Close
Close

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • efafew

    Strasznie słabe jest to twoje pisanie.

  • Dot

    „to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.” Oh, yes!

    PS „pomimo że” funkcjonuje tak samo jak „mimo że”, więc nie ma przecinka przed „że” ;))

  • Londynka

    Ale opcji nie ma, magnes musi być! Bo pomimo tego, że ta druga osoba mogłaby być najidealniejszym partnerem wspólnej przyszłości to bez „przyciągania” relacji nie będzie.
    A życie? Życie jest za krótkie na półśrodki.

  • „bo we dwójkę życie mnie boli” A mnie nie :P
    (zasadniczo to nie lubię się się czepiać literówek, ale musiałam)

    • Hahahaha, ta wyjątkowo śmieszna :D dzięki, bo sam bym pewnie nie wyłapał!

  • S.

    Takie coś kiedyś przeczytałem i zgadzam się z tym całkowicie.

    „Nie mylić miłości z zakochaniem. Zakochanie to jest reakcja fizjologiczna, jak erekcja. To się po prostu zdarza, czasem samo z siebie. (…) A miłość to nie jest uczucie, to postawa względem drugiego człowieka i seria decyzji, jakie się podejmuje. Miłości się nie czuje, tylko się nią żyje. Kocham swoją żonę, bo kiedyś tak zdecydowałem: „Będę kochał właśnie ciebie”.

    • Jezu jakie to jest przerażająco smutne. Przepraszam bardzo, ale jak to miłości to nie uczucie i miłości się nie czuje? Czy autor przypadkiem nie pomylił miłości ze związkiem małżeńskim?

      • S.

        Nie wiem. Nie widziałem całości wypowiedzi tylko ten fragment.
        Aczkolwiek skłaniam się ku stwierdzeniu, że zakochanie jest często mylone z miłością.
        Bo tak naprawdę stan zakochania to jakieś tam buzujące w nas związki chemiczne.
        Nie brzmi to romantycznie no ale cóż… ;-)

        Natomiast miłość utożsamiałbym jednak z całokształtem naszej postawy wobec drugiego człowieka. Postanawiamy darzyć kogoś miłością zwykle z jakiś względów, pomijając już tą hormonalną imprezę.

      • Magda Motrenko

        O, widzę, że Twardoch już wcześniej się tu pojawił w komentarzach :)

        „Miłości się nie czuje, tylko się nią żyje” – to jest takie piękne zdanie! Oczywiście można się czepiać fragmentów wyrwanych z kontekstu, ale jako całość jest bardzo prawdziwe. Miłość to coś więcej; nie tylko się ją czuje, ale wręcz się nią żyje. Tak po prostu, niby zwyczajnie, jak zwyczajne są nasze dni przez większość życia, ale ona nas wypełnia, uszczęśliwia i wpływa na nasze decyzje. Najpiękniej jest wtedy, gdy już nie zastanawiasz się czy i dlaczego, tylko po prostu idziesz razem przez życie.

  • kurcze, Stay Fly, Ty to potrafisz zachęcić do singlostwa :P ale trudno nie przyznać Ci racji.

  • Adam Jarosz

    Nie kocha się za coś i nie kocha się pomimo czegoś ani też nie kocha się tak po prostu. Kocha się z jakiegoś powodu. Niby to samo, ktoś powie, ale przecież nie do końca.
    Zakochuję się w dziewczynie nie dlatego, że ma zajebiste cycki. To jest jej atrybut. Ale ten atrybut wywołuje u mnie fajne uczucia i to jest powód. Żeby nie pozostawać tylko przy atrybutach fizycznych, z wrażliwością, temperamentem i poczuciem humoru jest dokładnie tak samo: są cechy, które wszystkie razem w zestawieniu sprawiają, że mamy motylki w brzuchu, uczucie że wszystko możemy i wszystkie te rzeczy, które znają zakochani. I to są fajne uczucia, pozytywne i energetyczne, i do dla tych uczuć – NASZYCH WŁASNYCH – kochamy. Z czasem zakochanie ewoluuje w bardziej dojrzałą miłość, ale zasada pozostaje ta sama. Nie kochamy kogoś za jego cechy, ale z powodu tego, co te cechy robią w nas samych. Tak, jesteśmy egoistami. Egoizm jest integralną częścią naszej struktury.
    Miłość ma też wiele wspólnego z uzależnieniem, czasem nawet zbyt wiele. Jest osoba, ta druga połówka, która wywołuje w nas określone odczucia. Lubimy je i chcemy je odczuwać, a odczuwamy je przy tej jednej, konkretnej osobie. Nazywamy to miłością.
    Uzależniamy się też od papierosów, alkoholu, kawy, zakupów, gier RPG, pokemonów i tysiąca innych rzeczy. Ale nie powiemy, że kochamy papierosy za zawartość nikotyny albo pomimo zawartości substancji smolistych. Kochamy je (czytaj: uzależniamy się od nich) za to co robią z nami, bo to odczuwamy jako przyjemne, fajne, odprężające, mobilizujące, dowartościowujące, pozwalające zapomnieć, cokolwiek (niepotrzebne skreślić).
    Powie ktoś, że miłość to też poświęcenie, bezinteresowność, dawanie. Jasne że tak. Ale co to tak naprawdę oznacza? Dlaczego dajemy tak naprawdę komuś coś? Ja twierdzę, że zawsze robimy to dla siebie. Nawet dając żebrakowi piątaka robimy to dla tej chwili własnego pozytywnego nastroju i poczucia dobrego uczynku. A całą resztę roboty, że to dla dobra tego gościa, że kupi sobie bułkę itd, odwala rozum.
    Jesteśmy egoistami, czy nam się to podoba, czy nie. W miłości również.

    • Grechuta

      ‚Jesteśmy egoistami, czy nam się to podoba, czy nie. W miłości również. ‚ podpisuje się obiema rekami!

  • Magda Motrenko

    Ee… Po pierwsze, kocha się tak po prostu, a nie za coś. „Za coś” można się decydować (bądź nie) na związek, ale miłość sama w sobie jest tak po prostu. Po drugie, odnośnie przykładów za co mężczyzna może kochać kobietę – za cycki? Serio? Można zwrócić na kogoś uwagę, bo fajnie wygląda i można chcieć pójść z tą osobą do łóżka, ale żeby kochać przez wygląd? A jak po wypadku będzie wyglądać gorzej? Albo po walce z rakiem cycków już nie będzie? To co wtedy, koniec z miłością?
    Rozumiem przesłanie, ale nie potrafię przejść obojętnie obok takich uproszczeń.

    • „Po pierwsze, kocha się tak po prostu, a nie za coś” – tak mówisz, gdy to jest pierwsze nastoletnie zakochanie, gdy jesteś dojrzała emocjonalnie i świadomie podchodzisz do relacji, potrafi zdefiniować za co kogoś kochasz.

      „Po drugie, odnośnie przykładów za co mężczyzna może kochać kobietę – za cycki? Serio?” – z jakiegoś konkretnego powodu pominęłaś aspekty odwołujące się do osobowości wymienione w tekście?

      • Magda Motrenko

        Uzasadnienie dotyczące charakteru mnie nie boli, więc nie czuję potrzeby, by się do tego odnosić. Wskazuję tylko przykłady dotyczące wyglądu, szczególnie piersi, które bardzo wiele kobiet faktycznie traci.

        Jestem w stałym związku od ośmiu lat, po ślubie sześć. I nie kocham za coś, tylko po prostu. Są cechy, które doceniam szczególnie i takie, które po prostu są i chociaż specjalnie by mi ich nie brakowało, nie przeszkadzają we wspólnym życiu. Nie ma nic, co mogłabym wskazać jako powód, dla którego kocham męża. Po prostu kocham. A że do tego świetnie się dogadujemy, to jesteśmy razem, wychowujemy dzieci i nawet pracujemy razem. Ale oczywiście możesz pisać, że to pierwsze nastoletnie zakochanie, a ja jestem niedojrzała emocjonalnie.

        • „Wskazuję tylko przykłady dotyczące wyglądu, szczególnie piersi, które bardzo wiele kobiet faktycznie traci.” – i przez to chcesz zanegować, że na postrzeganie danej osoby składa się to co wewnątrz i to co na zewnątrz?

          „Jestem w stałym związku od ośmiu lat, po ślubie sześć. I nie kocham za coś, tylko po prostu” – nie chcę publicznie analizować Twojej prywatnej sytuacji, bo to nie miejsce do tego, ale hasło, że „nie kocham za coś, tylko po prostu” to fraza z komedii romantycznych. W miłości rodzica do dziecka i na odwrót kochamy za nic, ale w przypadku relacji damsko-męskich zawsze kochamy za coś, bo konkretna rzecz lub kilka rzeczy, sprawia, że przy danej osobie czujemy się dobrze/bezpiecznie/potrzebni/wartościowi i tylko z powodu małej samoświadomości lub niewielkiej liczby doświadczeń na tym polu, czasem ludziom trudno jest zdefiniować za co.

          • Magda Motrenko

            Na postrzeganie danej osoby wpływa to, co wewnątrz i to, co na zewnątrz. Ale jeśli uznamy, że kochamy kogoś, bo fajnie wygląda, to powinniśmy przestać kochać tę osobę, gdy np. ulegnie wypadkowi i swój dobry wygląd straci. Pewnie powiesz, że wygląd to tylko jedna z wielu rzeczy, za które kogoś kochasz. Ale w ludziach nie tylko wygląd się zmienia. Ile cech danej osoby musi się zmienić, byś przestał ją kochać? I czy jeśli trafisz na osobę, która spełni wszystkie wymienione przez Ciebie wcześniej cechy ukochanej, to też ją pokochasz? Przecież to tak nie działa. Zwróć też uwagę na to, że czym innym jest mówienie „kocham tę osobę i cieszę się, że tak wygląda” albo „zwróciłem uwagę na tę osobę, bo fajnie wyglądała, zakochałem się w niej i teraz ją kocham bez względu na wszystko”, a czym innym „kocham tę osobę, dlatego że ładnie wygląda”. Ludzie zmieniają się przez całe życie, więc kochanie kogoś za coś jest prawdopodobnie z góry skazane na porażkę.
            Twardoch to kiedyś fajnie opisał, że zakochanie to stan fizjologiczny, na który nie mamy wpływu, a miłość to wybór. W pełni się z nim zgadzam.

        • Aleksandra Muszyńska

          Przecież na coś musiałaś zwrócić u niego szczególną uwagę. Na cechę osobowości, charakteru, czy chociażby na to, że robi dobre mielone. Coś musiało sprawić, że zaczęłaś do niego żywić głębsze uczucia. To jest właśnie to, za co go pokochałaś. Niespecjalnie chce mi się wierzyć, że związałaś się z człowiekiem, którego w sumie za nic szczególnie nie cenisz i nie wiesz, czemu z nim jesteś, bo to napawa lekkim niepokojem.

    • Pawel Krokowski

      Jest to trafne. Ostatnio pytałem znajomych co powoduje, że pozostają w długich zwiazkach i większość odpowiedziała mi, że po prostu ta druga osoba dla nich JEST. Cokolwiek to nie znaczy pewnie nie ogranicza sie do cech zewnetrznych lub charakteru.

  • Pawel Krokowski

    Wszystko przemija i najbardziej jędrne cycki zaczynają patrzeć w ziemię, najbardziej nieoczekiwane zachowania stają się codziennością, wszystko co nas przyciąga na początku kiedyś się kończy i w końcu się zaczynamy odpychać. Oznacza to, że mamy pozostawać z osobą przez okres zauroczenia, który trwa do 3 lat? Ten okres miłością nie jest, to jakieś chore przystosowanie ewolucyjne, ktore sprawia, że nasz gatunek nie ginie. Niestety Panowie i Panie – miłość to wybór! Pozostawanie z drugą osobą i wspieranie jej chociaż możesz z kumplami jechać na laski lub piwo do drugiego miasta, przygotowanie posiłków, rozmowa, empatia, sex, wspieranie siebie w swoich zainteresowaniach, jak również ciężka rozmowa i praca nad związkiem o którym w szkole nas nie edukują, nikt nic nie pisze i mało kto wie. Stąd pewnie brnie to wszystko do wspomnianej wcześniej patologii i drogi na skróty, czyli znajdowanie sobie nowych partnerek/partnerki i powtarzanie chorych zachowań zataczanie kręgów w swoim życiu na nowo. Jeśli ktoś jest z Tobą dla czegoś jest to nazwane miłość zależna i jest tutaj proste rozwiązanie. Najlepiej jest go/ją wkur…ić i zabrać mu tą rzecz, mówiąc NIE w najbardziej nieoczekiwanej sytuacji. Oczywiscie wiąże się to z awanturami, gówianymi rozmowami, histerą i rozżaleniem i masą ataków pod Twoim adresem. Wtedy nie kończ, bo to potwierdzenie, że to miłość zależna. Niestety ten cały dramat jest konieczny, bo albo osoba nie zniesie tego i usunie się z Twojego życia lub też rozpocznie to tak zwaną miłość bezwarunkową pomimo nieprzyjemności na jakie została wystawiona. To oczywiście jest kurewsko trudne zadanie, bo związki są trudne z natury, bo ludzie są trudni. Jeśli wszystko było by tylko przyjemnością i zabawą w naszym życiu nikt nigdy by nie zrobił nic pozytywnego i brakło by miejsca na dojżałość.. która jest niektórym nam bardzo potrzebna.. lubię blogi, ale temat związków to trudny temat bez tak łatwych wniosków.

  • Magdalena Stankiewicz

    Zakochanie i miłość to dwie różne rzeczy. Ty przemieszałeś je jak synonimy, wielki minus, Janku :(

  • Kim

    Uzmysłowiłeś mi, że faktycznie ten poniedziałek po niedzieli jest takim nieprzemijającym problemem…

    Tekst czysta prawda i ulubione zdanie ludzi, którzy z jednej strony są nieszczęśliwi, ale z drugiej sami to się boją i samemu to w tym świecie nie wypada. W końcu każdy, kto żyje sam, to w sumie chodząca porażka.

    Napisała to singielka.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Marka kosmetyków dla mężczyzn STR8 przygotowuje mega spoko akcję pod kryptonimem #BeTheHeroYouAre , w której będę brał udział, jednak póki co nie mogę zdradzić nic po za tym, że będzie oscylować wokół tematu bohatera dnia codziennego. Kim jest człowiek, którego można określić tymi słowami? Wpisując je w Google przeczytałem, że to ratownicy medyczni, policjanci, lekarze, strażacy, wolontariusze hospicjów i wszystkie inne osoby, które poświęcają czas i energię, a czasem nawet narażają własne życie, żeby pomagać obcym ludziom. Trudno to kwestionować i podważać heroiczność ich pracy, bo bez dwóch zdań robią coś prometejskiego, jednak słysząc hasło „bohater dnia codziennego” w głowie pojawiają mi się nieco inne skojarzenia.

Dla mnie to bardziej „zwykła osoba,” rozważając unikatowość tego co robi, ale zdecydowanie „niezwykła” biorąc pod uwagę jak to robi. Nie trzeba przeprowadzać operacji na otwartym sercu, ani przedzierać się przez płomienie w walących się budynkach każdego dnia, żeby mieć poczucie robienia czegoś ważnego dla świata i bycia godnym naśladowania. Wystarczy coś dużo prostszego.

Oto 5 cech, po których poznasz bohatera dnia codziennego. Bohatera, którym może być każdy z nas. I ja, i Ty. A być może już nim jesteś.

1. Pracuje nawet, gdy mu się nie chce

Każda budowla składa się z pojedynczych elementów, każda maszyna działa dzięki małym podzespołom, każda globalna organizacja istnieje dzięki tworzącym ją jednostkom. I ze światem jest tak samo. Piekarz może piec bułki, bo ma elektryczność i gaz, media dostarczane są do jego piekarni, bo ktoś w firmach świadczących te usługi czuwa nad tym, żeby wszystko działało, pracownicy w zakładzie energetycznym mogą pełnić swoje obowiązki, bo ktoś ich tam dowiózł, komunikacja miejska pozwala im dotrzeć do pracy, bo kierowcy stawili się na swoje stanowiska. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. „A natura ten krąg życia wprawia w ruch” cytując Edytę Górniak z „Pocahontas”.

Co by się stało, gdyby jedna z tych osób nie przyszła do pracy? Pewnie nic. A gdyby każda z nich stwierdziła, że dziś jej się nie chce i zostaje w ciepłym łóżku, gapiąc się w sufit? Naszą planetę spowiłby chaos jak w filmach Michaela Bay’a, niebo spadłoby nam na głowy, zaczęlibyśmy mówić „włanaczać”, „wziąść” i „w cudzysłowiu”, i w ogóle zwierzęta przejęłyby kontrolę nad światem. Dlatego, mam szacunek do każdego, komu niemiłosiernie nie chcę się i najchętniej wykorzystałby jedno z dwóch dopuszczalnych na semestr nieprzygotowań do życia, ale mimo to przychodzi do pracy i wykonuje swoje obowiązki. I to w dodatku dobrze, bo wie, że swoją pracą dokłada cegiełkę do globalnej harmonii.

Gdyby nie tacy ludzie, przepowiednie Nostradamusa już dawno by się spełniły.

2. Nie narzeka

Podobno narzekanie to nasz sport narodowy. Słabo znam się na sporcie, ale jestem wdzięczny każdemu, kto go nie uprawia.

Z kim przestajesz, takim się stajesz, tysiąc razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą i w ogóle jesteś tym o czym myślisz. Możesz w to nie wierzyć, ale tak jak jedzenie ma wpływ na Twój organizm, tak zdania, którymi karmisz umysł mają wpływ na Twoją duszę. Spróbuj codziennie po przebudzeniu i tuż przed spaniem przez 15 minut powtarzać sobie, że wszystko jest do dupy, a życie nie ma sensu i zobacz jak będziesz się czuł. A teraz wyobraź sobie, że przez 24 godziny na dobę otaczają Cię tylko i wyłącznie ludzie, którzy w kółko powtarzają jak jest źle. Depresja murowana.

Dlatego uważam, że za regularne nienarzekanie powinni dawać ordery, bo wojna z niezatruwaniem myśli sobie i innym, może nie jest krwawa, ale to wciąż wojna.

3. Częściej chwali niż krytykuje

Zahacza to nieco o punkt poprzedni i sprowadza się do tego, że otoczenie ma na nas wpływ. Jest to i potwierdzone badaniami przez amerykańskich naukowców, i przez normalnych też, i piszą to w książkach o wychowywaniu dzieci, i w publikacjach typu „Kurs menadżerski w 30 minut. Dowiedz się jak zarządzać ludźmi w przerwie na lunch!”. Jeśli ktoś startuje z malarstwem i częściej będzie od Ciebie słyszał pochwały niż uwagi, jest szansa, że zostanie drugim Cluadem Monetem. Jeśli będziesz się skupiał tylko na tym, co robi źle, to bardziej realne jest, że albo to rzuci, albo wyląduje na „Grafik płakał jak projektował”.

Komplementowanie działań innych ludzi pomaga im nabrać wiary w siebie i rozwinąć skrzydła, a trener sztuki latania bez wątpienia zasługuje na opisanie przymiotnikiem „bohaterski”.

4. Znajduje czas, żeby zadbać o duszę i ciało

Żyjemy w nieustannej pogoni, która zaczęła się mnie więcej chwilę po tym, jak zeszliśmy z drzewa, choć niektórzy utrzymują, że „kiedyś było lepiej”, twierdząc, że permanentny niedoczas to znak „dzisiejszych czasów”. Nie do końca. Niby 10 lat temu świat kręcił się wolnej, ale też wolniej się po nim przemieszczaliśmy. Połączeń samolotowych nie było tak dużo, i były też mniej dostępne dla zwykłych śmiertelników, a przesyłanie informacji było nieporównywalnie bardziej czasochłonne, bo internet w telefonach był wyłącznie na filmach science-fiction. Innymi słowy, biegliśmy po wolniejszej bieżni, ale spędzaliśmy na niej tyle samo godzin.

I wtedy, i teraz, ułożenie wszystkich codziennych obowiązków tak, by znaleźć czas i na pracę, i na rodzinę, i na znajomych, i jeszcze na kulturę i na kulturystykę, było wzywaniem. Dlatego niezmiennie podziwiam ludzi, którzy są w stanie tak zorganizować sobie dobę, by wygospodarować chwilę zarówno na siłownię, jak i kino. Bo sam mam z tym spore problemy, mimo, iż wiem, że dobra kondycja fizyczna, że jest równie istotna, co intelektualna.

5. Nie ma problemu z mówieniem o swoich sukcesach

W społeczeństwie, w którym określenie kogoś epitetem „skromny”, jest jednym z największych komplementów, jakie można usłyszeć, otwarte mówienie o tym, że się odniosło sukces, jest czynem zakrawającym o heroizm. Co jest mocnym absurdem. Czemu?

Wyobraź sobie, że skoczek narciarski, który zdobył na międzynarodowych zawodach złoto, powściągliwie mówi, że to nic takiego i w sumie udało mu się tylko przez przypadek. Nie dość, że umniejsza sam sobie, to jeszcze sugeruje wszystkim, którzy marzą o tym samym, że to nieistotne wyróżnienie na poziomie spamu z informacją, że automat wylosował Twój numer i wygrywasz BMW, jeśli tylko wyślesz smsa za 35zł + VAT. I przede wszystkim wprost komunikuje, że medali nie zdobywa się ciężką pracą i zaangażowaniem, tylko licząc na łut szczęścia i przychylność losu. To destrukcyjne i odbierające motywację do działania osobom, które chciałyby pójść w jego ślady.

Zupełnie inaczej jest, kiedy mówi o swoich osiągnięciach z dumą, będąc świadom swoich dokonań. Po pierwsze inspiruje innych, po drugie, przekazuje, że sukces bądź jego brak jest zależny od Ciebie i Twoich starań. A nie układu planet, ilości drobnych wrzuconych do fontanny, czy kaprysu losu. I działa to nie tylko w przypadku sportu, ale w każdej innej dziedzinie. Od rozgrywek w Counter Strike’a po pisanie książek.

***

Bohater dnia codziennego to osoba, która ma pozytywny wpływ na swoich bliskich i otoczenie. Nie musisz mieć peleryny, latać nad miastem, ani biegać opięty spandexem, żeby nim być. Wystarczy, że będziesz miał choć jedną z tych cech.

autorem zdjęcia w nagłówku jest JD Hancock

 

---> SKOMENTUJ

6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z festiwalem Tauron Nowa Muzyka Katowice

Na pierwszy festiwal muzyczny w życiu pojechałem stosunkowo niedawno, bo zaledwie 4 lata temu, ale gdy już tylko dotarłem na miejsce i rozłożyłem namiot, od razu zacząłem żałować, że tak długo się do tego zbierałem. Czemu? Bo poza głównym, najoczywistszym powodem, dla którego się tam wybrałem, czyli muzyką, było masę innych, których wcześniej zupełnie nie byłem świadom. A okazały się równie ważne, jeśli nie ważniejsze od głównej motywacji, i gdybym tylko wiedział o ich istnieniu wcześniej, to nie zbierałbym się do tego tyle czasu.

Na początku lipca w Katowicach, dokładnie to w dniach 6-9.07, dobędzie się 12 edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. Imprezy, na której usłyszysz brzmienia z pogranicza electro, jazzu i rapu. Na ośmiu scenach wystąpią takie asy jak: The Cinematic Orchestra, RY X, Fisz i Emade, Gold Panda, Róisín Murphy, Ten Typ Mes, czy Max Cooper. Pełną listę wykonawców znajdziesz na oficjalnej stronie festiwalu, ALE nie tylko ze względu na koncerty warto wpaść na początku wakacji do Kato. Dlaczego jeszcze i co poza samą muzyką ma do zaoferowania to wydarzenie?

Poznaj 6 powodów, żeby pojechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Murale

Roa / 2012
Aryza / 2011

Jeśli wybierasz się do Katowic pociągiem, kozackie murale belgiskiego artysty Roa i hiszpańskiego Aryza, to pierwsze co widzisz wjeżdżając na dworzec. W całym mieście jest tego dużo więcej, świetnie wpisując się w industrialny klimat stolicy Śląska i zdobiąc ją jak biżuteria kobietę. I to naprawdę wysoka jakościowo biżuteria, bo wiele z tych prac to współczesne dzieła sztuki. Luki między koncertami, to dobre momenty, żeby cyknąć im fotę albo dwie.

Atmosfera!

Festiwale to trochę takie kolonie dla dorosłych. Tym się różnią od „normalnych” koncertów, że nie jesteś wyrwany ze swojej rzeczywistości i wpadasz na chwilę na imprezę, tylko na 3-4 dni przenosisz się do innego świata. Gdzie panują inne zasady, inne prawa fizyki i zasadniczo czasem dochodzi do zakrzywienia czasoprzestrzeni. Te anomalie pogodowe wynikają ze specyficznego klimatu na festiwalach, który sprawia, że zamknięci się otwierają, nieznajomi się zaprzyjaźniają, a odludki się jednoczą i wszyscy są jedną wielką rodziną.

Jestem pewien, że gdyby w każdym z państw obywatele mieli obowiązek uczestniczenia w przynajmniej jednym tego typu wydarzeniu rocznie, to na świecie nie byłoby wojen. Na Nowej Muzyce ze względu na kameralność festiwalu można to poczuć jeszcze mocniej.

Wizualizacje

Festiwalowe koncerty z pogranicza electro i techno mają to do siebie, że ich oprawa wizualna bywa naprawdę genialna i często stojąc w tłumie między ludźmi zastanawiam się, czy od słuchania samej muzyki bardziej nie jarają mnie towarzyszące jej obrazy. Komputerowe wizualizacje tętniące w rytmie bębnów potrafią wprowadzić w prawdziwy trans lepiej niż używki i pozwolić odpłynąć dalej niż na łódce. Mega miłe uczucie.

Muzeum śląskie

Tauron Nowa Muzyka Katowice ma miejsce w Strefie Kultury, która obejmuje niedawno oddane do użytku gmachy Muzeum Śląskiego. Będące jednym z fajniejszych muzeum w jakim byłem. I poznacie w nim historię regionu, i cofniecie się do szalonych lat 90-tych, i odbijecie się w największe w Polsce sali do robienia sobie makijażu. To znaczy lustrzanej. Warto. Jeśli nie w celach poznawczo-edukacyjnych, to choćby rozrywkowo-instagramowych.

Darmowy pokaz mody

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 29 sierpnia 2016

Na co dzień jesteśmy osadzeni w swoich stałych środowiskach, które zazwyczaj są dość homogeniczne. W pracy najczęściej mamy z góry narzucony wąski wachlarz garderobiany, po którym możemy się poruszać, natomiast w kręgach bliskich znajomych spójność wizualna jest wdrażana niejako oddolnie, bo to naturalne, że chcemy przebywać z ludźmi podobnymi do nas. Na festiwalach muzycznych o szerokim spektrum gatunkowym sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie. Wchodząc na jego teren widzisz na ludzkich ciałach totalny kolaż styli i kanonów modowych. A w zasadzie nie widzisz. „Widzisz” to złe słowo. Możesz podziwiać, bo ludzie są tak odjechanie poubierani, że ich stylówki się po prostu podziwia.

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia

Inauguracja i zwieńczenie imprezy ma miejsce w nowym budynku NOSPRU, który z zewnątrz jest ciekawy, ale wewnątrz jest po prostu PRZE-PIĘ-KNY! Popatrzcie tylko na tę salę, już sama możliwość bycia w niej i kontemplowania pieczołowitego wykonania na żywo jest wystarczającym powodem, by wpaść tu w lipcu. To wnętrze, to oświetlenie, te drewniane elementy, cudo! A jeszcze ma tu grać The Cinematic Orchestra!

Wygraj 2-dniowy bilet na Tauron Nowa Muzyka Katowice!

Do zobaczenia w Katowicach!

Opublikowany przez Tauron Nowa Muzyka Katowice na 8 stycznia 2017

Jeśli chcesz skorzystać ze wszystkich wyżej wymienionych atrakcji, wystarczy, że kupisz bilet na stronie festiwalu lub w kasie NOSPR, ale możliwe, że los się do Ciebie uśmiechnie i nie będziesz musiał tego robić.

Ogłaszam konkurs prosty jak przekątna w kwadracie. Już wiesz dlaczego ja chcę się wybrać na ten festiwal, ale chętnie poznam również Twoją motywację. Napisz w komentarzu pod tym tekstem albo pod udostępnieniem na Facebooku, jeden powód, dla którego Ty chcesz przyjechać na Tauron Nowa Muzyka Katowice. Czy przez konkretnego artystę, czy przez miasto, czy przez chęć oderwania się od codzienności? Tu nie ma złych odpowiedzi, każdy powód jest dobry. Na Twój komentarz czekam do środy 12-go kwietnia do północy, a następnego dnia ogłoszę, czy to właśnie Twój powód był najciekawszy / zabawniejszy / odjechany i czy jesteś jedną z 2 osób, która wygrała 2-dniowy karnet na imprezę.

(biorąc udział w konkursie jednocześnie oświadczasz, że akceptujesz jego regulamin)

3… 2… 1… start!

---> SKOMENTUJ