Close
Close

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

W pokoleniu moich rodziców, gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, rozmówcę zbywało się hasłem „stara bida”. Natomiast w moim pokoleniu, powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli nastolatkom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym przez wiatr. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych, w pełni naprawialnych i wymienialnych ciał, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tej chwili czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

(niżej jest kolejny tekst)

44
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
20 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
27 Comment authors
Dog DiaryHubert PomarkiewiczMarina_green77Martyna is Ciulu!Wiesław Machut Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina Popera
Gość

A te Twoje teksty Janek, to stabilnie zajebiste.

Jan Favre
Gość

Dziękuję, bardzo mi miło.

Natalia
Gość

„Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro, al gospodaruj tak, jakbyś miał żyć wiecznie”

Karolina
Gość
Karolina

„Jedyną stałą jest zmiana” to moje ulubione powiedzenie. Świetny tekst, szkoda, że do wielu ludzi nie dociera takie myślenie.

Wojciech
Gość
Wojciech

No i stała Plancka i jeszcze kilka innych :X

Tomasz | Tasty Way of Life
Gość
Tomasz | Tasty Way of Life

Mam 41 lat. Smutno mi, że często teraz słychać „chujowo ale stabilnie”. Ja wśród rówieśników tego nie słyszę. Jestem człowiekiem, który pamięta komunę i może stąd większy optymizm i idealizm? Brakuje tego teraz. Choć StayFly lata wysoko i nie boi się prowokacji. Dobrze, jak ktoś czasami potrząsnie. Jestem za.

Tomasz Jaroszek
Gość

True, jedyną stałą jest zmiana. Powtarzam to wielu znajomym, którzy cementują swoje obecne życie kredytami i dumnie zakładają, że przecież nic się nie zmieni przez najbliższych 20 lat.

Jan Favre
Gość

Heh, w Twojej tematyce „stała” to w ogóle jakiś żart.

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

Zamień „kredytami” na „małżeństwami” i… ups? :D

Tomasz Jaroszek
Gość

Z małżeństwa często dużo łatwiej wyjść niż z hipoteki :p

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Jak zachęcić nastolatków do ćpania kampanią antynarkotykową?

Skip to entry content

W 1995 roku na pierwszej płycie Liroya pojawił się cytat z wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego: „ludzie mówią, że narkomania się rozprzestrzenia, mimo, że rząd z nią walczy. Nieprawda. Ona się rozprzestrzenia, bo rząd z nią walczy, a jak rząd się za coś bierze, to skutki zawsze są odwrotne od zamierzonych”. I dzisiaj, po 22 latach, to stwierdzenie jest nadal wyjątkowo aktualne.

Kilka dni temu Główny Inspektorat Sanitarny wystartował z kampanią „Melanż. Oczekiwania vs. Rzeczywistość”, która jest serią filmów na YouTube mających przestrzec młodzież przed zgubnymi skutkami zażywania używek. Głównie narkotyków. Nie będę się teraz rozwodził na tym, czemu kawa i papierosy powinny być nielegalne, skoro marihuana jest niedozwolona przez polskie prawo, bo to temat na inną dyskusję. Skupię się tylko na tym co zobaczyłem. Czyli na kampanii antynarkotykowej, która zachęca do ćpania. I ogólnie jest mizerna, jeśli chodzi o jej skuteczność.

Filmiki jak produkcje Abstrachujów

Każdy z 11 wyprodukowanych na potrzeby akcji spotów, wygląda jak urywki z produkcji Abstrachujów albo innych komediowych YouTuberów. Jest kolorowo, jest pozytywnie, jest śmiesznie. I tyle. Oglądając je odbiorca ma odczucia w stylu „spoko, nawet beka, fajne heheszki z imprezowania”, „o, to ja w piątek, po 20, hehe” albo „szkoda, że mnie nie wzięli do klipu, bo też bym sobie pośmieszkował przed kamerą”. Nie ma tu żadnej ciemnej strony, żadnej powagi, żadnego akcentu, który mógłby zmusić widza do refleksji na używkami, żadnego momentu, który wywołałby inne emocje niż pozytywne. Tylko śmiech. Śmiech powodowany scenami po zażyciu narkotyków. Tak, to na pewno będzie odstraszać.

Filmy pokazują, że ćpanie jest super

Czy materiał dotyczy amfetaminy, czy kwasów, czy grzybów, w każdym bohaterowie po zażyciu osiągają błogostan, świat nabiera barw, a rzeczywistość jest radosna i przyjazna. Oprócz tego, mają energię do życia, wszystko ich cieszy i wyglądają jakby czuli się najlepiej na świecie. I niezależnie, czy są na imprezie w klubie, czy w tramwaju, czy w obskurnym przejściu, bawią się jakby byli na karnawale w Rio. Gdybym miał teraz 16 lat, skłonności do uciekania od problemów i zobaczył, któryś z tych filmów, pierwsze co bym zrobił, to spytał na Snapie, kto ma numer do jakiegoś dilera. Albo zaczął sprawdzać w Googlach jak zrobić amfetaminę domowym sposobem. Albo wszedł na Allegro i kupił dopalacze opisane jako „zestawy kolekcjonerskie”.

Zrobiłbym bardzo dużo, żeby poczuć się jak postacie na filmach. Nie wiem, czy do końca o to chodziło twórcom.

Główny przekaz kampanii: co ludzie powiedzą?

Materiały nie pokazują, że amfetamina wyniszcza organizm, marihuana pogarsza koncentrację, a grzyby psylocybinowe mogą wywołać chorobę psychiczną. Nie. Nastolatek nie zobaczy negatywnych konsekwencji ćpania ani fizycznych, ani osobowościowych. Nie będzie obserwować, jak zdrowa, atrakcyjna osoba zmienia się we wrak człowieka. Nic z tych rzeczy. Jedyny niepozytywny skutek zażywania psychoaktywnych środków jaki pokazuje kampania, to to, że… ludzie się dziwnie patrzą. Przekaz na zasadzie „nie odstawaj od reszty, nie wyróżniaj się z tłumu, bo to niemile widziane w społeczeństwie”.  To wszystko.

Cała treść jaka płynie z tych 11 filmów sprowadza się do hasła „nie bierz, bo ktoś może na Ciebie głupio spojrzeć”. Czyli waląc po nosie możesz uzyskać ten sam efekt, co laski chodzące w podziurawionych spodniach bez skarpetek zimą. Biorąc pod uwagę ile ich jest na ulicach zdecydowanie mogę stwierdzić, że to nie działa. Działa natomiast lokowanie narkotyków w kontekście dobrej zabawy i pozytywnych emocji. Oglądając te spoty, aż sam nabrałem na nie ochoty.

Gówno, które komedie romantyczne wtłaczają do głów

Skip to entry content

Przeciętny Polak chodzi do kina dwa razy w roku: na walentynki i na dzień kobiet. Ewentualnie trzeci raz na jakąś bajkę Disneya, jeśli ma dziecko. Efekt jest taki, że najpopularniejszym gatunkiem filmowym produkowanym w naszym kraju są komedie romantyczne przez co taśmowo powstają buble pokroju „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, czy „Planeta singli”, będące zamachem na inteligencję. Żeby nie było, że tylko Polska produkuje zakalce, bo po takich „Muza i meduza”, czy „Gigli” też można dostać intelektualnej zgagi.

Zmarnowany czas jednak nie jest najgorszym efektem ubocznym oglądania komedii romantycznych. Dużo bardziej brzemienne w skutkach jest gówno, które przeciętny tytuł z tego gatunku pakuje przeciętnemu widzowi do głowy. Gówno w postaci fałszywego obrazu świata, idiotycznych przekonań i szkodliwych wzorców zachowań, które negatywnie wpływają na życie i podejmowane decyzje.

Kobieta bez mężczyzny jest nic nie warta

Jak spełniona zawodowo, rodzinnie i hobbystycznie by nie była, i jak bardzo nie miałaby ułożonego życia, przekaz jest zawsze jeden: jest żałosnym przegrywem bo nie ma chłopa. To nic, że ma pracę, w której przyzwoicie zarabia i ją cieszy. Co z tego, że ma przyjaciół, na których może polegać i satysfakcjonująco spędzać czas? Nawet to, że w pojedynkę w pełni radzi sobie z wychowywaniem potomstwa nie jest ważne. Liczy się tylko to, że nie ma faceta co z automatu czyni ją bezwartościową, więc jej nadrzędną misją życiową jest znalezienie takowego. A raczej oczekiwanie na bycie znalezioną, bo przecież, gdyby wzięła sprawy w swoje ręce i sama zaczęła aktywnie szukać partnera, byłaby przegrywem do kwadratu, bo tak robią tylko desperatki.

Mamy XXI wiek, a popkultura dalej próbuje wmówić laskom, że bez partnera są nikim i jedyne co mogą zrobić to czekać.

Prawdziwa miłość powinna wybaczać WSZYSTKO

Oszukiwał Cię przez połowę małżeństwa? To co, ważne, że mówi, że kocha. Traktował Cię jak śmiecia? No, ale w końcu przecież przeprosił i kupił bilety do Paryża. Dostałaś od niego w twarz przy znajomych? Łobuz kocha najbardziej, wiadomo. Zrobił sobie popielniczkę z Twojego serca? Ważne, że obiecał poprawę dołączając efektowny prezent. Nie ma co robić afery, w końcu prawdziwa miłość powinna wybaczać wszystko. Zawsze.

Seks jest idealny od pierwszego stosunku

Nie ma żadnego poznawania się, stopniowego odkrywania co każdej ze strony sprawia przyjemność i uczenia swoich ciał. Nie ma żadnych potknięć, niepowodzeń falstartów i problemów z trafieniem do właściwej dziurki. Od początku jest szał jak u Podkowińskiego, fajerwerki jak na wiankach w Krakowie i wielokrotne orgazmy jak w dobrym fantasy. Bo tak właśnie wygląda seks w prawdziwej romantycznej miłości. To znaczy, w prawdziwej komedioromantycznej miłości.

Jedyny akceptowalny partner, to idealny partner

Jakiś czas temu ukazał się cykl książek „Wystarczająco dobrze”, a jedną z nich jest „Wybieraj wystarczająco dobrze” i mam wrażenie, że myśl w niej zawarta jest rozwiązaniem większości problemów dzisiejszych ludzi. Po czasach niedoboru – komuna, stanie w kolejkach po buty od Kanyego Westa i te sprawy – żyjemy w epoce nadmiaru. Nadmiaru jedzenia, ciuchów, rozrywki, gadżetów, możliwości, a także potencjalnych partnerów. Co gorsza, żyjemy w atmosferze presji, że każdą z tych rzeczy musimy wybrać idealnie, co jest nie tyle męczące i czasochłonne, co niemożliwe.

No dobra, może o ile spędzając cały tydzień na wojażach po sklepach, Zalando i Allegro da się wybrać idealną sukienkę, czy buty, o tyle niemożliwe jest dokonanie wyboru perfekcyjnego partnera. Raz, że ludzie nie są opisani jak telefony w Media Markcie, aby dało się porównywać ich parametry patrząc na karteczkę ze specyfikacją, dwa, że nigdy wszyscy istniejący nie będą dostępni, a trzy, że zwyczajnie IDEAŁÓW NIE MA. Po prostu nie istnieją i u każdego prędzej czy później uwydatniają się jego wady lub coś, co z pozoru wydawało nam się konieczną zaletą, w praktyce okazuje się irytującym mankamentem.

Mimo to, komedie romantyczne cały czas lansują model perfekcyjnie dopasowanego partnera, który i góry przeniesie, i dzika zagryzie, i będzie znał się na kwiatkach, i na czołgach, i przytuli, i poświntuszy po mandaryńsku, i będzie znał krav magę, i sambę, i rumbę, i mnożył w pamięci do 1000, i miał zawsze wzwód twardy jak jabłka z podwarszawskich sadów, i gotował jak jebany Gordon Ramsey. A do tego rozumiał Cię lepiej niż Ty sama i nie wkurwiał się, że musi wstrzymywać dwójkę, aż skończysz się malować. Tylko z takim typem możesz się związać.

Tylko, że tacy nie istnieją.

Poza mną.

HEHE.

Kobietę zdobywa się kupowaniem prezentów i byciem na każde jej zawołanie

HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA.

Nie.

To jedno z najstraszniejszych kłamstw, w które wierzą chłopcy. I niestety bardzo często również mężczyźni.

Związek jest rozwiązaniem wszystkich problemów

Nie masz za co żyć, wyrzucili Cię z roboty, nie masz żadnych umiejętności poza robieniem smutnej minki, a komornik zajął ostatnie puszki po kociej karmie i oddał na skup złomu? Znajdź se chłopa! Masz raka, AIDS, chorobę dwubiegunową i niedojebanie mózgowe? Znajdź se chłopa! Nie wiesz jak odnaleźć się w bezdusznym, konsumpcjonistycznym społeczeństwie, którym rządzi pieniądz, do tego jesteś nadwrażliwa, masz egzystencjonalne rozkminy i nie wiesz jaki cel ma Twoje życie? Znajdź se chłopa, a wszystkie problemy znikną jak David Coperfield!

Chłop jest lekarstwem na wszystko! Nie wierzysz? Spytaj bohaterek komedii romantycznych.

***

 

Bleeeh. W końcu wyrzuciłem to z siebie. Teraz mogę w spokoju wrócić do oglądania „Pokojówki na Manhattanie”.