Close
Close

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – „wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Katarina

    co do płacenia.. facet na randce jest właśnie od płacenia! I kobieta nie powinna się tego wstydzić! Zaprasza na randkę niech płaci. Inaczej wyszłoby na to, że kobieta powinna pokryć koszty, które facet powinien ponieść na zdobycie jej.. słabo..

  • Marta:)

    Punkt 5!!! Nawet nie wiesz jak się cieszę że ktoś to zauważył :) Jako świadoma swoich potrzeb kobieta myślę że czasem jesteśmy bardziej spragnione niż faceci :)

  • Karolina Pondel

    Punkt 1 <3
    Bardzo mi się kiedyś spodobało jak moja mama powiedziała mi, że "partner nie jest od pozwoleń." i tego się trzymam ;)

  • Wszystko prawda – potwierdzam jako stateczna, szczęśliwa mężatka ;)
    Niestety wiele osób nie zna tych faktów. Przed pierwszym związkiem to zrozumiałe, gorzej jeśli po zakończeniu kolejnych związków ten stan niewiedzy się utrzymuje.

  • Dot

    „wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy” Tak, to jest wyobrażenie niektórych początkowych związków. Choć niektórym to nigdy nie mija.

    „w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.” Dokładnie! Nie można być z drugą osobą za blisko ani za bardzo, żeby po rozstaniu nie okazało się, że razem z partnerem odeszło całe nasze życie. Trzeba mieć własne pasje, realizować się przede wszystkim, a związek ma być dodatkiem do całej reszty.

    Bardzo mi się podoba ten wpis ;)

  • Ja też mieszkam i pracuję z partnerem, więc teges… Inni umawiają sie na randki, a my umawiamy się z innymi ludźmi, żeby nie patrzeć na siebie przez cały czas :) Dobra, na randki też. Chomik dobrze się trzyma. Może nawet dożyje 70tki, choć mam podobnie mało romantyczne podejście do wiecznej miłości, co Ty. Te stare małżenstwa opierają swoje związki już raczej na przyjaźni i zażyłości niż na miłości. No i w sumie czemu nie. Ja z moich związków dowiedziałam się też, że sama miłość związku nie utrzyma.

  • Ja właściwie z moim mężęm spędzamy ze sobą 24/7, bo tak wyszło. Oboje pracujemy w domu, w tym samym pomieszczeniu, zajmując się tym samym. Ja siedzę przy sowim biurku, on swoim. Mimo to jakoś żyjemy, dobrze sie mamy i jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Na początku może było trudno, ale nauczyliśmy się tego i mimo, że cały czas jesteśmy obok siebie, to spokojnie potrafimy zadbać o odrębność.

  • Aleksandra Muszyńska

    Nigdy nie ogarniałam konceptu, w którym dwoje dorosłych ludzi w związku sobie czegoś nawzajem zabrania (nie mówimy tu o grubych patologiach rzecz jasna, jak np. przewodniczenie fanklubowi Tomasza Niecika) Albo że jedna strona (niestety najczęściej żeńska) wali fochy, że połowica raz w tygodniu chodzi z kumplami na browara do pubu. Widziałam nawet w jakimś popularnonaukowym periodyku typu Cosmopolitan wielkopańską sugestię,żeby inwentarz jednak raz w miesiącu łaskawie wypuścić do innych ludzi, niech ma…
    Człowiecze,ciesz się, że ma toto znajomych, lubi go ktoś jeszcze, ma zainteresowania i nie kapcanieje w chałupie,bo możesz się zająć sobą i swoimi sprawami, na Boga.

    • Aleksandra

      Twój przykład grubej patologii jest zachwycający <3 Pozdrawiam

  • Myślę, że fałszywe nie, ale gorsze już jak najbardziej mogło być. W końcu związek jednak z jakiegoś powodu się kończy.

  • Borsuk

    Same mądre rzeczy tu piszą.
    Zwłaszcza punkt pierwszy. To jest niesamowite, kiedy widzę dziewczyny 25+ proszące o „zgodę” na wyjście z kolegą, ba nawet z koleżankami. I w drugą stronę to samo. Sama ostatnio brałam udział w dyskusji zakończonej pełnym wzburzenia „I ty mu na to POZWALASZ?!” (chodziło o to, że facet pisze sobie smsy do koleżanek). I jeszcze to przedziwne przekonanie, że kobieta to taka bezwolna istota, której jak się nie zakaże to zaraz zdradzi z autobusem Arabów, ale jak się powie, że nie wolno to już luz, święty spokój zapewniony :D

    • Kasia Kowalewska

      O taak, uwielbiam takie pytania. Ty mu pozwalasz? On Ci na to pozwala? Możesz iść na koncert/festiwal/cokolwiek bez niego? No kurde, to mój facet czy tata, że mam go pytać o zgodę

  • aaaaanaaa

    „Facet nie jest od płacenia” – dokładnie! Z tym, że z doświadczenia wiem jak wiele kobiet właśnie tego od mężczyzn oczekuje i to jest przykre, bo dzięki temu przekonanie niektórych, że kobiety „lecą na kasę” cały czas ma się dobrze…W tym temacie jestem przewrażliwiona, jeśli szłam z facetem na randkę zawsze płaciliśmy każdy za siebie, mimo protestów, zawsze stawiałam sprawę jasno i wynikało to z tego, że rodzice właśnie zawsze powtarzali mi, że druga osoba to nie jest moja skarbonka. Owszem, już w związku czy z bardzo dobrymi znajomymi pozwalam sobie na sytuacje raz płacisz Ty, raz ja i nie rozliczamy się co do każdej złotówki, ale do tego potrzeba mi zacieśnienia relacji :)

  • Aleksandra

    Piąta i siódma rzecz najtrafniej opisana i jak dla mnie najbardziej istotna.
    Janku, jak zwykle bardzo przyjemnie się czytało. Dziękuję!

  • Im dłużej pracujemy razem z MałąŻonką, tym bardziej kocham punkt „Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe”. Na szczęście już obydwoje pojęliśmy, że co za dużo to niezdrowo :)

    • Oj, to jak mieszkacie razem i pracujecie razem, to musicie mieć chyba jakiś magiczny sposób, żeby się nie zamordować nawzajem :)

      • Trochę zmieniony, ale doskonale tu się sprawdza p. 5 :)
        No i umiemy się kłócić, a jeszcze bardziej potrafimy się godzić.

  • Caramel

    najważniejsze to wyciągać wnioski, u mnie kończy się to zwykle uświadomieniem sobie ich, a potem powtarzaniem tych samych błędów… :) ale super tekst ;-)

    • Dzięki, dzięki i życzę skuteczniejszej nauki na błędach w przyszłości :)

  • anerdylady

    Zrozumienie pierwszego punktu zajęło mi pięć lat i całe ‚faktyczne’ nastoletnie życie (od 15 do 20 roku życia). Żadnych osiemnastek, spotkań, niczego. Czasu nie cofnę, ale przynajmniej wiem, że więcej do takiej sytuacji nie doprowadzę.

    • Nie powiem nic odkrywczego – lepiej późno niż wcale, bo niektórzy i po 10 latach tego nie rozumieją.

  • Marta Tu

    Popieram w 100% punkt pierwszy i przed ostatni. Podsumowałabym je tak: „co za dużo, to niezdrowo”. Przetestowałam na własnej skórze i nie polecam nikomu.

  • Zgadzam się ze wszystkim, ale do szczególnego wyróżnienia nominowałabym dwa ostatnie punkty. Jeśli miałabym z moim lubym spędzać 24/7 to prędzej bym go zabiła, niż była szczęśliwa w takim związku. Miłość miłością, ale ileż można?
    Co do ostatniego punktu to już w ogóle hit, bo ilość osób, które wyzywają swoje byłe miłości jest powalająca. I jednocześnie całkowicie niezrozumiała.

    • Podobno nikt nie jest bardziej obcy niż ktoś, kogo się kiedyś kochało ;)

      • Obcy może czasami faktycznie, ale żeby kobieta od razu stawała się szmatą, a facet kutasem? :)

        • to działa mniej więcej tak, że im większe uczucia keidyś łaczyły dwie osoby, tym bardziej bolesne, pełne złości rozstanie. szególnie jeśli było na niezbyt dobrych warunkach.

          • Dokładnie, zwłaszcza, że rozstanie rzadko kiedy jest decyzją obu stron, tylko najczęściej ktoś kogoś zostawia.

          • kel

            To tak działa, ale ja jednak myślę, że i złość i ból da się ogarnąć dobrym wychowaniem.

          • aaaaanaaa

            Z tym, że dostrzegam różnicę między złością, emocjami, przeklinaniem tej osoby w duchu albo przyjaciółce, a robieniem z tego człowieka zera na prawo i lewo…

        • Aleksandra Muszyńska

          No,czasem jak tak słucham historii tego typu to mam wrażenie,że to zawsze dosłownie jednogodzinna transformacja z Misia w Chuja ;).

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – bzdura, bzdura, bzdura!

Skip to entry content

Przedwczoraj, przez włączoną opcję automatycznego odtwarzania kolejnych filmów na YouTube, trafiłem na wywiad z celebrytą, który zaczął od aktorstwa, a teraz próbuje zajmować się śpiewem – mimo, że w obu przypadkach jego talent jest mocno dyskusyjny – więc żeby nie spaść z fali popularności, ostatnio opowiada o swoim nawróceniu. Odnowa duchowa i wewnętrzne przemiany są chwytliwym tematem, więc jego agencja PRowa trafiła dość blisko 10-tki tym chwytem. Między deklamowaniem deklaracji miłości do zwierząt, ludzi i wegan, padł magiczny zwrot z nagłówka – „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”.

Brzmi pięknie prawda? Szkoda tylko, że to kłamstwo.

Jestem w stanie uwierzyć, że autor tej wypowiedzi ma przekonanie co do jej drugiej części i nie chce być oceniany, a właściwie to krytykowany, bo przecież pochwały każdy chętnie przyjmie. Trudno mi jednak dać wiarę, że sam faktycznie nie ocenia, bo w zasadzie z każdego punktu widzenia jest to niemożliwe. Ocen przedmiotów, zachowań, myśli dokonujemy nieustannie, inaczej żaden wybór nie byłby możliwy. Idziemy do spożywczaka, oceniamy która cebula jest ładna, a która brzydka i wybieramy tę ładniejszą. Na imprezie robimy dokładnie to samo. Tylko z wieprzowiną. Włączając Spotify działa ten sam mechanizm – aplikacja zaproponowała piosenkę, która nam się podoba? Słuchamy! Poleciał Tomasz Niecik? Przełączamy. Dokonując każdego wyboru, czy to zakupowego, czy towarzyskiego, czy moralnego, czy jakiegokolwiek innego, dostępnym opcjom przypisujemy wartości i decydujemy się na tę najwyżej punktowaną.

Oceniamy, oceniamy, oceniamy.

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – jest bardzo ładnym, okrągłym zdaniem, które można pierdolnąć Helveticą na zdjęciu człowieka na szczycie góry i zrobić z tego zajebisty Demotywator na 317 lajków i 18 udostępnień, ale to kłamstwo. To świetne strategicznie zagranie, które ze sporym wyprzedzeniem pozwala bronić się przed krytyką od innych – bo jak można oceniać człowieka, który jest chodzącym ucieleśnieniem dobra i miłosierdzia i sam nie ocenia? – ale jest zgubne.

Dlaczego?

Bo nie dość, że codziennie nieustannie wartościujemy, to jeszcze tego potrzebujemy.

Jak inaczej stwierdzić, czy coś jest dla nas dobre, czy złe?

Przykładowo – mamy znajomego, który ciągle jedzie na kredycie, ledwo spłaci jedną kartę, zaraz zadłuża się na drugiej, chodzi nieustannie pospinany z grymasem śniętej piranii. Widząc go któryś raz w takim stanie, rozkminiamy, że to słabo i sami byśmy tak nie chcieli. Oceniamy, że pakowanie się w pożyczki nie jest najlepszą opcją zasilania domowego budżetu.

Inny przykład. Przeglądając tablicę na Fejsie, z jednej strony widzimy gwiazdę rapu, jeżdżącą po świecie, opalającą się na Teneryfie i jedzącą podwodne zwierzątka, ale samotną, bez stabilizacji i wiecznie skacowaną. Z drugiej, pojawia nam się ojciec trójki dzieci, siedzący cały czas w domu, gotujący kaszki i robiący orgiami z pieluszek, wniebowzięty, że buduje rodzinę i może się nią zajmować. Jak mamy określić, który model życia jest nam bliższy i którym chcemy podążać, jeśli obu nie będziemy w jakiś sposób wartościować?

Opinia z zewnątrz jest konieczna, żeby się rozwijać

Wyobraź sobie, że chcesz zostać zajebistym bokserem, ale ćwiczysz kompletnie sam. Bez trenera, bez ziomków po fachu, bez kogoś kto by się na boksie znał. Skąd masz wiedzieć, że za nisko trzymasz gardę, za szeroko rozstawiasz łokcie i zbyt wolno wyprowadzasz ciosy, jeśli nikt Ci o tym nie powie? Sami w sobie jesteśmy układami zamkniętymi i potrzebujemy zewnętrznego obserwatora – będącego oczywiście specjalistą w danym temacie – który spojrzy na nas z dystansu i nas oceni.

Inaczej całe życie będziemy w kółko powtarzać ten sam błąd, bo go nie dostrzeżemy.

Bez wzajemnego oceniania ludziom dzieje się krzywda

W zeszłym tygodniu pewien gość, nazwijmy go Marek, chciał zabłysnąć na Fejsie i zebrać pełne wiadro lajków wrzucając „zabawny status”:

Sąsiad wstał o szóstej. O szóstej trzydzieści spuścił szczeniakowi taki sromotny wp…dol, że szczeniak prawie się udusił wrzeszcząc wśród nieziemskiego łomotu „Nieee! Nieee! Nieee!”, po czym przed siódmą zapakowali się całą rodzinką do samochodu i pojechali do pracy/przedszkola.
Wtoreczek.

Ktoś z jego znajomych zapytał, po którym pobiciu dziecka zadzwoni na policję, na co Marek odpowiedział, że to nie jego sprawa, tłumacząc w dalszej części wypowiedzi, że nie będzie oceniał przemocy w rodzinie negatywnie, bo nie zdarza się to codziennie. Jak to powiedział Edmund Burke „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. A dobry człowiek nic nie zrobi, jeśli nie oceni danej sytuacji i nie nazwie zła złem, tylko będzie udawał, że go to nie dotyczy, bo on nie ocenia.

Aby społeczeństwo funkcjonowało nie możemy udawać, że gówno na środku skrzyżowania jest bukietem tulipanów i zasłaniać się frazesem „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”. To pójście na łatwiznę i wylewanie fundamentów pod budowanie znieczulicy. Jeśli jedziesz tramwajem i widzisz, że ktoś osobie przed Tobą wyciąga portfel z kieszeni to wmawiasz sobie, że nie Ty jesteś od tego, by wartościować, czy to dobrze, czy źle?

---> SKOMENTUJ

Jadę TLKą z Warszawy do Krakowa. Wagon bezprzedziałowy nabity do pełna, a pomiędzy siedzeniami i na korytarzu też ludziów jak mrówków, bo poza biletami z miejscówkami PKP sprzedaje też te bez, więc jest tłoczno jak na promocji Lidlu. Już samo nagromadzenie takiej liczby chodzących bateryjek, to znaczy żywych organizmów, sprawia, że w wagonie jest niechłodno, a tu jeszcze motorniczy włączył grzanie jakby miał trasę transsyberyjską. No cieplutko. Tak cieplutko, że dobrze nie zdążyłem jeszcze usiąść, a tu już wokół pachy Morze Śródziemne, mimo, że i kurteczkę i swetereczkę zdjąłem z siebie. Reszta pasażerów również odnotowała ten stan, to znaczy ciepełko, a nie moją mokrą pachę, i zaczęła poetycko werbalizować swoje nastawienie do zaistniałej sytuacji:

– Szkurwa, jak goronco.

– Rozpłynę się, zaraz się rozpłynę, no normalnie zaraz się rozpłynę tutaj!

– Ochujeć od tego skwaru można.

– Mirek, daj no mie co do wachlowania, bo nie wytrzymie.

– Tym pociongistom chyba na musk jebło, ugotować człowieka chcom!

Moi towarzysze podróży po publicznej manifestacji niezadowolenia z temperatury panującej w wagonie błyskawicznie wrócili do swoich zajęć, czyli nicnierobienia przerywanego gapieniem się w szybę, i trwania w „skwarze od którego ochujeć można”. Nie wiem dokładnie na czym polega owe „ochujenie”, ale na wszelkie wypadek wolałem nie doświadczać na sobie tego stanu, więc pomyślałem, że coś z tym zrobię. Konkretnie, z owym skwarem. Na przykład podejdę do kogoś z obsługi pociągu i spytam, czy mógłby obniżyć temperaturę. Szybko rozważyłem za i przeciw…

za: nie przyjadę na miejsce cały przepocony i nieświeży, nie rozreguluję organizmu męcząc go zbyt wysoką temperaturą, nie będę się irytował przez całą podróż, nie ochujeję

przeciw: a nuż okaże się, że wypowiedzenie frazy „przepraszam, czy można by obniżyć temperaturę?” zagina kontinuum czasoprzestrzeni otwierając portal między naszym światem, a układem planetarnym reptilian ludojadów?

…i stwierdziłem, że mimo wszystko podejmę to wyśrubowane do granic ryzyko.

Poszedłem na żywioł:

– Przepraszam, czy można by przykręcić ogrzewanie? Bo strasznie gorąco.

– Nie ma problemu, zaraz zmniejszę temperaturę.

– Dziękuję bardzo.

– Proszę bardzo.

I nie uwierzycie, co się stało… po kwadransie upał zelżał, a w wagonie zrobiło się normalnie i dalsza część podróży upłynęła bez odwadniania się przez wzmożoną potliwość. Wystarczyło po prostu podejść do pana w kamizelce z napisem PKP i zasygnalizować problem. Nie trzeba było przykładać mu glocka do skroni, ani przedwojennej finki do szyi, ani sekatora ogrodowego do palca wskazującego.

Wystarczyło po prostu podejść i poprosić. Tyle.

Nie spodziewałbym się, ale ta sytuacja dała mi naprawdę sporo do myślenia. W przedziale, łącznie z miejscami stojącymi, było ze 100 osób. Gorąc był uciążliwy, i to bardzo, bez wyjątku dla wszystkich. Niezadowolenie z tego stanu rzeczy dosadnie wyraziło kilkanaście osób. Działania, żeby coś zrobić z tą powodującą mocny dyskomfort sytuacją nie podjął nikt. N-I-K-T. Zero osób. Z-E-R-O. A rozwiązanie było naprawdę banalne i nie wymagało na dobrą sprawę żadnego wysiłku. Sprowadzało się tylko i wyłącznie do zakomunikowania swojego niezadowolenia właściwej osobie.

Za sprawą tego absurdu, zacząłem się zastanawiać ile razy ja sam, zamiast po prostu rozwiązać banalny problem, skupiałem się na narzekaniu, nie podejmując żadnego działania.

To zabrzmi jakbym dowiedział się, że nie muszę za każdym razem krzesać krzemienia o krzemień, żeby uzyskać ogień, tylko pójść do kiosku po zapałki, ale to zdarzenie otworzyło mi oczy na to, ile nieprzyjemnych sytuacji mógłbym rozwiązać, podejmując minimalny wysiłek i próbując cokolwiek z nimi robić, zamiast angażować tę samą energię we wkurwianie się.

Jadę autobusem i przeszkadza mi nastoletni didżej bez słuchawek molestujący cały pojazd Gangiem Albanii? Może wystarczy poprosić go, żeby przestał to robić, zamiast wkurzać się, że „ta dzisiejsza młodzież”? Za każdym razem muszę gasić światło za współlokatorem, gdy wychodzi z łazienki? Zamiast kurwowania pod nosem może wystarczy powiedzieć mu, że w ogóle to robi, bo być może nie jest tego świadomy? Firmowa sprzątaczka notorycznie przestawia mi rzeczy na biurku? A co gdyby okazało się, że zakomunikowanie by tego nie robiła, wystarczy by tego nie robiła? Brat narzeczonej mówi do mnie „Jasiula” doprowadzając mnie tym szału? Może niepotrzebnie wizualizuję jak wkładam mu język do niszczarki na dokumenty i dociskam, aż nie zetrze mu też nosa? Może jedyne co trzeba zrobić, to powiedzieć, że mi to przeszkadza.

W wielu aspektach życia jesteśmy tak zafiksowani na dany problem, że z góry uznajemy, że nie da się z nim nic zrobić. Domyślnie przyjmujemy, że to sytuacja skazana na porażkę. I narzekamy, nie działamy. A założę się, że w połowie przypadków wystarczy po prostu powiedzieć o problemie osobie, która go powoduje, by z miejsca został rozwiązany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kyknoord

---> SKOMENTUJ