Close
Close

Na ten moment czekałem długo, a dokładnie to 4 lata i 7 miesięcy, bo dokładnie 02.04.2012. Jamal opublikował klip do utworu „Defto”, który był kręcony w Tajlandii i gdy tylko go zobaczyłem, obiecałem sobie, że pewnego dnia tam polecę i na własne oczy zobaczę te wszystkie egzotyczne miejsca pojawiające się w teledysku.

Dziś jest ten dzień!

Właśnie wsiedliśmy z Dominikiem do samolotu i lecimy Bangkoku (z przesiadką w Dubaju), gdzie spędzimy kilka dni jedząc najdziwniejsze uliczne żarcie i szukając Buddy po świątyniach, a potem zwiedzamy tajskie wyspy śpiąc w szałasach i piorąc w rzece.

Innymi słowy: RUSZAMY W WIELKI ŚWIAT!

Nie spodziewajcie się żadnych nowy tekstów na blogu, bo takowe w ciągu najbliższych 2-3 tygodni się nie pojawią, ale jeśli chcecie śledzić naszą podróż, to wpadajcie na Instagrama, gdzie na bieżąco będą się pojawiać lokalne zwierzątka, palmy i nasze lica.

PRZYGODA, PRZYGODA!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Emilia Maciejewska

    Przekonałeś mnie – obserwuję na Insta :)

  • Śledzę instagarama i jestem za-chwy-co-na tymi widokami. Przez ostatnie kilka lat żyłam opinią, że najcudowniejszy „egzotyczny” kraj to Grecja, ale powoli przekonujesz mnie, że chyba jednak nie.

  • Aneta

    Jakaś kolonizacja Tajlandii przez blogerów, czy o co chodzi?

  • W Tajlandii nie da się nie zakochać. Byłem kilka miesięcy temu, a już ciągnie mnie z powrotem… Miłego wypoczynku!

  • Ja się kiszę w biurze a Ty mi tu z Tajlandią! Gdzie jest sprawiedliwość? Mimo to życzę wspaniałej podróży :)

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia
---> SKOMENTUJ

Co warto zobaczyć w Krakowie? Przewodnik śladami popkultury

Skip to entry content

wpis powstał przy współpracy z Wydziałem Promocji i Turystyki UM Kraków w ramach akcji „Kraków Experience”, koordynacja cyklu: Bloceania

Przewodników po tym mieście są setki, jeśli nie tysiące i chyba nie ma Polaka, który nie słyszałby o tym, że warto tu wpaść i zwiedzić Rynek Główny, Sukiennice i Wawel. Mimo to, regularnie dostaję od Was wiadomości prywatne i maile z pytaniem: co warto zobaczyć w Krakowie wpadając na kilka dni?  Sporo zastanawiałem się jak niesztampowo odpowiedzieć na to pytanie i stwierdziłem, że zrobię mini-przewodnik po Krakowie śladami popkultury.

Co to znaczy i o co w ogóle chodzi?

Od jakiegoś czasu coraz popularniejszy jest tak zwany „setjetting”, co można przetłumaczyć na polski jako „filmowa turystyka”, co w skrócie polega na tym, że ludzie podróżują do danego miasta, aby zwiedzić miejsca, w których kręcono sceny do znanych filmów. Dzieje się tak z Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie powstawało kozackie „Breaking Bad” i z Nowym Jorkiem, gdzie kręcono wszystkie pozostałe filmy. Pomyślałem, że spoko pomysłem będzie pokazanie Krakowa w takim ujęciu, bo jest bohaterem kilku historii. I to nie tylko filmowych. Gród Króla Kraka pojawiał się i w popularnych książkach, i w jeszcze popularniejszych piosenkach, i podejrzewam, że wielu z Was myślało o tym, żeby na żywo zobaczyć miejsca, które znało tylko z utworów.

Przekonajmy się zatem, co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury!

Teledysk: Quebonafide – „Solipsyzm” / Kładka Ojca Bernatka

kladka-ojca-bernatka-4

Kto słucha polskiego rapu, ten z pewnością kojarzy Quebo, a kto nie, ten ma okazję nadrobić zaległości, bo zarówno muzycznie, jak i światopoglądowo jest co nadrabiać. Powyższy utwór traktuje o

poglądzie filozoficznym głoszącym, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający, cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń – wszystkie obiekty, ludzie, etc., których doświadcza jednostka, są tylko częściami jej umysłu

cytując Wikipedię, natomiast w teledysku obrazującym go, pojawia się scena na Kładce Ojca Bernatka – jednym z bardzo ciekawych i mało oczywistych miejsc Krakowa. Kładka łączy Kazimierz z Podgórzem, jednak to nie ze swojej funkcji komunikacyjnej jest najbardziej znana. Na jej barierkach, na wzór wrocławskich mostów, zakochani wieszają kłódki z inicjałami symbolizującymi ich miłość, natomiast pod jej łukiem podwieszone są „fruwające” rzeźby autorstwa Jerzego Kędziory, dodające jeszcze bardziej uroku kładce.

Piosenka: Myslovitz „Kraków” – ulica Gołębia

golebia-4

Wśród turystów Rynek tonie znów,

ktoś zakrzyknął głośno, błysnął flesz…

Na Gołębiej twój płaszcz zaczepił mnie

w wystawowym oknie, w autobusie, w tłumie gdzieś…

Śpiewał Artur Rojek na płycie „Miłość w czasach popkultury”, a ja żeby jakoś opanować przedmaturalne przerażenie wsłuchiwałem się w te słowa, fantazjując jak może wyglądać ta Gołębia, na której czyjś płaszcz go zaczepił. Półtora roku później przekonałem się na własne oczy, dowiadując się, że jest na niej jeden z ładniejszych wydziałów Uniwersytetu Jagiellońskiego i jedna z najtańszych knajp w obrębie Plant. Niestety jak wygląda zaczepianie kogoś płaszczem nie dowiedziałem się do dziś.

Piosenka: Grzegorz Turnau – „Bracka” / ulica Bracka

bracka-3

Pozostajemy dalej w świecie muzyki i w dodatku w tym samym obszarze starego miasta, bo Gołębia dochodzi do Brackiej. Grzesiu śpiewa, że na tej ulicy pada deszcz i niektórzy biorą to za pewnik niezależny od pory roku i warunków atmosferycznych, po czym dziwią się, że jednak jest sucho. Otóż oficjalnie dementuję, na Brackiej nie zawsze pada deszcz, ale za to jest kilka przytulnych knajpek, bez mokrych dywanów i przeciekających zlewów, w których można się schować, gdyby faktycznie zaczęło lać.

Książka: Marcin Świetlicki „Dwanaście” / kawiarnia „Dym”

dym-4

Ze świata muzyki przenosimy się do krainy literatury kryminalnej, włócząc się po krakowskich ulicach i próbując rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci członków zespołu muzycznego „Biały Kieł”. W sensie, śledzimy „mistrza” – samozwańczego prywatnego detektywa uzależnionego od alkoholu – czyli bohatera powieści „Dwanaście”.

– Bardzo dobrze? – myśli sobie mistrz, siedząc w Dymie nad czystą wódką z lodem i wciśniętą połówką cytryny. Z Dymu jeszcze na szczęście nikt go nie wyrzuca, na szczęście jest tu prawie anonimowym, zwyczajnym klientem. Jeszcze nie zdążył, tak się wydaje, narozrabiać, jeszcze jego kartoteka tutaj jest zupełnie pusta. Suka grzecznie leży pod stolikiem, z lekka umęczona spacerem.

Jeśli chcecie się osobiście przekonać, gdzie jest tak milusińsko i napić się bardzo przyzwoitej kawy, to wpadajcie na ulicę świętego Tomasza, pod numer 13. Do „Dymu”.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / aleja Zygmunta Krasińskiego

instytut-4

Pozostajemy w klimacie kryminalnym, a w zasadzie, to go zaostrzamy. Dosłownie kilka miesięcy temu wyszło wznowienie prześwietnego dreszczowca „Instytut”, którego cała akcja rozgrywa się w krakowskiej kamienicy. Grupa znajomych po melanżu została uwięziona w mieszkaniu, z którego mimo desperackich prób nie może się wydostać i jedyne co im pozostaje, to z przerażeniem obserwować, jak kolejny z nich ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.

Książka tak mocno wciąga w historię, którą opowiada, że gdy tylko skończyłem ją czytać, zacząłem szukać mieszkania, w którym mogłoby dojść do tak bestialskiego mordu. Mimo, że główna bohaterka deklaruje iż jej lokum mieści się na alei Adama Mickiewicza 20, to nie jest to prawdą, ponieważ pod tym adresem znajduje się Uniwersytet Rolniczy, a naprzeciwko Akademia Górniczo-Hutnicza, o czym nie ma ani słowa w powieści. Jest natomiast fragment wskazujący, że z okna feralnego mieszkania widać ogólnospożywczy sklep Jubilat, w związku z czym, w wyniku indywidualnego śledztwa, doszedłem do tego, że musiało być ono jednak lokalizowane nieco dalej, czyli w połowie alei Zygmunta Krasińskiego.

Akurat ta ulica sama w sobie jest dość przeciętna, ale po tak mocnej lekturze, trudno jest się powstrzymać i nie spacerować wzdłuż kamienic, analizując, w której z nich mogło dojść do mrożących krew w żyłach zdarzeń opisanych w powieści.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / Klub „Piękny Pies”

klub-piekny-pies-3

Jeśli natomiast chcielibyście się dowiedzieć, gdzie pracowała główna bohaterka „Instytutu” i jej wesoła ferajna, to nie szukajcie na klubowej mapie Krakowa „Brzydkiego Kota” opisanego w kryminale. Zajrzyjcie za to do „Pięknego Psa”, na ulicy Bożego Ciała 9, bo to właśnie tam aktualnie mieści się lokal, który był pierwowzorem książkowego. Miejsce równie warte uwagi i zaskakujące, co zakończenie powieści.

Serial: „Majka” / Akademia Sztuk Pięknych

akademia-sztuk-pieknych-6

TVNowska „Majka”, mimo że jest serialem wzorowanym na wenezuelskiej telenoweli ma dwa naprawdę duże plus. Pierwszy: pokazuje Kraków latem, a że jego emisja startowała jesienią, oglądanie ujęć z zielonymi plantami i ludźmi wylegiwującymi się nad Wisłą działało bardzo kojąco i napawało optymizmem, że ta gorsza pora roku kiedyś się skończy. Drugi: tytułowa bohaterka studiuje na Akademii Sztuk Pięknych imienia Jana Matejki. Dzięki czemu przeciętny Kowalski może dowiedzieć, że taka uczelnia w naszym kraju w ogóle istnieje i ciutkę otrzeć się o sztukę.

Krakowska ASP w rzeczywistości jest wyjątkowo ciekawa – i to nie tylko dla studentów – dlatego gorąco zachęcam do odwiedzin. Oprócz inspirujących wnętrz i klimatu, zachwycić można się także rzeźbami, płaskorzeźbami i malunkami porozstawianymi na korytarzach. Zarówno będącymi tam od lat, jak i tymi, które ktoś przed chwilą wystawił z pracowni.

Film: „Pod Mocnym Aniołem” / kawiarnia „Cafe Szafe”

pod-mocnym-aniolem-5

Strzał z grubej rury. Dramat Smarzowskiego na podstawie książki Pilcha jest kinem mocnym, brutalnym i nie pozostawiającym niedomówień, dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach. Robert Więckiewicz brawurowo wcielił się w postać pisarza-alkoholika, który chce wygramolić się z nałogu dla kobiety. Jeśli historia ta chwyciła Was za serce jak transplantolog i chcielibyście wejść w nią jeszcze głębiej, odwiedzając miejsca, w których pojawiał się główny bohater, to tytułowy bar „Pod Mocnym Aniołem” znajduje się na ulicy Felicjanek 10, nazywa się „Cafe Szafe” i w rzeczywistości jest bardzo klimatyczną kawiarnią, do której warto zajrzeć niekoniecznie na piwo.

pod-mocnym-aniolem-7

Film: „Vinci” / plac Jana Matejki

plac-matejki-3

Borys Szyc, Robert Więckiewicz, Jan Machulski i Kamila Baar chcą ukraść legendarny obraz Leonarda da Vinci – „Damę z łasiczką”. Który akurat będzie wystawiany w Krakowie. Jak przygotowują się do napadu stulecia? Ten pierwszy z tą czwartą umawiają się na placu Jana Matejki, przed pomnikiem upamiętniającym 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, na nietypową randkę. W momencie, gdy Szerszeń pokazuje Magdzie obraz, który ma być obiektem porwania, pada jeden z lepszych dialogów w filmie.

– Po co ci to?

– No, pfff, wiesz, Leonardo na ścianie… czad.

– To powieś se DiCaprio.

Film: „Vinci” / Akademia Muzyczna

akademia-muzyczna-4

Oglądając komedię Juliusza Machulskiego zastanawialiście się, gdzie w Krakowie jest mieszkanie z widokiem na całe stare miasto, a przede wszystkim wieże Kościoła Mariackiego, na którego tarasie Borys Szyc spotyka się z Robertem Więckiewiczem?

Mam dla Was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że to mieszkanie nie istnieje. Dobra natomiast, że owym widokiem może rozkoszować się każdy, bo rozpościera się on z tarasu stołówki studenckiej Akademii Muzycznej na ulicy Świętego Tomasza. Ci to wiedzą jak sobie posiłek umilić, co? Żeby nie było wątpliwości, nie trzeba umieć grać na flecie, ani nawet mieć legitymacji studenckiej, żeby tam wejść.

W całym mieście nie ma chyba lepszej opcji na tani obiad, czy ekonomiczną kawkę.

akademia-muzyczna-5

Film: „Vinci” / Bulwar Czerwieński

bulwar-czerwienski-3

Na deser scena w jednej z moich ulubionych krakowskich miejscówek – na Bulwarach Wiślanych. Konkretnie na Bulwarze Czerwińskim. Jeśli chcecie się przekonać, że Pokemony nie do końca zawładnęły światem rozrywki i analogowe gry mają się całkiem dobrze, to wpadnijcie w ciepły dzień do kącika szachowego. Tylko potem bez pretensji, że jakiś lokalny wymiatacz Was poskładał.

***

Tyle z moich pomysłów na poznanie byłej stolicy od nieco innej strony i tego co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury. Zdecydowanie nie wyczerpałem tematu setjettingu i zwiedzania miasta w poszukiwaniu scen filmowych, bo pominąłem „Katyń”, „Listę Schindlera”, czy „Wodzireja” – a i podobno jakiś fragment „Grand Budapest Hotel” był kręcony w Krakowie – ale te smaczki pozostawiam Wam do odkrycia już na własną rękę. Wpadajcie, bo warto.

---> SKOMENTUJ

Ćwiczyłem przez miesiąc z Chodakowską, czy schudłem?

Skip to entry content

Ras w utworze „Perwoll Vanish” rapuje „to co się dzieje, to nie wola boska, ruszaj dupę #Chodakowska” i słuchając tego wersu po raz setny, pomyślałem, że może ja też poruszam swoją. A że już Ewa została przywołana, to czemu by nie z nią? Budzi tak skrajne opinie w internecie, ma tylu oddanych – już nawet nie fanów a – wyznawców, i równie zaangażowanych nienawistników, że grzechem byłoby ominąć tak nośny temat i nie sprawdzić, czy jej owiane legendą treningi działają. Wizja stracenia kilku kilo też dodawała atrakcyjności temu pomysłowi, więc wyposażony w taką motywację masowego rażenia, zamówiłem „Skalpel Wyzwanie” – podobno najpopularniejszy i najbardziej wymagający z jej zestawów ćwiczeń – i zacząłem cisnąć. Opisując swoje codzienne wzloty i upadki pod hasztagiem #30DNIzCHODAKOWSKĄ na Facebooku.

Co dał mi miesiąc ćwiczeń z Ewą Chodakowską? Jak ćwiczy się z jej treningami na DVD? Czy w cztery tygodnie przeszedłem metamorfozę? I, najważniejsze, czy mam smukłe ramiona i pozbyłem się cellulitu?

Jak ćwiczy się z Ewką?

PRZYSZŁO! OD 1 PAŹDZIERNIKA JAZDA Z TEMATEM!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

Abstrahując od osoby Ewy, zmusić się do wysiłku fizycznego we własnym domu, w którym jesteśmy przyzwyczajeni do odpoczynku, a w zasadzie do obżerania się i leżenia na kanapie, samemu jest dość trudno. Jednego dnia, w przypływie naoglądania się wypiętych jędrnych tyłków na Instagramie, jeszcze da radę się zmotywować. Drugiego nawet też. Ale trzeciego, nie wiedząc jakie ćwiczenia mamy wykonywać, ani jak długo, jest niełatwo i zazwyczaj ambicjonalny zryw ku walce o własną sylwetkę i bycie najgorętszym ciachem w osiedlowej piekarni, kończy się równie szybko jak się zaczął.

Natomiast, widząc na telewizorze, monitorze, czy w ostateczności komórce, osobę, która pokazuje nam w jakie dziwne chińskie znaczki mamy się wyginać i ile czasu, a przede wszystkim przez cały czas wygina się razem z nami, jest zdecydowanie łatwiej. Mnie to w każdym razie bardzo pomogło, że nie jestem z tymi wszystkimi pozami z gry w „Twistera” po pijaku sam, tylko ktoś się męczy razem ze mną. Co do postaci samej Ewy, to jasne, momentami brzmi jak niechciane dziecko Paula Coelho i Mateusza Grzesiaka, ale mimo wszystko jej gadki są motywujące i nakręcają Cię, żeby nie odpuszczać już w pierwszym momencie zmęczenia, tylko próbować dać z siebie coś więcej. To jest super.

Jeśli chodzi o minusy, to turbo demotywujący jest fakt, że na nagraniach w ogóle nie widać zmęczenia trenerki. Co prawda w kilku momentach mówi, że uda ją pieką i też już opada z sił, ale jest to równie wiarygodne co gadka menela pod monopolwym, żebrzącego o 2 złote na bułkę. Przez cały trening na jej skórze nie pojawia się ani jedna kropla potu, co mega dołuje w momencie, gdy Ty już po 7 minutach ćwiczeń wyglądasz jakbyś wpadł w ciuchach do jeziora i wydaje Ci się, że jesteś gówniany, do niczego się nie nadajesz i nigdy nie dojdziesz do takiej formy jak ona.

Druga sprawa, kiedy ćwiczysz już trzeci tydzień i w kółko słuchasz tych samych komend i hasełek, które de facto powoli możesz cytować z pamięci, zaczyna Ci się nudzić. I to nudzić cholernie, bo ile razy można mielić tę samą gadkę? Przez to przestajesz się skupiać na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń i Twoje myśli zaczynają wędrować w dziwne rejony. Typu, co jutro zrobić na obiad i czy pingwiny mają kolana. Dużo ciekawszą opcją byłoby nagranie tego samego treningu kilkukrotnie z różnymi wstawkami tekstowymi, tak, by po tygodniu można było puścić sobie inną wersję i ciągle czuć świeżość i ten sam początkowy zapał.

Jak wrażenia z samych ćwiczeń?

A tak wyglądam po poranku z Ewą. Dziewczyno, co Ty ze mną robisz? #30DNIzCHODAKOWSKĄ

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

„Skalpel Wyzwanie” jest turbo intensywnym zestawem, gdzie trudno znaleźć chwilę na dłuższy oddech, a w trakcie wykonywania go, ma się wrażenie odgrywania głównej roli w dokumencie o drodze krzyżowej. Fakt, że nie ma też jakiejś ścieżki zwiększania stopnia zaawansowania ćwiczeń – typu: pierwsze 3 dni pobudzamy mięśnie, kolejny tydzień jedziemy na pół-gwizdka, żeby wejść w rytm, a dopiero później jedziemy z treningiem pełną parą – tylko od razu jesteśmy rzuceni na głęboko wodę, jakby ojciec sadysta zepchnął nas ze skarpy na Zakrzówku wprost do zalewu, mega mocno zniechęca. Bo jak z wygodnego fotela i ciepłych kapci momentalnie ktoś Cię teleportuje na poligon wojskowy przeczołgując po koszarach, to odruchowo chcesz stamtąd uciec. To tyle z narzekania.

Pozytywne aspekty tego, że Chodakowska się nie szczypie i jedzie z koksem jak Pablo Escobar są dwa. Po pierwsze, po ćwiczeniach jesteś pobudzony, nabuzowany endorfinami i w ogóle czujesz, że dzień będzie spoko. I mimo, że nazajutrz masz kurewskie zakwasy i boli Cię dupa, to i tak czujesz się dobrze, bo wiesz, że zrobiłeś coś dla siebie. Po drugie, gdy przejdziesz na raz cały ten morderczy trening, co mnie udało się dopiero po tygodniu, czujesz się jakbyś wygrał życie, a świat nie miał granic i wszystko było możliwe. Jesteś w stanie takiej euforii, że chcesz wyjść na ulicę i ogłosić się mesjaszem, a przynajmniej królem dzielni, wyciągnąć prawą rękę w górę i odlecieć na Krypton. I to nastawienie przekłada się na wszystkie aspekty życia, co jest naprawdę zajebiste.

Czy schudłem po ćwiczeniu przez miesiąc z Chodakowską?

Odpowiedzi na to pytanie wyczekują wszyscy, którzy śledzili akcję #30DNIzCHODAKOWSKĄ i sam jej wyczekiwałem jak Antoni Macierewicz wyjścia z szafy. Czy mam smukłe ramiona, silne plecy, jędrne pośladki, sześciopak na brzuchu i mogę pochwalić się zdjęciem spektakularnej metamorfozy, zestawiającym moją sylwetkę „przed” i „po”?

 

?

 

?????

 

???????????????????????

 

???????????????????????????????????????????????

 

?!?!?!??!?!??!???!?!??!!!!!??????!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!?????????????????????????????????

 

Niestety nie.

Czemu nie schudłem? To znaczy, przepraszam, schudłem, ale tylko 1 kilogram? Przede wszystkim dlatego, że – tak jak Ewa mówi na samym początku nagrania treningowego – 70% sukcesu to właściwa dieta. A ja swojej diety nie zmieniłem zupełnie, więc trudno oczekiwać cudów, jeśli nie ma żadnego Łazarza w pobliżu.

Druga kwestia, że zachowałem się totalnie głupio i nieodpowiedzialnie, nie robiąc żadnych przerw, gimnastykując się codziennie i nie dając odpocząć ciału, co doprowadziło do tego, że się przećwiczyłem nadwyrężając mięśnie brzuszne. I musiałem na ponad tydzień odpuścić trening, żeby nie nabawić się jakieś poważnej kontuzji. Cóż, zdrowy rozsądek zdecydowanie nie jest moim drugim imieniem i – jak zazwyczaj – pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Mimo to, całą akcją uważam, za zakończoną sukcesem.

Przede wszystkim dlatego, że mimo iż nie doznałem jakiejś spektakularnej utraty tkanki tłuszczowej, to czuję się zdecydowanie lepiej. Mam więcej energii, wolniej się meczę – pozdro z czwartego piętra bez windy – nawet, gdy się nie wyśpię jestem mniej zaspany i bardziej żywy, i zasadniczo jakoś tak pozytywniej na co dzień jest od tych ćwiczeń. Świadomość, że kilka razy w tygodniu robię coś dla siebie, co sprawia, że jestem sprawny i dbam o swoje ciało, jest bardzo budująca. Puentując, mogę zacytować stare góralskie przysłowie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. A kilogram mniej, też zawsze spoko.

Z istotnych aspektów tego wyzwania, nie mogę też pominąć faktu, że prowadziłem na bieżąco relację z ćwiczeń w mediach społecznościowych i każdemu, kto chce zacząć trenować cokolwiek, ale brakuje mu motywacji gorąco to polecam. Czemu? Przede wszystkim, gdy publicznie oświadczysz, że coś będziesz robił, to potem głupio się z tego wycofać i myśl, że ludzie będą Cię wypytywać, czemu nie ćwiczysz sprawia, że dla świętego spokoju już to robisz. Poza tym, dzięki bieżącemu opisywaniu swoich rezultatów, bardzo łatwo jest Ci zobaczyć postęp swoich działań, co dodatkowo motywuje i nakręca, że trud się opłaca, bo nie stoi się w miejscu. Innymi słowy: polecam.

Na koniec, złota myśl podsumowująca ten miesiąc, będąca parafrazą matki chrzestnej polskiego fitnessu „twoje ciało nie zawsze może więcej, niż podpowiada ci twój umysł”.

---> SKOMENTUJ