Close
Close

Na ten moment czekałem długo, a dokładnie to 4 lata i 7 miesięcy, bo dokładnie 02.04.2012. Jamal opublikował klip do utworu „Defto”, który był kręcony w Tajlandii i gdy tylko go zobaczyłem, obiecałem sobie, że pewnego dnia tam polecę i na własne oczy zobaczę te wszystkie egzotyczne miejsca pojawiające się w teledysku.

Dziś jest ten dzień!

Właśnie wsiedliśmy z Dominikiem do samolotu i lecimy Bangkoku (z przesiadką w Dubaju), gdzie spędzimy kilka dni jedząc najdziwniejsze uliczne żarcie i szukając Buddy po świątyniach, a potem zwiedzamy tajskie wyspy śpiąc w szałasach i piorąc w rzece.

Innymi słowy: RUSZAMY W WIELKI ŚWIAT!

Nie spodziewajcie się żadnych nowy tekstów na blogu, bo takowe w ciągu najbliższych 2-3 tygodni się nie pojawią, ale jeśli chcecie śledzić naszą podróż, to wpadajcie na Instagrama, gdzie na bieżąco będą się pojawiać lokalne zwierzątka, palmy i nasze lica.

PRZYGODA, PRZYGODA!

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Co warto zobaczyć w Krakowie? Przewodnik śladami popkultury

Skip to entry content

wpis powstał przy współpracy z Wydziałem Promocji i Turystyki UM Kraków w ramach akcji „Kraków Experience”, koordynacja cyklu: Bloceania

Przewodników po tym mieście są setki, jeśli nie tysiące i chyba nie ma Polaka, który nie słyszałby o tym, że warto tu wpaść i zwiedzić Rynek Główny, Sukiennice i Wawel. Mimo to, regularnie dostaję od Was wiadomości prywatne i maile z pytaniem: co warto zobaczyć w Krakowie wpadając na kilka dni?  Sporo zastanawiałem się jak niesztampowo odpowiedzieć na to pytanie i stwierdziłem, że zrobię mini-przewodnik po Krakowie śladami popkultury.

Co to znaczy i o co w ogóle chodzi?

Od jakiegoś czasu coraz popularniejszy jest tak zwany „setjetting”, co można przetłumaczyć na polski jako „filmowa turystyka”, co w skrócie polega na tym, że ludzie podróżują do danego miasta, aby zwiedzić miejsca, w których kręcono sceny do znanych filmów. Dzieje się tak z Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie powstawało kozackie „Breaking Bad” i z Nowym Jorkiem, gdzie kręcono wszystkie pozostałe filmy. Pomyślałem, że spoko pomysłem będzie pokazanie Krakowa w takim ujęciu, bo jest bohaterem kilku historii. I to nie tylko filmowych. Gród Króla Kraka pojawiał się i w popularnych książkach, i w jeszcze popularniejszych piosenkach, i podejrzewam, że wielu z Was myślało o tym, żeby na żywo zobaczyć miejsca, które znało tylko z utworów.

Przekonajmy się zatem, co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury!

Teledysk: Quebonafide – „Solipsyzm” / Kładka Ojca Bernatka

kladka-ojca-bernatka-4

Kto słucha polskiego rapu, ten z pewnością kojarzy Quebo, a kto nie, ten ma okazję nadrobić zaległości, bo zarówno muzycznie, jak i światopoglądowo jest co nadrabiać. Powyższy utwór traktuje o

poglądzie filozoficznym głoszącym, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający, cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń – wszystkie obiekty, ludzie, etc., których doświadcza jednostka, są tylko częściami jej umysłu

cytując Wikipedię, natomiast w teledysku obrazującym go, pojawia się scena na Kładce Ojca Bernatka – jednym z bardzo ciekawych i mało oczywistych miejsc Krakowa. Kładka łączy Kazimierz z Podgórzem, jednak to nie ze swojej funkcji komunikacyjnej jest najbardziej znana. Na jej barierkach, na wzór wrocławskich mostów, zakochani wieszają kłódki z inicjałami symbolizującymi ich miłość, natomiast pod jej łukiem podwieszone są „fruwające” rzeźby autorstwa Jerzego Kędziory, dodające jeszcze bardziej uroku kładce.

Piosenka: Myslovitz „Kraków” – ulica Gołębia

golebia-4

Wśród turystów Rynek tonie znów,

ktoś zakrzyknął głośno, błysnął flesz…

Na Gołębiej twój płaszcz zaczepił mnie

w wystawowym oknie, w autobusie, w tłumie gdzieś…

Śpiewał Artur Rojek na płycie „Miłość w czasach popkultury”, a ja żeby jakoś opanować przedmaturalne przerażenie wsłuchiwałem się w te słowa, fantazjując jak może wyglądać ta Gołębia, na której czyjś płaszcz go zaczepił. Półtora roku później przekonałem się na własne oczy, dowiadując się, że jest na niej jeden z ładniejszych wydziałów Uniwersytetu Jagiellońskiego i jedna z najtańszych knajp w obrębie Plant. Niestety jak wygląda zaczepianie kogoś płaszczem nie dowiedziałem się do dziś.

Piosenka: Grzegorz Turnau – „Bracka” / ulica Bracka

bracka-3

Pozostajemy dalej w świecie muzyki i w dodatku w tym samym obszarze starego miasta, bo Gołębia dochodzi do Brackiej. Grzesiu śpiewa, że na tej ulicy pada deszcz i niektórzy biorą to za pewnik niezależny od pory roku i warunków atmosferycznych, po czym dziwią się, że jednak jest sucho. Otóż oficjalnie dementuję, na Brackiej nie zawsze pada deszcz, ale za to jest kilka przytulnych knajpek, bez mokrych dywanów i przeciekających zlewów, w których można się schować, gdyby faktycznie zaczęło lać.

Książka: Marcin Świetlicki „Dwanaście” / kawiarnia „Dym”

dym-4

Ze świata muzyki przenosimy się do krainy literatury kryminalnej, włócząc się po krakowskich ulicach i próbując rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci członków zespołu muzycznego “Biały Kieł”. W sensie, śledzimy „mistrza” – samozwańczego prywatnego detektywa uzależnionego od alkoholu – czyli bohatera powieści „Dwanaście”.

– Bardzo dobrze? – myśli sobie mistrz, siedząc w Dymie nad czystą wódką z lodem i wciśniętą połówką cytryny. Z Dymu jeszcze na szczęście nikt go nie wyrzuca, na szczęście jest tu prawie anonimowym, zwyczajnym klientem. Jeszcze nie zdążył, tak się wydaje, narozrabiać, jeszcze jego kartoteka tutaj jest zupełnie pusta. Suka grzecznie leży pod stolikiem, z lekka umęczona spacerem.

Jeśli chcecie się osobiście przekonać, gdzie jest tak milusińsko i napić się bardzo przyzwoitej kawy, to wpadajcie na ulicę świętego Tomasza, pod numer 13. Do „Dymu”.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / aleja Zygmunta Krasińskiego

instytut-4

Pozostajemy w klimacie kryminalnym, a w zasadzie, to go zaostrzamy. Dosłownie kilka miesięcy temu wyszło wznowienie prześwietnego dreszczowca „Instytut”, którego cała akcja rozgrywa się w krakowskiej kamienicy. Grupa znajomych po melanżu została uwięziona w mieszkaniu, z którego mimo desperackich prób nie może się wydostać i jedyne co im pozostaje, to z przerażeniem obserwować, jak kolejny z nich ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.

Książka tak mocno wciąga w historię, którą opowiada, że gdy tylko skończyłem ją czytać, zacząłem szukać mieszkania, w którym mogłoby dojść do tak bestialskiego mordu. Mimo, że główna bohaterka deklaruje iż jej lokum mieści się na alei Adama Mickiewicza 20, to nie jest to prawdą, ponieważ pod tym adresem znajduje się Uniwersytet Rolniczy, a naprzeciwko Akademia Górniczo-Hutnicza, o czym nie ma ani słowa w powieści. Jest natomiast fragment wskazujący, że z okna feralnego mieszkania widać ogólnospożywczy sklep Jubilat, w związku z czym, w wyniku indywidualnego śledztwa, doszedłem do tego, że musiało być ono jednak lokalizowane nieco dalej, czyli w połowie alei Zygmunta Krasińskiego.

Akurat ta ulica sama w sobie jest dość przeciętna, ale po tak mocnej lekturze, trudno jest się powstrzymać i nie spacerować wzdłuż kamienic, analizując, w której z nich mogło dojść do mrożących krew w żyłach zdarzeń opisanych w powieści.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / Klub „Piękny Pies”

klub-piekny-pies-3

Jeśli natomiast chcielibyście się dowiedzieć, gdzie pracowała główna bohaterka „Instytutu” i jej wesoła ferajna, to nie szukajcie na klubowej mapie Krakowa „Brzydkiego Kota” opisanego w kryminale. Zajrzyjcie za to do „Pięknego Psa”, na ulicy Bożego Ciała 9, bo to właśnie tam aktualnie mieści się lokal, który był pierwowzorem książkowego. Miejsce równie warte uwagi i zaskakujące, co zakończenie powieści.

Serial: „Majka” / Akademia Sztuk Pięknych

akademia-sztuk-pieknych-6

TVNowska “Majka”, mimo że jest serialem wzorowanym na wenezuelskiej telenoweli ma dwa naprawdę duże plus. Pierwszy: pokazuje Kraków latem, a że jego emisja startowała jesienią, oglądanie ujęć z zielonymi plantami i ludźmi wylegiwującymi się nad Wisłą działało bardzo kojąco i napawało optymizmem, że ta gorsza pora roku kiedyś się skończy. Drugi: tytułowa bohaterka studiuje na Akademii Sztuk Pięknych imienia Jana Matejki. Dzięki czemu przeciętny Kowalski może dowiedzieć, że taka uczelnia w naszym kraju w ogóle istnieje i ciutkę otrzeć się o sztukę.

Krakowska ASP w rzeczywistości jest wyjątkowo ciekawa – i to nie tylko dla studentów – dlatego gorąco zachęcam do odwiedzin. Oprócz inspirujących wnętrz i klimatu, zachwycić można się także rzeźbami, płaskorzeźbami i malunkami porozstawianymi na korytarzach. Zarówno będącymi tam od lat, jak i tymi, które ktoś przed chwilą wystawił z pracowni.

Film: „Pod Mocnym Aniołem” / kawiarnia „Cafe Szafe”

pod-mocnym-aniolem-5

Strzał z grubej rury. Dramat Smarzowskiego na podstawie książki Pilcha jest kinem mocnym, brutalnym i nie pozostawiającym niedomówień, dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach. Robert Więckiewicz brawurowo wcielił się w postać pisarza-alkoholika, który chce wygramolić się z nałogu dla kobiety. Jeśli historia ta chwyciła Was za serce jak transplantolog i chcielibyście wejść w nią jeszcze głębiej, odwiedzając miejsca, w których pojawiał się główny bohater, to tytułowy bar „Pod Mocnym Aniołem” znajduje się na ulicy Felicjanek 10, nazywa się „Cafe Szafe” i w rzeczywistości jest bardzo klimatyczną kawiarnią, do której warto zajrzeć niekoniecznie na piwo.

pod-mocnym-aniolem-7

Film: „Vinci” / plac Jana Matejki

plac-matejki-3

Borys Szyc, Robert Więckiewicz, Jan Machulski i Kamila Baar chcą ukraść legendarny obraz Leonarda da Vinci – „Damę z łasiczką”. Który akurat będzie wystawiany w Krakowie. Jak przygotowują się do napadu stulecia? Ten pierwszy z tą czwartą umawiają się na placu Jana Matejki, przed pomnikiem upamiętniającym 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, na nietypową randkę. W momencie, gdy Szerszeń pokazuje Magdzie obraz, który ma być obiektem porwania, pada jeden z lepszych dialogów w filmie.

– Po co ci to?

– No, pfff, wiesz, Leonardo na ścianie… czad.

– To powieś se DiCaprio.

Film: „Vinci” / Akademia Muzyczna

akademia-muzyczna-4

Oglądając komedię Juliusza Machulskiego zastanawialiście się, gdzie w Krakowie jest mieszkanie z widokiem na całe stare miasto, a przede wszystkim wieże Kościoła Mariackiego, na którego tarasie Borys Szyc spotyka się z Robertem Więckiewiczem?

Mam dla Was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że to mieszkanie nie istnieje. Dobra natomiast, że owym widokiem może rozkoszować się każdy, bo rozpościera się on z tarasu stołówki studenckiej Akademii Muzycznej na ulicy Świętego Tomasza. Ci to wiedzą jak sobie posiłek umilić, co? Żeby nie było wątpliwości, nie trzeba umieć grać na flecie, ani nawet mieć legitymacji studenckiej, żeby tam wejść.

W całym mieście nie ma chyba lepszej opcji na tani obiad, czy ekonomiczną kawkę.

akademia-muzyczna-5

Film: „Vinci” / Bulwar Czerwieński

bulwar-czerwienski-3

Na deser scena w jednej z moich ulubionych krakowskich miejscówek – na Bulwarach Wiślanych. Konkretnie na Bulwarze Czerwińskim. Jeśli chcecie się przekonać, że Pokemony nie do końca zawładnęły światem rozrywki i analogowe gry mają się całkiem dobrze, to wpadnijcie w ciepły dzień do kącika szachowego. Tylko potem bez pretensji, że jakiś lokalny wymiatacz Was poskładał.

***

Tyle z moich pomysłów na poznanie byłej stolicy od nieco innej strony i tego co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury. Zdecydowanie nie wyczerpałem tematu setjettingu i zwiedzania miasta w poszukiwaniu scen filmowych, bo pominąłem „Katyń”, „Listę Schindlera”, czy „Wodzireja” – a i podobno jakiś fragment „Grand Budapest Hotel” był kręcony w Krakowie – ale te smaczki pozostawiam Wam do odkrycia już na własną rękę. Wpadajcie, bo warto.

Ćwiczyłem przez miesiąc z Chodakowską, czy schudłem?

Skip to entry content

Ras w utworze „Perwoll Vanish” rapuje „to co się dzieje, to nie wola boska, ruszaj dupę #Chodakowska” i słuchając tego wersu po raz setny, pomyślałem, że może ja też poruszam swoją. A że już Ewa została przywołana, to czemu by nie z nią? Budzi tak skrajne opinie w internecie, ma tylu oddanych – już nawet nie fanów a – wyznawców, i równie zaangażowanych nienawistników, że grzechem byłoby ominąć tak nośny temat i nie sprawdzić, czy jej owiane legendą treningi działają. Wizja stracenia kilku kilo też dodawała atrakcyjności temu pomysłowi, więc wyposażony w taką motywację masowego rażenia, zamówiłem „Skalpel Wyzwanie” – podobno najpopularniejszy i najbardziej wymagający z jej zestawów ćwiczeń – i zacząłem cisnąć. Opisując swoje codzienne wzloty i upadki pod hasztagiem #30DNIzCHODAKOWSKĄ na Facebooku.

Co dał mi miesiąc ćwiczeń z Ewą Chodakowską? Jak ćwiczy się z jej treningami na DVD? Czy w cztery tygodnie przeszedłem metamorfozę? I, najważniejsze, czy mam smukłe ramiona i pozbyłem się cellulitu?

Jak ćwiczy się z Ewką?

PRZYSZŁO! OD 1 PAŹDZIERNIKA JAZDA Z TEMATEM!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

Abstrahując od osoby Ewy, zmusić się do wysiłku fizycznego we własnym domu, w którym jesteśmy przyzwyczajeni do odpoczynku, a w zasadzie do obżerania się i leżenia na kanapie, samemu jest dość trudno. Jednego dnia, w przypływie naoglądania się wypiętych jędrnych tyłków na Instagramie, jeszcze da radę się zmotywować. Drugiego nawet też. Ale trzeciego, nie wiedząc jakie ćwiczenia mamy wykonywać, ani jak długo, jest niełatwo i zazwyczaj ambicjonalny zryw ku walce o własną sylwetkę i bycie najgorętszym ciachem w osiedlowej piekarni, kończy się równie szybko jak się zaczął.

Natomiast, widząc na telewizorze, monitorze, czy w ostateczności komórce, osobę, która pokazuje nam w jakie dziwne chińskie znaczki mamy się wyginać i ile czasu, a przede wszystkim przez cały czas wygina się razem z nami, jest zdecydowanie łatwiej. Mnie to w każdym razie bardzo pomogło, że nie jestem z tymi wszystkimi pozami z gry w „Twistera” po pijaku sam, tylko ktoś się męczy razem ze mną. Co do postaci samej Ewy, to jasne, momentami brzmi jak niechciane dziecko Paula Coelho i Mateusza Grzesiaka, ale mimo wszystko jej gadki są motywujące i nakręcają Cię, żeby nie odpuszczać już w pierwszym momencie zmęczenia, tylko próbować dać z siebie coś więcej. To jest super.

Jeśli chodzi o minusy, to turbo demotywujący jest fakt, że na nagraniach w ogóle nie widać zmęczenia trenerki. Co prawda w kilku momentach mówi, że uda ją pieką i też już opada z sił, ale jest to równie wiarygodne co gadka menela pod monopolwym, żebrzącego o 2 złote na bułkę. Przez cały trening na jej skórze nie pojawia się ani jedna kropla potu, co mega dołuje w momencie, gdy Ty już po 7 minutach ćwiczeń wyglądasz jakbyś wpadł w ciuchach do jeziora i wydaje Ci się, że jesteś gówniany, do niczego się nie nadajesz i nigdy nie dojdziesz do takiej formy jak ona.

Druga sprawa, kiedy ćwiczysz już trzeci tydzień i w kółko słuchasz tych samych komend i hasełek, które de facto powoli możesz cytować z pamięci, zaczyna Ci się nudzić. I to nudzić cholernie, bo ile razy można mielić tę samą gadkę? Przez to przestajesz się skupiać na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń i Twoje myśli zaczynają wędrować w dziwne rejony. Typu, co jutro zrobić na obiad i czy pingwiny mają kolana. Dużo ciekawszą opcją byłoby nagranie tego samego treningu kilkukrotnie z różnymi wstawkami tekstowymi, tak, by po tygodniu można było puścić sobie inną wersję i ciągle czuć świeżość i ten sam początkowy zapał.

Jak wrażenia z samych ćwiczeń?

A tak wyglądam po poranku z Ewą. Dziewczyno, co Ty ze mną robisz? #30DNIzCHODAKOWSKĄ

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

„Skalpel Wyzwanie” jest turbo intensywnym zestawem, gdzie trudno znaleźć chwilę na dłuższy oddech, a w trakcie wykonywania go, ma się wrażenie odgrywania głównej roli w dokumencie o drodze krzyżowej. Fakt, że nie ma też jakiejś ścieżki zwiększania stopnia zaawansowania ćwiczeń – typu: pierwsze 3 dni pobudzamy mięśnie, kolejny tydzień jedziemy na pół-gwizdka, żeby wejść w rytm, a dopiero później jedziemy z treningiem pełną parą – tylko od razu jesteśmy rzuceni na głęboko wodę, jakby ojciec sadysta zepchnął nas ze skarpy na Zakrzówku wprost do zalewu, mega mocno zniechęca. Bo jak z wygodnego fotela i ciepłych kapci momentalnie ktoś Cię teleportuje na poligon wojskowy przeczołgując po koszarach, to odruchowo chcesz stamtąd uciec. To tyle z narzekania.

 [emaillocker]

Pozytywne aspekty tego, że Chodakowska się nie szczypie i jedzie z koksem jak Pablo Escobar są dwa. Po pierwsze, po ćwiczeniach jesteś pobudzony, nabuzowany endorfinami i w ogóle czujesz, że dzień będzie spoko. I mimo, że nazajutrz masz kurewskie zakwasy i boli Cię dupa, to i tak czujesz się dobrze, bo wiesz, że zrobiłeś coś dla siebie. Po drugie, gdy przejdziesz na raz cały ten morderczy trening, co mnie udało się dopiero po tygodniu, czujesz się jakbyś wygrał życie, a świat nie miał granic i wszystko było możliwe. Jesteś w stanie takiej euforii, że chcesz wyjść na ulicę i ogłosić się mesjaszem, a przynajmniej królem dzielni, wyciągnąć prawą rękę w górę i odlecieć na Krypton. I to nastawienie przekłada się na wszystkie aspekty życia, co jest naprawdę zajebiste.

Czy schudłem po ćwiczeniu przez miesiąc z Chodakowską?

Odpowiedzi na to pytanie wyczekują wszyscy, którzy śledzili akcję #30DNIzCHODAKOWSKĄ i sam jej wyczekiwałem jak Antoni Macierewicz wyjścia z szafy. Czy mam smukłe ramiona, silne plecy, jędrne pośladki, sześciopak na brzuchu i mogę pochwalić się zdjęciem spektakularnej metamorfozy, zestawiającym moją sylwetkę „przed” i „po”?

 

?

 

?????

 

???????????????????????

 

???????????????????????????????????????????????

 

?!?!?!??!?!??!???!?!??!!!!!??????!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!?????????????????????????????????

 

Niestety nie.

Czemu nie schudłem? To znaczy, przepraszam, schudłem, ale tylko 1 kilogram? Przede wszystkim dlatego, że – tak jak Ewa mówi na samym początku nagrania treningowego – 70% sukcesu to właściwa dieta. A ja swojej diety nie zmieniłem zupełnie, więc trudno oczekiwać cudów, jeśli nie ma żadnego Łazarza w pobliżu.

Druga kwestia, że zachowałem się totalnie głupio i nieodpowiedzialnie, nie robiąc żadnych przerw, gimnastykując się codziennie i nie dając odpocząć ciału, co doprowadziło do tego, że się przećwiczyłem nadwyrężając mięśnie brzuszne. I musiałem na ponad tydzień odpuścić trening, żeby nie nabawić się jakieś poważnej kontuzji. Cóż, zdrowy rozsądek zdecydowanie nie jest moim drugim imieniem i – jak zazwyczaj – pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Mimo to, całą akcją uważam, za zakończoną sukcesem.

Przede wszystkim dlatego, że mimo iż nie doznałem jakiejś spektakularnej utraty tkanki tłuszczowej, to czuję się zdecydowanie lepiej. Mam więcej energii, wolniej się meczę – pozdro z czwartego piętra bez windy – nawet, gdy się nie wyśpię jestem mniej zaspany i bardziej żywy, i zasadniczo jakoś tak pozytywniej na co dzień jest od tych ćwiczeń. Świadomość, że kilka razy w tygodniu robię coś dla siebie, co sprawia, że jestem sprawny i dbam o swoje ciało, jest bardzo budująca. Puentując, mogę zacytować stare góralskie przysłowie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. A kilogram mniej, też zawsze spoko.

Z istotnych aspektów tego wyzwania, nie mogę też pominąć faktu, że prowadziłem na bieżąco relację z ćwiczeń w mediach społecznościowych i każdemu, kto chce zacząć trenować cokolwiek, ale brakuje mu motywacji gorąco to polecam. Czemu? Przede wszystkim, gdy publicznie oświadczysz, że coś będziesz robił, to potem głupio się z tego wycofać i myśl, że ludzie będą Cię wypytywać, czemu nie ćwiczysz sprawia, że dla świętego spokoju już to robisz. Poza tym, dzięki bieżącemu opisywaniu swoich rezultatów, bardzo łatwo jest Ci zobaczyć postęp swoich działań, co dodatkowo motywuje i nakręca, że trud się opłaca, bo nie stoi się w miejscu. Innymi słowy: polecam.

Na koniec, złota myśl podsumowująca ten miesiąc, będąca parafrazą matki chrzestnej polskiego fitnessu „twoje ciało nie zawsze może więcej, niż podpowiada ci twój umysł”.

 [/emaillocker]