Close
Close

„Czy tylko świry chodzą na terapię?”, czyli kiedy wybrać się do psychologa

Skip to entry content

Co byś zrobił, gdyby puściła Ci uszczelka w kranie i zacząłby cieknąć? Mogę się mylić, ale podejrzewam, że kupiłbyś nową i założył w miejsce starej. Ewentualnie olał sprawę dopóki wodomierz nie zacząłby reagować na to cieknięcie. A co zrobiłbyś, gdyby wywaliło Ci rurę od ciepłej wody w kuchni tworząc w niej fontannę, a w reszcie Twojego mieszkania powstałby mini aquapark planujący ekspansję do mieszkań sąsiadów? Założę się o zwrot podatku, że ani nie olałbyś tematu, ani nie stosowałbyś chałupniczych sposobów owijając rurociąg taśmą klejącą, tylko natychmiast zadzwonił po pogotowie hydrauliczne, mam rację? Nie pytałbyś przypadkowych osób na ulicy co zrobić, ani nie liczył, że kłopot może jakoś sam się rozwiąże, tylko natychmiast skontaktował się z fachowcem, zgadza się?

Tak samo powinieneś zrobić, gdy masz problem ze sobą. Zgłosić się do specjalisty, żeby dostać rzeczywistą pomoc, a nie szukać na chybił trafił wątpliwej jakości porad w internecie.

Bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii

Kontakt z czytelnikami i wchodzenie z nimi w interakcje jest dla mnie bardzo istotny, bo, po pierwsze, to czy ktoś reaguje na moje teksty jest miarą skuteczności tego co robię, po drugie, to pośrednio dzięki nim blog może rosnąć i lecieć w świat przez podawanie wpisów dalej. Jednak zacieranie dystansu między mną, a odbiorcami, zwłaszcza gdy jest ich wielu, ma również skutki uboczne. Jednym z najpoważniejszych jest pokładanie we mnie nierealnych oczekiwań. Na przykład związanych z rozwiązywaniem cudzych problemów.

Kiedyś dostawałem tyle listów od czytelników z dylematami sercowo-motywacyjno, że powołałem dedykowany temu cykl na blogu „Pogotowie Życiowe”. Starałem się w nim patrzeć na podesłany przez daną osobę problem z dystansu, podając swoje przemyślenia i zdroworozsądkową możliwość wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji, zaznaczając jednak, że to tylko moje spojrzenie na tę sprawę, a nie jedyna właściwa droga. Starałem się uczulać, że ani nie mam wykształcenia, ani przeszkolenia psychologicznego, więc ta osoba moich opinii nie powinna traktować jako rad gotowych od zaraz do wprowadzenia w życie, jednak mimo to, po każdym odcinku „Pogotowia Życiowego”, kolejnych listów przybywało. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mogę wyrządzić tym ludziom nieumyślnie krzywdę, zamiast pomóc i zamknąłem cykl.

Napływ próśb od czytelników o zajęcie się ich sytuacją wyhamował, jednak nie na zawsze. Opisy obszernych problemów, i to dużo poważniejszych niż wcześniej, zaczęły przychodzić na moją skrzynkę, gdy z Asią Pachlą ruszyłem z prowadzeniem innego formatu – „Wojna Płci”, w którym dyskutowaliśmy na tematy damsko-męskie. Czytelnicy, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli w mailach dzielić się ze mną poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi, bądź stanami depresyjnymi, licząc na moją pomoc w tym zakresie.

Coś tam przeżyłem, coś tam wiem, ale ja naprawdę nie jestem psychologiem. Na podstawie wiadomości otrzymanej przez internet, jak długa i szczegółowa by ona nie była, nie jestem w stanie powiedzieć Ci co masz zrobić ze swoim życiem. To tak nie działa. Nie znam Cię, nie wiem jakim jesteś człowiekiem, nawet nie wiem jak wyglądasz. Nie jestem w stanie na podstawie wymiany kilku maili sprawić, że przestaniesz nawiązywać toksyczne relacje, zaczniesz być zauważana i doceniana w pracy, albo odważysz się porozmawiać z rodzicami o tym, że nienawidzisz studiów, na które kazali Ci iść wbrew Tobie.

(…) Od jakiegoś czasu (nie wiem, może paru miesięcy) nie radzę sobie kompletnie ze swoimi emocjami. Wcześniej parę lat trenowałam karate i treningi, które odbywały się cztery razy w tygodniu, pozwalały pozbyć się stresu i oczyszczały umysł ze wszystkich niepotrzebnych, negatywnych myśli. Przestałam trenować, bo się popsuło zdrowie.

(…) Od niedawna stosuję drastyczne metody radzenia sobie. Świadoma swoich masochistycznych zapędów sięgnęłam po żyletkę. Zadawanie sobie bólu fizycznego faktycznie pomaga, ale na krótko. To nie jest żadne rozwiązanie, doskonale wiem.

Przeczytałeś właśnie fragment listu, który dostałem od jednego z czytelników z prośbą o pomoc. To bardzo nobilitujące, że ktoś ma mnie za autorytet nie tylko w kwestii mojej profesji, ale ogólnożyciowy, tylko, że to wciąż nie czyni ze mnie psychoterapeuty. Cały czas jestem przypadkowym kolesiem z internetu, który Cię nie zna i którego szczerze mówiąc Ty też nie znasz, mimo, że tak Ci się wydaje i który ma tyle samo kompetencji pozwalających rozwiązywać Twoje problemy, co kierowca autobusu, którym jeździsz na uczelnię. Wiem, że przez to, że jakiś czas regularnie mnie czytasz, masz wrażenie jakbyśmy byli kumplami z jednej ławki, ale to tylko wrażenie. A w zasadzie złudzenie. To co tu widzisz, to tylko wycinek tego kim jestem, jakaś część mnie, którą akurat chcę pokazać. Cała reszta jest poza kadrem i nie jestem przekonany, czy by Ci się spodobała.

I to tyczy się nie tylko mnie, ale wszystkich blogerów, youtuberów, czy innych ludzi, którzy stali się popularni w internecie.

Powtórzę to jeszcze raz, nie dość, że tak naprawdę jesteśmy dla Ciebie obcymi ludźmi, to 99% z nas nie ma wykształcenia psychologicznego, ani przeszkolenia terapeutycznego. A właśnie takie kwalifikacje MUSI mieć człowiek, który miałby rozwiązywać emocjonalne problemy innych. Dzielenie się z nami prywatnymi historiami naprawdę nam schlebia i utwierdza w przekonaniu, że mamy wpływ na ludzi, ale my nie jesteśmy od tego.

Niestety cały czas w naszym społeczeństwie swoje żniwo zbiera przekonanie, że jeśli ktoś idzie do psychologa, czy psychiatry, to jest świrem, którego najlepiej wsadzić  kaftan i zamknąć. To kłamstwo. Tak jak mamy lekarzy od serca, skóry, kręgosłupa, czy układu płciowego, tak mamy osobę zawodowo zajmującą się duszą i nie jest żadną ujmą na honorze zadbanie o siebie i skorzystanie z jego pomocy. To normalne i właściwe.

Kiedy warto skorzystać z terapii?

Psychoterapia nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób posuwających się do samookaleczenia, czy stosujących agresję wobec samych siebie w inny sposób. Nie ma w ogóle czegoś takiego jak „typ” ludzi, dla których ten rodzaj pomocy jest zarezerwowany, tak jak nie ma określonej grupy dla której zarezerwowany jest internista. Z tego typu wsparcia może i powinien!, skorzystać każdy kto tylko ma potrzebę. Ze względu jednak na demonizowanie tematu, potrzeba ta może być zupełnie nieuświadomiona. W jakich przypadkach więc warto wybrać się do psychologa?

Kiedy masz problemy z samooceną i poczuciem własnej wartości – wydaje Ci się, że jesteś gorszy od innych? Że nigdy nie będziesz miał kochającej Cię partnerki, bo na to nie zasługujesz? Że szacunek jest zarezerwowany dla innych, ale nie dla Ciebie? Że nie masz absolutnie nic interesującego do powiedzenia, dlatego nigdy nie odzywasz się w grupie? To wszystko, to tematy do przepracowania na sesjach.

Kiedy czujesz się zagubiony – i nie wiesz co dalej zrobić ze swoim życiem, związkiem, dzieckiem albo karierą. Kiedy codzienność Cię przerasta, a próby pomocy ze strony bliskich Ci osób są nieskuteczne. Lub w ogóle ich nie ma.

Kiedy nie potrafisz być asertywny w pracy – dajesz się wykorzystywać przełożonym, nie potrafisz odmówić bezpłatnych nadgodzin, notorycznie wykonujesz zadania, które wykraczają poza zakres Twoich obowiązków, nie potrafisz zawalczyć o zasłużoną podwyżkę. Kiedy ktoś przekracza Twoją granicę, a Ty milczysz.

Kiedy cierpisz po stracie bliskiej osoby – i nie chcesz albo nie wiesz jak pogodzić się z tym, że nie ma jej już w Twoim życiu, a rozmyślanie o niej negatywnie wpływa na Twoje samopoczucie.

Kiedy masz powtarzające się kłopoty w relacjach damsko-męskich – jeśli ciągle trafiasz na beznadziejnych facetów, to nie przypadek. Jeśli kobiety za każdym razem zostawiają Cię z tego samego powodu, to też nie zbieg okoliczności. Jeśli kolejna próba wyjścia z toksycznego związku zakończyła się fiaskiem, znów jesteś w relacji, która bardziej Ci szkodzi niż pomaga, to też nie zrządzenie losu. To problem do rozwiązania. Przez fachowca.

Kiedy nie czujesz satysfakcji z życia – mimo, że teoretycznie wszystko jest w porządku – masz pracę, rodzinę i własny dom – to wcale nie jesteś szczęśliwy i głęboko pod skórą wiesz, że czegoś Ci brakuje, ale nie umiesz stwierdzić czego.

Z pomocy warto skorzystać z każdym problemem, z którym sobie nie radzisz

Zwłaszcza, gdy trwa to dłuższy czas. Rok, półtora, dwa, a już na pewno trzy.

Kiedy psuje Ci się samochód idziesz do mechanika, tak? Kiedy stłuczesz szybkę w telefonie oddajesz go do serwisu zajmującego się komórkami, zgadza się? A gdy masz problemy z sercem zgłaszasz się do kardiologa, mam rację? Podobnie jest ze słabnącym wzrokiem – kiedy ostrość widzenia pogarsza się, nie pytasz przypadkowo spotkanych ludzi na bazarze, co powinieneś zrobić, żeby było lepiej, tylko umawiasz się na wizytę u optyka?

I ta sama prawidłowość działa w stosunku do problemów z sobą. Wtedy również należy skorzystać z porady specjalisty – psychologa, a nie przechodnia – blogera. Bo bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii, a skorzystanie z niej, to żaden wstyd. Właśnie po to są lekarze od duszy, aby leczyć duszę, a to, że ktoś potrzebuje ich usług, nie jest niczym wstydliwym. Już większym powodem do wstydu jest nieznajomość odmiany słowa cudzysłów w miejscowniku.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thomas Hawk
(niżej jest kolejny tekst)

17
Dodaj komentarz

avatar
12 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
16 Comment authors
Agnieszkaprz_ASchadonistkaJan Favre Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adam Jarosz
Gość
Adam Jarosz

Z jednym, małym zastrzeżeniem: psycholog nie leczy duszy, tylko funkcję mózgu. Od duszy są inni specjaliści.

Wojciech
Gość
Wojciech

Gdy ok. pół roku temu opuścił mnie mój przyjaciel sen i znikąd było widać pomocy, psychiatra wraz z psychologiem niezmiernie mi pomogły. Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie obie Panie ;)

A swoją drogą myślę, że jedna wizyta u psychologa byłaby wskazana w pewnym wieku, ot tak, profilaktycznie.

Jan Favre
Gość

Dokładnie, tak jak są badania okresowe ciała, tak powinny być badania okresowe umysłu.

magdagab
Gość
magdagab

Przypomniałeś mi jak sama kiedyś w komentarzu chciałam poradzić się blogerki, która studiowała kierunek, na który ja też planowałam aplikować. Pytałam, czy lepiej wybrać studia zaoczne i dodatkowo się doszkalać we własnym zakresie, czy iść na dzienne. Z perspektywy czasu wiem, że sama najlepiej powinnam wiedzieć, co dla mnie dobre, a nie radzić się obcej osoby. Pani blogerka oczywiście nie odpisała, a ja w złości za to, że ma tę tajemną wiedzę, a nie chce się podzielić, przestałam obserwować jej bloga (wiem, geniusz zła :D). Teraz studiuję dziennie i jestem bardzo zadowolona, zarówno ze studiów, jak i z mojej decyzji.

Anna Czarnecka
Gość
Anna Czarnecka

Ciekawe, czy ludzie, którzy mówią „w cudzysłowiu”, mówią też „w rowiu”…
P.S. Jeśli postawiłam za dużo przecinków to excuse-moi. Trzy lata na studiach technicznych odbijają się na interpunkcji i ortografii.

AS
Gość
AS

Lekarze od duszy, piszesz? ;>
Najlepszym lekarzem dusz jest Jezus i On wszystkie te problemy ma moc rozwiązać w mgnieniu oka ;). Sprawdzone – polecam.
A jeżeli ktoś powie, że to kwestia wiary – to ja odpowiem, że w psychologię też trzeba uwierzyć…

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Podsumowując, jeśli ktoś mocno wierzy, że coś mu pomaga, to prawdopodobnie pomaga, ale czy to faktycznie Jezus czy tylko twój mózg chce, żebyś tak myślał? Różnica między Jezusem i psychologią jest taka, że psychologia uczy cię mechanizmów radzenia sobie ze sobą samemu a nie „leczy” cię. Zastanowiłabym się czy wspomniany Jezus to nie jest inne określenie właśnie na taką naukę…

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

Co to znaczy „xD”? – słownik gimbazy

Skip to entry content
autorem zdjęcia w nagłówku jest Horia Varlan

Mimo, że staram się być na bieżąco z rozwojem języka, slangiem, powiedzonkami i szeroko rozumianą kulturą internetu, to zdarza mi się zbłądzić i wpaść na jakąś dyskusję w odmętach internetu, której zupełnie nie rozumiem. Bo pojawiają się tam zwroty, akronimy i emotikony, które mówią mi tyle, co główny bohater „Hardcore Henry” przez cały film. W sensie nic i muszę wtedy googlować ciągi znaków, które dla osób młodszych ode mnie o dekadę są oczywiste i naturalne. Jeśli też chcesz zrozumieć o czym rozmawia Twój młodszy brat/syn/przyszły zięć to zapraszam do najpopularniejszych zwrotów charakterystycznych dla osób urodzony po roku 2000. Czyli do słownika gimbazy.

xD – jeśli masz w znajomych ludzi urodzonych po 2000 roku, to nie ma opcji, żebyś przynajmniej raz dziennie nie widział tych dwóch znaków na swojej tablicy. Co to znaczy xD? Zacznijmy od tego, że to nie słowo, a emotikona, czyli znak graficzny mający oddać mimikę autora w danym momencie. Jak przy  wszystkich emotach, tak i przy tej, żeby ją zrozumieć należy przekręcić ekran o 90 stopni w prawo. Wtedy, jeśli wytężymy wyobraźnię, zobaczymy buźkę z tak zaciśniętymi powiekami, że oczodoły tworzą „x” i szerokim, pełnym uśmiechem, ukazującym wszystkie zęby, układającym się w „D”. Innymi słowy, xD wyraża śmiech do rozpuku, jakby to powiedziała moja świętej pamięci babcia.

nwm / nvm – nwm to nie wiem, nvm to nevermind, mimo to dzieciaki często używają tych akronimów wymiennie, stwierdzając, że różnica jednej litery, to żadna różnica.

drop – drop ma wiele znaczeń i może być różnie rozumiany. Wśród słuchaczy muzyki elektronicznej oznacza przejście w aranżacji, gdzie po spokojnej fazie budującej napięcie, pojawia się moment kulminacyjny z łupanką i wiertarkami w basie. W środowiskach dyskotekotwo-klubowych najczęściej to slangowe określenie tabletki extasy, natomiast wśród nastolatków drop oznacza dostawę ubrań w sklepie internetowym. Na wzór „dropów” w grach MMORPG, czyli spadających paczek z bronią, wyposażeniem i gadżetami.

lel – mutacja lol – „laughing out loud” – angielskiego skrótu wyrażającego „śmianie się na głos”. Lel wzięło się najprawdopodobniej stąd, że młode pokolenie też chciało wyrażać rozbawienie w języku internetu, odgradzając się jednocześnie wyraźną granicą od emerytów używając lol. W sensie, mojego pokolenia.

shipować – jedno z dziwniejszy sformułowań, z którymi zdarzyło mi się zetknąć brnąc przez odmęty sieci. „Shipować” jest pochodną od angielskiego „relationship” i znaczy tyle co „wspierać czyjąś relację”. Podejrzewam, że zrozumiałeś z tego tyle, co Janusz Korwin-Mikke z artykułu 33 konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, więc już tłumaczę na przykładzie. Jeśli na domówce zapoznałeś swojego przyjaciel z koleżanką z Twojego działu i po imprezie zaczęli się spotykać, a Ty uważasz, że to dobrze, to możesz powiedzieć, że ich shipujesz. Byle nie nagłos, bo będziesz musiał się tłumaczyć skąd znasz słowa, którymi posługują się dzieci ich znajomych.

skrrrt – słyszeliście kiedy jaki dźwięk wydają opony driftującego samochodu? Nie? Spoko, ja też i podejrzewam, że 99% osób używający tej onomatopei również.Skrrrt rzucasz wtedy, gdy coś jest równie efektowne, pełne przepuchy i nastawione na lanserkę, co auto jadące bokiem po asfalcie.

jest si / będzie si – nie mam pojęcia z jakiego dialektu kalką jest „si” i przyznaję bez bicia, że nie znam etymologii tego powiedzenia. Wiem za to, że coś „będzie si”, to „będzie załatwione”, „będzie dobrze”, „będzie w porządku”. Si to taki enigmatyczny synonim spoko.

kk – skrót od „ok, ok”, tak jakby to był zwrot, który jeszcze trzeba zdrabniać, czytany jako „kej, kej”. Tłumacząc na polski to mniej więcej tyle co „dobra, dobra”. Teoretycznie kk został stworzone do komunikacji pisanej, ale równie często, tak jak w przypadku lol, omg, czy z/w, można go usłyszeć.

nudle / send noodles / wyślij nudlesy – to trzy najpopularniejsze odmiany tego samego grepsu odnoszącego się do sextingu – wymiany treści i obrazów związanych z seksem. „Nude” to z angielskiego „nagi”, „noodle” to makaron, w związku z tym, że oba słowa brzmią podobnie, w ramach żartu i spolszczania powstała ich kombinacja brzmiąca nudle/nudlesy. Czym jest owe połączenie? Określeniem nagich zdjęć, które ludzie przesyłają sobie przez sieć. W tym, niestety, bardzo często nastolatkowie, dla których nierzadko się to kończy prawdziwymi życiowymi dramatami.

sztos! – jeśli coś jest sztosowe, to znaczy, że jest dobre, jeśli jakiś utwór muzyczny to sztos, to po staropolsku byłby szlagierem/przebojem/hitem, jeśli Ty jesteś sztosem, to najprawdopodobniej Twoja stylówka jest zacna, figura pierwszoklasowa i w ogóle ogień jak się na Ciebie patrzy. W sensie, to komplement.

triggered / dać się striggerować – w ojczyźnie Szekspira trigger to spust w pistolecie, więc przekładając to dosłownie „dać się striggerować”, to „dać sobie nacisnąć spust”. Wyjaśniając to mniej łopatologicznie, można to przetłumaczyć jako dać się sprowokować lub też nakręcić negatywnie.Triggerowanie najczęściej pojawia się w sytuacjach kiedy jedna osoba, świadomie i celowo, depcze wartości, przekonania bądź idola drugiej osoby, w efekcie czego ta nie wytrzymuje i uzewnętrznia swoją złość. Najprościej mówiąc, jeśli troll skutecznie Cię strollował, to jesteś striggerowany.

Jeśli chcesz poznać inne zwroty z młodzieżowego slangu, którymi posługują się dzisiejsze nastolatki, przeczytaj  „Słownik gimbazy”.

Przy okazji, napisałem najlepszą powieść młodzieżową 2017 roku, opowiadającą o tym, co się dzieje, gdy nasze największe marzenie się spełnia, a my zaczynamy żałować, że w ogóle o nim pomyśleliśmy. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!