Close
Close

Co to znaczy „xD”? – słownik gimbazy

Skip to entry content

Mimo, że staram się być na bieżąco z rozwojem języka, slangiem, powiedzonkami i szeroko rozumianą kulturą internetu, to zdarza mi się zbłądzić i wpaść na jakąś dyskusję w odmętach internetu, której zupełnie nie rozumiem. Bo pojawiają się tam zwroty, akronimy i emotikony, które mówią mi tyle, co główny bohater „Hardcore Henry” przez cały film. W sensie nic i muszę wtedy googlować ciągi znaków, które dla osób młodszych ode mnie o dekadę są oczywiste i naturalne. Jeśli też chcesz zrozumieć o czym rozmawia Twój młodszy brat/syn/przyszły zięć to zapraszam do najpopularniejszych zwrotów charakterystycznych dla osób urodzony po roku 2000. Czyli do słownika gimbazy.

xD – jeśli masz w znajomych ludzi urodzonych po 2000 roku, to nie ma opcji, żebyś przynajmniej raz dziennie nie widział tych dwóch znaków na swojej tablicy. Co to znaczy xD? Zacznijmy od tego, że to nie słowo, a emotikona, czyli znak graficzny mający oddać mimikę autora w danym momencie. Jak przy  wszystkich emotach, tak i przy tej, żeby ją zrozumieć należy przekręcić ekran o 90 stopni w prawo. Wtedy, jeśli wytężymy wyobraźnię, zobaczymy buźkę z tak zaciśniętymi powiekami, że oczodoły tworzą „x” i szerokim, pełnym uśmiechem, ukazującym wszystkie zęby, układającym się w „D”. Innymi słowy, xD wyraża śmiech do rozpuku, jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia.

nwm / nvm – nwm to nie wiem, nvm to nevermind, mimo to dzieciaki często używają tych akronimów wymiennie, stwierdzając, że różnica jednej litery, to żadna różnica.

drop – drop ma wiele znaczeń i może być różnie rozumiany. Wśród słuchaczy muzyki elektronicznej oznacza przejście w aranżacji, gdzie po spokojnej fazie budującej napięcie, pojawia się moment kulminacyjny z łupanką i wiertarkami w basie. W środowiskach dyskotekotwo-klubowych najczęściej to slangowe określenie tabletki extasy, natomiast wśród nastolatków drop oznacza dostawę ubrań w sklepie internetowym. Na wzór „dropów” w grach MMORPG, czyli spadających paczek z bronią, wyposażeniem i gadżetami.

lel – mutacja lol – „laughing out loud” – angielskiego skrótu wyrażającego „śmianie się na głos”. Lel wzięło się najprawdopodobniej stąd, że młode pokolenie też chciało wyrażać rozbawienie w języku internetu, odgradzając się jednocześnie wyraźną granicą od emerytów używając lol. W sensie, mojego pokolenia.

shipować – jedno z dziwniejszy sformułowań, z którymi zdarzyło mi się zetknąć brnąc przez odmęty sieci. „Shipować” jest pochodną od angielskiego „relationship” i znaczy tyle co „wspierać czyjąś relację”. Podejrzewam, że zrozumiałeś z tego tyle, co Janusz Korwin-Mikke z artykułu 33 konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, więc już tłumaczę na przykładzie. Jeśli na domówce zapoznałeś swojego przyjaciel z koleżanką z Twojego działu i po imprezie zaczęli się spotykać, a Ty uważasz, że to dobrze, to możesz powiedzieć, że ich shipujesz. Byle nie nagłos, bo będziesz musiał się tłumaczyć skąd znasz słowa, którymi posługują się dzieci ich znajomych.

skrrrt – słyszeliście kiedy jaki dźwięk wydają opony driftującego samochodu? Nie? Spoko, ja też i podejrzewam, że 99% osób używający tej onomatopei również.Skrrrt rzucasz wtedy, gdy coś jest równie efektowne, pełne przepuchy i nastawione na lanserkę, co auto jadące bokiem po asfalcie.

jest si / będzie si – nie mam pojęcia z jakiego dialektu kalką jest „si” i przyznaję bez bicia, że nie znam etymologii tego powiedzenia. Wiem za to, że coś „będzie si”, to „będzie załatwione”, „będzie dobrze”, „będzie w porządku”. Si to taki enigmatyczny synonim spoko.

kk – skrót od „ok, ok”, tak jakby to był zwrot, który jeszcze trzeba zdrabniać, czytany jako „kej, kej”. Tłumacząc na polski to mniej więcej tyle co „dobra, dobra”. Teoretycznie kk został stworzone do komunikacji pisanej, ale równie często, tak jak w przypadku lol, omg, czy z/w, można go usłyszeć.

nudle / send noodles / wyślij nudlesy – to trzy najpopularniejsze odmiany tego samego grepsu odnoszącego się do sextingu – wymiany treści i obrazów związanych z seksem. „Nude” to z angielskiego „nagi”, „noodle” to makaron, w związku z tym, że oba słowa brzmią podobnie, w ramach żartu i spolszczania powstała ich kombinacja brzmiąca nudle/nudlesy. Czym jest owe połączenie? Określeniem nagich zdjęć, które ludzie przesyłają sobie przez sieć. W tym, niestety, bardzo często nastolatkowie, dla których nierzadko się to kończy prawdziwymi życiowymi dramatami.

sztos! – jeśli coś jest sztosowe, to znaczy, że jest dobre, jeśli jakiś utwór muzyczny to sztos, to po staropolsku byłby szlagierem/przebojem/hitem, jeśli Ty jesteś sztosem, to najprawdopodobniej Twoja stylówka jest zacna, figura pierwszoklasowa i w ogóle ogień jak się na Ciebie patrzy. W sensie, to komplement.

triggered / dać się striggerować – w ojczyźnie Szekspira trigger to spust w pistolecie, więc przekładając to dosłownie „dać się striggerować”, to „dać sobie nacisnąć spust”. Wyjaśniając to mniej łopatologicznie, można to przetłumaczyć jako dać się sprowokować lub też nakręcić negatywnie.Triggerowanie najczęściej pojawia się w sytuacjach kiedy jedna osoba, świadomie i celowo, depcze wartości, przekonania bądź idola drugiej osoby, w efekcie czego ta nie wytrzymuje i uzewnętrznia swoją złość. Najprościej mówiąc, jeśli troll skutecznie Cię strollował, to jesteś striggerowany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Horia Varlan
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pionierka

    Szipuje się, jak na przykład komuś zaczyna wreszcie coś wychodzić z jego kraszem. #byćmacochągimnazjalistki

  • Uczę się języka na nowo, czyli jestem na poziomie mojej ośmiomiesięcznej córki. Dzięki!

  • Brakuje dabowania! Szczególnie w połączeniu z bottle flip challenge, czyli nic mnie tak nie wkurza jak rzucanie butelką w podłogę i durny gest, jak upadnie prawidłowo… Cienie i cienie pracy w szkole :>

    • W sensie dzieciaki dabują na lekcjach? :D

      • Częściej na przerwach i w świetlicy, ale na lekcji czasem się im wypsnie. Trochę czasu zajęło im wytłumaczenie mi o co cho :D Ale bycie nauczycielem to trochę takie forever young.

        • Pionierka

          Taaa, i jeszcze w domu. Wrrrrr, nienawidzę.

      • Pionierka

        Dabuje się zawsze jak się zrobi skilla :)

  • Kuba

    „nudle / send noodles / wyślij nudlesy” – Nikt nie mówi „send noodles” czy „wyślij nudlesy”. Prędzej „wyślij nudeski” „wyślij nudle”.
    „jest si / będzie si” – Serio ktoś tak jeszcze mówi?
    „xD” – to to samo co „:DDD”. To co opisałeś to „XD”. Jest jeszcze „Xd” i „xd”.
    „sztos!” – Tak też już mało kto mówi.
    Brakuje mi tutaj słów takich jak „loszka/locha”, „miut/smrut”, „idk”, „krasz/kraszować”, „cb/sb/tb”, czy też celowego popełniania błędów ortograficznych.
    Tekst fajny, ale mogłeś bardziej się postarać, bo póki co to wygląda jak słownik slangu z gazety Fakt…
    http://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/oejktkpTURBXy9mZmZjODU4NDk5MGQ3MDhlNzU1MWQ2YjM2ZGY3NWQ0MS5wbmeRkwLNAyYA
    Pozdrawia rocznik ’02 :)

  • A ja mimo wszystko, też używam tych emotikonek i w sumie nie uważam tego za typową gimbaze ROFL xD

  • Olku

    kk – to język graczy. kk=ok i jest zwykłym skrótem, ułatwiającym grę w rozgrywkach typu MMORPG

  • Евгений Дикс

    będzie si – będzie sir?

  • „Shipować”, mam wrażenie, to slang związany z serialami – tam się tego określenia używa zupełnie powszechnie. Widuję je od dawna już np. na Filmwebie w kontekście własnie parowania bohaterów :D Sztos to w ogóle okrutnie stare słowo, tylko faktycznie nie wiem, kiedy przyjęło takie znaczenie, ciekawe. Trzeba zapytać cinkciarzy :D

    Ale ogólnie to tak, potwierdza się, że jestem starym człowiekiem :D

  • A propos „jest si” to znana mi etymologia jest taka.
    W dialogach często pada:
    – jest ok?
    – si (jako „tak” z hiszpańskiego choć po włosku identycznie)

    więc jak będzie si, to będzie ok.

    A propos hiszpańskiego, w slangu jest jeszcze ‚ay caramba!’

    • To brzmi sensownie, dzięki za komentarz!

    • a czy to ostatnie nie wzięło się z Simpsonów po prostu? :D

  • love_krove

    Ponad polowy slow nie znam! Poczulam sie staro majac jedynie 22 lata :(

    • Cześć

      Spoko, urodziłem się w 2001 i też większości nie znam

  • Kura3kilo

    si si, z j. wł tak tak…
    ewentualnie od ks. Sisi – jbc b. cesarzowa Austrii i królowa Węgier ;)
    innych rozkmin na ten temat brak :P

  • Jestem stara. Nie ma lekko, lepiej już nie będzie xD

  • Serio, ktoś nie zna „xD”? xD

    • Spytaj rodziców albo kogoś kto nie ma bloga :)

  • Marta Markocka

    Jeszcze jest „dawać komuś sagę” albo „sagować” czyli ignorować, nie odpisywać czy nie odpowiadać

  • Nie wiem czemu, ale byłem przekonany, że linia „jak jest si to jest git” pojawiła się w którymś ze Slangów Pezeta, ale teraz przesłuchałem i w ogóle nie ma, a jedyne miejsce, jakie wskazuje Google, to numer KOŃ Małych Miast, co strasznie dziwne się wydaje, bo nigdy nie słyszałem ani tego kawałka, ani o tym kawałku.
    A si to chyba po prostu z włoskiego „tak”, kiedyś (lata osiemdziesiąte, Bahdaj i te sprawy) takie sformułowania jak „si” czy „ciao” były megapopularne :)

    • Toś

      Ha wiem! Nie Pezet a Peja! Tak mi się kojarzy, chyba z piosenki „ona i on”

    • Michał, wszystko się zgadza, tyle, że jest w drugiej części „Slangu” :)

      https://www.youtube.com/watch?v=u1rb29AazhA

      • Ha, i już wiem, czemu znaleźć nie mogłem; brzmi to trochę inaczej niż mi się wbiło w pamięć :D
        „Jak coś jest dobre to jest si, jak coś jest w miarę to jest w kit” :D

  • Nie wiem, o co chodzi, ale przeczytałam „wiertarki w basenie”.

    • Bo to nie chodzi, tylko pływa, HEHE.

  • Konrad

    Shipować ma jeszcze kilka znaczeń. Ship to potocznie określenie ceny za wysyłkę ubrań itp. A w żargonie pokerowym oznacza wrzucenie wszystkich swoich żetonów do puli.

  • Grechuta

    Skrrrt! <3

  • guwniak

    Jak dropik to tylko SUPREME

    • Tylko Stussy!

      • guwniak

        w STUSSY TYLKO DZBANY CHODZĄ (i d o r o ś l i)

        • W Supreme gwiazdy TVNu, już z dwojga złego wolę być dorosłym.

    • Ach, supreme…

  • Około 2000 roku też „było si” ;) Ależ dawno tego nie słyszałam. Ale tak samo teraz jak i wtedy nie mam pojęcia, dlaczego si to si.

    • Szperając na grupach dla nastolatków pojawiła się teza, że to z hiszpańskiego, ale ręki nie dam sobie uciąć :)

      • S.

        Tylko, że w hiszpańskim „si” oznacza „tak” lub „jeżeli / jeśli”. Więc to nietrafione tłumaczenie. „Będzie tak”, „będzie jeżeli”. Ale to nie pierwszy i ostatni suchar, który się pojawił nie wiadomo skąd.

  • Jako przedstawiciel gimbazy nie znałam większości… Ale dopowiem, że jeśli ktoś napisze „iks de” to znaczy że powiedziane wcześniej słowa to beznadziejny pomysł etc, ewentualnie początek ciśnięcia beki

    • Tak jest, bo oczywiście 90% użyć emotikony xD jest „ironiczne”.

  • zpopk

    Określenie shipować podchodzi z języka fandomu i szacuje się że wyszło do użycia z okazji Archium X. Więc na długo przed tym jak rocznik 89 miał coś do powiedzenia

  • Tomek Gawron

    Jeszcze tylko uwzględnij słowo „cringe” i będzie komplet :)

Zrobiłem sobie test na HIV. Jak to wygląda i dlaczego warto?

Skip to entry content

wpis jest elementem kampanii społecznej #mamczasrozmawiac

Mam to niewątpliwe szczęście, że seks w moim domu nigdy nie był tematem tabu i żeby dowiedzieć się skąd się biorą dzieci, nie musiałem czekać do lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w międzyczasie polując z lornetką na bociany. Zresztą, nikt mi nie opowiadał takich głupot i jedząc gołąbki nie miewałem napadów paniki, że coś twardego między liśćmi kapusty, to nie ziarnko piasku, tylko jednak noworodek.

Zawsze mogłem porozmawiać o tym z mamą, a w zasadzie to ona rozmawiała o tym ze mną.

To od niej dostałem pierwszego „Playboya”, żeby z kobiecego ciała nie robić jakiejś tajemnicy poliszynela. Od niej też usłyszałem, że kiedy dojdę do etapu, w którym będę chciał z kimś pójść do łóżka, to powinienem mieć prezerwatywę. I ta rozmowa miała miejsce długo zanim przeżyłem swój pierwszy raz, a nie tak jak w wielu przypadkach, rok albo dwa lata po. Albo wcale. Podobnie było z tłumaczeniem, że kondomy zabezpieczają nie tylko przed staniem się rodzicem, w momencie kiedy zupełnie nie jest się na to gotowym, ale również przed chorobami.

Na przykład przed HIV.

Czym jest HIV, czym nie jest i co o nim wiemy?

HIV to ludzki wirus upośledzenia odporności. Innymi słowy: skomplikowane cząsteczki organiczne, które mogą spowodować, że Twój organizm będzie miał odporność na tak niskim poziomie, że zapalenie płuc może Cię zabić.

Czy HIV można się zakazić przez pocałunek albo dotyk? Nie. HIV można się zakazić tylko trzema drogami: przez krew (w sensie kontakt z krwią osoby zakażonej), przez seks (także oralny) lub przez poród (od matki).

Czy HIV można się zakazić korzystając z tych samych sztućców? Nie.

A z tego samego prysznica? Też nie.

A z tego samego basenu? Również nie.

A od ukąszenia komara? Także nie. Jak podają badania z 1989, nie ma możliwości, żeby owady przenosiły HIV.

Czym HIV różni się od AIDS?  HIV to wirus, natomiast AIDS to choroba, którą ten wirus wywołuje. Możesz być zakażony HIV nawet przez kilkanaście lat i o tym nie wiedzieć, bo sam wirus nie daje żadnych odczuwalnych oznak. Dopiero, gdy przechodzi w AIDS, daje o sobie znać, bo wtedy złapanie zwykłego przeziębienia staje się walką o życie.

Czy z HIV da się żyć? Jak najbardziej i dodatni wynik na teście wcale nie jest wyrokiem. Przy poziomie dzisiejszej medycyny, dzięki lekarstwom, z HIV da się funkcjonować zawodowo, społecznie, a także związkowo.

Czy jeśli uprawiam seks z jednym i tym samym facetem, i jest on moim pierwszym, to nie ma szans, żebym miała HIV? Dopóki się nie zbadasz, nigdy nie możesz być pewna, bo po pierwsze: mogłaś się zakazić w inny sposób, niż przez seks, po drugie: skąd wiesz, że on nie jest zakażony?

Czy problem HIV dotyczy tylko narkomanów? Nie. Wśród osób zarejestrowanych w 2016 roku, tylko 3% z nich zakaziło się wirusem przy okazji wstrzykiwania narkotyków. Co ciekawe, największą grupą wiekową, której dotyczy zakażenie, nie są – jak mogłoby się wydawać – szalone, nieodpowiedzialne małolaty, tylko ludzie między 30 a 39 rokiem życia. Dorośli.

Czy jeśli używam prezerwatyw, to nie muszę zwracać uwagi na to z kim sypiam i nic mi się nie stanie? Byłoby pięknie, ale nie jest tak do końca. Cytując WHO:

Używanie prezerwatyw chroni przed 80% do 95% zakażeń wirusem HIV, które pojawiłyby się, gdyby prezerwatywy nie zostałyby użyte (nie znaczy to, jednak że 5% do 20% użytkowników prezerwatyw zakazi się HIV).

Tak że, jeśli nie kochasz się z osobą, która się zbadała i wyszedł jej ujemny wyniki, to jakieś ryzyko – niewielkie, ale jednak – istnieje zawsze.

Jak wygląda test na HIV?

W każdym województwie w Polsce są miejsca, gdzie możesz zrobić BEZPŁATNIE i ANONIMOWO test na obecność wirusa HIV. Ja swój robiłem w Zakładzie Mikrobiologii na drugim piętrze Szpitala Uniwersyteckiego na ulicy Mikołaja Kopernika 19, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie, to bliższy siebie punkt możesz sprawdzić na mapce.

  • Nie musisz się wcześniej zapisywać, rejestrować, ani w inny sposób planować badania z wyprzedzeniem. Po prostu przychodzisz i stajesz w kolejce.
  • Nie musisz być ubezpieczony, żeby wykonać badanie. Test jest w pełni anonimowy, w związku z czym, nikt nie pobiera od Ciebie żadnych danych.
  • Nie musisz się przejmować tym „co ludzie o Tobie pomyślą”. Na badania do punktów konsultacyjno-diagnostycznych wszyscy przychodzą w tym samym celu, a w kolejce spotkasz zarówno osoby młodsze od Ciebie, starsze, kobiety, mężczyzn oraz pary.
  • Nie musisz się przejmować tym „co lekarz o Tobie pomyśli”. Osoby pracujące w punktach wykonujących anonimowe testy na HIV są specjalistami, którzy chcą pomagać innym. Są bardzo serdeczni i nie ma mowy, abyś odczuł, że w jakiś sposób Cię oceniają.

Zanim zostanie Ci pobrana krew, rozmawia z Tobą konsultant, tłumacząc jak naprawdę działa HIV, ponieważ sporo osób nie ma świadomości tych mechanizmów. A część, googlując objawy swoich problemów zdrowotnych, sama się diagnozuje, wyczytując na forach internetowych, że osłabienie i ból mięśni to na pewno HIV. Najczęściej, na szczęście, to tylko przeziębienie, stres albo grypa.

Po spokojnej rozmowie idziesz na pobranie krwi, podajesz hasło na jakie będą Ci wydane wyniki badań (tak zaskoczyło mnie to pytanie o hasło, że podałem pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: „pizza”) i po tygodniu przychodzisz po ich odbiór.

Gdy masz się dowiedzieć, czy Twój wyniki jest negatywny, czy pozytywny, również nie jesteś pozostawiony sam sobie, tylko – jak na pierwszym etapie – rozmawia z Tobą konsultant. W moim przypadku potwierdziło się, że nie jestem zakażony, w związku z czym, rozmowa ograniczała się do informacji, co zrobić aby tak pozostało. I sugestii, aby ewentualna partnerka – niezależnie czy stała, czy tymczasowa – również się przebadała.

Bo dopóki nie wykonasz testu, nigdy nie możesz być pewien. Dlatego ja zrobiłem swój.

#mamczasrozmawiac

Z każdym rokiem, w dyskusjach publicznych, seks coraz bardziej przestaje być krępującym tematem, jednak wciąż jest wiele rodzin, gdzie stosunek płciowy określa się „robienie tych rzeczy”, „wchodzeniem pod kołderkę”, „ciupkaniem” lub w inny enigmatyczny sposób, a kwestia chorób przenoszonych drogą płciową jest zupełnie pomijana. Wciąż jest wiele osób, które nie wiedzą jak się zabezpieczać, żeby się nie zakazić HIV, bo nie dowiedzieli się tego ani od rodziców, ani od nauczycieli. Bo każdy z nich bał się o tym rozmawiać. Bo nie wiedział jak to zrobić.

Dlatego cieszę się, że powstają takie kampanie jak #mamczasrozmawiac (organizowana przez Krajowe Centrum ds. AIDS), bo oczywiście uświadamiają co, jak, z czym i dlaczego, ale przede wszystkim pokazują, że o seksie można i powinno się rozmawiać. Publicznie, w związku i w rodzinie. I że tych rozmów nie trzeba się bać.

Więcej informacji znajdziesz na http://mamczasrozmawiac.aids.gov.pl

---> SKOMENTUJ

Bijąc żonę nie zapomnij, że dziecku też należy się wpierdol

Skip to entry content

Czesiu

To był rok 1999, życie płynęło wolniej, tablety istniały tylko w serialu z Patrickiem Stewartem, więc czas zabijało się gapiąc w napuchnięty karton ze szklanym przodem, a rodzice byli spokojni o dzieci, gdy mogli zobaczyć co robią wyglądając przez okno, a nie sprawdzając położenie ich komórki na GPSie. Wiosna kwitła w najlepsze, a na zewnątrz było na tyle ciepło, że dzieciaki wracając ze szkoły zostawiały tornister w przedpokoju i od razu biegły na podwórko. Podwórko przed blokiem, które było ich drugim domem. A czasem pierwszym. Wieszały się na trzepaku, grały w puszkę, łapały pszczoły do pudełek po zapałkach, łuskały słonecznik i kopały piłkę. To ostatnie zawsze pod wodzą najstarszego, 16-letniego Czesława.

Czesiu, z racji wieku, był najwyższy i najsilniejszy i, już zupełnie niezależnie od roku urodzenia, najbardziej wulgarny i brutalny. Pawełek, który był najmłodszy na podwórku, nigdy, nawet w programach z czerwonym kółkiem w rogu, oglądanych w tajemnicy przed babcią, nie słyszał tylu wulgaryzmów, co w zwykły dzień z ust Czesia. Czasem słuchał ich nie tylko on, ale i całe osiedle, gdy w trakcie gry w piłkę ktoś kopnął ją nie dość dokładnie lub po prostu inaczej niż  przewidywał to Czesław. A jeśli w dodatku ta osoba była w jego drużynie, i stała na bramce, i dopuściła się przewinienia najgorszego z możliwych, nikogo z dwóch bloków wyznaczających nieformalne granice boiska nie omijała informacja, że bramkarz jest jebaną ciotą i musiał się zamienić z własnym chujem na głowy, że dał sobie puścić taką szmatę między nogami. To znaczy, strzelić gola. Ta kwiecista uwaga niosła się od parteru, aż po anteny na dachu, wpadając przez uchylone od ciepła okna do mieszkań w obu blokach, ale nikt nie reagował. Bo po co.

Czesiu, żeby podkreślić, jak bardzo jest niezadowolony z tego, że ktoś grając razem z nim ośmielił się podać piłkę inaczej niż mu się podobało, do nazywania tej osoby niedojebanym kałmukiem dokładał wzmocnienie fizyczne. A to kogoś popchnął tak, że odbił się od słupka, a to innym razem kopnął go w żebra, albo po prostu mocniej zamachnął się trafiając w jego głowę. Z racji tego, że Paweł nie zapowiadał się na przyszłego Roberta Lewandowskiego, a może po prostu nie służyło mu przebywanie w atmosferze terroru psychicznego, często zdarzało mi się ułożyć nogę nie po myśli Czesia. W związku z czym, często ta zamachnięta ręka trafiała w jego głowę.

W pewnym momencie nastąpił delikatny zwrot akcji. Pawełek głęboko przekonany o tym, że jego głowa, mimo podobnego kształtu, jednak nie jest gruszką bokserską, stwierdził, że nie będzie dalej pozwalał się traktować w ten sposób. I przestał spędzać czas z „kolegami” z podwórka.  Zamiast tego mocniej zacieśniając więzi z kolegami z klasy.

Czy to koniec historii, którą można skwitować „i żyli długo i szczęśliwie?”. Niestety nie. Wręcz przeciwnie. Czesław się wkurwił. Wkurwił się bardzo. Z całych sił. Bo jak można się nie wkurwić, gdy ktoś nie chce, żebyś się nad nim znęcał fizycznie i nie dajcie Ci okazji do nazywania go jebaną pizdą? Pół biedy, gdyby Pawełek po prostu nie wychodził z domu, ale on nie dość, że odebrał Czesiowi możliwość do wykonywania jego poleceń i wyżywania się na nim, to znalazł sobie inne towarzystwo. Odrzucił go. Jego, najstarszego i najsilniejszego ze stada! Ta zniewaga nie mogła przejść bez reakcji. Paweł musiał ponieść konsekwencje. I to dotkliwe, żeby ani on, ani żaden inny dzieciak z podwórka nie miał wątpliwości, że zrobił źle.

Czesiu wraz ze swoją prawą ręką, bezwzględnie mu posłusznym Piotrkiem, zaczaił się na Pawła i gdy ten wracał do domu, wbiegł za nim do klatki. I zaczęło się. Pomagier zastawił mu schody prowadzące do mieszkania, główny oprawca drzwi pozwalające wydostać się z budynku. Przerażenie ścisnęło go za gardło, zanim zdążył to zrobić któryś z nich, bo wiedział, że jest w potrzasku, w pułapce bez drogi ucieczki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał mu, żeby odepchnął pomagiera i próbował jakimś cudem dobiec do domu na drugim piętrze, ale żaden cud się nie zdarzył. Piotrek, lat 15, wykręcił mu ręce i zaczął go podduszać, a Czesław, lat 16, bił pięściami po twarzy. Nie trwało to długo, bo już przy trzecim uderzeniu, Paweł, lat 11, osunął się na ziemię powoli tracąc przytomność, jednak to nie powstrzymało oprawcy przed dokończeniem wymierzenia mu zasłużonej kary. Gdy winowajca leżał na zimnej betonowej posadzce, Czesław postanowił zakończyć przedstawienie z przytupem, stając mu butami na głowie. I mimo, że Paweł wydał z siebie krzyk o wiele decybeli głośniejszy, niż kurwy rzucane w jego stronę na boisku, krzyk, który odbijał się echem po wszystkich piętrach w klatce, przeszywając na przestrzał jej mury, to nikt nie wyszedł z mieszkania sprawdzić co się stało. Nikt nie zareagował.

Bo po co.

Wiele lat i kilometrów później, gdy Paweł ani posturą, ani fryzurą nie przypominał już małego chłopca, któremu psychopata z bloku naprzeciwko złamał szczękę, przeczytał w sieci na jakimś prawicowym portalu, że bicie dzieci przez rodziców jest dobrą metodą wychowawczą, bo uczy ich dyscypliny. On sam, niezależnie czy dostał złą ocenę, czy ubrudził nowe spodnie trawą, czy strzaskał epokowy porcelanowy talerz, nie był uderzony przez swoją mamę nigdy. Próbował odszukać w pamięci moment, gdy choćby dostał od niej klapsa w pupę, ale nie był w stanie przywołać takich wspomnień. Za to dość wyraźnie przypomnieli mu się jego koledzy z dzieciństwa. Zwłaszcza jeden. Czesław.

Bywały dni w miesiącu, kiedy Czesiu panicznie bał się wracać do domu i siedział przy trzepaku tak długo, aż nie zapadł kompletny mrok, a temperatura nie zmuszała, żeby wejść do jakiegoś pomieszczenia i się ogrzać. Czasami te dni pokrywały się ze szkolną wywiadówką, czasami z kłótnią rodziców, a czasami z przegraniem w pokera przez jego ojca. Gdy na ruletce wpierdolu metalowa kulka przeznaczenia zatrzymywała się na polu ze skórzanym pasem albo kablem od żelazka, Czesiu był bity. Był bity tak mocno, że przez kolejny tydzień musiał ćwiczyć w długich dresach na wuefie mimo lata. Albo nie przychodzić na ten wuef w ogóle.

Będąc dzieckiem Paweł nie widział tej korelacji, ale dzisiaj, kilkanaście lat później, była dla niego wyraźna jak fioletowy siniak, kształtem przypominający metalową klamrę, na bladej skórze. Czesiu był sadystą, dzięki swojemu tatusiowi, który traktując go jak drewnianą belę do ociosania na rzeźbę, tego sadystę z niego zrobił.

Nienormalnych ludzi tworzą nienormalni rodzice

Mam tę przypadłość, że potrafię nawiązywać kontakt z osobami z bardzo różnych środowisk. Będąc nastolatkiem miałem zarówno znajomych wśród punków, hip-hopowców, metali i dresów, mimo, że każda z tych subkultur była rozłączna i jako grupa zbiorów nie miała części wspólnej. Obecnie również znam i ludzi z marginesu i ze świata elit, i etatowców i przedsiębiorców, i rodzinnych domatorów i rzucanych z miejsca w miejsce singli, i dobrych ludzi do rany przyłóż i turbo pojebów. Choć do tych ostatnich trzeba zastosować czas przeszły albo „znam” wziąć w cudzysłów. Nie mniej, każda z tych osób jest tym kim jest w bardzo dużej mierze przez swoich rodziców i przez to jak zostali wychowani.

Osoby mające własne firmy najczęściej nauczyły się przedsiębiorczości w domu, bo ich mama albo tata też prowadzili działalność gospodarczą i myślenie o byciu swoim własnym szefem było dla nich oczywiste. Podobnie z typami rozwiązującymi konflikty za pomocą pięści, uznającymi krzyk za jedyną formę dialogu i traktującymi alkohol jako katalizator problemów. Oni też działają i postrzegają świat w ten sposób, bo całe życie widzieli to u swoich starych, przez co to dla nich naturalne. Na poziomie odruchów mają zakodowane, że tak ma być i żeby to zmienić muszą sobie najpierw w ogóle uświadomić, że coś jest nie tak. Zainicjować proces myślowy, który zakończy się wnioskiem, że rozładowywanie napięcia przez przemoc fizyczną może nie do końca jest spoko.

Jednak to dopiero początek. Żeby wyjść ze schematu potrzeba dużo siły i dużo pracy. Bardzo dużo.

Oczywiście to nie jest tak, że jeśli mieliśmy patologicznych rodziców to jesteśmy usprawiedliwieni, i możemy rozbijać po pijaku ludziom butelki na głowach. I też nie jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje i jeśli tata ciągle zdradzał mamę i był w domu gościem, to będąc kobietą zawsze będziemy wybierać sobie takich samych partnerów, bo tylko taki wzorzec relacji znamy. Nie. Jesteśmy kowalami własnego losu, autonomicznie podejmującymi decyzje, nie mniej pewien mechanizm istnieje. I działa. Więc dużo prościej byłoby go nie uruchamiać, niż chodzić latami na psychoterapię, żeby nad nim zapanować.

Radny PiS znęcał się nad żoną, bo prawdopodobnie wcześniej to nad nim się znęcano

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą Rafała Piaseckiego i jego żony, która ujawniła wstrząsające nagranie. Ten epitet nie pada przypadkowo, bo to jak polityk, mąż, katolik, ale przede wszystkim człowiek, odnosi się do drugiego człowieka, naprawdę powoduje wstrząs, obrzydzenie, złość i żal. I masę współczucia dla Karoliny Piaseckiej. Jego żony do której przez godzinę w kółko zwraca się słowami typu „wypierdalaj”, „zajebię cię”, „jesteś szmatą”, „wyjebię cię w ryj”, czy „ty chuju jebany jesteś tępym i męczącym chujem i frajerem, nienawidzę cię ty debilu skończony”.

Nie zamierzam komentować tego nagrania, bo nie byłem w stanie przesłuchać go do końca. To jest sadyzm w czystej postaci. Ohydny, bestialski sadyzm. Nie wiem kim trzeba być, żeby tak wysterylizować się z empatii i czerpać chorą przyjemność z pastwienia się nad cierpieniem drugiej osoby. To znaczy, przepraszam, wiem. Trzeba być ofiarą równie sadystycznego maltretowania w przeszłości.

Nie znam osobiście tego człowieka, nie znam jego drzewa genealogicznego, nigdy nie byłem w jego domu i nie wiem, czy woli placki ziemniaczane z solą, czy z cukrem, ale wiem jedno: ktoś się nad nim znęcał w dzieciństwie. I piekło, które zgotował swojej żonie, było piekłem do którego zesłał go ktoś z dorosłych, gdy był małym chłopcem. Być może to on był traktowany jak ściera, którą ściąga się gnój z podłogi, być może jego mama była tak traktowana przez jego tatę, a być może jedno i drugie.

Jedno jest pewne, dorosłe bestie nie biorą się z powietrza. Rosną z małych dzieci, które ktoś wychowuje w bestialski sposób.

To co Piasecki zrobił żonie jest straszne. Po prostu straszne. Ale jeszcze straszniejsze jest, że jeśli to samo zrobił swojemu synowi, to osób, które przez to ucierpią może być dużo więcej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Peter Reed
---> SKOMENTUJ

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ