Close
Close

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Marka kosmetyków dla mężczyzn STR8 przygotowuje mega spoko akcję pod kryptonimem #BeTheHeroYouAre , w której będę brał udział, jednak póki co nie mogę zdradzić nic po za tym, że będzie oscylować wokół tematu bohatera dnia codziennego. Kim jest człowiek, którego można określić tymi słowami? Wpisując je w Google przeczytałem, że to ratownicy medyczni, policjanci, lekarze, strażacy, wolontariusze hospicjów i wszystkie inne osoby, które poświęcają czas i energię, a czasem nawet narażają własne życie, żeby pomagać obcym ludziom. Trudno to kwestionować i podważać heroiczność ich pracy, bo bez dwóch zdań robią coś prometejskiego, jednak słysząc hasło „bohater dnia codziennego” w głowie pojawiają mi się nieco inne skojarzenia.

Dla mnie to bardziej „zwykła osoba,” rozważając unikatowość tego co robi, ale zdecydowanie „niezwykła” biorąc pod uwagę jak to robi. Nie trzeba przeprowadzać operacji na otwartym sercu, ani przedzierać się przez płomienie w walących się budynkach każdego dnia, żeby mieć poczucie robienia czegoś ważnego dla świata i bycia godnym naśladowania. Wystarczy coś dużo prostszego.

Oto 5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego. Bohatera, którym może być każdy z nas. I ja, i Ty. A być może już nim jesteś.

1. Pracuje nawet, gdy mu się nie chce

Każda budowla składa się z pojedynczych elementów, każda maszyna działa dzięki małym podzespołom, każda globalna organizacja istnieje dzięki tworzącym ją jednostkom. I ze światem jest tak samo. Piekarz może piec bułki, bo ma elektryczność i gaz, media dostarczane są do jego piekarni, bo ktoś w firmach świadczących te usługi czuwa nad tym, żeby wszystko działało, pracownicy w zakładzie energetycznym mogą pełnić swoje obowiązki, bo ktoś ich tam dowiózł, komunikacja miejska pozwala im dotrzeć do pracy, bo kierowcy stawili się na swoje stanowiska. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. „A natura ten krąg życia wprawia w ruch” cytując Edytę Górniak z „Pocahontas”.

Co by się stało, gdyby jedna z tych osób nie przyszła do pracy? Pewnie nic. A gdyby każda z nich stwierdziła, że dziś jej się nie chce i zostaje w ciepłym łóżku, gapiąc się w sufit? Naszą planetę spowiłby chaos jak w filmach Michaela Bay’a, niebo spadłoby nam na głowy, zaczęlibyśmy mówić „włanaczać”, „wziąść” i „w cudzysłowiu”, i w ogóle zwierzęta przejęłyby kontrolę nad światem. Dlatego, mam szacunek do każdego, komu niemiłosiernie nie chcę się i najchętniej wykorzystałby jedno z dwóch dopuszczalnych na semestr nieprzygotowań do życia, ale mimo to przychodzi do pracy i wykonuje swoje obowiązki. I to w dodatku dobrze, bo wie, że swoją pracą dokłada cegiełkę do globalnej harmonii.

Gdyby nie tacy ludzie, przepowiednie Nostradamusa już dawno by się spełniły.

2. Nie narzeka

Podobno narzekanie to nasz sport narodowy. Słabo znam się na sporcie, ale jestem wdzięczny każdemu, kto go nie uprawia.

Z kim przestajesz, takim się stajesz, tysiąc razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą i w ogóle jesteś tym o czym myślisz. Możesz w to nie wierzyć, ale tak jak jedzenie ma wpływ na Twój organizm, tak zdania, którymi karmisz umysł mają wpływ na Twoją duszę. Spróbuj codziennie po przebudzeniu i tuż przed spaniem przez 15 minut powtarzać sobie, że wszystko jest do dupy, a życie nie ma sensu i zobacz jak będziesz się czuł. A teraz wyobraź sobie, że przez 24 godziny na dobę otaczają Cię tylko i wyłącznie ludzie, którzy w kółko powtarzają jak jest źle. Depresja murowana.

Dlatego uważam, że za regularne nienarzekanie powinni dawać ordery, bo wojna z niezatruwaniem myśli sobie i innym, może nie jest krwawa, ale to wciąż wojna.

3. Częściej chwali niż krytykuje

Zahacza to nieco o punkt poprzedni i sprowadza się do tego, że otoczenie ma na nas wpływ. Jest to i potwierdzone badaniami przez amerykańskich naukowców, i przez normalnych też, i piszą to w książkach o wychowywaniu dzieci, i w publikacjach typu „Kurs menadżerski w 30 minut. Dowiedz się jak zarządzać ludźmi w przerwie na lunch!”. Jeśli ktoś startuje z malarstwem i częściej będzie od Ciebie słyszał pochwały niż uwagi, jest szansa, że zostanie drugim Cluadem Monetem. Jeśli będziesz się skupiał tylko na tym, co robi źle, to bardziej realne jest, że albo to rzuci, albo wyląduje na „Grafik płakał jak projektował”.

Komplementowanie działań innych ludzi pomaga im nabrać wiary w siebie i rozwinąć skrzydła, a trener sztuki latania bez wątpienia zasługuje na opisanie przymiotnikiem „bohaterski”.

4. Znajduje czas, żeby zadbać o duszę i ciało

Żyjemy w nieustannej pogoni, która zaczęła się mnie więcej chwilę po tym, jak zeszliśmy z drzewa, choć niektórzy utrzymują, że „kiedyś było lepiej”, twierdząc, że permanentny niedoczas to znak „dzisiejszych czasów”. Nie do końca. Niby 10 lat temu świat kręcił się wolnej, ale też wolniej się po nim przemieszczaliśmy. Połączeń samolotowych nie było tak dużo, i były też mniej dostępne dla zwykłych śmiertelników, a przesyłanie informacji było nieporównywalnie bardziej czasochłonne, bo internet w telefonach był wyłącznie na filmach science-fiction. Innymi słowy, biegliśmy po wolniejszej bieżni, ale spędzaliśmy na niej tyle samo godzin.

I wtedy, i teraz, ułożenie wszystkich codziennych obowiązków tak, by znaleźć czas i na pracę, i na rodzinę, i na znajomych, i jeszcze na kulturę i na kulturystykę, było wzywaniem. Dlatego niezmiennie podziwiam ludzi, którzy są w stanie tak zorganizować sobie dobę, by wygospodarować chwilę zarówno na siłownię, jak i kino. Bo sam mam z tym spore problemy, mimo, iż wiem, że dobra kondycja fizyczna, że jest równie istotna, co intelektualna.

5. Nie ma problemu z mówieniem o swoich sukcesach

W społeczeństwie, w którym określenie kogoś epitetem „skromny”, jest jednym z największych komplementów, jakie można usłyszeć, otwarte mówienie o tym, że się odniosło sukces, jest czynem zakrawającym o heroizm. Co jest mocnym absurdem. Czemu?

Wyobraź sobie, że skoczek narciarski, który zdobył na międzynarodowych zawodach złoto, powściągliwie mówi, że to nic takiego i w sumie udało mu się tylko przez przypadek. Nie dość, że umniejsza sam sobie, to jeszcze sugeruje wszystkim, którzy marzą o tym samym, że to nieistotne wyróżnienie na poziomie spamu z informacją, że automat wylosował Twój numer i wygrywasz BMW, jeśli tylko wyślesz smsa za 35zł + VAT. I przede wszystkim wprost komunikuje, że medali nie zdobywa się ciężką pracą i zaangażowaniem, tylko licząc na łut szczęścia i przychylność losu. To destrukcyjne i odbierające motywację do działania osobom, które chciałyby pójść w jego ślady.

Zupełnie inaczej jest, kiedy mówi o swoich osiągnięciach z dumą, będąc świadom swoich dokonań. Po pierwsze inspiruje innych, po drugie, przekazuje, że sukces bądź jego brak jest zależny od Ciebie i Twoich starań. A nie układu planet, ilości drobnych wrzuconych do fontanny, czy kaprysu losu. I działa to nie tylko w przypadku sportu, ale w każdej innej dziedzinie. Od rozgrywek w Counter Strike’a po pisanie książek.

***

Bohater dnia codziennego to osoba, która ma pozytywny wpływ na swoich bliskich i otoczenie. Nie musisz mieć peleryny, latać nad miastem, ani biegać opięty spandexem, żeby nim być. Wystarczy, że będziesz miał choć jedną z tych cech.

autorem zdjęcia w nagłówku jest JD Hancock

 

6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z festiwalem Tauron Nowa Muzyka Katowice

Na pierwszy festiwal muzyczny w życiu pojechałem stosunkowo niedawno, bo zaledwie 4 lata temu, ale gdy już tylko dotarłem na miejsce i rozłożyłem namiot, od razu zacząłem żałować, że tak długo się do tego zbierałem. Czemu? Bo poza głównym, najoczywistszym powodem, dla którego się tam wybrałem, czyli muzyką, było masę innych, których wcześniej zupełnie nie byłem świadom. A okazały się równie ważne, jeśli nie ważniejsze od głównej motywacji, i gdybym tylko wiedział o ich istnieniu wcześniej, to nie zbierałbym się do tego tyle czasu.

Na początku lipca w Katowicach, dokładnie to w dniach 6-9.07, dobędzie się 12 edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. Imprezy, na której usłyszysz brzmienia z pogranicza electro, jazzu i rapu. Na ośmiu scenach wystąpią takie asy jak: The Cinematic Orchestra, RY X, Fisz i Emade, Gold Panda, Róisín Murphy, Ten Typ Mes, czy Max Cooper. Pełną listę wykonawców znajdziesz na oficjalnej stronie festiwalu, ALE nie tylko ze względu na koncerty warto wpaść na początku wakacji do Kato. Dlaczego jeszcze i co poza samą muzyką ma do zaoferowania to wydarzenie?

Poznaj 6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Murale

Roa / 2012

Aryza / 2011

Jeśli wybierasz się do Katowic pociągiem, kozackie murale belgiskiego artysty Roa i hiszpańskiego Aryza, to pierwsze co widzisz wjeżdżając na dworzec. W całym mieście jest tego dużo więcej, świetnie wpisując się w industrialny klimat stolicy Śląska i zdobiąc ją jak biżuteria kobietę. I to naprawdę wysoka jakościowo biżuteria, bo wiele z tych prac to współczesne dzieła sztuki. Luki między koncertami, to dobre momenty, żeby cyknąć im fotę albo dwie.

Atmosfera!

Festiwale to trochę takie kolonie dla dorosłych. Tym się różnią od „normalnych” koncertów, że nie jesteś wyrwany ze swojej rzeczywistości i wpadasz na chwilę na imprezę, tylko na 3-4 dni przenosisz się do innego świata. Gdzie panują inne zasady, inne prawa fizyki i zasadniczo czasem dochodzi do zakrzywienia czasoprzestrzeni. Te anomalie pogodowe wynikają ze specyficznego klimatu na festiwalach, który sprawia, że zamknięci się otwierają, nieznajomi się zaprzyjaźniają, a odludki się jednoczą i wszyscy są jedną wielką rodziną.

Jestem pewien, że gdyby w każdym z państw obywatele mieli obowiązek uczestniczenia w przynajmniej jednym tego typu wydarzeniu rocznie, to na świecie nie byłoby wojen. Na Nowej Muzyce ze względu na kameralność festiwalu można to poczuć jeszcze mocniej.

Wizualizacje

Festiwalowe koncerty z pogranicza electro i techno mają to do siebie, że ich oprawa wizualna bywa naprawdę genialna i często stojąc w tłumie między ludźmi zastanawiam się, czy od słuchania samej muzyki bardziej nie jarają mnie towarzyszące jej obrazy. Komputerowe wizualizacje tętniące w rytmie bębnów potrafią wprowadzić w prawdziwy trans lepiej niż używki i pozwolić odpłynąć dalej niż na łódce. Mega miłe uczucie.

Muzeum śląskie

Tauron Nowa Muzyka Katowice ma miejsce w Strefie Kultury, która obejmuje niedawno oddane do użytku gmachy Muzeum Śląskiego. Będące jednym z fajniejszych muzeum w jakim byłem. I poznacie w nim historię regionu, i cofniecie się do szalonych lat 90-tych, i odbijecie się w największe w Polsce sali do robienia sobie makijażu. To znaczy lustrzanej. Warto. Jeśli nie w celach poznawczo-edukacyjnych, to choćby rozrywkowo-instagramowych.

Darmowy pokaz mody

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 29 sierpnia 2016

Na co dzień jesteśmy osadzeni w swoich stałych środowiskach, które zazwyczaj są dość homogeniczne. W pracy najczęściej mamy z góry narzucony wąski wachlarz garderobiany, po którym możemy się poruszać, natomiast w kręgach bliskich znajomych spójność wizualna jest wdrażana niejako oddolnie, bo to naturalne, że chcemy przebywać z ludźmi podobnymi do nas. Na festiwalach muzycznych o szerokim spektrum gatunkowym sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie. Wchodząc na jego teren widzisz na ludzkich ciałach totalny kolaż styli i kanonów modowych. A w zasadzie nie widzisz. „Widzisz” to złe słowo. Możesz podziwiać, bo ludzie są tak odjechanie poubierani, że ich stylówki się po prostu podziwia.

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia

Inauguracja i zwieńczenie imprezy ma miejsce w nowym budynku NOSPRU, który z zewnątrz jest ciekawy, ale wewnątrz jest po prostu PRZE-PIĘ-KNY! Popatrzcie tylko na tę salę, już sama możliwość bycia w niej i kontemplowania pieczołowitego wykonania na żywo jest wystarczającym powodem, by wpaść tu w lipcu. To wnętrze, to oświetlenie, te drewniane elementy, cudo! A jeszcze ma tu grać The Cinematic Orchestra!

Wygraj 2-dniowy bilet na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Do zobaczenia w Katowicach!

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 8 stycznia 2017

Jeśli chcesz skorzystać ze wszystkich wyżej wymienionych atrakcji, wystarczy, że kupisz bilet na stronie festiwalu lub w kasie NOSPR, ale możliwe, że los się do Ciebie uśmiechnie i nie będziesz musiał tego robić.

Ogłaszam konkurs prosty jak przekątna w kwadracie. Już wiesz dlaczego ja chcę się wybrać na ten festiwal, ale chętnie poznam również Twoją motywację. Napisz w komentarzu pod tym tekstem albo pod udostępnieniem na Facebooku, jeden powód, dla którego Ty chcesz przyjechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice. Czy przez konkretnego artystę, czy przez miasto, czy przez chęć oderwania się od codzienności? Tu nie ma złych odpowiedzi, każdy powód jest dobry. Na Twój komentarz czekam do środy 12-go kwietnia do północy, a następnego dnia ogłoszę, czy to właśnie Twój powód był najciekawszy / zabawniejszy / odjechany i czy jesteś jedną z 2 osób, która wygrała 2-dniowy karnet na imprezę.

(biorąc udział w konkursie jednocześnie oświadczasz, że akceptujesz jego regulamin)

3… 2… 1… start!