Close
Close

Syn sąsiadki: historia jajek 1,20zł za sztukę

Skip to entry content

Nowe osiedle, nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, nowe przygody.

2 lutego

Leżę obłożnie chory w łóżku i, co najgorsze, głodny, bo nowe mieszkanie, to pustki w lodówce, w szafkach i w ogóle zero ryżu i kotletów sojowych zakamuflowanych w pawlaczu na czarną godzinę. Kolega się nade mną zlitował i, licząc najprawdopodobniej na kanonizację za życia, powiedział, że zrobi mi zakupy i przywiezie. I nie dość, że powiedział, to faktycznie zrobił i jeszcze przywiózł. No, złoty człowiek. Złotszy niż nasza waluta krajowa.

Czekam, czekam, czekam, a tu zamiast zwarcia w domofonie, słyszę dzwonek w telefonie i dowiaduję się, że mu się śpieszy, bo cośtamcośtam i nie wejdzie na górę tylko mam zejść pod klatę po te rzeczy, bo zaraz będzie. Myślę sobie „jak tak można człowieka z łoża śmierci zrywać! nic nie będzie z tej jego beatyfikacji!”, ale schodzę.

Schodzę, a tu w siatkach z Almy największe rarytasy – ser od kozy, szynkach od Włocha, jaja od chłopa – w sensie nie, że ludzkie, tylko że od rolnika, ze wsi w sensie – sok nie z koncentratu, pieczywo nie z mrożonek, szpinak zresztą też. Myślę „złoty człowiek, do platyny mu trochę brakuje, ale złoty jak nic”. Biere te siaty i w tym agonalnym stanie wchodzę po schodach. Wchodzę, wchodzę, już jestem na półpiętrze – pierwszym i staram się ogarnąć myślą, że jeszcze pięć przede mną – i nie wiem, czy to majaki od gorączki, ale słyszę jakieś dzikie wycie i diabelskie dudnienie. Coś jak w „Hobbit: bitwa pięciu armii”, kiedy te pięć armii faktycznie zaczęło się naparzać.

Słyszę, że to coraz bliżej, że orki i elfy się zaraz na mnie rzucą, unoszę głowę do góry… a to pies.

Rozszalały golden retriver pędzi na mnie jakbym był suką z cieczką albo co najmniej masarzem perfumującym się po pracy suchą krakowską. Bydle jest tak rozpędzone, że wypadając zza zakrętu może nawet i mnie widzi, całkiem prawdopodobne, że nawet coś tam trybi, żeby wyhamować i nie skoczyć na mnie całą masą ciała, ale jest za późno. Taranuje mnie jak trabant krasnale ogrodowe i leci – mówiąc dosłownie – dalej. Zanim zdążę się dobrze wkurwić, że zakupy poszły tam, gdzie Jose Arcadio Morales w „Killerów 2-óch”, wpada na mnie jego właściciel – dzieciak w za dużej bluzie z kapturem, za dużej czapce z daszkiem i najwyraźniej również za dużych butach, który goniąc psa też nie wyrobił na zakręcie.

Gdyby wpadł tylko na mnie to pół biedy, czy tam ćwierć nawet, bo i tak jestem znieczulony Nurofenem, ale wpada również na zakupy, a w zasadzie, to w zakupy i tak jak jego pies, leci – również dosłownie, nie metaforycznie – dalej. Żadnego „przepraszam”, żadnego „sorka”, a tym bardziej „proszę mi wybaczyć, że ja i pies, za którego odpowiadam, zrobiliśmy panu z jedzenia materiał na kompost, obiecuję, że to się nie powtórzy, a w ramach za dość uczynienia umyję panu w wolną sobotę samochód, którego pan nie posiada”. Żadne z tych sformułowań nie padło. Synek po prostu olał temat, przejmując się tym mniej niż budowaniem trzeciego filaru emerytalnego, a ja zostałem z jajecznicą na surowo i wkomponowanym w nią szpinakiem. Co nie jest moim ulubionym daniem.

To nie jest tekst z cyklu „ta dzisiejsza młodzież…”. To znaczy trochę jest, ale bardziej o tym, że znowu nie spróbowałem jajek 1,20zł za sztukę.

9 lutego

Wracam z osiedlowej Żabki z kurosantami i dżemem na drugie śniadanie, ciesząc się, że idzie wiosna. Fantazjuję, że w przyszłym tygodniu pewnie będzie już można pływać na Zakrzówku podziwiając miss osiedla, które przyszły się poopalać w pseudokoronkowej bieliźnie i pełnym studniówkowym makijażu, jarając na potęgę czerwone Viceroye.

W pewnym momencie tę idyliczną wizję, jak zamek z piasku podmyty przez falę, burzy mi szczeknięcie. Szczęknięcie tak charakterystyczne, że chyba je skądś kojarzę. Hmmm, czyżby mój królik tak szczekał? Nie, chyba nie, króliki przecież nie szczekają. Poza tym, nie mam królika. Skąd mogę kojarzyć ten dźwięk? A tak, już wiem! Z zeszłego tygodnia, kiedy wydający je golden retriver półprzytomnego, kontuzjowanego przez chorobę na ciele i umyśle mnie rzucił na ścianę, a potem jego właściciel biegnący za nim potraktował moje zakupy jak piłkę do rugby, robiąc z nich błyskawiczny gulasz do zjedzenia z ziemi.

Co za uroczy dzień! – jakby to powiedział trep z „Mad Maxa”.

Lokalizuję na horyzoncie psa i błądzę wzrokiem za właścicielem, żeby teraz – niemal w pełni sił witalnych – rozmówić się z nim na temat przedwcześnie uśmierconych jajek 1,20zł za sztukę i przede wszystkim ucieczki z miejsca wypadku. Dobra, jest! Widzę gówniarza jak siedzi na schodkach od zjeżdżalni z kapturem na głowie i klepie coś na telefonie. Dzieciak klepie jednak na tyle intensywnie, że telefon w pewnym momencie wyślizguje mu się z rąk i upada – skąd ja to znam? no, witaj w klubie – i podnosząc go ziemi zauważa mnie.

Widzieliście kiedyś „Krzyk”? Nie film Wesa Cravena, tylko obraz Edvarda Muncha? To na jego twarzy – po przetworzeniu procesu myślowego pod tytułem „zachowałem się mega niekulturalnie wobec tego pana, a teraz spotykamy się i idzie w moją stronę, więc z pewnością będę miał problemy” – pojawia się dokładanie taka sama mina, co na obrazie.

Zanim zdążę powiedzieć, że nie zamierzam go zamordować gołymi rękami, a tym bardziej przy użyciu tępego noża do masła, ani nawet nie poddam jego kończy obróbce palnikiem, dzieciak gwiżdże na psa i zaczyna uciekać. (swoją drogą, ma takie wyjście z progu, że Lance Armstrong mógłby się czuć zagrożony). Gonię go jakieś całe 9 sekund – zanim organizm nie przypomni mi, że jednak nie mam już 14 lat, tylko dwa razy tyle – ale zanim dotrze do niego moje całkiem donośne „poczekaj, nic ci nie zrobię”, rozpływa się między blokami jak hajs z pierwszej wypłaty tuż po opłaceniu rachunków za mieszkanie.

Już wiem jak to jest być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. I czuć na sobie spojrzenie sąsiadów, jakby właśnie byli niedoszłymi świadkami zbrodni na nieletnim.

14 lutego

Jak na perfekcyjnego pana domu przystało, z samego rana – tuż po 13 – ogarnąłem zniszczenia powstałe w wyniku przedwalentynkowego maratonu filmów Tarantino, zapakowałem potłuczone kieliszki po wściekłych psach do worka i razem z pozostałościami po burgerach ruszyłem na rytualny spacer ze śmieciami. Nie jest to jakoś wyjątkowo ekscytująca czynność, więc też nie spodziewałem się zaskakujących zwrotów akcji. A powinienem.

Wracam ze śmietnika, dumny, że oddzieliłem szkło od plastiku i teraz lasy tropikalne mogą spać spokojnie, i… widzę gówniarza, który – do spółki ze swoim z pewnością nieszczepionym psem mordercą – poturbował moje zakupy. I mnie. Spotykamy się prawie w samo południe, przy drzwiach od klatki. Ja wchodzę, on wychodzi. Z mamą. Całkiem, całkiem dodajmy.

Jak poprzednio, podnosi głowę z nad komórki, zauważa mnie i jego – całkowicie świadoma zbrodni jaką popełnił – psychika, robi to o czym mówił Paweł Deląg w „Chłopaki nie płaczą”. Ciągnę za drzwi, dzieciak w odruchu bezwarunkowym gwałtownie cofa się depcząc mamie nieco nadgryzione zębem czasu, ale wciąż nadając się do użytku czółenka, na co rodzicielka reaguje równie bezwarunkowym i donośnym „Ałaaaaaaa!”. Oprawca odpowiada na ten bitewny okrzyk jedyną ściemą jaką jego przerażonym konfrontacją zwojom mózgowym udało się wyprodukować: „m-m-muszę wrócić do domu po telefon, z-zaraz przyjdę mamo” i z gracją parkourowca po wchłonięciu przeterminowanego LSD wbiega – a w zasadzie prawie, że wlatuje – po schodach na górę.

Wykorzystując okazję, że Pani Mama, nie zorientowała się jeszcze, że dzieciak cały czas miał telefon w dłoni i nie zaczęła go gonić, ani zanim krzyczeć, bo wciąż przeżywa zmiażdżenie stopy, przystępuję do ataku:

– Dzień dobry, jestem państwa sąsiadem z trzeciego piętra i pani syn ostatnio sprowadzając psa zniszczył mi zakupy, w związku z czym…

– Dzień dobry <nieme_ała_chyba_straciłam_kości_w_śródstopiu>, ale jak to mój synu? Zaraz, zaraz, co się stało? Nie rozumiem.

– Szedłem z zakupami po schodach. Pani syn wychodził z psem. Spuścił go ze smyczy. Pies biegł. Przewrócił mnie i stratował zakupy, a później pani syn goniąc go wbiegł w nie i je rozdeptał. Po czym uciekł.

Mój syn?

– No, ten chłopiec, z którym pani szła i przed chwilą uciekł.

– I kiedy pan mówi, że to się stało?

– Trochę więcej niż tydzień temu. Mają państwo golden retrivera, tak?

– <zawias_i_gruba_rozkmina>

– <pełna_koncentracja_i_skupienie_sięgające_zenitu>

– I uciekł <rozkmina_trwa>?

– Tak, pies mnie staranował, pani syn rozdeptał moje zakupy i uciekł, w związku z….

– Przepraszam pana bardzo, naprawdę, wie pan, to trudny wiek, druga klasa gimnazjum, hormony, rówieśnicy, wariactwo. Ale on nie chciał, to dobry chłopak. Wrażliwy. Bardzo. Wie pan, ten pies to jest całe jego życie, on poza nim świata nie widzi, to jego najlepszy przyjaciel, on na pewno nie chciał. To jest dobry chłopak, naprawdę. Ale porozmawiam z nim. Przepraszam jeszcze raz. Dużo się tych zakupów zniszczyło przez ten wypadek? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– Trochę się zniszczyło, jajka, szpinak, pomidory, ser…

– Ojej, ojej, przykro mi bardzo. Bardzo mi przykro, naprawdę. Myśli pan, że 30zł wystarczy? Cholera, gdzie ja mam tę portmonetkę…

– Myślę, że tak, tylko wie pani, to nie tyle chodzi o pieniądze, co o zachowanie. Żadnego „przepraszam”, „nie chciałem”, czy cokolwiek.

– On nie chciał na pewno, ten pies – Budrys – jemu czasem coś strzeli i trudno nad nim zapanować, ja sama nie raz mam kłopot, a Grzesiu…

– Nie wiem, czy nie chciał, wiem na pewno, że uciekł bez słowa.

– No tak, ma pan rację, ma pan rację, powinien przeprosić. Ja pana przepraszam serdecznie jeszcze raz, ale porozmawiam z synem i przyjdzie pana przeprosić i oddać za to co zepsuł. Pod którym numerem mówi, że pan mieszka?

– Na trzecim piętrze po lewej.

– Dobrze, dobrze, to tak jak mówię, syn do pana przyjdzie i przeprosi, w porządku? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– W porządku.

No, to będzie ciekawe spotkanie. Choć dość wątpliwe, bo od 13:17 jeszcze nie udało mu się dotrzeć.

Jak obstawiacie – przyjdzie?

17 lutego

Piję herbatę z imbirem, bo przeziębienie, słuchałem nowego kawałka Quebonafide o Meksyku, bo czekałem mocno i odpisuję na komentarze pod ostatnim tekstem, bo tyle co opublikowałem. Między refrenem a drugą zwrotką słyszę jakiś dziwny pomruk, coś między rozklepywaniem mięsa na schabowe, a ubijaniem muchy. Biorąc pod uwagę, że jest po 19:00, więc pora mało obiadowa i wciąż zima, więc pora mało muchowa, ściszam muzykę, żeby dojść do tego co to. A to, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, pukanie do drzwi! Baaardzo nieśmiałe, ale jednak.

Przekręcam turbo pancerny zamek Gerdy chroniący dobytek mojego życia, który ostatnio udało mi się cały zapakować do Citroena Berlingo i kogo widzę? Tak, to on – huligan-uciekinier, który wraz ze swoim psem wpisał się w moje życie trzema szóstkami. W końcu się pojawił.

– Dź-dź-dzień dobry – spuszczony wzrok, a mimo to przerażenie w oczach na poziomie ponad 9000.

– No, dzień dobry.

– Ch-chciałem pana przeprosić – postawa ciała cały czas skupiona na wiązaniu sznurówek siłą woli.

– Za co? – oj, chyba nie spodziewał się aż tak rozbudowanej konwersacji.

– Z-za ten wypadek – sprawdzanie, czy buty same nie ściągają mu się ze stóp i nie uciekają dalej w toku.

Masz na myśli, że chcesz mnie przeprosić za to, że Twój pies na mnie wbiegł tratując mi zakupy, a ty potem je rozdeptałeś i uciekłeś bez słowa, a potem się przede mną chowałeś?

– Tak.

– Aha.

– Bardzo pana przepraszam za to wszystko.

– No, biorąc pod uwagę, że to stało się 2 tygodnie temu, a z twoją mamą rozmawiałem 3 dni temu, to trochę ci zeszło.

– Ja… ja… się wstydziłem. Bardzo wstydziłem. I bardzo pana bałem… – jezusmariapeszek, jak mu się głos łamie, nie spodziewałbym się, że to możliwe, ale on chyba naprawdę się mnie bał – Nie wiedziałem co powiedzieć po prostu… A bałem się… Że pan będzie krzyczał na mnie… Przepraszam bardzo – takiego falsetu nie słyszałem odkąd w 2008 przestałem mieszkać obok Opery Krakowskiej. Dobra, wzruszył mnie, wierzę mu, zresztą, kto w jego wieku nie robił głupot niech pierwszy pokaże dzienniczek uwag.

– Dobra…

– Aaa – pierwszy raz odkąd otworzyłem drzwi patrzy na mnie – to remompensata dla pana – i podaje mi ściśnięte w dłoni jak plastelina, wilgotne od potu 30zł – za zakupy.

– „Rekompensata”.

– P-proszę?

– To słowo, to „rekompensata”.

– …

– Mniejsza z tym. Słuchaj, jest w porządku. Zajęło ci to trochę czasu, ale zachowałeś się jak trzeba, przyszedłeś, przeprosiłeś, nie mam żalu.

– Bałem się po tym jak mnie pan gonił po osiedlu – no pięknie, wyszedłem na jakiegoś świra-sadystę-prześladowcę.

– Heh – śmiech dla wyluzowania sytuacji – nie goniłem cię, tylko chciałem z tobą porozmawiać. Zresztą, czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego? – typowe hasło zboczeńców z „W11”.

– Nooo – już z dobre 10 sekund nie opuścił wzroku – nie.

– No, właśnie, tak że spokojnie – boże, brzmię jak swój własny dziadek.

– No i słucha pan Quebo – skąd on to wie?

– Skąd ty to wiesz?

– Jak pukałem do pana to słyszałem, że leci „Quebahombre” – przeprocesowanie w głowie tego, co właśnie powiedział – n-nie żebym podsłuchiwał, t-tylko po prostu było słychać.

– Spokojnie, spokojnie – jeszcze raz powiem „spokojnie” głosem Piotra Fronczewskiego z „Rodziny zastępczej” i wezmą mnie do dubbingowania bajek dla dzieci.

– Też słuchałem przed chwilą, ale „Oh my budda” lepsze – skubany, faktycznie, ma rację.

– Faktycznie, masz rację.

Po kwadransie wymiany spostrzeżeń na temat kondycji polskiego rapu, cały czas stojąc w progu jakbym przyjmował świadka Jehowy, po chłopaka zeszła matka zapewne przekonana, że jej syn leży już poćwiartowany w workach foliowych na moim balkonie, bo w końcu ile może trwać powiedzenie „przepraszam”? Gdy zobaczyła, że mimo wszystko jej pociecha ma wszystkie kończyny i nie nosi śladów odurzenia chloroformem, przywitała się i ucięła kolejną 15-minutową rozmowę, tym razem na temat tego, czemu nasza spółdzielnia podniosła opłaty za ogrzewanie mimo, że w zasadzie już je wyłączyła. Rozmowa ostatecznie zakończyła się omawianiem zakupów online i debatowaniu, który dyskont spożywczy ma najlepsze jajka.

A Wy, jaki macie sposób na poznawanie sąsiadów? Bo ten ewidentnie działa.

(niżej jest kolejny tekst)

39
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
29 Comment authors
MadixTusiaSaga SachnikAleksandraAleksandra Muszyńska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dotee
Gość

Przemiły młody człowiek, tylko trochę bojaźliwy. Ja w jego wieku też raz przepraszałam sąsiadów za coś tam, ale nie zostałam później gwiazdą internetu. Szkoda!

Jan Favre
Gość

Ale wśród znajomych spod trzepaka, to byłaś gwiazdą, co?

Katarzynatuitam blog
Gość

Genialnie to opisałeś, śmiałam się tak, że w pewnym momencie przyszedł jeden z domowników i spytał, czy wszystko ze mną ok :D

Jan Favre
Gość

Pozdro dla domownika!

Anna Wrzos
Gość

Dobra historia i dzieciak stał się teraz sławny :) Do mnie zagadują zazwyczaj przez rower, którym jeżdżę o każdej porze roku. Czasem normalnie jak superbohaterka się czuję. Śmieszna sprawa jak postrzegana jest rowerzystka w Polsce :)

Karo
Gość

Janek, już masz swojego ziomka na dzielni!

Wojciech
Gość
Wojciech

Prawilna historia, propsy. Podejrzewam, że #TeamFifi. Ja miałem tylko sąsiadkę ~40, która w lecie kosiła trawnik nago. Ale to był inny czas inny kraj i inna kultura :x

Jan Favre
Gość

O, to ciekawe, gdzie kobiety z aż takim oddaniem przykładają się do dbania o trawnik? Stany, Holandia?

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – „wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – bzdura, bzdura, bzdura!

Skip to entry content

Przedwczoraj, przez włączoną opcję automatycznego odtwarzania kolejnych filmów na YouTube, trafiłem na wywiad z celebrytą, który zaczął od aktorstwa, a teraz próbuje zajmować się śpiewem – mimo, że w obu przypadkach jego talent jest mocno dyskusyjny – więc żeby nie spaść z fali popularności, ostatnio opowiada o swoim nawróceniu. Odnowa duchowa i wewnętrzne przemiany są chwytliwym tematem, więc jego agencja PRowa trafiła dość blisko 10-tki tym chwytem. Między deklamowaniem deklaracji miłości do zwierząt, ludzi i wegan, padł magiczny zwrot z nagłówka – „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”.

Brzmi pięknie prawda? Szkoda tylko, że to kłamstwo.

Jestem w stanie uwierzyć, że autor tej wypowiedzi ma przekonanie co do jej drugiej części i nie chce być oceniany, a właściwie to krytykowany, bo przecież pochwały każdy chętnie przyjmie. Trudno mi jednak dać wiarę, że sam faktycznie nie ocenia, bo w zasadzie z każdego punktu widzenia jest to niemożliwe. Ocen przedmiotów, zachowań, myśli dokonujemy nieustannie, inaczej żaden wybór nie byłby możliwy. Idziemy do spożywczaka, oceniamy która cebula jest ładna, a która brzydka i wybieramy tę ładniejszą. Na imprezie robimy dokładnie to samo. Tylko z wieprzowiną. Włączając Spotify działa ten sam mechanizm – aplikacja zaproponowała piosenkę, która nam się podoba? Słuchamy! Poleciał Tomasz Niecik? Przełączamy. Dokonując każdego wyboru, czy to zakupowego, czy towarzyskiego, czy moralnego, czy jakiegokolwiek innego, dostępnym opcjom przypisujemy wartości i decydujemy się na tę najwyżej punktowaną.

Oceniamy, oceniamy, oceniamy.

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – jest bardzo ładnym, okrągłym zdaniem, które można pierdolnąć Helveticą na zdjęciu człowieka na szczycie góry i zrobić z tego zajebisty Demotywator na 317 lajków i 18 udostępnień, ale to kłamstwo. To świetne strategicznie zagranie, które ze sporym wyprzedzeniem pozwala bronić się przed krytyką od innych – bo jak można oceniać człowieka, który jest chodzącym ucieleśnieniem dobra i miłosierdzia i sam nie ocenia? – ale jest zgubne.

Dlaczego?

Bo nie dość, że codziennie nieustannie wartościujemy, to jeszcze tego potrzebujemy.

Jak inaczej stwierdzić, czy coś jest dla nas dobre, czy złe?

Przykładowo – mamy znajomego, który ciągle jedzie na kredycie, ledwo spłaci jedną kartę, zaraz zadłuża się na drugiej, chodzi nieustannie pospinany z grymasem śniętej piranii. Widząc go któryś raz w takim stanie, rozkminiamy, że to słabo i sami byśmy tak nie chcieli. Oceniamy, że pakowanie się w pożyczki nie jest najlepszą opcją zasilania domowego budżetu.

Inny przykład. Przeglądając tablicę na Fejsie, z jednej strony widzimy gwiazdę rapu, jeżdżącą po świecie, opalającą się na Teneryfie i jedzącą podwodne zwierzątka, ale samotną, bez stabilizacji i wiecznie skacowaną. Z drugiej, pojawia nam się ojciec trójki dzieci, siedzący cały czas w domu, gotujący kaszki i robiący orgiami z pieluszek, wniebowzięty, że buduje rodzinę i może się nią zajmować. Jak mamy określić, który model życia jest nam bliższy i którym chcemy podążać, jeśli obu nie będziemy w jakiś sposób wartościować?

Opinia z zewnątrz jest konieczna, żeby się rozwijać

Wyobraź sobie, że chcesz zostać zajebistym bokserem, ale ćwiczysz kompletnie sam. Bez trenera, bez ziomków po fachu, bez kogoś kto by się na boksie znał. Skąd masz wiedzieć, że za nisko trzymasz gardę, za szeroko rozstawiasz łokcie i zbyt wolno wyprowadzasz ciosy, jeśli nikt Ci o tym nie powie? Sami w sobie jesteśmy układami zamkniętymi i potrzebujemy zewnętrznego obserwatora – będącego oczywiście specjalistą w danym temacie – który spojrzy na nas z dystansu i nas oceni.

Inaczej całe życie będziemy w kółko powtarzać ten sam błąd, bo go nie dostrzeżemy.

Bez wzajemnego oceniania ludziom dzieje się krzywda

W zeszłym tygodniu pewien gość, nazwijmy go Marek, chciał zabłysnąć na Fejsie i zebrać pełne wiadro lajków wrzucając „zabawny status”:

Sąsiad wstał o szóstej. O szóstej trzydzieści spuścił szczeniakowi taki sromotny wp…dol, że szczeniak prawie się udusił wrzeszcząc wśród nieziemskiego łomotu „Nieee! Nieee! Nieee!”, po czym przed siódmą zapakowali się całą rodzinką do samochodu i pojechali do pracy/przedszkola.
Wtoreczek.

Ktoś z jego znajomych zapytał, po którym pobiciu dziecka zadzwoni na policję, na co Marek odpowiedział, że to nie jego sprawa, tłumacząc w dalszej części wypowiedzi, że nie będzie oceniał przemocy w rodzinie negatywnie, bo nie zdarza się to codziennie. Jak to powiedział Edmund Burke „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. A dobry człowiek nic nie zrobi, jeśli nie oceni danej sytuacji i nie nazwie zła złem, tylko będzie udawał, że go to nie dotyczy, bo on nie ocenia.

Aby społeczeństwo funkcjonowało nie możemy udawać, że gówno na środku skrzyżowania jest bukietem tulipanów i zasłaniać się frazesem „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”. To pójście na łatwiznę i wylewanie fundamentów pod budowanie znieczulicy. Jeśli jedziesz tramwajem i widzisz, że ktoś osobie przed Tobą wyciąga portfel z kieszeni to wmawiasz sobie, że nie Ty jesteś od tego, by wartościować, czy to dobrze, czy źle?