Close
Close

Bijąc żonę nie zapomnij, że dziecku też należy się wpierdol

Skip to entry content

Czesiu

To był rok 1999, życie płynęło wolniej, tablety istniały tylko w serialu z Patrickiem Stewartem, więc czas zabijało się gapiąc w napuchnięty karton ze szklanym przodem, a rodzice byli spokojni o dzieci, gdy mogli zobaczyć co robią wyglądając przez okno, a nie sprawdzając położenie ich komórki na GPSie. Wiosna kwitła w najlepsze, a na zewnątrz było na tyle ciepło, że dzieciaki wracając ze szkoły zostawiały tornister w przedpokoju i od razu biegły na podwórko. Podwórko przed blokiem, które było ich drugim domem. A czasem pierwszym. Wieszały się na trzepaku, grały w puszkę, łapały pszczoły do pudełek po zapałkach, łuskały słonecznik i kopały piłkę. To ostatnie zawsze pod wodzą najstarszego, 16-letniego Czesława.

Czesiu, z racji wieku, był najwyższy i najsilniejszy i, już zupełnie niezależnie od roku urodzenia, najbardziej wulgarny i brutalny. Pawełek, który był najmłodszy na podwórku, nigdy, nawet w programach z czerwonym kółkiem w rogu, oglądanych w tajemnicy przed babcią, nie słyszał tylu wulgaryzmów, co w zwykły dzień z ust Czesia. Czasem słuchał ich nie tylko on, ale i całe osiedle, gdy w trakcie gry w piłkę ktoś kopnął ją nie dość dokładnie lub po prostu inaczej niż  przewidywał to Czesław. A jeśli w dodatku ta osoba była w jego drużynie, i stała na bramce, i dopuściła się przewinienia najgorszego z możliwych, nikogo z dwóch bloków wyznaczających nieformalne granice boiska nie omijała informacja, że bramkarz jest jebaną ciotą i musiał się zamienić z własnym chujem na głowy, że dał sobie puścić taką szmatę między nogami. To znaczy, strzelić gola. Ta kwiecista uwaga niosła się od parteru, aż po anteny na dachu, wpadając przez uchylone od ciepła okna do mieszkań w obu blokach, ale nikt nie reagował. Bo po co.

Czesiu, żeby podkreślić, jak bardzo jest niezadowolony z tego, że ktoś grając razem z nim ośmielił się podać piłkę inaczej niż mu się podobało, do nazywania tej osoby niedojebanym kałmukiem dokładał wzmocnienie fizyczne. A to kogoś popchnął tak, że odbił się od słupka, a to innym razem kopnął go w żebra, albo po prostu mocniej zamachnął się trafiając w jego głowę. Z racji tego, że Paweł nie zapowiadał się na przyszłego Roberta Lewandowskiego, a może po prostu nie służyło mu przebywanie w atmosferze terroru psychicznego, często zdarzało mi się ułożyć nogę nie po myśli Czesia. W związku z czym, często ta zamachnięta ręka trafiała w jego głowę.

W pewnym momencie nastąpił delikatny zwrot akcji. Pawełek głęboko przekonany o tym, że jego głowa, mimo podobnego kształtu, jednak nie jest gruszką bokserską, stwierdził, że nie będzie dalej pozwalał się traktować w ten sposób. I przestał spędzać czas z „kolegami” z podwórka.  Zamiast tego mocniej zacieśniając więzi z kolegami z klasy.

Czy to koniec historii, którą można skwitować „i żyli długo i szczęśliwie?”. Niestety nie. Wręcz przeciwnie. Czesław się wkurwił. Wkurwił się bardzo. Z całych sił. Bo jak można się nie wkurwić, gdy ktoś nie chce, żebyś się nad nim znęcał fizycznie i nie dajcie Ci okazji do nazywania go jebaną pizdą? Pół biedy, gdyby Pawełek po prostu nie wychodził z domu, ale on nie dość, że odebrał Czesiowi możliwość do wykonywania jego poleceń i wyżywania się na nim, to znalazł sobie inne towarzystwo. Odrzucił go. Jego, najstarszego i najsilniejszego ze stada! Ta zniewaga nie mogła przejść bez reakcji. Paweł musiał ponieść konsekwencje. I to dotkliwe, żeby ani on, ani żaden inny dzieciak z podwórka nie miał wątpliwości, że zrobił źle.

Czesiu wraz ze swoją prawą ręką, bezwzględnie mu posłusznym Piotrkiem, zaczaił się na Pawła i gdy ten wracał do domu, wbiegł za nim do klatki. I zaczęło się. Pomagier zastawił mu schody prowadzące do mieszkania, główny oprawca drzwi pozwalające wydostać się z budynku. Przerażenie ścisnęło go za gardło, zanim zdążył to zrobić któryś z nich, bo wiedział, że jest w potrzasku, w pułapce bez drogi ucieczki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, żeby odepchnął pomagiera i próbował jakimś cudem dobiec do domu na drugim piętrze, ale żaden cud się nie zdarzył. Piotrek, lat 15, wykręcił mu ręce i zaczął go podduszać, a Czesław, lat 16, bił pięściami po twarzy. Nie trwało to długo, bo już przy trzecim uderzeniu, Paweł, lat 11, osunął się na ziemię powoli tracąc przytomność, jednak to nie powstrzymało oprawcy przed dokończeniem wymierzenia mu zasłużonej kary. Gdy winowajca leżał na zimnej betonowej posadzce, Czesław postanowił zakończyć przedstawienie z przytupem, stając mu butami na głowie. I mimo, że Paweł wydał z siebie krzyk o wiele decybeli głośniejszy, niż kurwy rzucane w jego stronę na boisku, krzyk, który odbijał się echem po wszystkich piętrach w klatce, przeszywając na przestrzał jej mury, to nikt nie wyszedł z mieszkania sprawdzić co się stało. Nikt nie zareagował.

Bo po co.

Wiele lat i kilometrów później, gdy Paweł ani posturą, ani fryzurą nie przypominał już małego chłopca, któremu psychopata z bloku naprzeciwko złamał szczękę, przeczytał w sieci na jakimś prawicowym portalu, że bicie dzieci przez rodziców jest dobrą metodą wychowawczą, bo uczy ich dyscypliny. On sam, niezależnie czy dostał złą ocenę, czy ubrudził nowe spodnie trawą, czy strzaskał epokowy porcelanowy talerz, nie był uderzony przez swoją mamę nigdy. Próbował odszukać w pamięci moment, gdy choćby dostał od niej klapsa w pupę, ale nie był w stanie przywołać takich wspomnień. Za to dość wyraźnie przypomnieli mu się jego koledzy z dzieciństwa. Zwłaszcza jeden. Czesław.

Bywały dni w miesiącu, kiedy Czesiu panicznie bał się wracać do domu i siedział przy trzepaku tak długo, aż nie zapadł kompletny mrok, a temperatura nie zmuszała, żeby wejść do jakiegoś pomieszczenia i się ogrzać. Czasami te dni pokrywały się ze szkolną wywiadówką, czasami z kłótnią rodziców, a czasami z przegraniem w pokera przez jego ojca. Gdy na ruletce wpierdolu metalowa kulka przeznaczenia zatrzymywała się na polu ze skórzanym pasem albo kablem od żelazka, Czesiu był bity. Był bity tak mocno, że przez kolejny tydzień musiał ćwiczyć w długich dresach na wuefie mimo lata. Albo nie przychodzić na ten wuef w ogóle.

Będąc dzieckiem Paweł nie widział tej korelacji, ale dzisiaj, kilkanaście lat później, była dla niego wyraźna jak fioletowy siniak, kształtem przypominający metalową klamrę, na bladej skórze. Czesiu był sadystą, dzięki swojemu tatusiowi, który traktując go jak drewnianą belę do ociosania na rzeźbę, tego sadystę z niego zrobił.

Nienormalnych ludzi tworzą nienormalni rodzice

Mam tę przypadłość, że potrafię nawiązywać kontakt z osobami z bardzo różnych środowisk. Będąc nastolatkiem miałem zarówno znajomych wśród punków, hip-hopowców, metali i dresów, mimo, że każda z tych subkultur była rozłączna i jako grupa zbiorów nie miała części wspólnej. Obecnie również znam i ludzi z marginesu i ze świata elit, i etatowców i przedsiębiorców, i rodzinnych domatorów i rzucanych z miejsca w miejsce singli, i dobrych ludzi do rany przyłóż i turbo pojebów. Choć do tych ostatnich trzeba zastosować czas przeszły albo „znam” wziąć w cudzysłów. Nie mniej, każda z tych osób jest tym kim jest w bardzo dużej mierze przez swoich rodziców i przez to jak zostali wychowani.

Osoby mające własne firmy najczęściej nauczyły się przedsiębiorczości w domu, bo ich mama albo tata też prowadzili działalność gospodarczą i myślenie o byciu swoim własnym szefem było dla nich oczywiste. Podobnie z typami rozwiązującymi konflikty za pomocą pięści, uznającymi krzyk za jedyną formę dialogu i traktującymi alkohol jako katalizator problemów. Oni też działają i postrzegają świat w ten sposób, bo całe życie widzieli to u swoich starych, przez co to dla nich naturalne. Na poziomie odruchów mają zakodowane, że tak ma być i żeby to zmienić muszą sobie najpierw w ogóle uświadomić, że coś jest nie tak. Zainicjować proces myślowy, który zakończy się wnioskiem, że rozładowywanie napięcia przez przemoc fizyczną może nie do końca jest spoko.

Jednak to dopiero początek. Żeby wyjść ze schematu potrzeba dużo siły i dużo pracy. Bardzo dużo.

Oczywiście to nie jest tak, że jeśli mieliśmy patologicznych rodziców to jesteśmy usprawiedliwieni, i możemy rozbijać po pijaku ludziom butelki na głowach. I też nie jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje i jeśli tata ciągle zdradzał mamę i był w domu gościem, to będąc kobietą zawsze będziemy wybierać sobie takich samych partnerów, bo tylko taki wzorzec relacji znamy. Nie. Jesteśmy kowalami własnego losu, autonomicznie podejmującymi decyzje, nie mniej pewien mechanizm istnieje. I działa. Więc dużo prościej byłoby go nie uruchamiać, niż chodzić latami na psychoterapię, żeby nad nim zapanować.

Radny PiS znęcał się nad żoną, bo prawdopodobnie wcześniej to nad nim się znęcano

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Rafała Piaseckiego i jego żony, która ujawniła wstrząsające nagranie. Ten epitet nie pada przypadkowo, bo to jak polityk, mąż, katolik, ale przede wszystkim człowiek, odnosi się do drugiego człowieka, naprawdę powoduje wstrząs, obrzydzenie, złość i żal. I masę współczucia dla Karoliny Piaseckiej. Jego żony do której przez godzinę w kółko zwraca się słowami typu „wypierdalaj”, „zajebię cię”, „jesteś szmatą”, „wyjebię cię w ryj”, czy „ty chuju jebany jesteś tępym i męczącym chujem i frajerem, nienawidzę cię ty debilu skończony”.

Nie zamierzam komentować tego nagrania, bo nie byłem w stanie przesłuchać go do końca. To jest sadyzm w czystej postaci. Ohydny, bestialski sadyzm. Nie wiem kim trzeba być, żeby tak wysterylizować się z empatii i czerpać chorą przyjemność z pastwienia się nad cierpieniem drugiej osoby. To znaczy, przepraszam, wiem. Trzeba być ofiarą równie sadystycznego maltretowania w przeszłości.

Nie znam osobiście tego człowieka, nie znam jego drzewa genealogicznego, nigdy nie byłem w jego domu i nie wiem, czy woli placki ziemniaczane z solą, czy z cukrem, ale wiem jedno: ktoś się nad nim znęcał w dzieciństwie. I piekło, które zgotował swojej żonie, było piekłem do którego zesłał go ktoś z dorosłych, gdy był małym chłopcem. Być może to on był traktowany jak ściera, którą ściąga się gnój z podłogi, być może jego mama była tak traktowana przez jego tatę, a być może jedno i drugie.

Jedno jest pewne, dorosłe bestie nie biorą się z powietrza. Rosną z małych dzieci, które ktoś wychowuje w bestialski sposób.

To co Piasecki zrobił żonie jest straszne. Po prostu straszne. Ale jeszcze straszniejsze jest, że jeśli to samo zrobił swojemu synowi, to osób, które przez to ucierpią może być dużo więcej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Peter Reed
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • but not so fast

    Przesłuchałam 4 minut, więcej nie mogłam. To co człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi jest straszne.

  • Ja staram się trzymać dystans w sprawie polityki. Jedno jest jednak pewne, iż na takie zachowania nie ma usprawiedliwienia. Nieważne kto, z jakiej partii i czy w ogóle polityk. Mam tylko nadzieję, że po nagłośnieniu tego typu spraw, będzie coraz więcej odważnych osób (nie tylko kobiet, ale i dzieci), które powiedzą o krzywidze, jaka się dzieje.

  • karolina

    Nie na temat posta, ale albo znalazłam kogoś, kto wygląda identyko jak ty, albo to jestes ty :D https://uploads.disquscdn.com/images/1b3dd9f27b21e2c4eefe66ffbe2c318e2e04a658a73aa96ad56fd65a6ba3def2.png

  • Aleksandra Muszyńska

    Ja też nie mogłam przebrnąć przez to nagranie. Czytałam gdzieś urywek tekstu z jakiegoś bloga, na którym autorka słusznie zauważyła, że normalny człowiek nie jest w stanie wytrzymać więcej niż 15 sekund słuchania tego dramatu, a ofiara musiała słuchać tego i znosić to przez całe lata.
    Zakładam jeszcze jedną tezę – często z takimi chujami na kaczych łapach wiążą się kobiety, które albo miały podobne piekło w domu rodzinnym i w zasadzie nie znają innego życia, albo są potwornie zakompleksione i niepewne siebie; na pewnym etapie życia dały sobie wmówić, że są nic nie warte. I żyją z katem w przekonaniu, że to jest maksimum, na co zasługują.
    Niemniej jednak swoje dzieci uczyć będę przede wszystkim tego, że jeśli ktoś je pierwszy uderzy to ma święte prawo oddać, jeśli czuje się na siłach. Grubsze ataki ma raportować rodzicom. Przemoc domowa przemocą domową, ale na wyżywanie się na moim dziecku też nie pozwolę, nikomu.

  • Pingback: O monitoringu, który nie działa w najważniejszych chwilach | pazurempisany()

  • Przepraszam, że nie na temat, ale chciałam tylko powiedzieć, że jesteś pierwszym blogerem, którego książki nie mogę się doczekać, bo o czym kolwiek będzie, wiem że czeka mnie „słowna uczta”. Z każdym wpisem zachwycam się Twoim słowo- i porównaniotwórstwem. Wychowałam się na blogach, ale niestety kilka książek blogerów mnie rozczarowało. Ufam, że poprawisz moje wyobrażenie o tym segmencie rynku literackiego ;)

    • Dziękuję, bardzo mi miło i również liczę, że tak się stanie, bo mam podobne odczucia :)

  • Daria

    On ma dwie córki, które mam nadzieję nie będą kiedyś podświadomie szukać takich facetów jak ojciec:(

    • Jeśli w porę zaczną się leczyć, to jest nadzieja, że nie.

  • Cały czas trzymam język za zębami, ale wydaje mi się, że to może być reklama jakieś akcji społecznej, sponsorowana przez PIS lub antyPIS (podobno innych opcji nie ma?). Obym się mylił, choć Reserved przyzwyczaił nas do tego, że wszystko, nawet to, co autentyczne, może być reklamą.

    • Też przez chwilę o tym myślałem, ale niestety nagranie jest zbyt emocjonalne, by ktoś był w stanie je „zagrać”.

  • Wiesław, Kacper M

    To proponuje powtórkę z dzieciństwa dla tego Pana ;)

  • Kasia O.

    placki ziemniaczane tylko z cukrem

    • Wojciech

      jezu najgorzej! :C

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Marka kosmetyków dla mężczyzn STR8 przygotowuje mega spoko akcję pod kryptonimem #BeTheHeroYouAre , w której będę brał udział, jednak póki co nie mogę zdradzić nic po za tym, że będzie oscylować wokół tematu bohatera dnia codziennego. Kim jest człowiek, którego można określić tymi słowami? Wpisując je w Google przeczytałem, że to ratownicy medyczni, policjanci, lekarze, strażacy, wolontariusze hospicjów i wszystkie inne osoby, które poświęcają czas i energię, a czasem nawet narażają własne życie, żeby pomagać obcym ludziom. Trudno to kwestionować i podważać heroiczność ich pracy, bo bez dwóch zdań robią coś prometejskiego, jednak słysząc hasło „bohater dnia codziennego” w głowie pojawiają mi się nieco inne skojarzenia.

Dla mnie to bardziej „zwykła osoba,” rozważając unikatowość tego co robi, ale zdecydowanie „niezwykła” biorąc pod uwagę jak to robi. Nie trzeba przeprowadzać operacji na otwartym sercu, ani przedzierać się przez płomienie w walących się budynkach każdego dnia, żeby mieć poczucie robienia czegoś ważnego dla świata i bycia godnym naśladowania. Wystarczy coś dużo prostszego.

Oto 5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego. Bohatera, którym może być każdy z nas. I ja, i Ty. A być może już nim jesteś.

1. Pracuje nawet, gdy mu się nie chce

Każda budowla składa się z pojedynczych elementów, każda maszyna działa dzięki małym podzespołom, każda globalna organizacja istnieje dzięki tworzącym ją jednostkom. I ze światem jest tak samo. Piekarz może piec bułki, bo ma elektryczność i gaz, media dostarczane są do jego piekarni, bo ktoś w firmach świadczących te usługi czuwa nad tym, żeby wszystko działało, pracownicy w zakładzie energetycznym mogą pełnić swoje obowiązki, bo ktoś ich tam dowiózł, komunikacja miejska pozwala im dotrzeć do pracy, bo kierowcy stawili się na swoje stanowiska. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. „A natura ten krąg życia wprawia w ruch” cytując Edytę Górniak z „Pocahontas”.

Co by się stało, gdyby jedna z tych osób nie przyszła do pracy? Pewnie nic. A gdyby każda z nich stwierdziła, że dziś jej się nie chce i zostaje w ciepłym łóżku, gapiąc się w sufit? Naszą planetę spowiłby chaos jak w filmach Michaela Bay’a, niebo spadłoby nam na głowy, zaczęlibyśmy mówić „włanaczać”, „wziąść” i „w cudzysłowiu”, i w ogóle zwierzęta przejęłyby kontrolę nad światem. Dlatego, mam szacunek do każdego, komu niemiłosiernie nie chcę się i najchętniej wykorzystałby jedno z dwóch dopuszczalnych na semestr nieprzygotowań do życia, ale mimo to przychodzi do pracy i wykonuje swoje obowiązki. I to w dodatku dobrze, bo wie, że swoją pracą dokłada cegiełkę do globalnej harmonii.

Gdyby nie tacy ludzie, przepowiednie Nostradamusa już dawno by się spełniły.

2. Nie narzeka

Podobno narzekanie to nasz sport narodowy. Słabo znam się na sporcie, ale jestem wdzięczny każdemu, kto go nie uprawia.

Z kim przestajesz, takim się stajesz, tysiąc razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą i w ogóle jesteś tym o czym myślisz. Możesz w to nie wierzyć, ale tak jak jedzenie ma wpływ na Twój organizm, tak zdania, którymi karmisz umysł mają wpływ na Twoją duszę. Spróbuj codziennie po przebudzeniu i tuż przed spaniem przez 15 minut powtarzać sobie, że wszystko jest do dupy, a życie nie ma sensu i zobacz jak będziesz się czuł. A teraz wyobraź sobie, że przez 24 godziny na dobę otaczają Cię tylko i wyłącznie ludzie, którzy w kółko powtarzają jak jest źle. Depresja murowana.

Dlatego uważam, że za regularne nienarzekanie powinni dawać ordery, bo wojna z niezatruwaniem myśli sobie i innym, może nie jest krwawa, ale to wciąż wojna.

3. Częściej chwali niż krytykuje

Zahacza to nieco o punkt poprzedni i sprowadza się do tego, że otoczenie ma na nas wpływ. Jest to i potwierdzone badaniami przez amerykańskich naukowców, i przez normalnych też, i piszą to w książkach o wychowywaniu dzieci, i w publikacjach typu „Kurs menadżerski w 30 minut. Dowiedz się jak zarządzać ludźmi w przerwie na lunch!”. Jeśli ktoś startuje z malarstwem i częściej będzie od Ciebie słyszał pochwały niż uwagi, jest szansa, że zostanie drugim Cluadem Monetem. Jeśli będziesz się skupiał tylko na tym, co robi źle, to bardziej realne jest, że albo to rzuci, albo wyląduje na „Grafik płakał jak projektował”.

Komplementowanie działań innych ludzi pomaga im nabrać wiary w siebie i rozwinąć skrzydła, a trener sztuki latania bez wątpienia zasługuje na opisanie przymiotnikiem „bohaterski”.

4. Znajduje czas, żeby zadbać o duszę i ciało

Żyjemy w nieustannej pogoni, która zaczęła się mnie więcej chwilę po tym, jak zeszliśmy z drzewa, choć niektórzy utrzymują, że „kiedyś było lepiej”, twierdząc, że permanentny niedoczas to znak „dzisiejszych czasów”. Nie do końca. Niby 10 lat temu świat kręcił się wolnej, ale też wolniej się po nim przemieszczaliśmy. Połączeń samolotowych nie było tak dużo, i były też mniej dostępne dla zwykłych śmiertelników, a przesyłanie informacji było nieporównywalnie bardziej czasochłonne, bo internet w telefonach był wyłącznie na filmach science-fiction. Innymi słowy, biegliśmy po wolniejszej bieżni, ale spędzaliśmy na niej tyle samo godzin.

I wtedy, i teraz, ułożenie wszystkich codziennych obowiązków tak, by znaleźć czas i na pracę, i na rodzinę, i na znajomych, i jeszcze na kulturę i na kulturystykę, było wzywaniem. Dlatego niezmiennie podziwiam ludzi, którzy są w stanie tak zorganizować sobie dobę, by wygospodarować chwilę zarówno na siłownię, jak i kino. Bo sam mam z tym spore problemy, mimo, iż wiem, że dobra kondycja fizyczna, że jest równie istotna, co intelektualna.

5. Nie ma problemu z mówieniem o swoich sukcesach

W społeczeństwie, w którym określenie kogoś epitetem „skromny”, jest jednym z największych komplementów, jakie można usłyszeć, otwarte mówienie o tym, że się odniosło sukces, jest czynem zakrawającym o heroizm. Co jest mocnym absurdem. Czemu?

Wyobraź sobie, że skoczek narciarski, który zdobył na międzynarodowych zawodach złoto, powściągliwie mówi, że to nic takiego i w sumie udało mu się tylko przez przypadek. Nie dość, że umniejsza sam sobie, to jeszcze sugeruje wszystkim, którzy marzą o tym samym, że to nieistotne wyróżnienie na poziomie spamu z informacją, że automat wylosował Twój numer i wygrywasz BMW, jeśli tylko wyślesz smsa za 35zł + VAT. I przede wszystkim wprost komunikuje, że medali nie zdobywa się ciężką pracą i zaangażowaniem, tylko licząc na łut szczęścia i przychylność losu. To destrukcyjne i odbierające motywację do działania osobom, które chciałyby pójść w jego ślady.

Zupełnie inaczej jest, kiedy mówi o swoich osiągnięciach z dumą, będąc świadom swoich dokonań. Po pierwsze inspiruje innych, po drugie, przekazuje, że sukces bądź jego brak jest zależny od Ciebie i Twoich starań. A nie układu planet, ilości drobnych wrzuconych do fontanny, czy kaprysu losu. I działa to nie tylko w przypadku sportu, ale w każdej innej dziedzinie. Od rozgrywek w Counter Strike’a po pisanie książek.

***

Bohater dnia codziennego to osoba, która ma pozytywny wpływ na swoich bliskich i otoczenie. Nie musisz mieć peleryny, latać nad miastem, ani biegać opięty spandexem, żeby nim być. Wystarczy, że będziesz miał choć jedną z tych cech.

autorem zdjęcia w nagłówku jest JD Hancock

 

---> SKOMENTUJ