Close
Close

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – “wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus
(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – bzdura, bzdura, bzdura!

Skip to entry content

Przedwczoraj, przez włączoną opcję automatycznego odtwarzania kolejnych filmów na YouTube, trafiłem na wywiad z celebrytą, który zaczął od aktorstwa, a teraz próbuje zajmować się śpiewem – mimo, że w obu przypadkach jego talent jest mocno dyskusyjny – więc żeby nie spaść z fali popularności, ostatnio opowiada o swoim nawróceniu. Odnowa duchowa i wewnętrzne przemiany są chwytliwym tematem, więc jego agencja PRowa trafiła dość blisko 10-tki tym chwytem. Między deklamowaniem deklaracji miłości do zwierząt, ludzi i wegan, padł magiczny zwrot z nagłówka – „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”.

Brzmi pięknie prawda? Szkoda tylko, że to kłamstwo.

Jestem w stanie uwierzyć, że autor tej wypowiedzi ma przekonanie co do jej drugiej części i nie chce być oceniany, a właściwie to krytykowany, bo przecież pochwały każdy chętnie przyjmie. Trudno mi jednak dać wiarę, że sam faktycznie nie ocenia, bo w zasadzie z każdego punktu widzenia jest to niemożliwe. Ocen przedmiotów, zachowań, myśli dokonujemy nieustannie, inaczej żaden wybór nie byłby możliwy. Idziemy do spożywczaka, oceniamy która cebula jest ładna, a która brzydka i wybieramy tę ładniejszą. Na imprezie robimy dokładnie to samo. Tylko z wieprzowiną. Włączając Spotify działa ten sam mechanizm – aplikacja zaproponowała piosenkę, która nam się podoba? Słuchamy! Poleciał Tomasz Niecik? Przełączamy. Dokonując każdego wyboru, czy to zakupowego, czy towarzyskiego, czy moralnego, czy jakiegokolwiek innego, dostępnym opcjom przypisujemy wartości i decydujemy się na tę najwyżej punktowaną.

Oceniamy, oceniamy, oceniamy.

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – jest bardzo ładnym, okrągłym zdaniem, które można pierdolnąć Helveticą na zdjęciu człowieka na szczycie góry i zrobić z tego zajebisty Demotywator na 317 lajków i 18 udostępnień, ale to kłamstwo. To świetne strategicznie zagranie, które ze sporym wyprzedzeniem pozwala bronić się przed krytyką od innych – bo jak można oceniać człowieka, który jest chodzącym ucieleśnieniem dobra i miłosierdzia i sam nie ocenia? – ale jest zgubne.

Dlaczego?

Bo nie dość, że codziennie nieustannie wartościujemy, to jeszcze tego potrzebujemy.

Jak inaczej stwierdzić, czy coś jest dla nas dobre, czy złe?

Przykładowo – mamy znajomego, który ciągle jedzie na kredycie, ledwo spłaci jedną kartę, zaraz zadłuża się na drugiej, chodzi nieustannie pospinany z grymasem śniętej piranii. Widząc go któryś raz w takim stanie, rozkminiamy, że to słabo i sami byśmy tak nie chcieli. Oceniamy, że pakowanie się w pożyczki nie jest najlepszą opcją zasilania domowego budżetu.

Inny przykład. Przeglądając tablicę na Fejsie, z jednej strony widzimy gwiazdę rapu, jeżdżącą po świecie, opalającą się na Teneryfie i jedzącą podwodne zwierzątka, ale samotną, bez stabilizacji i wiecznie skacowaną. Z drugiej, pojawia nam się ojciec trójki dzieci, siedzący cały czas w domu, gotujący kaszki i robiący orgiami z pieluszek, wniebowzięty, że buduje rodzinę i może się nią zajmować. Jak mamy określić, który model życia jest nam bliższy i którym chcemy podążać, jeśli obu nie będziemy w jakiś sposób wartościować?

Opinia z zewnątrz jest konieczna, żeby się rozwijać

Wyobraź sobie, że chcesz zostać zajebistym bokserem, ale ćwiczysz kompletnie sam. Bez trenera, bez ziomków po fachu, bez kogoś kto by się na boksie znał. Skąd masz wiedzieć, że za nisko trzymasz gardę, za szeroko rozstawiasz łokcie i zbyt wolno wyprowadzasz ciosy, jeśli nikt Ci o tym nie powie? Sami w sobie jesteśmy układami zamkniętymi i potrzebujemy zewnętrznego obserwatora – będącego oczywiście specjalistą w danym temacie – który spojrzy na nas z dystansu i nas oceni.

Inaczej całe życie będziemy w kółko powtarzać ten sam błąd, bo go nie dostrzeżemy.

Bez wzajemnego oceniania ludziom dzieje się krzywda

W zeszłym tygodniu pewien gość, nazwijmy go Marek, chciał zabłysnąć na Fejsie i zebrać pełne wiadro lajków wrzucając „zabawny status”:

Sąsiad wstał o szóstej. O szóstej trzydzieści spuścił szczeniakowi taki sromotny wp…dol, że szczeniak prawie się udusił wrzeszcząc wśród nieziemskiego łomotu “Nieee! Nieee! Nieee!”, po czym przed siódmą zapakowali się całą rodzinką do samochodu i pojechali do pracy/przedszkola.
Wtoreczek.

Ktoś z jego znajomych zapytał, po którym pobiciu dziecka zadzwoni na policję, na co Marek odpowiedział, że to nie jego sprawa, tłumacząc w dalszej części wypowiedzi, że nie będzie oceniał przemocy w rodzinie negatywnie, bo nie zdarza się to codziennie. Jak to powiedział Edmund Burke „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. A dobry człowiek nic nie zrobi, jeśli nie oceni danej sytuacji i nie nazwie zła złem, tylko będzie udawał, że go to nie dotyczy, bo on nie ocenia.

Aby społeczeństwo funkcjonowało nie możemy udawać, że gówno na środku skrzyżowania jest bukietem tulipanów i zasłaniać się frazesem „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”. To pójście na łatwiznę i wylewanie fundamentów pod budowanie znieczulicy. Jeśli jedziesz tramwajem i widzisz, że ktoś osobie przed Tobą wyciąga portfel z kieszeni to wmawiasz sobie, że nie Ty jesteś od tego, by wartościować, czy to dobrze, czy źle?

Jadę TLKą z Warszawy do Krakowa. Wagon bezprzedziałowy nabity do pełna, a pomiędzy siedzeniami i na korytarzu też ludziów jak mrówków, bo poza biletami z miejscówkami PKP sprzedaje też te bez, więc jest tłoczno jak na promocji Lidlu. Już samo nagromadzenie takiej liczby chodzących bateryjek, to znaczy żywych organizmów, sprawia, że w wagonie jest niechłodno, a tu jeszcze motorniczy włączył grzanie jakby miał trasę transsyberyjską. No cieplutko. Tak cieplutko, że dobrze nie zdążyłem jeszcze usiąść, a tu już wokół pachy Morze Śródziemne, mimo, że i kurteczkę i swetereczkę zdjąłem z siebie. Reszta pasażerów również odnotowała ten stan, to znaczy ciepełko, a nie moją mokrą pachę, i zaczęła poetycko werbalizować swoje nastawienie do zaistniałej sytuacji:

– Szkurwa, jak goronco.

– Rozpłynę się, zaraz się rozpłynę, no normalnie zaraz się rozpłynę tutaj!

– Ochujeć od tego skwaru można.

– Mirek, daj no mie co do wachlowania, bo nie wytrzymie.

– Tym pociongistom chyba na musk jebło, ugotować człowieka chcom!

Moi towarzysze podróży po publicznej manifestacji niezadowolenia z temperatury panującej w wagonie błyskawicznie wrócili do swoich zajęć, czyli nicnierobienia przerywanego gapieniem się w szybę, i trwania w „skwarze od którego ochujeć można”. Nie wiem dokładnie na czym polega owe „ochujenie”, ale na wszelkie wypadek wolałem nie doświadczać na sobie tego stanu, więc pomyślałem, że coś z tym zrobię. Konkretnie, z owym skwarem. Na przykład podejdę do kogoś z obsługi pociągu i spytam, czy mógłby obniżyć temperaturę. Szybko rozważyłem za i przeciw…

za: nie przyjadę na miejsce cały przepocony i nieświeży, nie rozreguluję organizmu męcząc go zbyt wysoką temperaturą, nie będę się irytował przez całą podróż, nie ochujeję

przeciw: a nuż okaże się, że wypowiedzenie frazy „przepraszam, czy można by obniżyć temperaturę?” zagina kontinuum czasoprzestrzeni otwierając portal między naszym światem, a układem planetarnym reptilian ludojadów?

…i stwierdziłem, że mimo wszystko podejmę to wyśrubowane do granic ryzyko.

Poszedłem na żywioł:

– Przepraszam, czy można by przykręcić ogrzewanie? Bo strasznie gorąco.

– Nie ma problemu, zaraz zmniejszę temperaturę.

– Dziękuję bardzo.

– Proszę bardzo.

I nie uwierzycie, co się stało… po kwadransie upał zelżał, a w wagonie zrobiło się normalnie i dalsza część podróży upłynęła bez odwadniania się przez wzmożoną potliwość. Wystarczyło po prostu podejść do pana w kamizelce z napisem PKP i zasygnalizować problem. Nie trzeba było przykładać mu glocka do skroni, ani przedwojennej finki do szyi, ani sekatora ogrodowego do palca wskazującego.

Wystarczyło po prostu podejść i poprosić. Tyle.

Nie spodziewałbym się, ale ta sytuacja dała mi naprawdę sporo do myślenia. W przedziale, łącznie z miejscami stojącymi, było ze 100 osób. Gorąc był uciążliwy, i to bardzo, bez wyjątku dla wszystkich. Niezadowolenie z tego stanu rzeczy dosadnie wyraziło kilkanaście osób. Działania, żeby coś zrobić z tą powodującą mocny dyskomfort sytuacją nie podjął nikt. N-I-K-T. Zero osób. Z-E-R-O. A rozwiązanie było naprawdę banalne i nie wymagało na dobrą sprawę żadnego wysiłku. Sprowadzało się tylko i wyłącznie do zakomunikowania swojego niezadowolenia właściwej osobie.

Za sprawą tego absurdu, zacząłem się zastanawiać ile razy ja sam, zamiast po prostu rozwiązać banalny problem, skupiałem się na narzekaniu, nie podejmując żadnego działania.

To zabrzmi jakbym dowiedział się, że nie muszę za każdym razem krzesać krzemienia o krzemień, żeby uzyskać ogień, tylko pójść do kiosku po zapałki, ale to zdarzenie otworzyło mi oczy na to, ile nieprzyjemnych sytuacji mógłbym rozwiązać, podejmując minimalny wysiłek i próbując cokolwiek z nimi robić, zamiast angażować tę samą energię we wkurwianie się.

Jadę autobusem i przeszkadza mi nastoletni didżej bez słuchawek molestujący cały pojazd Gangiem Albanii? Może wystarczy poprosić go, żeby przestał to robić, zamiast wkurzać się, że „ta dzisiejsza młodzież”? Za każdym razem muszę gasić światło za współlokatorem, gdy wychodzi z łazienki? Zamiast kurwowania pod nosem może wystarczy powiedzieć mu, że w ogóle to robi, bo być może nie jest tego świadomy? Firmowa sprzątaczka notorycznie przestawia mi rzeczy na biurku? A co gdyby okazało się, że zakomunikowanie by tego nie robiła, wystarczy by tego nie robiła? Brat narzeczonej mówi do mnie „Jasiula” doprowadzając mnie tym szału? Może niepotrzebnie wizualizuję jak wkładam mu język do niszczarki na dokumenty i dociskam, aż nie zetrze mu też nosa? Może jedyne co trzeba zrobić, to powiedzieć, że mi to przeszkadza.

W wielu aspektach życia jesteśmy tak zafiksowani na dany problem, że z góry uznajemy, że nie da się z nim nic zrobić. Domyślnie przyjmujemy, że to sytuacja skazana na porażkę. I narzekamy, nie działamy. A założę się, że w połowie przypadków wystarczy po prostu powiedzieć o problemie osobie, która go powoduje, by z miejsca został rozwiązany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kyknoord