Close
Close

6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z festiwalem Tauron Nowa Muzyka Katowice

Na pierwszy festiwal muzyczny w życiu pojechałem stosunkowo niedawno, bo zaledwie 4 lata temu, ale gdy już tylko dotarłem na miejsce i rozłożyłem namiot, od razu zacząłem żałować, że tak długo się do tego zbierałem. Czemu? Bo poza głównym, najoczywistszym powodem, dla którego się tam wybrałem, czyli muzyką, było masę innych, których wcześniej zupełnie nie byłem świadom. A okazały się równie ważne, jeśli nie ważniejsze od głównej motywacji, i gdybym tylko wiedział o ich istnieniu wcześniej, to nie zbierałbym się do tego tyle czasu.

Na początku lipca w Katowicach, dokładnie to w dniach 6-9.07, dobędzie się 12 edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. Imprezy, na której usłyszysz brzmienia z pogranicza electro, jazzu i rapu. Na ośmiu scenach wystąpią takie asy jak: The Cinematic Orchestra, RY X, Fisz i Emade, Gold Panda, Róisín Murphy, Ten Typ Mes, czy Max Cooper. Pełną listę wykonawców znajdziesz na oficjalnej stronie festiwalu, ALE nie tylko ze względu na koncerty warto wpaść na początku wakacji do Kato. Dlaczego jeszcze i co poza samą muzyką ma do zaoferowania to wydarzenie?

Poznaj 6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Murale

Roa / 2012
Aryza / 2011

Jeśli wybierasz się do Katowic pociągiem, kozackie murale belgiskiego artysty Roa i hiszpańskiego Aryza, to pierwsze co widzisz wjeżdżając na dworzec. W całym mieście jest tego dużo więcej, świetnie wpisując się w industrialny klimat stolicy Śląska i zdobiąc ją jak biżuteria kobietę. I to naprawdę wysoka jakościowo biżuteria, bo wiele z tych prac to współczesne dzieła sztuki. Luki między koncertami, to dobre momenty, żeby cyknąć im fotę albo dwie.

Atmosfera!

Festiwale to trochę takie kolonie dla dorosłych. Tym się różnią od „normalnych” koncertów, że nie jesteś wyrwany ze swojej rzeczywistości i wpadasz na chwilę na imprezę, tylko na 3-4 dni przenosisz się do innego świata. Gdzie panują inne zasady, inne prawa fizyki i zasadniczo czasem dochodzi do zakrzywienia czasoprzestrzeni. Te anomalie pogodowe wynikają ze specyficznego klimatu na festiwalach, który sprawia, że zamknięci się otwierają, nieznajomi się zaprzyjaźniają, a odludki się jednoczą i wszyscy są jedną wielką rodziną.

Jestem pewien, że gdyby w każdym z państw obywatele mieli obowiązek uczestniczenia w przynajmniej jednym tego typu wydarzeniu rocznie, to na świecie nie byłoby wojen. Na Nowej Muzyce ze względu na kameralność festiwalu można to poczuć jeszcze mocniej.

Wizualizacje

Festiwalowe koncerty z pogranicza electro i techno mają to do siebie, że ich oprawa wizualna bywa naprawdę genialna i często stojąc w tłumie między ludźmi zastanawiam się, czy od słuchania samej muzyki bardziej nie jarają mnie towarzyszące jej obrazy. Komputerowe wizualizacje tętniące w rytmie bębnów potrafią wprowadzić w prawdziwy trans lepiej niż używki i pozwolić odpłynąć dalej niż na łódce. Mega miłe uczucie.

Muzeum śląskie

Tauron Nowa Muzyka Katowice ma miejsce w Strefie Kultury, która obejmuje niedawno oddane do użytku gmachy Muzeum Śląskiego. Będące jednym z fajniejszych muzeum w jakim byłem. I poznacie w nim historię regionu, i cofniecie się do szalonych lat 90-tych, i odbijecie się w największe w Polsce sali do robienia sobie makijażu. To znaczy lustrzanej. Warto. Jeśli nie w celach poznawczo-edukacyjnych, to choćby rozrywkowo-instagramowych.

Darmowy pokaz mody

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 29 sierpnia 2016

Na co dzień jesteśmy osadzeni w swoich stałych środowiskach, które zazwyczaj są dość homogeniczne. W pracy najczęściej mamy z góry narzucony wąski wachlarz garderobiany, po którym możemy się poruszać, natomiast w kręgach bliskich znajomych spójność wizualna jest wdrażana niejako oddolnie, bo to naturalne, że chcemy przebywać z ludźmi podobnymi do nas. Na festiwalach muzycznych o szerokim spektrum gatunkowym sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie. Wchodząc na jego teren widzisz na ludzkich ciałach totalny kolaż styli i kanonów modowych. A w zasadzie nie widzisz. „Widzisz” to złe słowo. Możesz podziwiać, bo ludzie są tak odjechanie poubierani, że ich stylówki się po prostu podziwia.

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia

Inauguracja i zwieńczenie imprezy ma miejsce w nowym budynku NOSPRU, który z zewnątrz jest ciekawy, ale wewnątrz jest po prostu PRZE-PIĘ-KNY! Popatrzcie tylko na tę salę, już sama możliwość bycia w niej i kontemplowania pieczołowitego wykonania na żywo jest wystarczającym powodem, by wpaść tu w lipcu. To wnętrze, to oświetlenie, te drewniane elementy, cudo! A jeszcze ma tu grać The Cinematic Orchestra!

Wygraj 2-dniowy bilet na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Do zobaczenia w Katowicach!

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 8 stycznia 2017

Jeśli chcesz skorzystać ze wszystkich wyżej wymienionych atrakcji, wystarczy, że kupisz bilet na stronie festiwalu lub w kasie NOSPR, ale możliwe, że los się do Ciebie uśmiechnie i nie będziesz musiał tego robić.

Ogłaszam konkurs prosty jak przekątna w kwadracie. Już wiesz dlaczego ja chcę się wybrać na ten festiwal, ale chętnie poznam również Twoją motywację. Napisz w komentarzu pod tym tekstem albo pod udostępnieniem na Facebooku, jeden powód, dla którego Ty chcesz przyjechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice. Czy przez konkretnego artystę, czy przez miasto, czy przez chęć oderwania się od codzienności? Tu nie ma złych odpowiedzi, każdy powód jest dobry. Na Twój komentarz czekam do środy 12-go kwietnia do północy, a następnego dnia ogłoszę, czy to właśnie Twój powód był najciekawszy / zabawniejszy / odjechany i czy jesteś jedną z 2 osób, która wygrała 2-dniowy karnet na imprezę.

(biorąc udział w konkursie jednocześnie oświadczasz, że akceptujesz jego regulamin)

3… 2… 1… start!

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Gdzie zjeść ramen w Krakowie? 3 najlepsze miejsca

Skip to entry content

Gdzie zjeść dobry ramen w Krakowie? Odkąd pierwszy raz spróbowałem tej japońskiej zupy stworzonej przez chińskich imigrantów, starałem się odpowiedzieć samemu sobie na to pytanie, ale nie było łatwo. Knajpa specjalizująca się w tej potrawie, czyli Ramen Girl, została zamknięta dłuższy czas temu przy fanfarach skandalu, natomiast inne lokale oferujące kuchnię azjatycką mają w tym temacie bardzo nierówny poziom. O czym, czasem dotkliwie, musiałem się przekonywać na swoim podniebieniu. I portfelu.

Dlatego zamiast 5 propozycji, jak miało to miejsce przy zestawieniu „Gdzie zjeść burgera w Krakowie?”, polecając restauracje, w których dostaniesz egzotyczną odmianę rosołu, muszę ograniczyć się tylko do 3. Co prawda knajp w Grodzie Króla Kraka, które mają to danie w menu jest w tym momencie już kilkanaście, ale tylko za poniższe 3 ręczę. Natomiast w pozostałych mogłoby się zdarzyć, że zamawiając zupę z pływającym jajkiem i mięsem, zamiast ramenu dostalibyście żurek.

Nie przedłużając, poniżej odpowiadam gdzie można zjeść dobry ramen w Krakowie.

Trzecie miejsce: Musso Sushi

ul. Zwierzyniecka 23

W Musso Sushi w stałej ofercie znajdziemy tylko jeden rodzaj ramenu – z wieprzowiną, jajkiem, szpinakiem i grzybami, natomiast okazjonalnie pojawiają się z wołowiną (na focie u góry) albo kaczką. Ten podstawowy dostępny jest w cenie 25 złotych i jest bardzo przyzwoity. Co znaczy w tym wypadku “przyzwoity”? Ani rzucający na kolana, ani rozczarowujący. Po prostu dobry bulion z dobrze komponującymi się składnikami, któremu trudno zarzucić coś konkretnego. Jedyne co można mu wpisać na minus, to dość skromną porcję, bo w stosunku do tego samego typu zupy w innych lokalach, zarówno krakowskich jak i warszawskich, jest go mało i najesz się nim, tylko jeśli nie jesteś wyjątkowo głodny.

Co do samego lokalu, to jest on typowo w stylu polskich knajp z sushi. Plastikowa elegancja – trochę kiczowato, trochę biznesowo.

Drugie miejsce: Ramen People

ul. Dajwór 19

Ramen People jest najmłodszym lokalem w zestawieniu, a już zdążył się dorobić zagorzałych wyznawców. Poza tytułową zupką nie znajdziemy w knajpce w zasadzie nic więcej, co jest świetnym rozwiązaniem, bo dzięki temu na zamówienie czekamy góra 5 minut. Z rzeczy technicznych, niewątpliwym plusem jest darmowa woda w karafkach, która mogłoby być standardem w polskim gastro, ale nie zapowiada się. Z minusów, w środku jest tylko 8 miejsc siedzących. Buduje to klimat lokalu, ale w godzinach szczytu bywa, że przyprawia o niemy płacz.

Przechodząc do samej szamy, ramen w Ramen People dostępny jest w 4 wersjach – wege 28zł, drobiowy 29zł, wieprzowo-wołowy 34zł i wieprzowy 32zł – i naprawdę trudno się do czegoś dopieprzyć. Bulion jest esencjonalny, mięsko, pierożki, jajeczka, warzywka nieoszukane, makaron nierozgotowany i porcje też słuszne, a po konsumpcji podniebienie wyciąga dłoń i przybija piąteczkę brzuszkowi. Ciekawą opcją jest też indywidualne ustalanie ostrości każdego z wariantów przez dodawanie pasty miso do już gotowej zupy.

Mam w zasadzie tylko jedną uwagę: biorąc pod uwagę, że to nie restauracja do posiedzenia i rozkoszowania się, tylko bar do zjedzenia i spadania, ceny mogłyby być niższe.

Pierwsze miejsce: Tao Teppanyaki & More

ul. Józefińska 4

W Tao na malowniczym Podgórzu, tuż za Kładką Bernatka, w regularnym jadłospisie dostępne są 4 rodzaje ramenu: shio, shoyu, miso i wegetariański. Pierwsze 3 w cenie 35 złotych, ostatni za 29. Preferuję shoyu, czyli wersję na zdjęciu powyżej, z miękkimi grzybkami, szpinakiem, pysznym jajkiem na miękko, odpowiednio przypieczonymi plastrami wieprzowiny, szczypiorkiem i najlepszym z krakowskich makaronów (choć do tego ze stołecznego MODu trochę mu jeszcze brakuje). Wywar jest wyrazisty i sycący, a składniki są w stosunku do niego w takich proporcjach, żebyś nie musiał ich szukać nurkując pałeczkami w misce. I zasadniczo porcja jest słuszna, trudno mieć po nim uczucie niedosytu.

Na wyjątkową uwagę zasługuje wystrój, bo wnętrze lokalu jest przytulne, niepretensjonalne i stworzone z wyczuciem, a loggia i letni ogródek, to w ogóle poezja. Bardzo przyjemne miejsce na obiad.

Pierwsze miejsce: Namnam Noodle Bar

ul. Starowiślna 10

Namnam Noodle Bar otworzył się stosunkowo niedawno, ale zasłużenie muszę stwierdzić, że serwują tam zdecydowanie najlepszy ramen w Krakowie. W ich karcie znajdziesz 3 warianty japońskiej zupy: bezmięsny – miso, standardowy – shoyu i pikantny z szarpaną wieprzowiną – spicy. Jak nazwa miejsca wskazuje, panowie specjalizują się w makaronach, przez co serwują tylko dania na ich bazie i trudniej o jakąś wpadkę, czy ryzyko braku świeżości. Mimo, że ich ramen na zdjęciu, a zwłaszcza wieprzowina, nie wygląda jakoś spektakularnie, to jest na tyle dobry, że nie zauważasz kiedy się kończy i to absolutnie nie przez ilość. Wszystko tu się komponuje jak w symfonii Beethovena, a dobre wspomnienie po całości zostaje z Tobą również po zakończeniu spotkania. Koszt tej przyjemności to 23 zeta.

Pewnie nie dla wszystkich będzie to wadą, ale punkt ujemny muszę przyznać za sam bar i sposób podawania jedzenia. Mianowicie miejsca jest bardzo mało, trochę więcej niż w klaustrofobicznym Przystanku Pierogarnia, a dania dostajesz w plastikowych naczyniach i konsumujesz również plastikowymi sztućcami, w związku z czym, jest to opcja raczej na szybką szamę niż spokojne delektowanie się smakiem.

Niestety, ale Namnam Noodle Bar jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął z mapy Krakowa, stąd zmiana na miejscu pierwszym.

Poza klasyfikacją: Pod Norenami

ul. Krupnicza 6

Gdyby kogoś znudził klasyczny mięsny bulion z jajkiem i boczkiem, i chciał spróbować wegetariańskiej wariacji na ten temat, to znajdzie ją nieopodal Bagateli – w Pod Norenami. Za 25,50zł dostępne są aż cztery bezmięsne wersje ramenu: z warzywami w tempurze, z tofu, z substytutem kotleta albo z substytutem smażonej wołowiny. Wszystkie opcje są jak najbardziej smaczne i nawet najzatwardzialsi mięsożercy nie powinni dostać niestrawności, jednak trzeba to traktować w kategoriach ciekawostki. Jak gołąbki bez zawijania, pizzę bez sera i życie bez sensu.

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović