Close
Close

Co to znaczy „xD”? – słownik gimbazy

Skip to entry content

Mimo, że staram się być na bieżąco z rozwojem języka, slangiem, powiedzonkami i szeroko rozumianą kulturą internetu, to zdarza mi się zbłądzić i wpaść na jakąś dyskusję w odmętach internetu, której zupełnie nie rozumiem. Bo pojawiają się tam zwroty, akronimy i emotikony, które mówią mi tyle, co główny bohater „Hardcore Henry” przez cały film. W sensie nic i muszę wtedy googlować ciągi znaków, które dla osób młodszych ode mnie o dekadę są oczywiste i naturalne. Jeśli też chcesz zrozumieć o czym rozmawia Twój młodszy brat/syn/przyszły zięć to zapraszam do najpopularniejszych zwrotów charakterystycznych dla osób urodzony po roku 2000. Czyli do słownika gimbazy.

xD – jeśli masz w znajomych ludzi urodzonych po 2000 roku, to nie ma opcji, żebyś przynajmniej raz dziennie nie widział tych dwóch znaków na swojej tablicy. Co to znaczy xD? Zacznijmy od tego, że to nie słowo, a emotikona, czyli znak graficzny mający oddać mimikę autora w danym momencie. Jak przy  wszystkich emotach, tak i przy tej, żeby ją zrozumieć należy przekręcić ekran o 90 stopni w prawo. Wtedy, jeśli wytężymy wyobraźnię, zobaczymy buźkę z tak zaciśniętymi powiekami, że oczodoły tworzą „x” i szerokim, pełnym uśmiechem, ukazującym wszystkie zęby, układającym się w „D”. Innymi słowy, xD wyraża śmiech do rozpuku, jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia.

nwm / nvm – nwm to nie wiem, nvm to nevermind, mimo to dzieciaki często używają tych akronimów wymiennie, stwierdzając, że różnica jednej litery, to żadna różnica.

drop – drop ma wiele znaczeń i może być różnie rozumiany. Wśród słuchaczy muzyki elektronicznej oznacza przejście w aranżacji, gdzie po spokojnej fazie budującej napięcie, pojawia się moment kulminacyjny z łupanką i wiertarkami w basie. W środowiskach dyskotekotwo-klubowych najczęściej to slangowe określenie tabletki extasy, natomiast wśród nastolatków drop oznacza dostawę ubrań w sklepie internetowym. Na wzór „dropów” w grach MMORPG, czyli spadających paczek z bronią, wyposażeniem i gadżetami.

lel – mutacja lol – „laughing out loud” – angielskiego skrótu wyrażającego „śmianie się na głos”. Lel wzięło się najprawdopodobniej stąd, że młode pokolenie też chciało wyrażać rozbawienie w języku internetu, odgradzając się jednocześnie wyraźną granicą od emerytów używając lol. W sensie, mojego pokolenia.

shipować – jedno z dziwniejszy sformułowań, z którymi zdarzyło mi się zetknąć brnąc przez odmęty sieci. „Shipować” jest pochodną od angielskiego „relationship” i znaczy tyle co „wspierać czyjąś relację”. Podejrzewam, że zrozumiałeś z tego tyle, co Janusz Korwin-Mikke z artykułu 33 konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, więc już tłumaczę na przykładzie. Jeśli na domówce zapoznałeś swojego przyjaciel z koleżanką z Twojego działu i po imprezie zaczęli się spotykać, a Ty uważasz, że to dobrze, to możesz powiedzieć, że ich shipujesz. Byle nie nagłos, bo będziesz musiał się tłumaczyć skąd znasz słowa, którymi posługują się dzieci ich znajomych.

skrrrt – słyszeliście kiedy jaki dźwięk wydają opony driftującego samochodu? Nie? Spoko, ja też i podejrzewam, że 99% osób używający tej onomatopei również.Skrrrt rzucasz wtedy, gdy coś jest równie efektowne, pełne przepuchy i nastawione na lanserkę, co auto jadące bokiem po asfalcie.

jest si / będzie si – nie mam pojęcia z jakiego dialektu kalką jest „si” i przyznaję bez bicia, że nie znam etymologii tego powiedzenia. Wiem za to, że coś „będzie si”, to „będzie załatwione”, „będzie dobrze”, „będzie w porządku”. Si to taki enigmatyczny synonim spoko.

kk – skrót od „ok, ok”, tak jakby to był zwrot, który jeszcze trzeba zdrabniać, czytany jako „kej, kej”. Tłumacząc na polski to mniej więcej tyle co „dobra, dobra”. Teoretycznie kk został stworzone do komunikacji pisanej, ale równie często, tak jak w przypadku lol, omg, czy z/w, można go usłyszeć.

nudle / send noodles / wyślij nudlesy – to trzy najpopularniejsze odmiany tego samego grepsu odnoszącego się do sextingu – wymiany treści i obrazów związanych z seksem. „Nude” to z angielskiego „nagi”, „noodle” to makaron, w związku z tym, że oba słowa brzmią podobnie, w ramach żartu i spolszczania powstała ich kombinacja brzmiąca nudle/nudlesy. Czym jest owe połączenie? Określeniem nagich zdjęć, które ludzie przesyłają sobie przez sieć. W tym, niestety, bardzo często nastolatkowie, dla których nierzadko się to kończy prawdziwymi życiowymi dramatami.

sztos! – jeśli coś jest sztosowe, to znaczy, że jest dobre, jeśli jakiś utwór muzyczny to sztos, to po staropolsku byłby szlagierem/przebojem/hitem, jeśli Ty jesteś sztosem, to najprawdopodobniej Twoja stylówka jest zacna, figura pierwszoklasowa i w ogóle ogień jak się na Ciebie patrzy. W sensie, to komplement.

triggered / dać się striggerować – w ojczyźnie Szekspira trigger to spust w pistolecie, więc przekładając to dosłownie „dać się striggerować”, to „dać sobie nacisnąć spust”. Wyjaśniając to mniej łopatologicznie, można to przetłumaczyć jako dać się sprowokować lub też nakręcić negatywnie.Triggerowanie najczęściej pojawia się w sytuacjach kiedy jedna osoba, świadomie i celowo, depcze wartości, przekonania bądź idola drugiej osoby, w efekcie czego ta nie wytrzymuje i uzewnętrznia swoją złość. Najprościej mówiąc, jeśli troll skutecznie Cię strollował, to jesteś striggerowany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Horia Varlan

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • kokodzambo

    jak tam twoja…

  • kokodzambo

    lansuj sie

  • Pionierka

    Szipuje się, jak na przykład komuś zaczyna wreszcie coś wychodzić z jego kraszem. #byćmacochągimnazjalistki

  • Uczę się języka na nowo, czyli jestem na poziomie mojej ośmiomiesięcznej córki. Dzięki!

  • Brakuje dabowania! Szczególnie w połączeniu z bottle flip challenge, czyli nic mnie tak nie wkurza jak rzucanie butelką w podłogę i durny gest, jak upadnie prawidłowo… Cienie i cienie pracy w szkole :>

    • W sensie dzieciaki dabują na lekcjach? :D

      • Częściej na przerwach i w świetlicy, ale na lekcji czasem się im wypsnie. Trochę czasu zajęło im wytłumaczenie mi o co cho :D Ale bycie nauczycielem to trochę takie forever young.

        • Pionierka

          Taaa, i jeszcze w domu. Wrrrrr, nienawidzę.

      • Pionierka

        Dabuje się zawsze jak się zrobi skilla :)

  • Kuba

    „nudle / send noodles / wyślij nudlesy” – Nikt nie mówi „send noodles” czy „wyślij nudlesy”. Prędzej „wyślij nudeski” „wyślij nudle”.
    „jest si / będzie si” – Serio ktoś tak jeszcze mówi?
    „xD” – to to samo co „:DDD”. To co opisałeś to „XD”. Jest jeszcze „Xd” i „xd”.
    „sztos!” – Tak też już mało kto mówi.
    Brakuje mi tutaj słów takich jak „loszka/locha”, „miut/smrut”, „idk”, „krasz/kraszować”, „cb/sb/tb”, czy też celowego popełniania błędów ortograficznych.
    Tekst fajny, ale mogłeś bardziej się postarać, bo póki co to wygląda jak słownik slangu z gazety Fakt…
    http://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/oejktkpTURBXy9mZmZjODU4NDk5MGQ3MDhlNzU1MWQ2YjM2ZGY3NWQ0MS5wbmeRkwLNAyYA
    Pozdrawia rocznik ’02 :)

  • A ja mimo wszystko, też używam tych emotikonek i w sumie nie uważam tego za typową gimbaze ROFL xD

  • Olku

    kk – to język graczy. kk=ok i jest zwykłym skrótem, ułatwiającym grę w rozgrywkach typu MMORPG

  • Евгений Дикс

    będzie si – będzie sir?

  • „Shipować”, mam wrażenie, to slang związany z serialami – tam się tego określenia używa zupełnie powszechnie. Widuję je od dawna już np. na Filmwebie w kontekście własnie parowania bohaterów :D Sztos to w ogóle okrutnie stare słowo, tylko faktycznie nie wiem, kiedy przyjęło takie znaczenie, ciekawe. Trzeba zapytać cinkciarzy :D

    Ale ogólnie to tak, potwierdza się, że jestem starym człowiekiem :D

  • A propos „jest si” to znana mi etymologia jest taka.
    W dialogach często pada:
    – jest ok?
    – si (jako „tak” z hiszpańskiego choć po włosku identycznie)

    więc jak będzie si, to będzie ok.

    A propos hiszpańskiego, w slangu jest jeszcze ‚ay caramba!’

    • To brzmi sensownie, dzięki za komentarz!

    • a czy to ostatnie nie wzięło się z Simpsonów po prostu? :D

  • love_krove

    Ponad polowy slow nie znam! Poczulam sie staro majac jedynie 22 lata :(

    • Cześć

      Spoko, urodziłem się w 2001 i też większości nie znam

  • Kura3kilo

    si si, z j. wł tak tak…
    ewentualnie od ks. Sisi – jbc b. cesarzowa Austrii i królowa Węgier ;)
    innych rozkmin na ten temat brak :P

  • Jestem stara. Nie ma lekko, lepiej już nie będzie xD

  • Serio, ktoś nie zna „xD”? xD

    • Spytaj rodziców albo kogoś kto nie ma bloga :)

  • Marta Markocka

    Jeszcze jest „dawać komuś sagę” albo „sagować” czyli ignorować, nie odpisywać czy nie odpowiadać

  • Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że linia „jak jest si to jest git” pojawiła się w którymś ze Slangów Pezeta, ale teraz przesłuchałem i w ogóle nie ma, a jedyne miejsce, jakie wskazuje Google, to numer KOŃ Małych Miast, co strasznie dziwne się wydaje, bo nigdy nie słyszałem ani tego kawałka, ani o tym kawałku.
    A si to chyba po prostu z włoskiego „tak”, kiedyś (lata osiemdziesiąte, Bahdaj i te sprawy) takie sformułowania jak „si” czy „ciao” były megapopularne :)

    • Toś

      Ha wiem! Nie Pezet a Peja! Tak mi się kojarzy, chyba z piosenki „ona i on”

    • Michał, wszystko się zgadza, tyle, że jest w drugiej części „Slangu” :)

      https://www.youtube.com/watch?v=u1rb29AazhA

      • Ha, i już wiem, czemu znaleźć nie mogłem; brzmi to trochę inaczej niż mi się wbiło w pamięć :D
        „Jak coś jest dobre to jest si, jak coś jest w miarę to jest w kit” :D

  • Nie wiem, o co chodzi, ale przeczytałam „wiertarki w basenie”.

    • Bo to nie chodzi, tylko pływa, HEHE.

  • Konrad

    Shipować ma jeszcze kilka znaczeń. Ship to potocznie określenie ceny za wysyłkę ubrań itp. A w żargonie pokerowym oznacza wrzucenie wszystkich swoich żetonów do puli.

  • Grechuta

    Skrrrt! <3

  • guwniak

    Jak dropik to tylko SUPREME

    • Tylko Stussy!

      • guwniak

        w STUSSY TYLKO DZBANY CHODZĄ (i d o r o ś l i)

        • W Supreme gwiazdy TVNu, już z dwojga złego wolę być dorosłym.

    • Ach, supreme…

  • Około 2000 roku też „było si” ;) Ależ dawno tego nie słyszałam. Ale tak samo teraz jak i wtedy nie mam pojęcia, dlaczego si to si.

    • Szperając na grupach dla nastolatków pojawiła się teza, że to z hiszpańskiego, ale ręki nie dam sobie uciąć :)

      • S.

        Tylko, że w hiszpańskim „si” oznacza „tak” lub „jeżeli / jeśli”. Więc to nietrafione tłumaczenie. „Będzie tak”, „będzie jeżeli”. Ale to nie pierwszy i ostatni suchar, który się pojawił nie wiadomo skąd.

  • Jako przedstawiciel gimbazy nie znałam większości… Ale dopowiem, że jeśli ktoś napisze „iks de” to znaczy że powiedziane wcześniej słowa to beznadziejny pomysł etc, ewentualnie początek ciśnięcia beki

    • Tak jest, bo oczywiście 90% użyć emotikony xD jest „ironiczne”.

  • zpopk

    Określenie shipować podchodzi z języka fandomu i szacuje się że wyszło do użycia z okazji Archium X. Więc na długo przed tym jak rocznik 89 miał coś do powiedzenia

  • Tomek Gawron

    Jeszcze tylko uwzględnij słowo „cringe” i będzie komplet :)

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Bijąc żonę nie zapomnij, że dziecku też należy się wpierdol

Skip to entry content

Czesiu

To był rok 1999, życie płynęło wolniej, tablety istniały tylko w serialu z Patrickiem Stewartem, więc czas zabijało się gapiąc w napuchnięty karton ze szklanym przodem, a rodzice byli spokojni o dzieci, gdy mogli zobaczyć co robią wyglądając przez okno, a nie sprawdzając położenie ich komórki na GPSie. Wiosna kwitła w najlepsze, a na zewnątrz było na tyle ciepło, że dzieciaki wracając ze szkoły zostawiały tornister w przedpokoju i od razu biegły na podwórko. Podwórko przed blokiem, które było ich drugim domem. A czasem pierwszym. Wieszały się na trzepaku, grały w puszkę, łapały pszczoły do pudełek po zapałkach, łuskały słonecznik i kopały piłkę. To ostatnie zawsze pod wodzą najstarszego, 16-letniego Czesława.

Czesiu, z racji wieku, był najwyższy i najsilniejszy i, już zupełnie niezależnie od roku urodzenia, najbardziej wulgarny i brutalny. Pawełek, który był najmłodszy na podwórku, nigdy, nawet w programach z czerwonym kółkiem w rogu, oglądanych w tajemnicy przed babcią, nie słyszał tylu wulgaryzmów, co w zwykły dzień z ust Czesia. Czasem słuchał ich nie tylko on, ale i całe osiedle, gdy w trakcie gry w piłkę ktoś kopnął ją nie dość dokładnie lub po prostu inaczej niż  przewidywał to Czesław. A jeśli w dodatku ta osoba była w jego drużynie, i stała na bramce, i dopuściła się przewinienia najgorszego z możliwych, nikogo z dwóch bloków wyznaczających nieformalne granice boiska nie omijała informacja, że bramkarz jest jebaną ciotą i musiał się zamienić z własnym chujem na głowy, że dał sobie puścić taką szmatę między nogami. To znaczy, strzelić gola. Ta kwiecista uwaga niosła się od parteru, aż po anteny na dachu, wpadając przez uchylone od ciepła okna do mieszkań w obu blokach, ale nikt nie reagował. Bo po co.

Czesiu, żeby podkreślić, jak bardzo jest niezadowolony z tego, że ktoś grając razem z nim ośmielił się podać piłkę inaczej niż mu się podobało, do nazywania tej osoby niedojebanym kałmukiem dokładał wzmocnienie fizyczne. A to kogoś popchnął tak, że odbił się od słupka, a to innym razem kopnął go w żebra, albo po prostu mocniej zamachnął się trafiając w jego głowę. Z racji tego, że Paweł nie zapowiadał się na przyszłego Roberta Lewandowskiego, a może po prostu nie służyło mu przebywanie w atmosferze terroru psychicznego, często zdarzało mi się ułożyć nogę nie po myśli Czesia. W związku z czym, często ta zamachnięta ręka trafiała w jego głowę.

W pewnym momencie nastąpił delikatny zwrot akcji. Pawełek głęboko przekonany o tym, że jego głowa, mimo podobnego kształtu, jednak nie jest gruszką bokserską, stwierdził, że nie będzie dalej pozwalał się traktować w ten sposób. I przestał spędzać czas z „kolegami” z podwórka.  Zamiast tego mocniej zacieśniając więzi z kolegami z klasy.

Czy to koniec historii, którą można skwitować „i żyli długo i szczęśliwie?”. Niestety nie. Wręcz przeciwnie. Czesław się wkurwił. Wkurwił się bardzo. Z całych sił. Bo jak można się nie wkurwić, gdy ktoś nie chce, żebyś się nad nim znęcał fizycznie i nie dajcie Ci okazji do nazywania go jebaną pizdą? Pół biedy, gdyby Pawełek po prostu nie wychodził z domu, ale on nie dość, że odebrał Czesiowi możliwość do wykonywania jego poleceń i wyżywania się na nim, to znalazł sobie inne towarzystwo. Odrzucił go. Jego, najstarszego i najsilniejszego ze stada! Ta zniewaga nie mogła przejść bez reakcji. Paweł musiał ponieść konsekwencje. I to dotkliwe, żeby ani on, ani żaden inny dzieciak z podwórka nie miał wątpliwości, że zrobił źle.

Czesiu wraz ze swoją prawą ręką, bezwzględnie mu posłusznym Piotrkiem, zaczaił się na Pawła i gdy ten wracał do domu, wbiegł za nim do klatki. I zaczęło się. Pomagier zastawił mu schody prowadzące do mieszkania, główny oprawca drzwi pozwalające wydostać się z budynku. Przerażenie ścisnęło go za gardło, zanim zdążył to zrobić któryś z nich, bo wiedział, że jest w potrzasku, w pułapce bez drogi ucieczki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, żeby odepchnął pomagiera i próbował jakimś cudem dobiec do domu na drugim piętrze, ale żaden cud się nie zdarzył. Piotrek, lat 15, wykręcił mu ręce i zaczął go podduszać, a Czesław, lat 16, bił pięściami po twarzy. Nie trwało to długo, bo już przy trzecim uderzeniu, Paweł, lat 11, osunął się na ziemię powoli tracąc przytomność, jednak to nie powstrzymało oprawcy przed dokończeniem wymierzenia mu zasłużonej kary. Gdy winowajca leżał na zimnej betonowej posadzce, Czesław postanowił zakończyć przedstawienie z przytupem, stając mu butami na głowie. I mimo, że Paweł wydał z siebie krzyk o wiele decybeli głośniejszy, niż kurwy rzucane w jego stronę na boisku, krzyk, który odbijał się echem po wszystkich piętrach w klatce, przeszywając na przestrzał jej mury, to nikt nie wyszedł z mieszkania sprawdzić co się stało. Nikt nie zareagował.

Bo po co.

Wiele lat i kilometrów później, gdy Paweł ani posturą, ani fryzurą nie przypominał już małego chłopca, któremu psychopata z bloku naprzeciwko złamał szczękę, przeczytał w sieci na jakimś prawicowym portalu, że bicie dzieci przez rodziców jest dobrą metodą wychowawczą, bo uczy ich dyscypliny. On sam, niezależnie czy dostał złą ocenę, czy ubrudził nowe spodnie trawą, czy strzaskał epokowy porcelanowy talerz, nie był uderzony przez swoją mamę nigdy. Próbował odszukać w pamięci moment, gdy choćby dostał od niej klapsa w pupę, ale nie był w stanie przywołać takich wspomnień. Za to dość wyraźnie przypomnieli mu się jego koledzy z dzieciństwa. Zwłaszcza jeden. Czesław.

Bywały dni w miesiącu, kiedy Czesiu panicznie bał się wracać do domu i siedział przy trzepaku tak długo, aż nie zapadł kompletny mrok, a temperatura nie zmuszała, żeby wejść do jakiegoś pomieszczenia i się ogrzać. Czasami te dni pokrywały się ze szkolną wywiadówką, czasami z kłótnią rodziców, a czasami z przegraniem w pokera przez jego ojca. Gdy na ruletce wpierdolu metalowa kulka przeznaczenia zatrzymywała się na polu ze skórzanym pasem albo kablem od żelazka, Czesiu był bity. Był bity tak mocno, że przez kolejny tydzień musiał ćwiczyć w długich dresach na wuefie mimo lata. Albo nie przychodzić na ten wuef w ogóle.

Będąc dzieckiem Paweł nie widział tej korelacji, ale dzisiaj, kilkanaście lat później, była dla niego wyraźna jak fioletowy siniak, kształtem przypominający metalową klamrę, na bladej skórze. Czesiu był sadystą, dzięki swojemu tatusiowi, który traktując go jak drewnianą belę do ociosania na rzeźbę, tego sadystę z niego zrobił.

Nienormalnych ludzi tworzą nienormalni rodzice

Mam tę przypadłość, że potrafię nawiązywać kontakt z osobami z bardzo różnych środowisk. Będąc nastolatkiem miałem zarówno znajomych wśród punków, hip-hopowców, metali i dresów, mimo, że każda z tych subkultur była rozłączna i jako grupa zbiorów nie miała części wspólnej. Obecnie również znam i ludzi z marginesu i ze świata elit, i etatowców i przedsiębiorców, i rodzinnych domatorów i rzucanych z miejsca w miejsce singli, i dobrych ludzi do rany przyłóż i turbo pojebów. Choć do tych ostatnich trzeba zastosować czas przeszły albo „znam” wziąć w cudzysłów. Nie mniej, każda z tych osób jest tym kim jest w bardzo dużej mierze przez swoich rodziców i przez to jak zostali wychowani.

Osoby mające własne firmy najczęściej nauczyły się przedsiębiorczości w domu, bo ich mama albo tata też prowadzili działalność gospodarczą i myślenie o byciu swoim własnym szefem było dla nich oczywiste. Podobnie z typami rozwiązującymi konflikty za pomocą pięści, uznającymi krzyk za jedyną formę dialogu i traktującymi alkohol jako katalizator problemów. Oni też działają i postrzegają świat w ten sposób, bo całe życie widzieli to u swoich starych, przez co to dla nich naturalne. Na poziomie odruchów mają zakodowane, że tak ma być i żeby to zmienić muszą sobie najpierw w ogóle uświadomić, że coś jest nie tak. Zainicjować proces myślowy, który zakończy się wnioskiem, że rozładowywanie napięcia przez przemoc fizyczną może nie do końca jest spoko.

Jednak to dopiero początek. Żeby wyjść ze schematu potrzeba dużo siły i dużo pracy. Bardzo dużo.

Oczywiście to nie jest tak, że jeśli mieliśmy patologicznych rodziców to jesteśmy usprawiedliwieni, i możemy rozbijać po pijaku ludziom butelki na głowach. I też nie jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje i jeśli tata ciągle zdradzał mamę i był w domu gościem, to będąc kobietą zawsze będziemy wybierać sobie takich samych partnerów, bo tylko taki wzorzec relacji znamy. Nie. Jesteśmy kowalami własnego losu, autonomicznie podejmującymi decyzje, nie mniej pewien mechanizm istnieje. I działa. Więc dużo prościej byłoby go nie uruchamiać, niż chodzić latami na psychoterapię, żeby nad nim zapanować.

Radny PiS znęcał się nad żoną, bo prawdopodobnie wcześniej to nad nim się znęcano

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Rafała Piaseckiego i jego żony, która ujawniła wstrząsające nagranie. Ten epitet nie pada przypadkowo, bo to jak polityk, mąż, katolik, ale przede wszystkim człowiek, odnosi się do drugiego człowieka, naprawdę powoduje wstrząs, obrzydzenie, złość i żal. I masę współczucia dla Karoliny Piaseckiej. Jego żony do której przez godzinę w kółko zwraca się słowami typu „wypierdalaj”, „zajebię cię”, „jesteś szmatą”, „wyjebię cię w ryj”, czy „ty chuju jebany jesteś tępym i męczącym chujem i frajerem, nienawidzę cię ty debilu skończony”.

Nie zamierzam komentować tego nagrania, bo nie byłem w stanie przesłuchać go do końca. To jest sadyzm w czystej postaci. Ohydny, bestialski sadyzm. Nie wiem kim trzeba być, żeby tak wysterylizować się z empatii i czerpać chorą przyjemność z pastwienia się nad cierpieniem drugiej osoby. To znaczy, przepraszam, wiem. Trzeba być ofiarą równie sadystycznego maltretowania w przeszłości.

Nie znam osobiście tego człowieka, nie znam jego drzewa genealogicznego, nigdy nie byłem w jego domu i nie wiem, czy woli placki ziemniaczane z solą, czy z cukrem, ale wiem jedno: ktoś się nad nim znęcał w dzieciństwie. I piekło, które zgotował swojej żonie, było piekłem do którego zesłał go ktoś z dorosłych, gdy był małym chłopcem. Być może to on był traktowany jak ściera, którą ściąga się gnój z podłogi, być może jego mama była tak traktowana przez jego tatę, a być może jedno i drugie.

Jedno jest pewne, dorosłe bestie nie biorą się z powietrza. Rosną z małych dzieci, które ktoś wychowuje w bestialski sposób.

To co Piasecki zrobił żonie jest straszne. Po prostu straszne. Ale jeszcze straszniejsze jest, że jeśli to samo zrobił swojemu synowi, to osób, które przez to ucierpią może być dużo więcej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Peter Reed

---> SKOMENTUJ