Close
Close

Co to znaczy „xD”? – słownik gimbazy

Skip to entry content
autorem zdjęcia w nagłówku jest Horia Varlan

Mimo, że staram się być na bieżąco z rozwojem języka, slangiem, powiedzonkami i szeroko rozumianą kulturą internetu, to zdarza mi się zbłądzić i wpaść na jakąś dyskusję w odmętach internetu, której zupełnie nie rozumiem. Bo pojawiają się tam zwroty, akronimy i emotikony, które mówią mi tyle, co główny bohater „Hardcore Henry” przez cały film. W sensie nic i muszę wtedy googlować ciągi znaków, które dla osób młodszych ode mnie o dekadę są oczywiste i naturalne. Jeśli też chcesz zrozumieć o czym rozmawia Twój młodszy brat/syn/przyszły zięć to zapraszam do najpopularniejszych zwrotów charakterystycznych dla osób urodzony po roku 2000. Czyli do słownika gimbazy.

xD – jeśli masz w znajomych ludzi urodzonych po 2000 roku, to nie ma opcji, żebyś przynajmniej raz dziennie nie widział tych dwóch znaków na swojej tablicy. Co to znaczy xD? Zacznijmy od tego, że to nie słowo, a emotikona, czyli znak graficzny mający oddać mimikę autora w danym momencie. Jak przy  wszystkich emotach, tak i przy tej, żeby ją zrozumieć należy przekręcić ekran o 90 stopni w prawo. Wtedy, jeśli wytężymy wyobraźnię, zobaczymy buźkę z tak zaciśniętymi powiekami, że oczodoły tworzą „x” i szerokim, pełnym uśmiechem, ukazującym wszystkie zęby, układającym się w „D”. Innymi słowy, xD wyraża śmiech do rozpuku, jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia.

nwm / nvm – nwm to nie wiem, nvm to nevermind, mimo to dzieciaki często używają tych akronimów wymiennie, stwierdzając, że różnica jednej litery, to żadna różnica.

drop – drop ma wiele znaczeń i może być różnie rozumiany. Wśród słuchaczy muzyki elektronicznej oznacza przejście w aranżacji, gdzie po spokojnej fazie budującej napięcie, pojawia się moment kulminacyjny z łupanką i wiertarkami w basie. W środowiskach dyskotekotwo-klubowych najczęściej to slangowe określenie tabletki extasy, natomiast wśród nastolatków drop oznacza dostawę ubrań w sklepie internetowym. Na wzór „dropów” w grach MMORPG, czyli spadających paczek z bronią, wyposażeniem i gadżetami.

lel – mutacja lol – „laughing out loud” – angielskiego skrótu wyrażającego „śmianie się na głos”. Lel wzięło się najprawdopodobniej stąd, że młode pokolenie też chciało wyrażać rozbawienie w języku internetu, odgradzając się jednocześnie wyraźną granicą od emerytów używając lol. W sensie, mojego pokolenia.

shipować – jedno z dziwniejszy sformułowań, z którymi zdarzyło mi się zetknąć brnąc przez odmęty sieci. „Shipować” jest pochodną od angielskiego „relationship” i znaczy tyle co „wspierać czyjąś relację”. Podejrzewam, że zrozumiałeś z tego tyle, co Janusz Korwin-Mikke z artykułu 33 konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, więc już tłumaczę na przykładzie. Jeśli na domówce zapoznałeś swojego przyjaciel z koleżanką z Twojego działu i po imprezie zaczęli się spotykać, a Ty uważasz, że to dobrze, to możesz powiedzieć, że ich shipujesz. Byle nie nagłos, bo będziesz musiał się tłumaczyć skąd znasz słowa, którymi posługują się dzieci ich znajomych.

skrrrt – słyszeliście kiedy jaki dźwięk wydają opony driftującego samochodu? Nie? Spoko, ja też i podejrzewam, że 99% osób używający tej onomatopei również.Skrrrt rzucasz wtedy, gdy coś jest równie efektowne, pełne przepuchy i nastawione na lanserkę, co auto jadące bokiem po asfalcie.

jest si / będzie si – nie mam pojęcia z jakiego dialektu kalką jest „si” i przyznaję bez bicia, że nie znam etymologii tego powiedzenia. Wiem za to, że coś „będzie si”, to „będzie załatwione”, „będzie dobrze”, „będzie w porządku”. Si to taki enigmatyczny synonim spoko.

kk – skrót od „ok, ok”, tak jakby to był zwrot, który jeszcze trzeba zdrabniać, czytany jako „kej, kej”. Tłumacząc na polski to mniej więcej tyle co „dobra, dobra”. Teoretycznie kk został stworzone do komunikacji pisanej, ale równie często, tak jak w przypadku lol, omg, czy z/w, można go usłyszeć.

nudle / send noodles / wyślij nudlesy – to trzy najpopularniejsze odmiany tego samego grepsu odnoszącego się do sextingu – wymiany treści i obrazów związanych z seksem. „Nude” to z angielskiego „nagi”, „noodle” to makaron, w związku z tym, że oba słowa brzmią podobnie, w ramach żartu i spolszczania powstała ich kombinacja brzmiąca nudle/nudlesy. Czym jest owe połączenie? Określeniem nagich zdjęć, które ludzie przesyłają sobie przez sieć. W tym, niestety, bardzo często nastolatkowie, dla których nierzadko się to kończy prawdziwymi życiowymi dramatami.

sztos! – jeśli coś jest sztosowe, to znaczy, że jest dobre, jeśli jakiś utwór muzyczny to sztos, to po staropolsku byłby szlagierem/przebojem/hitem, jeśli Ty jesteś sztosem, to najprawdopodobniej Twoja stylówka jest zacna, figura pierwszoklasowa i w ogóle ogień jak się na Ciebie patrzy. W sensie, to komplement.

triggered / dać się striggerować – w ojczyźnie Szekspira trigger to spust w pistolecie, więc przekładając to dosłownie „dać się striggerować”, to „dać sobie nacisnąć spust”. Wyjaśniając to mniej łopatologicznie, można to przetłumaczyć jako dać się sprowokować lub też nakręcić negatywnie.Triggerowanie najczęściej pojawia się w sytuacjach kiedy jedna osoba, świadomie i celowo, depcze wartości, przekonania bądź idola drugiej osoby, w efekcie czego ta nie wytrzymuje i uzewnętrznia swoją złość. Najprościej mówiąc, jeśli troll skutecznie Cię strollował, to jesteś striggerowany.

Jeśli chcesz poznać inne zwroty z młodzieżowego slangu, którymi posługują się dzisiejsze nastolatki, przeczytaj  „Słownik gimbazy”.

Przy okazji, napisałem najlepszą powieść młodzieżową 2017 roku, opowiadającą o tym, co się dzieje, gdy nasze największe marzenie się spełnia, a my zaczynamy żałować, że w ogóle o nim pomyśleliśmy. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

45
Dodaj komentarz

avatar
25 Comment threads
20 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
28 Comment authors
kokodzamboPionierkaCześćTomasz | Tasty Way of Lifestratiformis Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tomek Gawron
Gość
Tomek Gawron

Jeszcze tylko uwzględnij słowo „cringe” i będzie komplet :)

Jan Favre
Gość

Racja, „cringe’u” ewidentnie tu brakuje! Arlena Wit sensownie to wytłumaczyła, tak że podrzucam jej wideo: https://www.youtube.com/watch?v=JMSp_oHaZ9U

zpopk
Gość
zpopk

Określenie shipować podchodzi z języka fandomu i szacuje się że wyszło do użycia z okazji Archium X. Więc na długo przed tym jak rocznik 89 miał coś do powiedzenia

Natalia
Gość

Jako przedstawiciel gimbazy nie znałam większości… Ale dopowiem, że jeśli ktoś napisze „iks de” to znaczy że powiedziane wcześniej słowa to beznadziejny pomysł etc, ewentualnie początek ciśnięcia beki

Jan Favre
Gość

Tak jest, bo oczywiście 90% użyć emotikony xD jest „ironiczne”.

Dotee - Witaj Słońce
Gość

Około 2000 roku też „było si” ;) Ależ dawno tego nie słyszałam. Ale tak samo teraz jak i wtedy nie mam pojęcia, dlaczego si to si.

Jan Favre
Gość

Szperając na grupach dla nastolatków pojawiła się teza, że to z hiszpańskiego, ale ręki nie dam sobie uciąć :)

S.
Gość
S.

Tylko, że w hiszpańskim „si” oznacza „tak” lub „jeżeli / jeśli”. Więc to nietrafione tłumaczenie. „Będzie tak”, „będzie jeżeli”. Ale to nie pierwszy i ostatni suchar, który się pojawił nie wiadomo skąd.

guwniak
Gość
guwniak

Jak dropik to tylko SUPREME

Jan Favre
Gość

Tylko Stussy!

guwniak
Gość
guwniak

w STUSSY TYLKO DZBANY CHODZĄ (i d o r o ś l i)

Jan Favre
Gość

W Supreme gwiazdy TVNu, już z dwojga złego wolę być dorosłym.

Łukasz Matusik
Gość

Ach, supreme…

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Bijąc żonę nie zapomnij, że dziecku też należy się wpierdol

Skip to entry content

Czesiu

To był rok 1999, życie płynęło wolniej, tablety istniały tylko w serialu z Patrickiem Stewartem, więc czas zabijało się gapiąc w napuchnięty karton ze szklanym przodem, a rodzice byli spokojni o dzieci, gdy mogli zobaczyć co robią wyglądając przez okno, a nie sprawdzając położenie ich komórki na GPSie. Wiosna kwitła w najlepsze, a na zewnątrz było na tyle ciepło, że dzieciaki wracając ze szkoły zostawiały tornister w przedpokoju i od razu biegły na podwórko. Podwórko przed blokiem, które było ich drugim domem. A czasem pierwszym. Wieszały się na trzepaku, grały w puszkę, łapały pszczoły do pudełek po zapałkach, łuskały słonecznik i kopały piłkę. To ostatnie zawsze pod wodzą najstarszego, 16-letniego Czesława.

Czesiu, z racji wieku, był najwyższy i najsilniejszy i, już zupełnie niezależnie od roku urodzenia, najbardziej wulgarny i brutalny. Pawełek, który był najmłodszy na podwórku, nigdy, nawet w programach z czerwonym kółkiem w rogu, oglądanych w tajemnicy przed babcią, nie słyszał tylu wulgaryzmów, co w zwykły dzień z ust Czesia. Czasem słuchał ich nie tylko on, ale i całe osiedle, gdy w trakcie gry w piłkę ktoś kopnął ją nie dość dokładnie lub po prostu inaczej niż  przewidywał to Czesław. A jeśli w dodatku ta osoba była w jego drużynie, i stała na bramce, i dopuściła się przewinienia najgorszego z możliwych, nikogo z dwóch bloków wyznaczających nieformalne granice boiska nie omijała informacja, że bramkarz jest jebaną ciotą i musiał się zamienić z własnym chujem na głowy, że dał sobie puścić taką szmatę między nogami. To znaczy, strzelić gola. Ta kwiecista uwaga niosła się od parteru, aż po anteny na dachu, wpadając przez uchylone od ciepła okna do mieszkań w obu blokach, ale nikt nie reagował. Bo po co.

Czesiu, żeby podkreślić, jak bardzo jest niezadowolony z tego, że ktoś grając razem z nim ośmielił się podać piłkę inaczej niż mu się podobało, do nazywania tej osoby niedojebanym kałmukiem dokładał wzmocnienie fizyczne. A to kogoś popchnął tak, że odbił się od słupka, a to innym razem kopnął go w żebra, albo po prostu mocniej zamachnął się trafiając w jego głowę. Z racji tego, że Paweł nie zapowiadał się na przyszłego Roberta Lewandowskiego, a może po prostu nie służyło mu przebywanie w atmosferze terroru psychicznego, często zdarzało mi się ułożyć nogę nie po myśli Czesia. W związku z czym, często ta zamachnięta ręka trafiała w jego głowę.

W pewnym momencie nastąpił delikatny zwrot akcji. Pawełek głęboko przekonany o tym, że jego głowa, mimo podobnego kształtu, jednak nie jest gruszką bokserską, stwierdził, że nie będzie dalej pozwalał się traktować w ten sposób. I przestał spędzać czas z „kolegami” z podwórka.  Zamiast tego mocniej zacieśniając więzi z kolegami z klasy.

Czy to koniec historii, którą można skwitować „i żyli długo i szczęśliwie?”. Niestety nie. Wręcz przeciwnie. Czesław się wkurwił. Wkurwił się bardzo. Z całych sił. Bo jak można się nie wkurwić, gdy ktoś nie chce, żebyś się nad nim znęcał fizycznie i nie dajcie Ci okazji do nazywania go jebaną pizdą? Pół biedy, gdyby Pawełek po prostu nie wychodził z domu, ale on nie dość, że odebrał Czesiowi możliwość do wykonywania jego poleceń i wyżywania się na nim, to znalazł sobie inne towarzystwo. Odrzucił go. Jego, najstarszego i najsilniejszego ze stada! Ta zniewaga nie mogła przejść bez reakcji. Paweł musiał ponieść konsekwencje. I to dotkliwe, żeby ani on, ani żaden inny dzieciak z podwórka nie miał wątpliwości, że zrobił źle.

Czesiu wraz ze swoją prawą ręką, bezwzględnie mu posłusznym Piotrkiem, zaczaił się na Pawła i gdy ten wracał do domu, wbiegł za nim do klatki. I zaczęło się. Pomagier zastawił mu schody prowadzące do mieszkania, główny oprawca drzwi pozwalające wydostać się z budynku. Przerażenie ścisnęło go za gardło, zanim zdążył to zrobić któryś z nich, bo wiedział, że jest w potrzasku, w pułapce bez drogi ucieczki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, żeby odepchnął pomagiera i próbował jakimś cudem dobiec do domu na drugim piętrze, ale żaden cud się nie zdarzył. Piotrek, lat 15, wykręcił mu ręce i zaczął go podduszać, a Czesław, lat 16, bił pięściami po twarzy. Nie trwało to długo, bo już przy trzecim uderzeniu, Paweł, lat 11, osunął się na ziemię powoli tracąc przytomność, jednak to nie powstrzymało oprawcy przed dokończeniem wymierzenia mu zasłużonej kary. Gdy winowajca leżał na zimnej betonowej posadzce, Czesław postanowił zakończyć przedstawienie z przytupem, stając mu butami na głowie. I mimo, że Paweł wydał z siebie krzyk o wiele decybeli głośniejszy, niż kurwy rzucane w jego stronę na boisku, krzyk, który odbijał się echem po wszystkich piętrach w klatce, przeszywając na przestrzał jej mury, to nikt nie wyszedł z mieszkania sprawdzić co się stało. Nikt nie zareagował.

Bo po co.

Wiele lat i kilometrów później, gdy Paweł ani posturą, ani fryzurą nie przypominał już małego chłopca, któremu psychopata z bloku naprzeciwko złamał szczękę, przeczytał w sieci na jakimś prawicowym portalu, że bicie dzieci przez rodziców jest dobrą metodą wychowawczą, bo uczy ich dyscypliny. On sam, niezależnie czy dostał złą ocenę, czy ubrudził nowe spodnie trawą, czy strzaskał epokowy porcelanowy talerz, nie był uderzony przez swoją mamę nigdy. Próbował odszukać w pamięci moment, gdy choćby dostał od niej klapsa w pupę, ale nie był w stanie przywołać takich wspomnień. Za to dość wyraźnie przypomnieli mu się jego koledzy z dzieciństwa. Zwłaszcza jeden. Czesław.

Bywały dni w miesiącu, kiedy Czesiu panicznie bał się wracać do domu i siedział przy trzepaku tak długo, aż nie zapadł kompletny mrok, a temperatura nie zmuszała, żeby wejść do jakiegoś pomieszczenia i się ogrzać. Czasami te dni pokrywały się ze szkolną wywiadówką, czasami z kłótnią rodziców, a czasami z przegraniem w pokera przez jego ojca. Gdy na ruletce wpierdolu metalowa kulka przeznaczenia zatrzymywała się na polu ze skórzanym pasem albo kablem od żelazka, Czesiu był bity. Był bity tak mocno, że przez kolejny tydzień musiał ćwiczyć w długich dresach na wuefie mimo lata. Albo nie przychodzić na ten wuef w ogóle.

Będąc dzieckiem Paweł nie widział tej korelacji, ale dzisiaj, kilkanaście lat później, była dla niego wyraźna jak fioletowy siniak, kształtem przypominający metalową klamrę, na bladej skórze. Czesiu był sadystą, dzięki swojemu tatusiowi, który traktując go jak drewnianą belę do ociosania na rzeźbę, tego sadystę z niego zrobił.

Nienormalnych ludzi tworzą nienormalni rodzice

Mam tę przypadłość, że potrafię nawiązywać kontakt z osobami z bardzo różnych środowisk. Będąc nastolatkiem miałem zarówno znajomych wśród punków, hip-hopowców, metali i dresów, mimo, że każda z tych subkultur była rozłączna i jako grupa zbiorów nie miała części wspólnej. Obecnie również znam i ludzi z marginesu i ze świata elit, i etatowców i przedsiębiorców, i rodzinnych domatorów i rzucanych z miejsca w miejsce singli, i dobrych ludzi do rany przyłóż i turbo pojebów. Choć do tych ostatnich trzeba zastosować czas przeszły albo „znam” wziąć w cudzysłów. Nie mniej, każda z tych osób jest tym kim jest w bardzo dużej mierze przez swoich rodziców i przez to jak zostali wychowani.

Osoby mające własne firmy najczęściej nauczyły się przedsiębiorczości w domu, bo ich mama albo tata też prowadzili działalność gospodarczą i myślenie o byciu swoim własnym szefem było dla nich oczywiste. Podobnie z typami rozwiązującymi konflikty za pomocą pięści, uznającymi krzyk za jedyną formę dialogu i traktującymi alkohol jako katalizator problemów. Oni też działają i postrzegają świat w ten sposób, bo całe życie widzieli to u swoich starych, przez co to dla nich naturalne. Na poziomie odruchów mają zakodowane, że tak ma być i żeby to zmienić muszą sobie najpierw w ogóle uświadomić, że coś jest nie tak. Zainicjować proces myślowy, który zakończy się wnioskiem, że rozładowywanie napięcia przez przemoc fizyczną może nie do końca jest spoko.

Jednak to dopiero początek. Żeby wyjść ze schematu potrzeba dużo siły i dużo pracy. Bardzo dużo.

Oczywiście to nie jest tak, że jeśli mieliśmy patologicznych rodziców to jesteśmy usprawiedliwieni, i możemy rozbijać po pijaku ludziom butelki na głowach. I też nie jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje i jeśli tata ciągle zdradzał mamę i był w domu gościem, to będąc kobietą zawsze będziemy wybierać sobie takich samych partnerów, bo tylko taki wzorzec relacji znamy. Nie. Jesteśmy kowalami własnego losu, autonomicznie podejmującymi decyzje, nie mniej pewien mechanizm istnieje. I działa. Więc dużo prościej byłoby go nie uruchamiać, niż chodzić latami na psychoterapię, żeby nad nim zapanować.

Radny PiS znęcał się nad żoną, bo prawdopodobnie wcześniej to nad nim się znęcano

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Rafała Piaseckiego i jego żony, która ujawniła wstrząsające nagranie. Ten epitet nie pada przypadkowo, bo to jak polityk, mąż, katolik, ale przede wszystkim człowiek, odnosi się do drugiego człowieka, naprawdę powoduje wstrząs, obrzydzenie, złość i żal. I masę współczucia dla Karoliny Piaseckiej. Jego żony do której przez godzinę w kółko zwraca się słowami typu „wypierdalaj”, „zajebię cię”, „jesteś szmatą”, „wyjebię cię w ryj”, czy „ty chuju jebany jesteś tępym i męczącym chujem i frajerem, nienawidzę cię ty debilu skończony”.

Nie zamierzam komentować tego nagrania, bo nie byłem w stanie przesłuchać go do końca. To jest sadyzm w czystej postaci. Ohydny, bestialski sadyzm. Nie wiem kim trzeba być, żeby tak wysterylizować się z empatii i czerpać chorą przyjemność z pastwienia się nad cierpieniem drugiej osoby. To znaczy, przepraszam, wiem. Trzeba być ofiarą równie sadystycznego maltretowania w przeszłości.

Nie znam osobiście tego człowieka, nie znam jego drzewa genealogicznego, nigdy nie byłem w jego domu i nie wiem, czy woli placki ziemniaczane z solą, czy z cukrem, ale wiem jedno: ktoś się nad nim znęcał w dzieciństwie. I piekło, które zgotował swojej żonie, było piekłem do którego zesłał go ktoś z dorosłych, gdy był małym chłopcem. Być może to on był traktowany jak ściera, którą ściąga się gnój z podłogi, być może jego mama była tak traktowana przez jego tatę, a być może jedno i drugie.

Jedno jest pewne, dorosłe bestie nie biorą się z powietrza. Rosną z małych dzieci, które ktoś wychowuje w bestialski sposób.

To co Piasecki zrobił żonie jest straszne. Po prostu straszne. Ale jeszcze straszniejsze jest, że jeśli to samo zrobił swojemu synowi, to osób, które przez to ucierpią może być dużo więcej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Peter Reed

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.