Close
Close

Co spakować jadąc na wakacje za granicę?

Skip to entry content

Zawsze, gdy jestem przed kolejną podróżą i zastanawiam się, co spakować jadąc na wakacje za granicę, wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest banalna. Po czym docieram na miejsce i okazuje się, że jak zwykle czegoś zapomniałem. Czegoś oczywistego, co w danym momencie bardzo by mi się przydało. Tak bardzo jak kąpielówki na basenie. Nie wchodząc już w kompromitujące szczegóły z moich wycieczek, pomyślałem, że zrobię taką listę z punktami do odhaczenia rzeczy, które warto ze sobą zabrać.

Lecąc na tygodniowe wakacje warto spakować…

0. Siedem par koszulek, siedem par skarpetek, siedem par bokserek – ja wiem, że wszyscy wiedzą, ale kto nie zapomniał choć raz? Tylko ja? Dobra, to niech będzie, że punkt 0 jest tylko dla mnie.

1. Dowód i paszport – czemu aż dwa dokumenty? Teoretycznie do większości europejskich państw możesz dostać się na sam dowód tożsamości, ale kto wie, czy w trakcie opalania się w bułgarskim Słonecznym Brzegu nie poniesie Cię do tureckiego Stambułu, którego nie zwiedzisz bez paszportu? Albo czy zwyczajnie nie zgubisz w piasku jednego dokumentu, w trakcie mocno zakrapianej szampanem Piccolo imprezy na plaży i nie będziesz miał jak wrócić do kraju?

2. Dwie kopie biletu na samolot / rezerwacji wycieczki – ta sama sytuacja co wcześniej, tyle, że tym razem nie chodzi o całonocne recytowanie poezji, a o stres i pośpiech. Połowa lotów, które odbyłem była bladym świtem (7:30), co sprowadzało się do tego, że musiałem obudzić się w środku nocy i półprzytomny zdążyć na transport na lotnisko, nigdy nie będąc do końca pewnym, czy aby na pewno wszystko wziąłem. Dlatego, aby mieć większą pewność, że nie pomyliłem biletu z chusteczką, wyrzucając go do kosza, zawsze mam 2 kopie – jedną w portfelu i drugą w wewnętrznej kieszeni w torbie. Jak dotąd jeszcze ani razu nie odmówiono mi wejścia na pokład samolotu z powodu braku tego świstka, więc sprawdza się całkiem nieźle.

3. Coś od deszczu – ja wiem, że lato, słońce i w ogóle plan na całodniowe opalanie, ale jak byłem w Barcelonie w maju, to przez 4 z 5 dni padało. Tak że tego…

4. Coś ciepłego – jakby jednak nie było dzień w dzień tych 35 stopni w cieniu, które zapewniało biuro podróży.

6. Japonki – w razie zidentyfikowania runa leśnego pod prysznicem. No i na plażę.

7. Wygodne pełne buty na zmianę – gdyby ten deszcz faktycznie nie ustawał, a nastawiłeś się na zwiedzanie.

8. Spodenki do pływania / strój kąpielowy – no, to już omówiliśmy we wstępie.

9. Kapelusz / czapka – zabrzmię jak swoja własna babcia, ale „kto na słońcu smaży się bez kapelutka, tego wnet rozboli główka”.

10. Okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV – -50 do mroczków przed oczami po zejściu z plaży i wejściu do ciemniejszego pomieszczenia, +10 do stylówy na letniaka.

11. Krem do opalania, też z filtrem – aktywuje czar „ochrona przed rakiem skóry” i zapobiega rzuceniu klątwy „bezsenna noc”.

12. Coś na komary – według ludowych wierzeń dym tytoniowy odstrasza komary, ale co jeśli żar z papierosa przyciągnie ćmy-wampiry? Jeśli nie chcesz przelewać krwi w żadną stronę i mieć święty spokój jak Quebonafide z Natalią Zamilską, po prostu spsikaj się czymś.

13. Wilgotne chusteczki – tym razem to będzie w tonie blogerek rodzicielskich, ale takie chusteczki zawsze się przydadzą. Na przykład, gdy trzecią godzinę lecisz samolotem i jesteś zmięty jak papier śniadaniowy z Twoich kanapek albo gdy jedziesz w 40-stopniowym upale busem z lotniska do hotelu, który wyjątkowo nie ma klimatyzacji i kleisz się jak butapren. Dzięki nim się odświeżysz.

14. Zwykłe chusteczki – tak na wszelki wypadek. Gdyby gdzieś nie było papieru toaletowego. Albo nieoczekiwanie się skończył. Przydają się. Serio.

15. Węgiel leczniczy – słyszałeś o zemście faraona albo klątwie sułtana? Nie? To Twoje szczęście, ale żeby nabawić się problemów z żołądkiem nie musisz koniecznie opuszczać kontynentu. Wystarczy, że zmieszasz ouzo z espresso i pół-świeżym kebabem. Żeby reszty wyjazdu nie spędzić gapiąc się w kafelki podłogowe w łazience, warto wziąć ze sobą jakieś antidotum.

16. Szczoteczka do zębów, pasta i dezodorant – ręcznik i żel pod prysznic na 95% jest na miejscu.

17. Leki przeciwbólowe / przeciwgorączkowe – gdyby zabawa była na tyle dobra, że chwila zapomnienia trwała pół dnia i spaliłeś sobie plecy na plaży, przewiało Cię na całonocnym ognisku, albo zamiast kopnąć piłkę trafiłeś w kamień ukryty tuż pod nią.

18. Dobra muzyka – to bardziej w kwestii pakowania na telefon, a nie do torby (bo telefon bierzesz, co nie? dobra, głupie pytanie), ale tak, właściwy akompaniament to czasem nawet i połowa udanego relaksu, bo nic tak nie dopełnia ekscytacji i szczęścia, jak adekwatne tło muzyczne.

19. Słuchawki – żebyś nie zatruwał innym życia udając didżeja bez słuchawek.

20. Bank energii – po cholerę bank energii, jak przecież nie jedziesz na pole namiotowe, tylko do cywilizowanego miejsca, gdzie wszędzie są kontakty i możesz się podładować? No, żebyś się nie zdziwił. Jak się i słucha nuty, i robi zdjęcia, i dzwoni do mamy, żeś cały i zdrowy, i sprawdza teren na Google Maps, a w międzyczasie jeszcze czyta teksty wrzucone do Pocketa, to bateria może paść zanim się zorientujesz, że jesteś dokładnie nie wiadomo gdzie, bo poszedłeś na dłuższy spacer.

21. Ładowarka – wiadomo po co i dlaczego, ale jak robimy listę z punktami do odhaczenia, to musi się tu znaleźć.

22. Przynajmniej jedna gazeta – podobno kiedyś istniało życie bez nowoczesnych technologii i cyfryzacji, nic mi o tym nie wiadomo, ale jak już będziesz musiał się przenieść do tych czasów, bo mimo wszystko padł Ci telefon w samolocie albo nie chciałeś go zatrzeć na plaży, to warto mieć przy sobie jakieś średniowieczne narzędzia do walki z nudą, odporne na piasek i brak prądu.

23. Karty / jakakolwiek kieszonkowa gra towarzyska – gdyby padał ten cholerny deszcz, a Ty jednak chciałbyś się rozerwać ze współtowarzyszami. W końcu to wakacje!

24. Ekotorba – to moje obowiązkowe wyposażenie na większości wyjazdów. Czemu? Bo mega łatwo spakować ją do bagażu podróżnego i zabiera miejsca tyle co nic, a już w trakcie samych wakacji jest turbo poręczna, sporo mieści (książkę, okulary słoneczne, wodę, ręcznik, kąpielówki, bagietki, słoiki z gołąbkami, cokolwiek) i nie ma bólu, gdy uwali się piachem albo zaleje lokalnym trunkiem, bo wystarczy ją przeprać pod kranem.

25. Wciągająca książka – wakacje to relaks i oderwanie się od rzeczywistości, dużo łatwiej zapomnieć o codzienności i przyziemnych problemach, zatapiając się w magnetyzującej opowieści.

Pod koniec zeszłego roku wydałem swoją debiutancką powieść – “Lunatycy” – bezkompromisowo i dosadnie opowiadającą o ciemnej stronie sukcesu. Główny bohater, wychowywany przez samotną matkę w szarym bloku na jednym z osiedli Polski B, żyje nadzieją, że jego wielki sen się spełni. Będzie nagrywał płyty i grał koncerty, a hip-hop będzie płacić mu rachunki. Odurza się tą myślą, tracąc kontakt z rzeczywistością, aż życzenie staje się faktem. A on przekonuje się na własnej skórze, co znaczy amerykańskie “be careful what you wish for”.

“Lunatycy” zostali uznani za najlepszą powieść polskiego blogera, a swój egzemplarz nabył już blisko tysiąc czytelników, opisując wrażenia z lektury takimi słowami:

  • Ta książka jest pełna emocji, niejednokrotnie wzrusza i pokazuje siłę relacji międzyludzkich. I co ciekawe nie dlatego, że ktoś stał się sławny- ludzie chcą pomagać sami z siebie. Lunatycy to wartościowa książka, pełna gorzkiego życia, błędów, ale także przyjaźni i miłości. – Kasia Pinkowicz
  • Książka Jana Favre jest niesamowicie obrazowa – dosłownie przeniosłam się myślami do małego mieszkania w bloku, gdzie wraz z matką mieszkał główny bohater. Język powieści jest giętki, plastyczny, miejscami bardzo zabawny mimo mrocznej tematyki – to główna zaleta książki, którą dzięki takiemu prowadzeniu czyta się niezwykle lekko.Agata
  • Zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę. Myślę, że w głównej mierze jest to zasługa stylu pisania autora, przy czym podkreślmy, że to własnie intrygujący i żywy język jest tą cechą, którą brałem za pewnik, gdy dokonywałem zakupu – zupełnie się nie zawiodłem.Grzesiek Skupiewski

Więcej na temat mojej książki znajdziesz na oficjalnej stronie – www.Lunatycy.com – ja jednak jestem pewny już w tym momencie, że uprzyjemni Ci podróż. Jeśli zamówisz ją w ciągu 24 godzin od kliknięcia w link, to po wpisaniu hasła “WAKACJE” – w miejscu na kod rabatowy – nie zapłacisz za wysyłkę. Taki mały prezent ode mnie na udany urlop.

To jak, zabierzesz “Lunatyków” ze sobą w podróż?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

O motylach w brzuchu, które z czasem ustępują miejsca ćmom

Skip to entry content

Hey – “Nie więcej…”

To nie są motyle, prędzej ćmy
serce – pompa do krwi
nie więcej, nie więcej, nie więcej!
zawrotów głowy brak…

Jesteś nastolatkiem

Masz 16 lat, znacie się ze szkoły. Gdy widzisz ją na przerwie odruchowo poprawiasz fryzurę, bluzę i niechlujnie opadające na adidasy nogawki, a w głowie przeprowadzasz setki analiz możliwych scenariuszy Waszej interakcji, żeby być gotowym na każdą ewentualność i mieć w zapasie idealny na tę okazję tekst. W momencie, w którym przechodzi obok Ciebie i mówi „heeej”, robiąc to tak słodko, jakby cała składała się z syropu cukrowego, jedyne co masz w głowie to budyń. Budyń, który można by polać tym syropem.

Jesteś nią zauroczony do cna.

Zbierasz się do tego całymi dniami, ale w końcu zagadujesz do niej coś więcej niż „mieliście już klasówkę z funkcji liniowej?”, „która godzina?” i „był dzisiaj przedmiot X? bo słyszałem, że nauczycielka jest chora, a nie mam żadnych znajomych w klasie i jesteś jedyną osobą w całej szkole, która może mi udzielić tej niezbędnej do życia informacji”. Pytasz ją o jakąś równie bzdurną kwestię, ale summa summarum, wychodzi na to, że się z nią umówiłeś! Na randkę! Sam nie wiesz jak do tego doszło, ale wolisz się nad tym za bardzo nie zastanawiać, żeby nie dojść do wniosku, że zrobiła to z litości, albo, co gorsza, w trakcie rozmowy doznałeś całkowitego zamroczenia z wyłączeniem świadomości i w rzeczywistości nie umówiliście się na żaden romantyczny spacer, tylko zgodziłeś się wyprowadzić jej psa.

Lepiej nie rozkminiać, będzie co ma być.

A jest zajebiście, bo przychodzi nie dość, że w umówione miejsce, to jeszcze o umówionej godzinie i to bez psa! Gdybyś umiał nazywać części damskiej garderoby, cieszyłbyś się, że przyszła w tej swojej plisowanej spódnicy, odsłaniającej najzgrabniejsze nogi na świecie, przebijające wszystko, co można znaleźć pod hasztagiem #legsporn na Instagramie. Ale nie umiesz, więc jarasz się, że jej ciepłe jak czerwcowe popołudnie spojrzenie pada akurat na Ciebie i towarzyszy mu ten szczery, niewinny, uśmiech, którego nie da się złapać w kadr i zatrzymać na kliszy.

Kiedy po 15-tym okrążeniu tego samego stawu w końcu siadacie na ławce i przy nieśmiałej próbie złapania jej za rękę, nie dość, że nie dostajesz w twarz, to nawet na milimetr nie odsuwa się od Ciebie, czujesz, że w Twoim brzuchu dokonuje się jakieś poruszenie. Coś jakby wszyscy w trakcie mszy w kościele wstali, żeby zmówić pacierz. Jednak gdy postanawiasz zostać zawodowym kamikaze i od złączenia Waszych dłoni przejść do złączenia Waszych ust, gdy widzisz jej wzrok mówiący „nie mam pojęcia co się teraz stanie i nie wiem, czy to dobry pomysł, ale cała drżę z podekscytowania dokąd nas to zaprowadzi”, po czym Wasze wargi się spotykają, a oddechy zlewają w jeden gorący podmuch namiętności, czujesz, że w Twoim brzuchu następuje właśnie pospolite ruszenie. Pęd zwierząt tuż przed śmiercią Mufasy w „Królu Lwie”.

To motyle. Motyle wprawiające w ruch dynamo zakończone żarówką z napisem „miłość”.

Jesteście za młodzi, żeby być razem w dosłownym tego słowa znaczeniu, więc chodzicie ze sobą. W metaforycznym tego słowa znaczeniu. Wtulacie się w siebie oglądając razem filmy, wtulacie się w siebie spacerując po parkach i wtulacie się w siebie, gdy odprowadzasz ją na przystanek, a gdy akurat nie macie okazji by wyglądać jak dwie ściskające się pandy, myślicie o tym. Myślicie o sobie nawzajem, myślicie o Was, myślicie o odmianie wszystkich czasowników przez pierwszą osobę liczby mnogiej.

Czujecie hipereuforię. Do momentu aż coś zaczyna pękać.

Któreś z Was zmienia szkołę, Ty się przeprowadzasz, ona wyjeżdża na całe wakacje na drugi koniec kraju, i gdy spotykacie się ponownie, to już nie jest to samo. W głowie nie ma już tej gonitwy myśli, w oczach tego rozbieganego spojrzenia, w sercu tego przyspieszonego tętna, a w brzuchu wirujących motyli. Wszystkie wyleciały. Nie ma już miłości, która go wypełniała. Jest tam teraz pusto i ciemno.

Przez jakiś czas jest Ci źle i chodzisz struty jakbyś pomylił kanię z muchomorem sromotnikowym, ale w końcu dochodzisz do siebie. I ruszasz dalej. Bo chcesz znów to poczuć. Znów wznieść się na endorfinowy haj zakładający filtr ze szczęściem na oczy, na który poprzednio wypchnęło Cię zakochanie. Więc wyruszasz na poszukiwanie. Poszukiwanie motyli, które znów wprawią w ruch dynamo z napisem “miłość”. Bo wiesz, że to tylko kwestia czasu, aż znów je złapiesz.

 

Nie jesteś już nastolatkiem

Masz 20 lat, znacie się przez wspólnych znajomych i czujesz od niej taki powiew chłodu, jakby była lodowcem, w który pierdonął Titanic. Nie pozostajesz jej dłużny, odwdzięczając się równie ciepłym nastawieniem, do momentu aż na którejś z domówek jeden ze znajomych, co to jest i Twój i jej, nie wpada na genialny pomysł, żeby zagrać w butelkę. Jedyną grę godną nienastolatków. Gdy główny prowodyr zamieszania po obróceniu szyjki ze Starogardzkiej w Twoją stronę każe Ci ją pocałować, zastanawiasz się, czy nie zasymulować terminalnej choroby jamy ustnej, ale w końcu przełamujesz się, zamykasz oczy i zaczynasz masować jej język swoim, czując jak z przeładowania ambiwalentnymi emocjami drży jej warga. Otwierasz oczy i widzisz, że ta odpychająca zimnem góra lodowa właśnie stopniała. Twoje poczucie równowagi rezonuje z jej spojrzeniem i już oboje wiecie, że nie potrzebujecie żadnych gier towarzyskich, żeby poczuć falę sprzeczności, która magnetyzuje Wasze ciała.

Spędzasz z nią resztę imprezy, resztę kolejnego dnia, i kolejnego, i kolejnego, i kolejnego, który wypełniają Wam równie namiętne rozmowy, co seks, a po tygodniu niedorzecznych wydarzeń żywcem wyrwanych z komedii Woody’ego Allena, chcesz spędzić z nią resztę życia. Znów czujesz motyle w brzuchu, przy czym te teraz w porównaniu do tych poprzednich, to jak 28-centymetrowe Ornithoptera alexandrae przy 10-milimetrowych Oraidium barberae. Kto by się spodziewał, że wspólne szczytowanie może tak potęgować odczucia, co?

W pewnym momencie, z tak prozaicznych powodów jak zmiana światopoglądowa związana z rozpoczynaniem życia na własny rachunek, komedia romantyczna zaczyna zamieniać się w komedio-dramat, aż w końcu traci swój pierwszy człon i rozstajecie się, a motyle dzięki którym stąpałeś 30 centymetrów ponad chodnikami, ulatują bezpowrotnie, jak genialne pomysły wpadające do głowy tuż przed zaśnięciem. Wiedząc, że coś tak absolutnie wyjątkowego skończyło się, czujesz się gorzej niż Johnny Depp patrząc na oddalającą się Winonę Ryder w końcowej scenie „Edwarda Nożycorękiego”. Ale nie zatracasz się w rozpaczy nad utraconym uczuciem, bo wiesz, że skoro drugi raz udało Ci się do niego dotrzeć – i w dodatku pojawiło się mocniejsze niż wcześniej – to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zrobił to po raz trzeci.

Więc wyruszasz na poszukiwanie motyli. Bo wiesz, że to tylko kwestia czasu, aż znów je złapiesz.

 

Jesteś prawie dorosły

Masz 25 lat i poznajesz je głównie w pracy. Czasem w klubach, ale to naprawdę sporadycznie, bo odkąd większość czasu, w którym nie śpisz zajmuje Ci praca, odczuwasz niemal sprawiającą ból fizyczny niechęć do szlajania się po przepełnionych, dusznych tancbudach, w których kobiety wyglądają jakby przyszły wykonywać najstarszy zawód świata. Schemat, nie dość, że jest, to zazwyczaj ten sam. Po 15 minutach daje Ci swój numer, po 2 dniach umawiacie się na randkę, po 3 spotkaniach na mieście kolejne jest u któregoś z Was w domu i kończy się stosunkiem płciowym. Po miesiącu macie już rutynę, kto śpi u kogo w jakie dni tygodnia, a po kwartale z fasady fascynacji odpadają resztki zainteresowania, pod którymi jest obojętność, monotonia i znudzenie.

To co na początku znajomości wydawało Ci się trzepotem skrzydeł motyli, błyskawicznie okazuje się rumorem płatów nośnych ciem.

Z każdą kolejną próbą zakończoną niepowodzeniem, coraz bardziej tracisz nadzieję na złapanie tych kolorowych owadów odżywiających się nektarem kwiatowym. Spotkania ze znajomymi będącymi w parach tylko pogarszają sytuację. Masz wrażenie, że przespałeś swój moment, że wszystko co dobrego miało się wydarzyć w kwestii, tak odległej teraz i aż trudnej do przypomnienia sobie, miłości, już się wydarzyło. „Ale to już było i nie wróci więcej” jak śpiewała Maryla Rodowicz. „Znikło gdzieś za nami”. Szansa na złapanie motyli przepadła bezpowrotnie, a teraz jedyne co świat relacji damsko-męskich ma Ci do zaoferowania, to, symulujące uczucie z przeszłości, ćmy.

Wiesz, że to tylko marny substytut, że to półśrodek, którym nie zaspokoisz trawiącego Cię od wewnątrz głodu miłości. Ale masz już dość. Masz dość ciągłych rozczarowań i lądowania na dupie, gdy wzbijasz się na wyżyny, żeby złapać szczęście, a okazuje się, że to tylko jego podróbka, która wyglądała ładnie z ziemi. Zaczynasz racjonalizować sytuację. Zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej zadowolić się czymkolwiek, biorąc to, co podsuwa Ci los, niż ciągle chodzić głodnym w poszukiwaniu kogoś, kto w pełni zaspokoi Twoje łaknienie. Nie mając zupełnie pewności, czy ta osoba w ogóle istnieje.

 

Ludzie A

Po kilku zakończonych niepowodzeniem próbach znalezienia miłości w dorosłym życiu, poddają się, po czym dochodzą do wniosku, że to co przeżywali wcześniej, było tylko nastoletnimi uniesieniami. W porywach zauroczeniem. Bo nie ma czegoś takiego jak miłość. To tylko fikcja literacka, stworzona na potrzeby popkultury, a ci, którzy twierdzą inaczej oszukują się.

Ludzie A, aby oszczędzić sobie dyskomfortu związanego z kolejnymi rozczarowaniami na polu relacji damsko-męskich i jednocześnie choć w minimalnym stopniu zaspokoić potrzebę miłości, wchodzą w związek bez ekstatycznych uczuć, racjonalizując sytuację i tłumacząc sobie, że tak musi być. Zadowalają się ćmami.

 

Ludzie Z

Wbrew wszystkiemu i wszystkim szukają motyli, aż ich nie znajdą.

 

Jesteś dorosły?

Masz 27 lat, po 3 latach bezskutecznego szukania motyli w końcu zakochujesz się jak dekadę wcześniej. Szybciej bije Ci serce, gdy myślisz o niej, źrenice mają wielkość monet, gdy patrzysz jej w oczy, a gdy jesteście razem czarno-białe miśki mogą się od Was uczyć, co to znaczy być słodziakiem. Gdy po roku ten stan nie mija i jesteś absolutnie pewien, że poruszenia w Twoim brzuchu nie dokonują ćmy, mówisz o tym blogującemu znajomemu i dajesz zielone światło, jak na reklamie Persila, na opowiedzenie o tym innym.

No to opowiadam.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Adi Korndörfer

Przekraczanie granic niejedno ma imię…

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Skyn®

Ruda

Ooo, stary, widziałeś tę Rudą? – zapytał wyjątkowo retorycznie Marcin. Czy jest ktokolwiek w tym pomieszczeniu, kto jej nie widział? Heh, pomieszczeniu… czy jest ktokolwiek w promieniu kilometra, kto jej nie widział? Czy to w ogóle możliwe nie zauważyć kogoś takiego jak ona? Nawet w worze pokutnym i bez makijażu wyglądałaby jak królowa imprezy, skupiając na sobie wzrok wszystkich facetów, a dziś jest odstrzelona jak na studniówkę, z bezwietrznie falującymi włosami, krwistą szminką na ustach i sukienką niedającą wymazać z pamięci tego, jak kosmiczne ma nogi. NASA jest już w drodze. Odkąd tu weszła, nie robię nic innego, tylko analizuję jakich mamy wspólnych znajomych i co musiałoby się stać, by któryś z nich nas w miarę naturalnie i przypadkowo zapoznał, a ten mnie pyta, czy ją widziałem. Tak, kurwa, widziałem ją, Marcin.

– No.

– Ale sztuka, człowieku, ogień!

– No, dobra jest.

– Dobra? Okulary ci zaparowały? To jest najlepsza laska w całym Poisonie! Idę na parkiet ją ogarnąć!

– Spoko, powodzenia.

– Dawaj ze mną! Ta jej koleżanka w leginsach też dobra.

– Nieee, nie mam dziś nastroju. Poza tym mam jeszcze browara.

– A co ci browar przeszkadza? Aaa, zresztą jak chcesz. Ja idę – wcale nie chciałem. Wcale nie chciałem zostać w loży i wcale browar mi nie przeszkadzał. Przeszkadzały mi moje kompleksy, rozbuchana wstydliwość i brak pewności siebie. Jej koleżanka była dobra. Była bardzo dobra, ale ja byłem zły, a podejście do niej, zresztą nie tylko do niej, podejście do jakiejkolwiek dziewczyny na tej cholernej osiemnastce i zaczęcie jakiejkolwiek interakcji poza „przepraszam, mogę przejść?”, było ponad moje siły. Bo przeszywał mnie paraliżujący, ale to naprawdę paraliżujący lęk przed odrzuceniem. Nie będę Wam tu rozbudowywał alegorii na 3 strony maszynopisu, żeby zobrazować, jak bardzo nie byłem w stanie tego zrobić. To po prostu było ponad moje siły, dobra? Dlatego wolałem udać, że najbardziej zjawiskowa dziewczyna w klubie nie robi na mnie wrażenia i siedzieć smutno przy piwie, udając, że świetnie się bawię. Kolejny raz.

Baletnica

– Dobra, podbijamy do nich! – mamy podejść do zupełnie obcych, w dodatku atrakcyjnych, dziewczyn, w publicznym miejscu ot tak? Wiem, że są juwenalia, plener i w ogóle, ale przecież my ich nie znamy. O czym będziemy z nimi rozmawiać? Wezmą nas za jakichś dziwaków albo nie wiem, zboczeńców. Głupi pomysł.

– Ty, no ale co im powiemy? Przecież ich nie znamy.

– To poznamy. O to chodzi w imprezach, nie? Że ludzie się poznają.

– Ty, no ale to będzie dziwnie wyglądać, że wyskoczymy do nich jak filip z konopi. Ani razem nie studiujemy, ani nie mamy jakichś wspólnych ziomków, ani jednym autobusem nawet nie jeździmy.

– Jak ci to pomoże, to pomyśl, że wszyscy pochodzimy od tej samej małpy. Albo, że jesteśmy z plemników tego samego Adama i jajeczek tej samej Ewy, jak jesteś wierzący. Albo, że kaszlemy drobnoustrojami w to samo powietrze, to na dobrą sprawę jakbyśmy się już całowali. Zresztą, jak potrzebujesz pretekstu, żeby zagadać do dziewczyny, to powiedz, że to zakład. Nie zagadasz to stawiasz kratę. A jak dalej chcesz wymyślać sobie wymówki, to od razu wstąp do zakonu, bo i tak cię czeka życie w celibacie.

– No dobra, ale co mówimy?

– Mówimy „cześć”.

– „Cześć”?

– Ty mówisz „cześć” do Baletnicy, ja do Wysokiej i dalej samo idzie – nie poszło. Nie poszło tym razem, nie poszło następnym i jeszcze następnym też nie. Mówiłem to cholerne „cześć” i kompletnie nie wiedziałem co dalej. Mam spytać „co tu robisz”? To chyba najgłupsze zdanie jakie można wypowiedzieć do człowieka spotkanego na imprezie. No, raczej nie szydełkuje. To co w takim razie? „Co studiujesz”? Jeszcze gorzej, pomyśli, że jakiś wywiad środowiskowy robię. Wszystko, co przychodziło mi do głowy po tym cholernym „cześć”, wydawało mi się idiotyczne i przez to, że mówiłem to absolutnie bez przekonania było idiotyczne. W efekcie po wymianie kilku równoważników zdań zapadała tak krępująca cisza, że skuty kajdankami czułbym się bardziej swobodnie. To uczucie ułomności towarzyskiej było okropne, przyprawiając o większą potliwość niż smażenie się w 45-stopniowym upale, jednocześnie przyspieszając akcję serca jak solidna ściecha, co skutkowało tym, że każda próba podrywu była równoznaczna ze stanem przedzawałowym. Ale mimo porażek i tak było to lepsze niż oglądanie, jak wszystkie okazje do poznania kogoś interesującego bezpowrotnie przelatują mi przed oczami jak odjeżdżający pociąg.

Monika

Te dwie? – „te dwie”, jak szczegółowo opisał je Paweł, były na oko 25-letnimi bezzmarszczkowymi brunetkami w nieco niedostosowanym do aktualnej pory roku odzieniu, które przyszły na piwo, żeby w spokoju pogadać o pasjonującym temacie z gatunku „co tam u ciebie?” i średnio mają ochotę na interakcję z kimkolwiek. To znaczy, tak zapewne bym uznał te 9 lat temu, panicznie bojąc się odrzucenia przez kobietę i szukając jakiejkolwiek wymówki, byleby nie narazić się na dezaprobatę. Tyle, że już nie miałem 18 lat, a zlewki typu „nie dzisiaj”, „sorry, ale mam chłopaka”, „za wysokiej progi chłopcze”, czy, najgorsza z możliwych, brak reakcji, robiły na mnie mniejsze wrażenie niż informacja o bezpiecznym usuwaniu pendrive’a. Zbyt daleko przesunąłem granicę pewności siebie, utwardzając sobie skórę na takich sytuacjach, żeby lęk przed negatywną opinią przypadkowej osoby mógł blokować mnie przed poznaniem jej. Poza tym, to były najładniejsze dziewczyny jakie widzieliśmy tego wieczoru, więc nie darowałbym sobie, gdybyśmy przepuścili szansę na rozmowę z nimi.

– Te dwie.

– Z czym wychodzimy?

– Może z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej?

– Że chcę się obciąć na łyso i czy to dobry pomysł?

– No, laski uwielbiają doradzać w takich sprawach, połowa z nich uważa, że mogłyby pracować jako stylistki.

– Moja eks była przekonana, że jest wyrocznią modową i zawsze ładowała się ze mną na zakupy.

– No, to dajemy!

– Dajemy! – no i daliśmy! To znaczy, one nam dały! Swoje numery telefonów. Zaczęliśmy od tego pytania o opinię, chwilę się z nimi podroczyliśmy, potem przeszliśmy od fryzur do ciuchów, potem do filmów, potem do muzyki, potem do podróży, potem do jedzenia, potem znowu do filmów, a potem do tego, że w mojej książce adresowej pojawiło się nowe 9 cyfr podpisanych jako “Monika”. 9 cyfr, które kiedyś wydawały mi się poza horyzontem zdarzeń, których mógłbym być autorem. Wydawało mi się, że tak się robi na filmach, że tak się opowiada w anegdotkach, że takie sytuacje gdzieś tam i kiedyś tam występują, ale nie przy mnie. A jeśli już, to z perspektywy trzecioosobowego obserwatora usadzonego w ciemnym kącie, a nie głównego bohatera kształtującego ich przebieg. Nie jest to zdobycie 8-tysięcznika, czy okrążenie kuli ziemskiej kraulem, ale wciąż, to pokonanie samego siebie. Przekroczenie swoich ograniczeń, dające poczucie hipereuforii i przekonanie, że „mogę wszystko”. Arcy uskrzydlające przekonanie.

Skynfeel™ Apparel

CROPPED SKYNFEEL 1971

Nie piszę o tym przypadkowo. Tak jak ja wielokrotnie przekraczałem swoje mentalne granice, żeby móc żyć w sposób jaki chce, pokonując wewnętrzne ograniczenia, tak sportowcy pokonują ograniczenia swojego ciała, przekraczając granice swoich możliwości, aby osiągać wyniki, o których marzą. Zwłaszcza tego lata mamy sporo okazji, by to obserwować. Skyn® również przygląda się tym wydarzeniom i w ramach niecodziennego, i dość śmiałego, eksperymentu przekroczył granice technologiczne, by umożliwić sportowcom uzyskiwanie jeszcze lepszych rezultatów.

O co chodzi?

Marka zaprosiła do współpracy Pauline van Dongen – projektantkę mody specjalizującą się w „wearable technology”, czyli „technologii nadającej się do noszenia” – by opracowała innowacyjny strój sportowy przyszłości – Skynfell™ Apparel – który będzie lekki, cienki, miękki i pozwoli poczuć wszystko. Przy pracy nad prototypem stroju wykorzystano najnowsze technologie oraz poliizopren, z którego Skyn® tworzy swoje produkty, przenosząc tym samym materiał do produkcji prezerwatyw z sypialni na bieżnię.

Brzmi abstrakcyjnie i cudacznie? To zobaczcie jakie są efekty tego eksperymentu.

Skakałbym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cristina Souza