Close
Close

Najlepsze uliczne historie: czerwiec

Skip to entry content

Myślałem, że wyjazd do Albanii zaowocuje sałatką barwnych dialogów, ale najwięcej rozmów na Bałkanach odbyłem na migi. A te nieco trudno spisać w postaci wymiany zdań. Ale nie ma te tragedii, te które dane było mi usłyszeć, lub być współautorem, w najbardziej uduchowionym mieście w Polsce, też powinny Was rozgrzać nie mniej niż pogoda za oknem. No, może jeden Was nieco zmrozi.

 

#1 Mała dziewczynka podbiega do osiedlowego placu zabaw, na co mama:

– Kasiu, ale nie idziemy na huśtawki, tylko do domu.
– Mama, ale ja tam już byłam.
– To będziesz jeszcze raz, chodź.
– Ale ja wolę tu być.
– Ale to nie jest twój dom, chodź, idziemy.
– A jak mi tata tu zniesie łóżko, to będzie mój dom?
– Twój tata nie potrafi znieść nawet śmieci. Idziemy.

 

#2 Esencja patologii ulicznych rozmów. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna do typa przed pięćdziesiątką w nocnym z Dworca Głównego:

– Wiesz co, ostatnio tak myślałam, że jesteśmy na takim etapie, że mógłbyś się rozwieść z żoną.
– Rozwiodę się jak skończysz studia, żebyś miała motywację.

 

#3 Słyszę dość intensywne pukanie, a niestety w tym mieszkaniu nie mam wizjera i możliwości zobaczenia kto stoi za drzwiami, więc po prostu je otwieram.

A tu dwóch policjantów. I pies. Myślę sobie: kurde, pewnie dowiedzieli się, że 12 lipca 2002 roku jechałem bez biletu linią 805 i teraz pójdę do więzienia. A może chodzi o ten odcinek „Klanu”, który musiałem ściągać z torrentów, bo przeoczyłem w telewizji? Nie, to chyba nie to. Chyba chodzi o coś znacznie gorszego. Chyba chodzi o ten straszny tekst, w którym napisałem, że jechałem na rowerze z prędkością światła, a przecież w terenie zabudowanym jest ograniczenie do 50km/h.

Trudno, niech się dzieje co chce, zasłużyłem. Zasłużyłem na więzienie. Trzeba być mężczyzną i przyjąć to na klatę.

– Dzień dobry.
– Dzień dobry, czy zamierza pan przyjmować pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży?

 

#4 Czekam na tramwaj przy Galerii Krakowskiej, podchodzi chłopak do dziewczyny i daje jej coś na kształt kwiatka. Szczelnie zapakowane w papier. Dziewczyna odbiera to od chłopaka, rzuca standardowe „nie trzeba było”, i uśmiechając się idzie z nim w stronę plant. Cały czas mając coś na kształt kwiatka szczelnie zapakowane w papier.

Bardzo, bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć jej minę, gdyby się okazało, że to jednak kiełbasa.

 

#5 Wracam z Małego Rynku chwilę po północy i taka piękna rozmowa mimochodem się trafia przy jednym ze stolików:

– No i co u ciebie przez te wszystkie lata, bo tyle się nie widzieliśmy?
– No wiesz, trochę podróżowałam, trochę nie podróżowałam, trochę się zmieniłam, trochę nie zmieniłam, trochę byłam z facetem, trochę nie byłam. Wiesz, jak to kobieta.
– Czyli nie masz nikogo?
– Trochę nie mam.
– Aha.

 

#6 Jestem na Mostowej na winie i, chcąc nie chcąc, słucham, jak jedna trzydziecha drugiej żarliwie opowiada historię francuskiego buldoga:

– …i oni z tym buldogiem pojechali na wieś, do moich znajomych i ja tam byłam, co nie. A wiesz, a oni też tam mają psa, tylko takiego innego, wiesz, dużego. I wiesz, i nagle taki pisk straszny, jakby ktoś piszczał tak głośno bardzo, a ten koleś nic, to mu mówię: „ty, weź się zainteresuj, bo to twój pies tak piszczy, a ty nic”. Bo wiesz ten pies tak piszczał, a on nic. I wiesz, on wychodzi, a temu jemu psu, nie temu moich znajomych, tylko temu buldogowi francuskiemu, co nie, oko normalnie wypływa i tak piszczy, ale tak bardzo głośno, że normalnie masakra. I wiesz, próbują mu to oko włożyć, ale nic, no nie da się, próbują pół godziny i zero, to dzwonią do jakiegoś weterynarza, a to wiesz, 11 w nocy, ale w końcu jakiś się znajduje, jadą do tej kliniki i ten weterynarz tam wkłada mu to oko przez pół nocy i zakłada opaskę, taką żeby wiesz, nie wypadło znowu. I co się okazało? Była jakaś komplikacja, coś się temu psu uroiło i jak mu włożyli to oko, to przestał na drugie potem widzieć, czujesz? I pomyśl, że wydali 5 koła na ślepego psa. 5 koła, Gośka, czujesz?

– Bez sensu. To już mogli lepiej samochód kupić.
– No. Albo zmywarkę.

 

#7 Plusy poruszania się po mieście na rowerze: nie musisz czekać ani na nocy, ani na taksę, ani nie grzęzniesz w korkach, wsiadasz i jedziesz.

Minusy przemieszczania się po mieście na rowerze: jak wjedziesz w kałużę, to masz ją całą na sobie, a jak przy wsiadaniu za wysoko podniesiesz nogę, mogą popruć Ci się spodnie i masz dodatkowy wywietrznik w kroku.

Biorąc pod uwagę, że tego dnia w Krakowie nie padało, zgadnijcie, który z minusów odkryłem.

 

#8 Dotarliśmy do hotelu (gwiazdki w Albanii są jeszcze bardziej umowne, niż te w Egipcie), poszliśmy na plażę i wyszła grupka seniorów. Próbują zrobić sobie zdjęcie, proponuję, że ja im zrobię (lata trzaskania samojebek w końcu na coś się przydadzą). Seniorzy stoją w rządku, ale są jacyś niemrawi, więc mówię, żeby się uśmiechnęli, to fota lepiej wyjdzie, na co starsza pani: to na trzy, czte-ry, wszyscy mówimy SEEEX!

Czuję się jak emeryt, bo chciałem im powiedzieć, żeby powiedzieli „ser”.

 

#9 Myślałem, że zaszalałem na pierwszego czerwca, bo zjadłem dwie pizze, duże lody z malinami i pół opakowania śmietanki w proszku. Po czym minąłem starszego pana, który pod Sukiennicami tańczył twista do „Kolorowych snów” Just5 puszczonych z kasprzaka. Seniorzy to wiedzą, jak powinno się obchodzić dzień dziecka.

 

#10 Siedzę sobie na Plantach i kontempluję jak pot spływa mi po czole. Kilka metrów przed sobą widzę dwie dziewczyny z czego jedna nad wyraz często zezuje w moją stronę. W głębi ducha przekonuję się, że wcale nie chodzi tę kroplę na czole. Gdy są na wysokości mojej ławki macha mi i mówi „czeeeść!”, więc odpowiadam tym samym, bo obstawiam, że to na 90% ktoś kogo poznałem na jakiejś konferencji, tylko chwilowo nie mam zielonego pojęcia kto to.

Gdy już mnie mijają ta druga mówi do niej:

– Kto to jest?
– Stay Fly, taki znany krakowski bloger.
– Znany? Ja go wcale nie znam.
– Ale ty przecież w ogóle nie czytasz.
– Filmów też nie oglądam, a Celine Dion znam. Jakby był znany, to bym go znała.

Zderzenie z rzeczywistością jeszcze nigdy nie było tak bolesne.

 

To teraz piłeczka po Waszej stronie – słyszeliście w ostatnim miesiącu jakiś dialog, który zapadł Wam w pamięć albo chociaż zmarszczył Wam czoło? Monologi też się liczą.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Pieprzenie o tym, jak to jest źle w „dzisiejszych czasach”

Skip to entry content

Lubię te dni, kiedy muszę przemieszczać się po mieście komunikacją miejską. Nie żebym był jakimś wielkim miłośnikiem tramwajów, ale to co w nich widzę często daje mi do myślenia i jest pretekstem do nowych wpisów na blogu. I nie inaczej było w zeszłym tygodniu, jadąc 4-ką na Rynek mimowolnie byłem świadkiem rozmowy dwóch gości wyglądających na rok po magisterce. Obgadywali kumpla. Czyli robili to, co tygryski lubią najbardziej.

– Ty, a słyszałeś, że Grzesiek poszedł na kurs uwodzenia? – niższy w koszuli z krótkim rękawem zagaił rezolutnie.

– Na, kurwa, co? – odpowiedział pytaniem na pytanie wyższy w koszuli z rękawem fabrycznie podwiniętym.

– Na kurs uwodzenia, hehe, podobno uczyli go jak kręcić bajerę do lasek, bo mu nie idzie, hehe – rozpromienił się uśmiechem księdza Paetza niższy.

– Ech, w dzisiejszych czasach, to już nawet ludzie się poznawać nie umią – błyskotliwie odmienił czasownik wyższy.

– No, masakra w chuj, dokąd ten świat zmierza? – zadał zgrabne pytanie retoryczne niższy.

– Aj dont łont liw on dis planet enimor – z angielska finezyjnie podsumował wyższy.

Kiedy starsze osoby są przeciwne zmianom, które zachodzą w otaczającej je rzeczywistości, jestem to w stanie zrozumieć, ale gdy ktoś w moim wieku wzdycha na temat tego jak to jest źle w „dzisiejszych czasach”, to – jak w młodym Anakinie Skywalkerze tuż po tym, gdy dowiedział się, że ludzie pustyni zabili jego matkę – złość się we mnie gotuje.

W dzisiejszych czasach:

– możemy wyleczyć większość chorób i nie umieramy od zapalenia ucha w wieku 17 lat

– możesz polecieć do Paryża i wrócić. W jeden dzień. Bez paszportu. Bez proszenia o pozwolenie żadnego urzędnika państwowego. I to za stówę

– mamy nieograniczony dostęp do wiedzy, wystarczy wpisać „fizyka kwantowa” w Google i encyklopedia staje przed nami otworem

– możesz wykonać niegdysiejszą pracę całego studia fotograficznego telefonem

– masz telefon, a kolejny możesz mieć ot tak, bez czekania kilka lat na przydział numeru z centrali

– możesz zadzwonić do kogoś na drugiej półkuli nie mając nawet jego numeru telefonu. I to za darmo

– możesz zamówić taksówkę w obcym kraju, nie znając ani słowa w lokalnym języku i nie mając nawet przy sobie pieniędzy

– możesz zdalnie zamówić zakupy z wniesieniem do domu

– masz w ogóle możliwość robienia zakupów, bez koczowania nocami pod sklepem, aż cokolwiek się w nim pojawi

– możemy uprawiać seks dla przyjemności, a nie tylko prokreacji i to będąc niemal w 100% pewnym, że nie skończy się to chorobą weneryczną

– możesz pracować umysłowo będąc ćwierćinteligentem

– możesz mieć swoje zdanie, odmienne od lansowanego przez prasę, czy telewizję

– a w dodatku możesz je wyrazić na tryliard sposobów – od manifestacji w środku miasta, po statusy w mediach społecznościowych

– i jeśli nie radzisz sobie z dynamiką towarzyską i masz problem z nawiązywaniem relacji damsko-męskich, nie jesteś skazany na wieczne kawalerstwo i wycofanie swoich genów z puli, możesz pójść na kurs, na którym ktoś z doświadczeniem pomoże Ci to zmienić. I że to możesz zrobić jest super, ale jeszcze lepszy jest fakt, że ludzie faktycznie to robią, a nie tylko biernie narzekają na swój los.

Wszystkiego tego nie było we wczorajszych czasach. Ten świat zmierza w stronę rozwoju, jeśli Ci się to nie podoba, to wyemigruj do Ugandy i zbieraj bawełnę z pola za każdym razem, gdy będziesz chciał ubrać nową koszulkę, w międzyczasie mieszkając w szałasie, ale skończ pieprzyć, że w „dzisiejszych czasach” jest tak źle.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cam Evans

Gdzie warto pójść na piwo w Krakowie? 5 dobrych miejsc

Skip to entry content

Często dostaję od Was maile w stylu:

Drogi StejFlaju,

Kocham Cię jak Krystyna Pawłowicz interpunkcję, a Twojego bloga czytam od chrztu Polski i mam prośbę, wpadam na weekend do Krakowa i chcę się pobawić jak Bradley Cooper w filmie o wieczorze kawalerskim, doradź: co zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się na pić?

Ps. Najbardziej zależy mi na tym ostatnim, tak że tego… gdzie warto pójść na piwo w Krakowie?

Całuję i czekam na odpowiedź do 15 minut albo cofam lajka!

Twoja wierna fanka Irena

Gdzie zjeść w Krakowie pisałem już jakiś czasem temu, więc dzisiaj zajmiemy się tym, żeby Wam za bardzo nie zaschło w gardle jak już wrzucić coś na ząb. Nie doradzę Wam w kwestii stricte klubowo-dyskotekowej, bo moje ulubione lokale taneczne pozamykali jak jeszcze studiowałem (w tym momencie wszyscy stawiamy znicze za Łódź Kaliską) i szczerze mówiąc, nie znam żadnego wartego uwagi miejsca poza Prozakiem 2.0. Ale jeśli od ocierania się o spoconych ludzi w rytm łupanki niszczącej bębenki słuchowe bardziej interesuje Was po prostu napicie się alkoholu, to z chęcią podzielę się wskazówkami, gdzie warto pójść na piwo w Krakowie.

Z góry uprzedzam, nie jest żadnym piwoszem i to nie jest przewodnik po najlepszych multi-tapach w Grodzie Króla Kraka. To po prostu subiektywny przegląd miejscówek, gdzie dobrze się pije ze względu na klimat.

 

Do wyluzowania – Forum Przestrzenie

forum przestrzenie

W Warszawie knajpy nad Wisłą wyrastają jak blogi modowe po sukcesie Maffashion i po obu brzegach barów z leżaczkami jest od cholery. W Krakowie jest zamykana właśnie snobistyczna i droga (12 zeta za lany browar) Plaża Kraków, co sprowadza się do tego, że jedyne miejsce do relaksowania się nieopodal rzeki, to Forum Przestrzenie. Na szczęście Forum jest zajebiste i ma świetną atmosferę. Bierzesz Fortunę w butelce (czarna najlepsza!) albo Miłosława za 9 zeta, rozkładasz jeden z nigdy nie kończących się leżaków, wystawiasz buźkę do słońca i odpoczywasz. Albo gawędzisz ze znajomymi, albo bawisz się z psem, albo czytasz książkę, albo zakładasz słuchawki i puszczasz sobie Xxanaxx. Idealna miejscówka na niedzielnego kaca. Oczywiście w miesiącach wiosenno-letnich.

forum przestrzenie 2

 

Do upijania – BaniaLuka

Od jakiegoś czasu w coraz większej liczbie miast pojawiają się lokale z alkoholami za 4zł i jedzeniem za 8zł. W Krakowie mamy Ambasadę Śledzia, Pijalnię Wódki i Piwa, Huki Muki, Dżumandżi, U Jożina, Vistulę i właśnie BaniaLukę, występujące i w okolicach Rynku Głównego i na Kazimierzu, ale to właśnie BaniaLuka na Placu Szczepańskim znalazła specjalne miejsce w moim alko-serduszku. To nie jest miejsce, gdzie idziesz rozkoszować się smakiem piwa i to zdecydowanie nie jest miejsce, gdzie idziesz na randkę, ale to bez apelacyjnie jest miejsce, w którym zaczynasz i kończysz imprezę. Każdy dobry całonocny melanż startuje od jednego małego w BaniaLuce, gdy zaczyna się ściemniać i kończy się na bani wiśniówki, gdy zaczyna świtać. Jeśli lubisz klimat zatłoczonego londyńskiego pubu, w którym spotkasz zarówno znajomych z podstawówki, księdza, który udzielał Ci pierwszej komunii, ludzi z pracy, gościa, który właśnie zszedł z ośmiotysięcznika przyjeżdżając tu na stopa i przy okazji swoją byłą, na drugi dzień pamiętając piąte przez dziesiąte, to miejsce dla Ciebie.

 [emaillocker]

Do smakowania – House of Beer

house of beer 2

Jedyne miejsce w zestawieniu skupiające się strcite na piwie, ale za to najlepsze. Po pierwsze, mają tu więcej rodzajów piw, niż jestem w stanie policzyć bez kalkulatora  (220 piw butelkowych, 12 kranów na parterze i 8 w piwnicy), po drugie, mają tu lepszą obsługę niż na spotach reklamowych banków, która doradzi, pomoże i dobierze Ci taki smak, o którym nie śniło się fizjologom, po trzecie, jest naprawdę sporo miejsca (sporo w stosunku do innych tap barów). Rozstrzał cen, to od 5zł za piwo dnia (codziennie inne) do 70zł za turbo rarytas. Jeśli jesteś fanem tego gatunku alkoholu, to nie możesz opuścić byłej stolicy, bez wizyty na Świętego Tomasza 35. Nazwa nie jest przesadzona – House Of Beer, to naprawdę dom piwa.

house of beer 3

 

Do osiedlowania – Miasteczko Studenckie AGH

Jestem tym typem człowieka, który lubi wbić się w miękki fotel w kawiarni, czy zapaść w skórzanej kanapie w barze, ale równie dobrze czuje się z butelką w jednej dłoni i fajką w drugiej, siedząc na ławce. Jestem patriotą i kocham nasz kraj, jednak jeśli miałbym wyemigrować za granicę, to właśnie ze względu na możliwość legalnego picia w miejscach publicznych. Doprowadza mnie do szału, że nie mogę normalnie wyjść z kolegą przed blok i napić się jednego, tylko muszę się chować z piwem przed służbami porządkowymi, jakbym miał krew na rękach. Na szczęście w Krakowie jest takie miejsce jak Miasteczko Studenckie AGH, gdzie w osiedlowym klimacie bez przypału można coś wychylić. Piwerko, ewentualnie kratę. Mimo, że czasy biegania z indeksem za wpisami mam już dawno za sobą, to lubię tam wpaść od czasu do czasu i poczuć się trochę jak w alternatywnej rzeczywistości, gdzie powszechnie przyjęte obostrzenia i regulacje prawne nie obowiązują.

 

Do zwariowania – Piękny Pies

Lokal legenda. Mimo, że Bożego Ciała 9, to już jego trzecia lokalizacja, to duch sytuacji z poprzednich adresów cały czas się w nim unosi. Miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Gościł takie postacie jak Zbigniew Hołdys, Maciej Maleńczuk, Marcin Świetlicki i dziesiątki innych malarzy, pisarzy, piosenkarzy i wszelkiej maści bezimiennych artystów, którym zdarzało się tu robić większe bydło, niż w niejednym gospodarstwie rolnym. Poza szalonymi gejowskimi klubami, to jeden z najbardziej barwnych punktów na towarzyskiej mapie Krakowa. Jest nieporównywalnie większe prawdopodobieństwo, że spotkasz tu własną babcię twerkującą do „Sweet dreams” Eurythmics, czy dziadka rzucającego kuflami przez bar, niż nieopierzonego studenciaka w podróbkach Rosherunów z fryzem na hilterjugend. I chwała Pięknemu Psu za to! I za wszystkie niedorzeczne sytuacje, których byłem w nim świadkiem.

piękny pies

 

To tyle z najcharakterystyczniejszych miejsc, do których moim zdaniem warto pójść na piwo w Krakowie. Jeśli chcecie coś dodać do tej listy, to śmiało dzielcie się swoimi typami w komentarzach. A niebawem kolejny wpis przewodnikowy, tym razem z bugerowniami.

 [/emaillocker]