Close
Close

Jak być dobrą żoną w sypialni według Radia Maryja?

Skip to entry content

“Jak być dobrą żoną w sypialni?” to nowa audycja Radia Maryja i w zasadzie na tym mógłbym skończyć.  I nie chodzi o to, że katolickie medium zajmuje się seksem i ksiądz wypowiada się na jego temat.  W końcu księża mają spore doświadczenie w tej kwestii i mogliby wnieść coś nowego do dyskusji. Ich perspektywa jest przecież zupełnie inna, niż przeciętnego zjadacza chleba nieślubującego życia w celibacie.

Chodzi o sam ten tytuł. Nie “jak czuć się dobrze w sypialni będąc kobietą?, nie “jak dogadywać się w sypialni z partnerem?”, nawet nie “jak rozniecić ogień w sypialni? #poradnikharcerza”. “Jak być dobrą żoną w sypialni?”, który my mamy wiek, XV?  Powiecie, że się czepiam? Że nie ma w tym nic patriarchalnego? Czepiałbym się, gdyby ten program był emitowany na przemian z programem “Jak być dobrym mężem w sypialni?”. Nie widziałem takiej pozycji w ramówce, więc póki co przekaz jest prosty: jesteś kobietą i masz być posłuszna.

Czego dowiadujemy się z ponad dwugodzinnej audycji Radia Maryja?

małżeństwo jest zgodne, gdy mąż panuje nad żoną, a żona nad sobą

Wypowiada to kobieta – Danuta Sobol – i gdybym sam był kobietą, to właśnie w tej chwili straciłbym panowanie nad sobą. Mamy setną rocznicę uzyskania praw wyborczych przez Polki, a ta chce im wmówić, że dalej są ludźmi niższej kategorii. Bardzo, bardzo smutne. Boję się myśleć, co działo się w jej rodzinnym domu, jeśli publicznie dzieli się takimi przekonaniami będąc dorosłym człowiekiem.

aby mówić o pierwszym pełnym stosunku seksualnym, musi to być pełna penetracja z pozostawieniem nasienia w pochwie

Brzmi obrzydliwie, ale część osób pewnie się ucieszy, że mimo wieloletniej aktywności seksualnej wciąż jest prawiczkami. Przy okazji, to bardzo ułatwia donoszenie dziewictwa do ślubu – wystarczy stosować stosunek przerywany.

kiedy mąż współżyje z żoną, muszą liczyć się z tym, że może dojść do zapłodnienia, o tym natomiast, czy do niego dojdzie, ostatecznie decyduje Bóg

Hmm, ginekolog powiedziałby, że o tym, czy dojdzie do zapłodnienia decyduje stosowanie antykoncepcji lub nie, jej rodzaj, faza cyklu menstruacyjnego i jakość spermy i jajeczek, ale co lekarz może wiedzieć na ten temat? Przecież te dzikusy wmawiają społeczeństwu, że człowiek pochodzi od małpy. Niedorzeczne.

żyjemy obecnie w mentalności antykoncepcyjnej, to poważny problem, wynik jest taki, że rozwinięta sfera seksualna doprowadziła do starzenia społeczeństwa, w Polsce na jedną kobietę przypada 1,3 dziecka

Najgorzej. Ludzie uprawiają seks dla przyjemności i coraz rzadziej doprowadzają do niechcianych ciąż, a rodziny zakładane są coraz bardziej świadomie. Z potrzeby, a nie z konieczności. Nie dałoby się tego jakoś zastopować i wrócić do kamienia łupanego, kiedy ludzie rozmnażali się jak zwierzęta? Świat tak bardzo potrzebuje niekochanych dzieci.

pornografia zmienia nie tylko nasze serca, ale i wzrok

No, i wydało się czemu noszę okulary. Pamiętajcie: arytmia i krótkowzroczność nie biorą się znikąd!

w obronie przed gwałtem nie godzi się kobiecie używać środków o działaniu poronnym

To sformułowanie jest bardzo mało precyzyjne. Uważam, że ksiądz udzielający takich rad powinien pójść krok dalej i stworzyć szczegółowy kodeks postępowania. Kobieta powinna mieć rozpisane czarno na białym, co jej wypada zrobić w przypadku gwałtu, a co jest źle widziane, żeby przypadkiem nie popełniła jakiegoś faux pas. Jeszcze, nie daj Boże, zbyt skutecznie zacznie się bronić i co wtedy?

(kobieta, której mąż grozi odejściem, ale nie chce mieć dzieci) na to żądanie nie może moralnie przystać, ale ma prawo poddać się biernie mężowi, wiedząc, że używa środków antykoncepcyjnych, nie może jednak aprobować jego postępowania, ani zaakceptować zadowolenia

W tłumaczeniu na polski: jeśli mąż ma ochotę uprawiać seks dla przyjemności, a ty nie, możesz na czas stosunku zamienić się w przedmiot i użyczyć mu swojej pochwy, tylko przypadkiem się do niego nie uśmiechaj. W razie kolejnych wątpliwości, co wolno Ci robić ze swoim ciałem, dzwoń pod numer 0-700-MA-RYJA. Koszt połączenia to jeden bierny stosunek za minutę.

to sfera tak intymna, że nikt nie powinien nam pomagać

W drodze wyjątku możemy skorzystać z pomocy seksuologa katolickiego, ale osobiście uważam, że nie powinniśmy tego robić. Zasadniczo, to niezależnie, czy mamy problem z katarem, czy z nowotworem, należy zdać się na wolę Boga. Jeśli pisane są nam kamienie w nerkach, to trzeba się z tym pogodzić. Specjaliści pomagający nam z naszymi problemami mogliby tylko zepsuć boży plan.

Podsumowując: jak być dobrą żoną według Radia Maryja? To proste! Wystarczy mentalnie cofnąć się do średniowiecza.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno “Lunatyków” jak i “To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – “To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi “nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią “z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy “To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk “zamów”, a potem “zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać “co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie “o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży “To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając “To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez “seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy “Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie “To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut (“Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania “To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Dlaczego tylu “prawdziwych mężczyzn” to jaskiniowcy?

Skip to entry content

Po czym poznać prawdziwego mężczyznę? Po tym, że nie ma potrzeby udowadniania nikomu, że jest prawdziwym mężczyzną. Skąd wiadomo, że mamy do czynienia z niepewnym swojej wartości chłopcem? Zanim dobrze zdąży się przedstawić, już próbuje dowieść swojej męskości. Najlepiej słowami. Bo jak wiadomo, o człowieku świadczy gadanie, a nie działanie.

męskość (według Słownika Języka Polskiego PWN)

1. «cechy typowe lub uchodzące za typowe dla mężczyzny»

2. «potencja płciowa mężczyzny»

3. euf. «narządy płciowe mężczyzny»

Pojęcie męskości i kobiecości nie dość, że zmienia się wraz z czasem, to potrafi być diametralnie inne w zależności od szerokości geograficznej, w której się znajdujemy. Zachowania, czy ubiór, typowe dla kobiet lub mężczyzn są wyłącznie zjawiskiem kulturowym istniejącym w danej społeczności, a nie czymś wynikającym z biologii. Tak jak wybijanie szyb w sklepach po przegranym meczu – to konwencja, a nie coś z czym się rodzimy. Przebijanie uszu, nakładanie makijażu, czy chodzenie w spódnicach działa podobnie – matka natura nie zarezerwowała tego dla konkretnej płci. To ludzie sami umówili się, które czynności pasują osobom z penisami, a które tym z waginami. A jak to bywa z umowami, zwłaszcza wieloletnimi, z czasem bywają renegocjowane lub zupełnie zrywane. Zwłaszcza jeśli osoby, które je forsowały już dawno nie żyją.

Polskie społeczeństwo się zmienia, kobiety już rzadziej niż kilka dekad temu traktowane są jak chodzące macice z funkcją sprzątania i gotowania, a mężczyźni coraz częściej angażują się w wychowywanie dzieci. Często nawet swoich. Dbanie o siebie nie jest już zarezerwowane wyłącznie dla panien na wydaniu, a kariera zawodowa dla dobrze urodzonych panów w garniturach. Niektórym trudno zaakceptować te zmiany. Najtrudniej “prawdziwym mężczyznom”, którzy nie zorientowali się, że już nie mieszkają w jaskiniach.

To co widzicie powyżej, to reklama sieci salonów depilacji laserowej. Ani nie jest specjalnie nośna, ani wyjątkowo sucharowa. Ot, zwykły post informujący o usługach.

To znaczy dla mnie. Dla mnie to zwykły post informujących o usługach. Bo dla chłopców z zachwianą samooceną to atak, który natychmiast muszą odeprzeć.

Reakcja, jakby to nie była wyłącznie propozycja usługi, z której możesz skorzystać lub nie, tylko przymus. Ustawa, która zmusza wszystkich mężczyzn do depilacji pod karą więzienia. Czujecie, że ktoś wypisuje takie komentarze pod reklamą Netflixa? “Chyba kogoś pojebało, że będę korzystał ze streamingu seriali, nie będę pozbywał się swoich płyt DVD!”.

Czytając takie komentarze nasuwa mi się pytanie: czy mężczyźni się myją? Ci prawdziwi oczywiście. Czy prawdziwemu mężczyźnie wypada użyć mydła? W końcu żaden ze znanych historii wybitnych mężów nie został stworzony z Szarym Jeleniem w dłoni.

Większość myślących ludzi jest dumna ze swoich osiągnięć. Z rzeczy, które są ich zasługą, wynikiem ich starań i działań. Owłosienie na klacie to geny, coś na co absolutnie nie mamy wpływu i jest kompletnie od nas niezależne. Czy można być dumny z tego, że ma się siekacze? Albo kość ogonową? Dla niektórych widać bliższy związek z naszymi przodkami chodzącymi po drzewach to coś, co podnosi ich poczucie własnej wartości.

Nie wiem, czy kolega odpuszczał lekcje biologii, ale kobiecy organ płciowy wygląda jednak trochę inaczej. Warto zgooglować temat, żeby nie być zaskoczonym, gdy już dojdzie co do czego.

Gratuluję zbudowania trwałego związku opartego na solidnych fundamentach. Można zaryzykować stwierdzenie, że jesteście o włos od rozstania.

Jak wiadomo, wszyscy homoseksualiści na całym świecie to jednorodna grupa bliźniaczo podobnych do siebie mężczyzn, których znakiem rozpoznawczym jest gładka klata. George Michael, Elton John i Radek Pestka – identyczni jak trzy krople wody. Każdy oprócz tego, że się depiluje, to chodzi w koszulach w tym samym kolorze, ma ten sam rozmiar stopy i widząc tak debilne komentarze łapie się za głowę tą samą dłonią.

No tak, bo mężczyźni przecież za pomocą włosów karmią nowo narodzone dzieci. Dlatego właśnie poszukują preparatów na bujny zarost pod pachami. Paznokciami u stóp z kolei nawiązują kontakt ze światem zwierząt, a dziurami w zębach odstraszają krasnoludy i elfy. Już w styczniu 2019 premiera nowego filmu fantasy “Świat według smalca alfa”.

Bardzo współczuję panom wieku nastoletniego, kiedy włosy mieli tylko na głowach. To musiało być irytujące, kiedy ciągle ktoś mylił ich z kobietami wyłącznie przez brak owłosienia.

No nie, najgorzej. Najpierw ktoś korzystający z usługi depilacji będzie wyglądał tak jak chce, później będzie wyglądał tak jak chce, a na końcu ubierze się tak jak chce.  Czy wszyscy przedstawiciele danej płci nie mogliby wyglądać dokładnie tak samo, jakby ktoś ich rysował przez kalkę? Co to za świat, w którym każdy człowiek jest wolny i może kreować swój wizerunek według własnych preferencji?

Dokładnie. Wczoraj rozmawiałem na Skype z Panem Bogiem i potwierdził, że usuwanie krzaków z pleców i karku to grzech śmiertelny. Dodał również, że jak nie masz włosów do ramion, to go obrażasz. Lepiej też żebyś nie pokazywał się na mieście bez sandałów i sukienki przewiązanej w pasie, bo od razu trafisz do piekła.

Paznokcie, karabin, rodzaj ludzki, biała rasa… yyy, kurwa, co? Tego bełkotu nawet nie komentuję.

***

Do depilacji dla mężczyzn mam taki sam stosunek jak do wszystkich usług, z których nie mam potrzeby korzystać – spoko, że jest, pewnie są osoby, którym się przydaje. Z kolei jaskiniowcy, dla których kilkadziesiąt lat temu koncepcja mycia się byłaby pewnie równie kontrowersyjnym tematem, skłonili mnie do trzech refleksji.

Jeden: to naprawdę urocze jak faceci pozujący na twardych heteroseksualnych predatorów przejmują się wyglądem innych samców. Co najmniej jakby byli nimi zainteresowani.

Dwa: to zabawne jak łatwo można pozbawić męskości “prawdziwego mężczyznę”. Nie trzeba kwestionować jego osiągnięć, odbijać kobiety, ani palić domu. Wystarczy go wydepilować.

Trzy: to smutne, że coś tak wyjątkowego i nienamacalnego jak poczucie męskości i poczucie kobiecości ludzie sprowadzają do kwestii owłosienia. Lub jego braku.