Close
Close

Jadę TLKą z Warszawy do Krakowa. Wagon bezprzedziałowy nabity do pełna, a pomiędzy siedzeniami i na korytarzu też ludziów jak mrówków, bo poza biletami z miejscówkami PKP sprzedaje też te bez, więc jest tłoczno jak na promocji Lidlu. Już samo nagromadzenie takiej liczby chodzących bateryjek, to znaczy żywych organizmów, sprawia, że w wagonie jest niechłodno, a tu jeszcze motorniczy włączył grzanie jakby miał trasę transsyberyjską. No cieplutko. Tak cieplutko, że dobrze nie zdążyłem jeszcze usiąść, a tu już wokół pachy Morze Śródziemne, mimo, że i kurteczkę i swetereczkę zdjąłem z siebie. Reszta pasażerów również odnotowała ten stan, to znaczy ciepełko, a nie moją mokrą pachę, i zaczęła poetycko werbalizować swoje nastawienie do zaistniałej sytuacji:

– Szkurwa, jak goronco.

– Rozpłynę się, zaraz się rozpłynę, no normalnie zaraz się rozpłynę tutaj!

– Ochujeć od tego skwaru można.

– Mirek, daj no mie co do wachlowania, bo nie wytrzymie.

– Tym pociongistom chyba na musk jebło, ugotować człowieka chcom!

Moi towarzysze podróży po publicznej manifestacji niezadowolenia z temperatury panującej w wagonie błyskawicznie wrócili do swoich zajęć, czyli nicnierobienia przerywanego gapieniem się w szybę, i trwania w „skwarze od którego ochujeć można”. Nie wiem dokładnie na czym polega owe „ochujenie”, ale na wszelkie wypadek wolałem nie doświadczać na sobie tego stanu, więc pomyślałem, że coś z tym zrobię. Konkretnie, z owym skwarem. Na przykład podejdę do kogoś z obsługi pociągu i spytam, czy mógłby obniżyć temperaturę. Szybko rozważyłem za i przeciw…

za: nie przyjadę na miejsce cały przepocony i nieświeży, nie rozreguluję organizmu męcząc go zbyt wysoką temperaturą, nie będę się irytował przez całą podróż, nie ochujeję

przeciw: a nuż okaże się, że wypowiedzenie frazy „przepraszam, czy można by obniżyć temperaturę?” zagina kontinuum czasoprzestrzeni otwierając portal między naszym światem, a układem planetarnym reptilian ludojadów?

…i stwierdziłem, że mimo wszystko podejmę to wyśrubowane do granic ryzyko.

Poszedłem na żywioł:

– Przepraszam, czy można by przykręcić ogrzewanie? Bo strasznie gorąco.

– Nie ma problemu, zaraz zmniejszę temperaturę.

– Dziękuję bardzo.

– Proszę bardzo.

I nie uwierzycie, co się stało… po kwadransie upał zelżał, a w wagonie zrobiło się normalnie i dalsza część podróży upłynęła bez odwadniania się przez wzmożoną potliwość. Wystarczyło po prostu podejść do pana w kamizelce z napisem PKP i zasygnalizować problem. Nie trzeba było przykładać mu glocka do skroni, ani przedwojennej finki do szyi, ani sekatora ogrodowego do palca wskazującego.

Wystarczyło po prostu podejść i poprosić. Tyle.

Nie spodziewałbym się, ale ta sytuacja dała mi naprawdę sporo do myślenia. W przedziale, łącznie z miejscami stojącymi, było ze 100 osób. Gorąc był uciążliwy, i to bardzo, bez wyjątku dla wszystkich. Niezadowolenie z tego stanu rzeczy dosadnie wyraziło kilkanaście osób. Działania, żeby coś zrobić z tą powodującą mocny dyskomfort sytuacją nie podjął nikt. N-I-K-T. Zero osób. Z-E-R-O. A rozwiązanie było naprawdę banalne i nie wymagało na dobrą sprawę żadnego wysiłku. Sprowadzało się tylko i wyłącznie do zakomunikowania swojego niezadowolenia właściwej osobie.

Za sprawą tego absurdu, zacząłem się zastanawiać ile razy ja sam, zamiast po prostu rozwiązać banalny problem, skupiałem się na narzekaniu, nie podejmując żadnego działania.

To zabrzmi jakbym dowiedział się, że nie muszę za każdym razem krzesać krzemienia o krzemień, żeby uzyskać ogień, tylko pójść do kiosku po zapałki, ale to zdarzenie otworzyło mi oczy na to, ile nieprzyjemnych sytuacji mógłbym rozwiązać, podejmując minimalny wysiłek i próbując cokolwiek z nimi robić, zamiast angażować tę samą energię we wkurwianie się.

Jadę autobusem i przeszkadza mi nastoletni didżej bez słuchawek molestujący cały pojazd Gangiem Albanii? Może wystarczy poprosić go, żeby przestał to robić, zamiast wkurzać się, że „ta dzisiejsza młodzież”? Za każdym razem muszę gasić światło za współlokatorem, gdy wychodzi z łazienki? Zamiast kurwowania pod nosem może wystarczy powiedzieć mu, że w ogóle to robi, bo być może nie jest tego świadomy? Firmowa sprzątaczka notorycznie przestawia mi rzeczy na biurku? A co gdyby okazało się, że zakomunikowanie by tego nie robiła, wystarczy by tego nie robiła? Brat narzeczonej mówi do mnie „Jasiula” doprowadzając mnie tym szału? Może niepotrzebnie wizualizuję jak wkładam mu język do niszczarki na dokumenty i dociskam, aż nie zetrze mu też nosa? Może jedyne co trzeba zrobić, to powiedzieć, że mi to przeszkadza.

W wielu aspektach życia jesteśmy tak zafiksowani na dany problem, że z góry uznajemy, że nie da się z nim nic zrobić. Domyślnie przyjmujemy, że to sytuacja skazana na porażkę. I narzekamy, nie działamy. A założę się, że w połowie przypadków wystarczy po prostu powiedzieć o problemie osobie, która go powoduje, by z miejsca został rozwiązany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kyknoord

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dot

    Jaki dobry wpis! Ile w tym racji! Rzeczywiście, wielokrotnie narzekamy zamiast działać.

  • Świadomość, że lepiej się żyje rozwiązując problemy niż narzekając rodzi wiele przełomowych pomysłów, które potem są pożytecznym krokiem dla ludzkości.

  • Patrycja

    Stoję na przystanku tramwajowym, paskudna pogoda, leci coś z nieba. Nagle czuję, że coś przeraźliwie śmierdzi. Lokalizuję źródło smrodu, a to pewien chłopak bez ceregieli schowany przed deszczem pali fajeczkę. Do przyjazdu tramwaju mam jakieś 7 minut, postanawiam się ulotnić klnąc przeraźliwie pod nosem. Nagle przychodzi oświecenie, hola hola! dlaczego to ja mam opuszczać przystanek?! Myślę sobie trudno, najwyżej mi wpieprzy. „Przepraszam pana bardzo ale na przystanku i w odległości 10 metrów od niego obowiązuje zakaz palenia”. On pośpiesznie się oddala, wszyscy który mokli poza przystankiem wracają pod daszek i patrzą na mnie z wdzięcznością. Magia, po prostu magia.

  • Mam trochę inny problem, z ludźmi. Tutaj rozwiązania przychodzą inaczej ;p

    Na przykład: często mam pomysł, żeby gdzieś iść i coś zrobić (basen, kino, swoja grupka wzajemnej adoracji). Jednak ludzie odmawiają. Rozwiązanie: zmienić ludzi? Jak? Pisać do innych? Kogo?

    Przyjąłem: obrażać się na świat i czekać, aż mnie ktoś uratuje. Fail

  • Andrzej Baliś

    O ile rozmowa z panem w uniformie pkp przyniesie pożądany skutek o tyle uważam ze jak zwrócisz sie do półmózga w autobusie zeby ściszył albo wyłączył swoją Albanię to uslyszysz słowa których się spodziewasz i tylko wprawią Cie w większą irytację. A będzie to najprawdopodobniej: eeee kurwa ziomeczku dobry wałek leci, nie czujesz tego? Wydaje mi sie ze czasem trzeba nie probowac rozwiazywac problemu dla wlasnego zdrowia psychicznego, bo próba rozwiązania go może wprawic nas w większą irytację niż przecierpienie go i braku jakiegokolwiek działania.
    pzdr.
    PS. Witaj w Krk synu marnotrawny :D

  • „Działanie, a nie narzekanie”. Niby proste, ale jak to często bywa z tym co oczywiste, najłatwiej o tym zapomnieć. Jest jeszcze jeden aspekt, jeżeli zareagujesz może się okazać, że pomagasz nie tylko sobie, ale i osobie, której zwracasz uwagę, bo jest szansa, że w przyszłości nie będzie popełniała tego samego błędu.

    • Dokładnie, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że go popełnia.

  • Borsuk

    Lipa. Też chciałam w ten sposób rozwiązać problem kłaków współlokatorki, które są w całej łazience i jest to na maksa obrzydliwe. Reakcja była super: Dlaczego Ci to przeszkadza skoro sama masz bałagan w pokoju? A poza tym nie chcesz to ich nie sprzątaj, mnie nie przeszkadza. I tak w ogóle to pewnie są twoje włosy”. Dodam, że ja blondynka, ona brunetka i faktycznie, o pomyłkę łatwo.
    Czyli zależy od człowieka, czasem się chce coś kulturalnie rozwiązać i nic, ochujeć można.

    • Nie wiem czy ja jestem ostatnio w jakimś trybie Baranka Który Gładzi Grzechy Świata, ale mam wrażenie, że jak podchodzi się neutralnie, bez negatywnego nastawienia, żądań i urazy, to mam wrażenie, że każdy problem da się rozwiązać spokojną rozmową. Ale możliwe, że coś mi się w głowie poprzestawiało, bo ostatnio jem mniej mięsa.

  • Narzekanie to nasz sport narodowy. A szkoda, bo niewiele wystarczy by to zmienić.
    Chociaż jak dojeżdżałam do liceum autobusem, to kochany Pan Adam, tak grzał w zimie (malutki busik) że można było się rozebrać totalnie. Ja w zasadzie jestem z tych ciepłolubnych więc niespecjalnie mi to przeszkadzało. Pan Adam najwidoczniej też, bo gdy dwie staruszki „zwróciły uwagę” (no dobra, to były typowe mochery które nie powiedziały tego do niego a między sobą), że kierowca tak grzeje że chyba oszalał, i gdzież to tak w zimie grzać, to Pan Adam się zatrzymał i powiedział „Nie podoba się? świetnie, to ja wysiadam”… i poszedł sobie. Zostawiając cały autobus zdziwionych ludzi. To był mój przystanek, ale kilka minut później zobaczyłam mijający mnie autobus. Już nikt nigdy nie narzekał na ogrzewania.

    Ps. „Dziewczyna z portretu” jest niesamowita!

    • To piątka za podobne odczucia i teraz trzymamy kciuki, że Eddie znowu zgarnął Oscara!

  • BonaVonTurka (Hipis)

    A ciągle miałam nadzieję, że jednak wygra opcja reptilian-ludojadów.
    Swego czasu w pociągu spotkałam typa, który namiętnie słuchaj głośno jakiejś niesympatycznej muzyki, założyłam więc słuchawki i słuchałam jeszcze głośniej mojej własnej niesympatycznej muzyki, jednak jedna pani w przedziale nie miała słuchawek i zaczęła prosić gościa o wyłączenie muzy. Wywiązała się ciekawa rozmowa:
    -Czy mógłby pan to wyłączyć?
    -A co ci w niej przeszkadza, co?
    -Może irytować ludzi. Ja sama nie słucham tego gatunku.
    -To co pani niby słucha?
    -Muzyki poważnej hiszpańskiej…
    -Serio? Jaaasne. Wymieć jakieś utwory!
    Dalej nie zapamiętałam, ale kobietka spokojnie zaczęła opowiadać o muzyce klasycznej hiszpańskiej. To był ciekawy początek znajomości, jak myślę, chociaż możliwe też że koniec. No i anegdotka świetnie obrazuje, co się stanie, jak wyrazisz ową szalenie niebezpieczną prośbę.
    Zasada wyrażania próśb nie działa tylko w gimnazjum, w gimnazjum by temperaturę podwyższyli, muzykę puścili jeszcze głośniej, a kanapki zaczęli przeżuwać bardziej obrzydliwie.

    • „A ciągle miałam nadzieję, że jednak wygra opcja reptilian-ludojadów” – no dzięki, że tak źle mi życzysz :(

  • Aneta Stańczuk

    Spróbuj powiedzieć gówniarzowi w autobusie, żeby wyłączył tę muzykę „na fula bez słuchawek” (gang sralbanii czy inny hip hop) to zobaczysz reakcję ;)

    • Jak tylko będę miał najbliższa okazję to spróbuję.

  • Smutne ale prawdziwe. Ale trzeba ludzi uświadamiać i szerzyć dobry przykład. A uświadomiłeś ludkom w przedziale, że trza było samemu ruszyć kuper zamiast dać się ochujać ze skwaru? :>

    • Nie, nie pomyślałem o tym, a szkoda.

  • Karolina Sitkowska

    Bardzo często się to zdarza. Hitem są też sytuacje, kiedy ktoś się wpycha w kolejkę – prawie każdy przewróci oczami i skomentuje pod nosem, ale żeby ktoś kulturalnie zwrócił uwagę lub się odezwał… O to już trudno.

    • Też się z tym spotkałem kilkukrotnie. Z kolei jak Ty zareagujesz i zwrócisz uwagę tej osobie, która się wpycha, to reszta robi tryumfalne miny, jakby to oni zareagowali, co już w ogóle jest irytujące.

  • Aleksandra Muszyńska

    Czary normalnie. Od razu pomyślałam sobie:czemu nikt nie otworzył okienka, bądź nie poprosił o niedorzucanie do piecyka przez dłuższy moment?
    Słyszałam kiedyś suchy dowcip, pasujący do kontekstu. Pani Gienia chciała pożyczyć od sąsiadki patelnię. Ponieważ sąsiadka mieszkała piętro wyżej, to pani Gienia w czasie drogi na górę robiła sobie wyliczankę: pożyczy-nie pożyczy, pożyczy- nie pożyczy. Kiedy doszła pod drzwi sąsiadki padło jej na „nie pożyczy”, więc wraz z otwarciem drzwi przez sąsiadkę zakomunikowała jej z oburzeniem:”A WSADŹ SOBIE TĘ PATELNIĘ W DUPĘ”.
    Koniec.Aż mi pranie wyschło.
    Tym niemniej: ludzie często robią sobie z narzekania usprawiedliwienie przed działaniem, bo uznają, że na pewno i tak to działanie nic nie zmieni, także po co tracić energię.Lepiej se pobrąchać w kącie, jakie to życie wkurwiające.

  • Ven

    Oprócz tego, co napisałeś, nasuwa mi się jeszcze jeden wniosek: ludzie nie potrafią myśleć i mają problemy ze znalezieniem prostego rozwiązania w danej sytuacji. Nie wiem, czy to wina naszego systemu nauczania, czy po prostu ludzie są niemądrzy. Ale fakt, łatwiej pojęczeć, niż pomyśleć. A zrobienie czegokolwiek jest wysiłkiem na miarę przerzucenia łopatą tony węgla.

  • Może inaczej.
    W wielu aspektach jesteśmy zafiksowani na (najczęsciej) drobne niedogodnosci i komfort narzekania na nie. Natomiast bywają problemy z którymi naprawdę ciężko sobie poradzić ot tak jednym ruchem a jednak się na nie psioczy.
    Należy pamiętać, że mimo wszystko narzekanie jest super proste a rozwiązywanie problemy to konkretna aktywnosc, która wymaga ruszenia dupy z miejsca i zmiany miejsca komfortu a takze – co wcale nie tak mało istotne – pozbycie się powodu do narzekań. A czasem to ostatnie jest ważniejsze niż rozwiązanie :)

    Po prostu nie wszyscy mają jak Ty, w zasadzie ma tak dość niewielka cześć spoleczenstwa a ta pozostala narzeka a potem przyjmuje zmieniony – przez osoby takie jak Ty – stan rzeczy. I albo milknie, albo zaczyna narzekac ze „oho sie znalazl aktywista – jakbym chcial cos zmieniac tobym se sam poszł”.
    Także ten ;)

    Podsumuwujac – Myśl o rozwiązaniu a nie o problemie jako jedno z mott zyciowych ;)

  • Natalia

    Masz narzeczona?!

    • A Ty nie? Myślałem, że każdy ma.

      • Aleksandra Muszyńska

        Ja nie :(.Gdzie rozdają?

        • Ostatnio słyszałem, że w Cocomo, tylko nieco kosztowna impreza podobno.

          • Aleksandra Muszyńska

            Na moich kartach szczęśliwie pusto jak na stypie po Jaruzelskim :).

          • Ooo, widzę, że koleżanka uczy się od najlepszych, szacuneczek za porównanie dnia!

  • sochers

    Jest taka fajna książeczka, „Sekret milionera” – abstrakt z niej jest dokładnie taki sam – większość ludzi nie dostaje tego co pragnie, bo zwyczajnie wstydzą/boją się poprosić :)

    • Masz na myśli to? http://img.tezeusz.pl/static/product_image/54/54595_big.jpg
      Ogólnie polecasz? Bo brzmi jak te wszystkie szkolenia internetowe, gdzie w 15 minut dowiesz się jak zarabiać tworząc piramidę finansową.

      • sochers

        Dokładnie to. I żeby było ciekawiej – to jest książeczka fabularna :) Czytałem to lata temu, więc może pozytywna opinia wynika z młodzieńczego niedoświadczenia. Niemniej ma raptem kilkadziesiąt stron, kosztuje grosze, więc inwestujesz niedużo.

        • Oj, to przeczytałem „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Roberta Kiyosaki i mam wrażenie, że mi wystarczy na całe życie :)

  • inah

    w temacie narzekania…wczoraj była środa, co z cyklem „Wojna płci”?

    • Poprzedni odcinek był o rozstaniu, więc myślałem, że to dość jasne, że to koniec cyklu.

      • inah

        szkoda :( moglibyście pociągnąć to dalej.

        • Nie no żartuję :) Po prostu robimy przerwę, z powodu mojego braku weny, bo nie chcemy, żeby jakikolwiek tekst pojawiał się na siłę,dlatego że jest środa i ludzie czekają, tylko wynikał z faktycznej potrzeby i coś wnosił. Tak że jak tylko wpadnie mi coś istotnego do głowy wracamy.

          • inah

            naobiecywaliście, ze cykl, ze co środa, to człowiek czeka. Ale i tak ulga! Dzieki za info.

  • Oj tam, czepiasz się! Co ludzie mają robić, jak nie narzekać? Szukanie rozwiązania problemów? A idź pan z czymś takim, co Ty w ogóle wiesz o życiu… :D

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

10 kłamstw, które porno przekazuje nastolatkom

Skip to entry content

Tabu związane z seksem, w żółwim tempie, ale mimo wszystko, zaczyna być przełamywane w debacie publicznej. Zazwyczaj przy próbach delegalizowania tabletek „dzień po”. O filmach pornograficznych jednak już nie mówi niemal nikt, wychodząc najwyraźniej z założenia, że jeśli nie będzie poruszać się ich tematu, to może w magiczny sposób przestaną istnieć. Nie stało się tak, gdy ja byłem nastolatkiem i – może to zbyt śmiałe przypuszczenie, ale zaryzykuję – nie stanie się tak również teraz.

Pornosy, pornuchy, pornole będą istnieć, a dzieciaki – przez ciągły brak właściwej edukacji seksualnej w szkołach i w domach – będą traktować je jak podręczniki stosunków płciowych i bezrefleksyjnie wierzyć we wszystko, co w nich zobaczą. Tworząc w swoich głowach błędne i wypaczone wyobrażenie o tym, jak wyglądają intymne relacje damsko-męskie. Wyobrażenie, które po zderzeniu z rzeczywistością runie jak World Trade Center, zostawiając po sobie poczucie zagubienia, oszukania i rozczarowania. Nic miłego.

Chciałbym ten tekst zadedykować rodzicom wszystkich dzieciaków w okresie gimnazjalno-licealnym, ale podejrzewam, że i tak będą się wstydzili rozmawiać z nimi na ten temat. Dlatego adresuję ten wpis do nastolatków – sprawdźcie jakie kłamstwa przekazuje Wam porno.

 

1. KAŻDY mężczyzna ma półmetrowego penisa

Otóż nie. panowie grający główne role w filmach z trzema iksami nie są reprezentatywnymi przedstawicielami płci męskiej. Przeciętny mężczyzna nie ma członka zaczynającego się przy podbrzuszu i kończącego się przy kolanie, bo jak podają badania naukowców z King’s College London, średnia długość prącia w stanie wzwodu, to 13,12 cm. Czyli o jakąś połowę mniej, niż penisy w pornosach, dlatego nie powinieneś porównywać się do występujących tam aktorów, a już na pewno nie wpadać w kompleksy.

 

2. KAŻDA kobieta, niezależnie od wzrostu i wagi ma wielkie, idealne, sterczące piersi

Pamiętam kiedy pierwszy raz widziałem żywe, gołe, damskie piersi z takiej odległości, że nie były mi do tego potrzebne okulary. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy z zawstydzenia nie zakryć oczu i przeprosić, że w ogóle na nie patrzę. W drugiej – gdy już się otrząsnąłem i upewniłem, że to dzieje się naprawdę – byłem, nieco bardziej niż nieco, zdziwiony. Nie dość, że były o jakieś 3 rozmiary mniejsze niż u Jenny Jameson, to jeszcze nie prężyły się do góry jak napompowane helem, tylko opadały jakby ktoś poluzował im wentyl.

Przez długi czas (aż do następnych wakacji), myślałem, że to po prostu taki okaz. Ale to nie egzemplarz był wadliwy, to ja miałem nierealne wyobrażenie. Piersi normalnych kobiet nie wyglądają jak dwie perfekcyjne kule zaprojektowane w Photoshopie i wyjęte z drukarki 3D. Mogą być małe, wiszące, rozjeżdżające się na boki, z wklęsłymi sutkami albo niesymetryczne, bo są nieidealne, jak wszystko w rzeczywistym świecie.

 

3. Kobiety będą oferować Ci seks W ZAMIAN za naprawę samochodu

Ewentualnie cieknącego kranu, zacinającego się okna albo skrzypiących drzwi. Większość filmów pornograficznych dla mężczyzn, uczy ich, że kobieta za każdą pomoc odwdzięcza się szybkim numerkiem na kuchennym blacie albo chociaż małym obciąganiem na poboczu autostrady. Niektórzy z odbiorców tych treści niestety zaobserwowane tam wzorce przenoszą w dorosłe życie i oczekuję, że za każdą robótkę domową należy się robótka ręczna. Inaczej nie pomogą.

Seks w zdrowych relacjach pojawia się, gdy obie strony mają na niego ochotę, a nie jest uniwersalną metodą płatniczą. Oczekiwanie, że pojawi się jako wdzięczność za pomoc jest skrajną patologią.

 

4. KAŻDA kobieta jest biseksualna

Produkcje oznakowane „XXX” przekazują, że dotyczy to każdej, ale absolutnie każdej kobiety, bez wyłączania matek, córek, sióstr i babć. Pokrewieństwo i więzy rodzinne nie mają tu żadnego znaczenia, bo jeśli dwie kobiety znajdą się w tym samym pomieszczeniu, to bez wątpienia będą miały niepohamowaną ochotę odbyć ze sobą stosunek. No, nie jest tak.

 

5. Uprawiając seks z obcymi NIE TRZEBA się zabezpieczać

W odróżnieniu od poprzednich kłamstw, to nie wyrządza szkód psychicznych, a może być powodem namacalnych problemów fizycznych.

Na palcach ręki stolarza można policzyć tytuły porno, w których aktorzy używają prezerwatyw. W druzgocącej większości filmowane stosunki odbywają się bez zabezpieczenia i to nie tylko w przypadku dwojga osób, ale również gdy pojawiają się trójkąty, seks grupowy, czy kilkunastoosobowe orgie. Nie ma pokazanego strachu przed infekcją grzybiczną, rzeżączką, czy wirusem HIV, jest jasny komunikat – prezerwatywy są zbędne. Jeśli nastolatek 10, 20, 30, 100 razy zobaczy, jak Łysy z Brazzers spotykając nową, przypadkową osobę wykonuje akt płciowy bez kondoma, co z tego wyniesie? Że prezerwatywy są niepotrzebne, skoro gość na ekranie rucha pół wsi i ich nie używa.

Gdyby tak faktycznie było, AIDS nie stałby apokalipsą zabijającą miliony ludzi w Afryce.

 

6. KAŻDA kobieta uwielbia, gdy wpycha jej się penisa do ust po same jądra

Bangbros pokazują rozentuzjazmowane, klęczące dziewczyny, szczęśliwe, że facet może je poddusić swoimi genitaliami. Przekazując tym samym, że lasek nic tak nie cieszy, jak moment, kiedy nie mogą oddychać i smyrasz je żołędzią po migdałkach. Jeśli zastanawiasz się, czy jest tak w rzeczywistości i to faktycznie miłe, spróbuj połknąć całego banana. Bez gryzienia go.

 

7. KAŻDA kobieta dostaje orgazmu już przy pierwszym włożeniu penisa do pochwy

Dla kogoś, kto swoje wyobrażenie na temat współżycia buduje tylko na podstawie pornosów, czyli dla jakichś 80% chłopaków, zderzenie tego kłamstwa z prawdą może być równie bolesnym szokiem, co 2 kreski na teście ciążowym.

Jesteś przekonany, że żeby doprowadzić kobietę do wrzenia, wystarczy wprowadzić członka do waginy i kilka razy nim poruszać. I tyle. Na wszystkich filmach, które widziałeś na ten temat, każda pozycja, tempo i sposób wprowadzania penisa odpowiadały partnerce, sprawiając, że szczytowała przez cały stosunek już od samego startu penetracji.

Przy pierwszym razie okaże się, że jest dokładnie odwrotnie – jest spięta, większość rzeczy, które robisz jej nie odpowiada i wprowadza dyskomfort albo rozprasza, a pozycje, w których oboje czujecie się dobrze znajdziecie po jakimś czasie. Dopiero wtedy zaczniecie pracować nad tym, żeby w ogóle mogła osiągnąć orgazm.

 

8. KAŻDA kobieta w trakcie stosunku krzyczy tak głośno, że na całym osiedlu pękają szyby

Nie, nie każda w łóżku zachowuje się jak na przesłuchaniu do kapeli deathmetalowej. I wcale nie znaczy to, że coś z nią jest nie tak, czy że nie jest jej dobrze.

 

9. Mężczyznom seks NIGDY nie sprawia wysiłku

Nie czuję się turbo wyjadaczem w kwestii liczby obejrzanych świerszczyków, który jest na bieżąco ze wszystkim po 1988, ale jeszcze nie widziałem tam faceta, który byłby zmęczony po stosunku. Albo zaniemógł w trakcie. Każdy gość z pornola jest Pudziano-Predatorem pijącym byczą krew zamiast wody, który niezależnie czy robi pionowe 69, czy spacer farmera z partnerką między nogami, nawet nie drgnie brewką. Pot, zadyszka i zmęczenie nie występują u facetów w trakcie seksu.  Tak jakby to nie było eksploatujące organizm, wycieńczające ćwiczenie fizyczne, tylko poobiednia drzemka.

Absolutnie, nie jest to prawdą, więc nie zastanawiaj się, czy wszystko z Tobą w porządku, jeśli po 30 minutach dzikiego galopu bezwładnie padniesz jak sarna na polowaniu. Mężczyzna, nawet w łóżku, nie jest Robocopem.

 

10. KAŻDA kobieta wpada w euforię na dźwięk słowa „anal”

Zdanie będzie prawdziwe, jeśli przed „każda” wstawimy „prawie”, a słowo „euforia” zamienimy na „histeria”.

 

***

 

Nastolatku, film porno ma się tak do realnego stosunku jak „Dr House” do prawdziwej pracy lekarzy. To fikcja, więc nie traktuj jej jak podręcznika do seksu.

---> SKOMENTUJ

Filmowe klasyki, których nie przełączysz

Skip to entry content

Gdy poprzednio byłem chory, zrobiłem sobie maraton z bajkami wszech czasów, które niezależnie od wieku oglądającego potrafią poruszyć i być lekarstwem na chorobę. W tym tygodniu znów mnie rozłożyło, więc będąc przykutym do łóżka zrobiłem sobie seans z filmowymi klasykami. Czyli długometrażowymi filmami, które mimo zmieniających się dat w kalendarzu nie tracą na aktualności, a oglądając je po raz n-ty odczuwa się tę samą przyjemność, co za pierwszym razem. A nieraz nawet większą, bo znając już jakiś obraz, przy ponownym kontakcie wydobywa się szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Oto moja złota piątka filmów, które trudno przełączyć mimo, że zna się je na pamięć.

 

Wilk z Wallstreet

Film świeży, bo zaledwie sprzed 2 lat, ale już w dniu premiery wiedziałem, że trwale wpisze się w historię kinematografii. I to nie tylko dlatego, że pobił rekord w liczbie użycia słowa „fuck”, które pada tam 506 razy, czyli średnio co 21 sekund. To po prostu esencja filmu rozrywkowego! Mimo, że nie jest to stricte komedia, to „Wilk z Walstreet” bawi bardziej niż jakikolwiek tytuł z Jimem Carreyem, trzymając przy tym w napięciu, dając do myślenia, obrazując mentalność amerykanów i dając motywacyjnego kopa. Tu nie ma dłużyn, ani słabych moment, tu jest czysta przyjemność z oglądania.

Jeśli nie wierzysz, to sprawdź scenę, w której naćapny i sparaliżowany DiCaprio prowadzi Lamborghini. Majstersztyk!

 

Pulp fiction

Nie ma chyba drugiego pojedynczego filmu długometrażowego, który miałbym taki wpływ na popkulturę co „Pulp fiction”. Rzadko się zdarza by obraz oparty nie na książce, komiksie, grze, czy czyimś życiorysie, a na autorskim scenariuszu tak mocno wykraczał poza ekrany kin i promieniował na rzeczywistość. Scena gdzie Jules z Vincentem dyskutują o tym jak we Francji nazywa się ćwierćfunciak z serem była cytowana prawie tak często jak biblia, a przewijający się przez film motyw burgerów zainspirował ludzi do otworzenia swoich knajp z grillowaną wołowiną na całym świecie. Również w Krakowie. Ten tytuł to puszka pandory z kultowymi motywami.

 

Chłopaki nie płaczą

Jedyny polski film w zestawieniu i w dodatku komedia. Przedostatnia dobra. Przepraszam, genialna. Już od pierwszej sceny widz ma banana na twarzy i wykrzywienie ust ku górze nie schodzi aż do ostaniej. Trudno w to uwierzyć, ale pod wodzą Lubaszenki nawet Michał Milowicz wyciąga kij od szczotki z tyłka i jest zabawny. Nie mówiąc już o Pazurze, Łazuce, czy młodym Stuhrze, którzy odgrywają tu oscarowe role. I oczywiście Tomku Bajerze ztj. „Lasce”, który rzuca turbo-kultowe „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Zresztą „Chłopaki nie płaczą” to studnia pełna haseł, które przeszły do mowy potocznej – „skąd wziąłeś ten sweter? Zajebałeś go z pomocy dla powodzian?” to właśnie stąd.

 

Incepcja

W moim prywatnym rankingu absolutnie najlepszy film na świecie! Na dobrą sprawę powinno wystarczyć, że reżyserem jest Christopher Nolan, główną rolę gra Leonardo DiCaprio, a muzykę skomponował Hans Zimmer, ale nieco rozwinę argumentację, czemu „Incepcja” to taki kozak.

Przede wszystkim, motyw przewodni – świadome sny i dzielenie ich z innymi. Sama ta koncepcja jest tak ciekawa i intrygująca, że fabułę chłonie się mimowolnie jak tlen z powietrza. Po drugie, gra aktorska, wiadomo, że DiCaprio nie mógłby zawieść, ale poza nim nikt inny również nie daje ciała i widz ani przez moment nie musi się zmuszać, żeby uwierzyć, że bohaterowie naprawdę włamują się do umysłów. Po trzecie, montaż i praca kamer – przechodzenie między kolejnym warstwami snu jest posklejane w taki sposób, że to się po prostu czuje. Nie kwestionuje się tego, czy to możliwe, jest się tego pewnym. Po czwarte, muzyka jest absolutnie idealnie dopasowana do tematyki i wydarzeń na ekranie. Ona nie jest tłem, ona jest ich integralną częścią. Po piąte, klimat. Klimat z pogranicza rzeczywistości i ułudy, mroczny, zalewający umysł jak smoła jest tak perfekcyjnie dopracowany, że nawet jeśli widziałeś ten film 15 razy, to i tak chcesz obejrzeć jeszcze raz, żeby się w nim zanurzyć.

Arcydzieło.

 

Straszny film

Musiał się tu znaleźć jeden typowo głupkowaty tytuł, bez podprogowego przekazu, ani żadnych głębszych treści i w kwestii odmóżdżaczy jest to wzór do naśladowania. Prosty, często wulgarny humor, ale niesamowicie skuteczny. Jeśli umarł Ci chomik i chcesz po prostu wyłączyć myślenie i dostać zakwasów na brzuchu, to jest to pozycja stworzona na tę okazję.

Jak macie jakieś inne tytuły, które możecie oglądać setny raz z tą samą przyjemnością, to śmiało, dajcie znać w komentarzach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest m4tlik

---> SKOMENTUJ