do rozmnażania się, oferując 500zł za spłodzenie drugiego i kolejnego dziecka.

Złote rozdanie trwa już kilka miesięcy, więc obecny rząd postanowił się pochwalić sukcesami w wyciąganiu hajsu z bezdennej torby Świętego Mikołaja i Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zrealizowało spoty promujące 500+. Spoty niezamierzenie bekowe.

„Dzięki programowi 500+ nasze życie się zmieniło, przestaliśmy kupować na zeszyt, na wszystko nas stać: na jedzenie, na ubrania, na bieżące wydatki” – mówi zadowolony, wyglądający na całkiem sprawnego, mężczyzna, członek – łącznie z nim – pięcioosobowej rodziny. To gratuluję podjęcia się spłodzenia trójki dzieci, nie mając środków, aby móc zapewnić im jedzenie i podstawowe aspekty życia. Bardzo odpowiedzialnie. Teraz przy czwartym, już nawet przez myśl mu nie przejdzie, czy będą mieli za co się utrzymać, bo przecież po co zdroworozsądkowo pochodzić do kwestii zapewnienia sobie bytu, skoro państwo da?

„Po raz pierwszy wybierzemy się na wakacje, pojedziemy wszyscy razem nad morze” – wakacje? Super! Pomijam kwestię, że ta kasa miała być na podstawowe potrzeby dzieci, ale biorąc pod uwagę, że rodzina z filmu od rządu dostaje 1000zł, to bardzo chciałbym się dowiedzieć, gdzie jest takie morze nad które można dojechać i spędzić nad nim wakacje w 5 osób za tysiaka. Ktoś, coś?

„Nigdy się nie spodziewaliśmy, że co miesiąc będziemy otrzymywać pieniądze” – hmm, warto by spróbować pracy, podobno tam to tak działa. No chyba, że gość był wcześniej w Anglii i dostawał tygodniówki, i stąd to zaskoczenie, że pieniądze mogą być co miesiąc.

„Z programu 500+ zakupiłam dzieciom swoim roczne bilety do zoo” – może wyjdę na czepialskiego, ale ROCZNE BILETY DO ZOO? Nie zagłębiając się już w kwestię, czy bilety do zoo to podstawowy wydatek, czy nie, to nie wiem jak wystrzelony w kosmos musi być to ogród zoologiczny, żeby ktokolwiek chciał tam chodzić regularnie co miesiąc przez rok.

„Nie musimy już zastanawiać się, czy zapłacić rachunki, czy też kupić dzieciom jakieś nowe potrzebne rzeczy” – zasadniczo, to odkąd rząd przejął odpowiedzialność za podejmowane przez nas decyzje, nie musimy już zastanawiać się nad niczym.

„To naprawdę bardzo ciekawy program, który pomoże realizować marzenia dzieci” – ucząc je, że pieniądze spadają z nieba i gdy mają ochotę kupić sobie roczny bilet do zoo, to nie muszą się zastanawiać, czy to rozsądny wybór. W końcu nie oni za to płacą, tylko Święty Mikołaj.

„Dzięki programowi 500+ dużo spokojniej patrzę w przyszłość mojej rodziny” – bo dzięki darmowemu tysiaczkowi co miesiąc, jestem ustawiony do końca życia. To zaskakujące, że ludzie nie planują przyszłości w oparciu o swoje umiejętności, aktualną sytuację zawodową i predyspozycje, tylko bazując na programie rządowym, który za 3 lata może się skończyć. Czy my zrobiliśmy już powrót do komuny i jednostka jest w pełni zależna od państwa?

„Będę mógł spokojnie zaplanować wakacje dla mojej rodziny” – cały czas czekam na info, gdzie za 1000zł da się pojechać w 5 osób, bo nawet ITAKA nie ma tak wyżyłowanych last minute.

„Będę mógł kupić instrument mojemu synowi, żeby mógł dalej się uczyć gry w szkole muzycznej” – wszelkie działania mające na celu rozwijanie pasji i talentów są jak najbardziej godne pochwały. Szkoda tylko, że ojciec jest tak zaangażowany w rozwój muzyczny syna, że nie jest w stanie nawet powiedzieć na jakim instrumencie gra.

„Nie będę musiał zostawać dłużej w pracy i dorabiać” po czym pada „i rachunki mamy wszystkie zapłacone” – czy tylko mnie to brzmi jakby znaleźli nowy model finansowania swoich wydatków? Przypominam, że 500+ miało być dla dzieci na podstawowe potrzeby i rozwój, a nie dla rodziców, żeby nie musieli chodzić do pracy. Ale może coś źle zrozumiałem albo mam za mało pasożytniczych skłonności.

Nie wiem za bardzo w jakim celu powstały te spoty. Żeby pokazać samotnym matkom z jednym dzieckiem jak pełne rodziny z trójką dzieci cieszą się z wakacji? Żeby pokazać pracującym, jak niepracujący bawią się za hajs z ich podatków? Żeby pokazać wszystkim zastanawiającym się nad założeniem rodziny, że reprodukcja jest najlepszą drogą do dochodu pasywnego? Żeby pokazać na żywy przykładzie jak zadłuża się kraj?

To nie jest tak, że jestem ultra korwinistą modlącym się przed snem do niewidzialnej ręki wolnego rynku, ale chyba nikt z dorosłych osób nie myśli, że te 500 złotych na sfinansowanie rocznych karnetów do zoo spada z nieba. Albo, że Szydło idzie do mennicy i dodrukowuje stuzłotówki, żeby móc rzucać tymi banknotami jak Lil Wayne na klipie do „Make it rain”. W tym momencie dług publiczny Polski wynosi 900 miliardów złotych, to jest tak duża liczba, że trudno mi ją objąć wzrokiem, więc żeby było łatwiej, powiem, że każdy z nas – Ty, ten za Tobą, ten po prawej, ten po lewej i każdy w zasięgu Twojego wzroku – jest zadłużony przez państwo na 25 953 złotych. Sporo, co? To pomyśl, co będzie po roku finansowania 500+.

To nie jest tak, że jestem przeciwny pomocy potrzebującym. Jestem jak najbardziej za pomaganiem, ale robieniem to w sposób mądry. Znasz to powiedzenie, żeby nie dawać biedakowi ryby, tylko wędkę i nauczyć go łowić? To super, szkoda, że rządzący politycy nie znają. Rodzinom, które mają krucho z kasą przede wszystkim przydałaby się edukacja seksualna, bo dziwnym trafem te żyjące na skraju ubóstwa to w największej mierze te wielodzietne, i edukacja finansowa, żeby wiedzieli jak gospodarować pieniędzmi, bo zupełnie tego nie potrafią. Takie działania byłyby z długotrwałą korzyścią dla wszystkich, a w tym momencie tylko robi się im krzywdę, łudząc ich, że nie muszą rozwiązywać swoich problemów, bo przyjdzie dobry wujek w postaci państwa i wyjmie parę baniek z portfela zawsze gdy będzie potrzeba.

Uczenie  dorosłych ludzi, że nie muszą się martwić o swoje życie, bo ktoś to zrobi za nich jest skrajnie złe. A właśnie do tego sprowadzają się spoty promujące 500+.

 

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!