Close
Close

Dlaczego rozmowa się nie klei? (i jak wlać w nią Super Glue?)

Skip to entry content

Znasz to uczucie, gdy rozmowa się nie klei? Wiesz, podbiłeś do niej na parkiecie, leciało obłędne muzułmańskie disco, wziąłeś ją w obroty, jej spódnica prawie dostała pozwolenie na start od wieży lotów i tak kwadrans, drugi, trzeci, aż w końcu didżej Piździwąs puścił Gosię Andrzejewicz i poszliście do baru, żeby jakoś to przeczekać. I stoicie przy tym barze i pytasz, czego się napije, bo dostałeś właśnie zwrot podatku, to lecisz na bogato, a ona, że w sumie to soczek, a Ty, żeby nie świrowała zakonnicy i że w ogóle to tu mają obłędnego drinka z wódki z wódką, a ona, że tyle co wszyła esperal, to Ty, że w sumie soki też są spoko, i dostajecie te 2 pełne szklanki, i patrzycie na siebie, i zapada cisza, i rozmowa się nie klei.

Znasz to? Nie? Ja też nie, ale mam kolegę, co ma kumpla, co zna kogoś, kto tak miał. I mam też 378 koleżanek, które poszły z nowo poznanym facetem na randkę i musiały ewakuować się pod pretekstem czajnika na gazie, bo tematy wyczerpały się w połowie pierwszego piwa.

Ten wpis to zbiór najczęstszych przyczyn stojących za tym, że rozmowa się nie klei w trakcie spotkania damsko-męskiego, ale można go czytać również w oderwaniu od tego kontekstu. Bo problemy z nawiązywaniem relacji są bardzo podobne, niezależnie, czy z drugą osobą chcesz skończyć w łóżku, czy tylko w znajomych na Facebooku.

Nie słuchasz aktywnie, nie nawiązujesz do jej wypowiedzi

 

Rozmowa z drugim człowiekiem to taka forma gry w pingo-ponga tylko trudniej wbić sobie róg stołu w brzuch, gdy próbujesz odbić piłeczkę. Jeśli nie śledzisz tego co dzieje się po drugiej stronie, nie zauważysz kiedy piłeczka będzie na Twojej połowie, skąd przyleciała, ani jak ułożyć się, żeby ją odbić.

Jeśli Twoja współrandkowiczka opowiada o tym, że spóźniła się, bo nie mogła złapać taksy, to idealny pretekst, żeby powiedzieć jej o Uberze. Albo rowerze. A jeśli ma Ubera, to żeby rozpocząć rozmowę o aplikacjach mobilnych, Netlixie, serialach, ulubionych filmach, aktorach, ostatnim rozdaniu Oscarów, Twoim dziadku, który miał na imię Oskar, rodzinnych stronach, różnicach międzyregionalnych i tak od nitki do nitki, aż po 4 godzinach żywiołowej dyskusji dojdziecie do wniosku, do którego oboje mieliście skrytą nadzieję, że dojdziecie: musicie się znowu spotkać.

Wystarczy tylko, żebyś aktywnie słuchał drugiej osoby i nawiązywał do tego co przed chwilą powiedziała. Tylko tyle i aż tyle.

Traktujesz ją jak bóstwo

Dała Ci serduszko na Tinderze, bo wrzuciłeś tam lekko podkręcające rzeczywistość zdjęcia? Wziąłeś od niej numer, gdy była pijana i boisz się, że zaraz przejrzy na oczy i sobie pójdzie? W Twojej 10-stopniowej skali atrakcyjności jest dwunastką, a Ty ledwo szóstką? Wynosisz ją na piedestał, bo czujesz, że jest spoza Twojej ligi? Nawet jeśli tak jest, to najgorsze co możesz zrobić to utwierdzać ją w tym przekonaniu i próbować zdobyć jej zainteresowanie ciągłym schlebianiem. Nawet turbo egocentrycy, gdy idą na randkę nie chcą być traktowani jak celebryci na spotkaniu z fanami, bo nie po to tam poszli.

Jeśli ciągle dajesz do zrozumienia drugiej stronie, że robi Ci łaskę spędzając z Tobą czas i nie masz do zaoferowania nic poza komplementami, to po co ma z Tobą rozmawiać? Klakierów łechtających ego ma na Instagramie. Albo w pracy.

Uważasz, że należy rozmawiać tylko na ważne i konkretne tematy

 

Typu ekonomia, górnictwo i hutnictwo. I w dodatku posługując się tylko i wyłącznie faktami. Wyrażanie opinii i indywidualnych przemyśleń to dla Ciebie bezsensowne dywagacje, a gadanie o takich rzeczach jak nowa obłędna pizzeria na mieście, czy wprowadzenie reakcji „tęczowa flaga” na Facebooku, to w ogóle kompletne marnowanie powietrza. Dlatego praktycznie się nie odzywasz.

Jasne, pieprzenie od rzeczy na dłuższą metę jest irytujące i zbędne, ale pierwsze spotkanie to moment kiedy można pozwolić sobie na chwilę gadki-szmatki. Choćby po to, żeby oswoić się ze swoim towarzystwem. I niekoniecznie od razu trzeba skupiać się na analizie kursu franka szwajcarskiego, odrzucając z miejsca wszystkie błahe tematy.

Odpowiadasz monosylabami

„Tak”, „nie”, „yhy”, „eee”. To lustrzane odbicie pierwszego akapitu. Jeśli „samochody, mecze” to maks co można z Ciebie wydusić pytając jakie są Twoje zainteresowania, to nie dziw się, że rozmowa pełznie kulawo jak DiCaprio w „Zjawie”. To nie jest przesłuchanie i nikt nie będzie wyciągał z Ciebie na siłę historii Twojego życia. Jeśli nie mówisz nic o sobie i po każdym jednym pytaniu, druga strona musisz drążyć, żebyś łaskawie rozwinął temat, to taką sytuację nazywamy psychoterapią i za to się płaci.

Wydaje Ci się, że nie masz nic sensownego do powiedzenia

I gdy masz się odezwać, obracasz w głowie każde zdanie dziesiątki razy, i z której strony na nie spojrzysz wydaje Ci się, że jest głupie.

Brak pewności siebie, a raczej brak przekonania o własnej wartości to częsty powód krępującej ciszy i notorycznego singielstwa. Pomijając, że nie ma człowieka, który zawsze mówiłby mądre i właściwe rzeczy, 60 minut na godzinę, 365 dni w roku, nawet w niedzielę palmową i miesięcznicę smoleńską, to tu w ogóle nie o to chodzi. Spotykacie się na randce, nie po to, żeby dostać szóstkę z fizyki kwantowej, tylko dobrze bawić i pośmiać. Wyluzować. A przeżywanie każdego zdania jak egzaminu ustnego z polskiego jest dalekie od luzu, śmiechu i dobrej zabawy. Za to bardzo bliskie kołka w gardle, nerwowego zaciskania palców na kuflu i uciekania spojrzeniem.

Nie interesuje Cię jaką jest osobą, tylko jak ją zaciągnąć do łóżka

Jest takie powiedzenie, że jeśli umawiasz się z dziewczyną i zaczynasz się zastanawiać jak wygląda bez majtek, zanim ona to zrobi, to już przegrałeś.

Dziewczyny, a zwłaszcza ładne, mają gówno-radar i wyczuwają farmazon jeszcze zanim zdążysz cokolwiek powiedzieć. Przeciętna 25-latka słyszała więcej razy, że ma ładne oczy, niż Twoja głowa, że od jutra nie pijesz. Jeśli nie interesuje Cię jej osobowość, nie chcesz jej poznać, masz w dupie gdzie pracuje i czy woli Pepsi, czy Colę, a rozmowę prowadzisz z nią tylko dlatego, żeby po ustawowym kwadransie móc zaproponować pójście do Ciebie, to raz, że ona się zorientuje zanim zdążysz to zrobić, a dwa, że nic z tego nie będzie.

Ona jest nudna

 

Oczywiście nawet jeśli jesteś asem interakcji międzyludzkich i używasz całej palety technik oratorskich, to i tak może zdarzyć się, że rozmowa się nie klei, bo trafiłeś na beton zbrojony. W takiej sytuacji możesz albo użyć wyjścia bezpieczeństwa albo zawczasu przewidzieć taką sytuację i umówić się w miejscu, które samo z siebie jest interesujące i prowokuje rozmowę.

 

Jesteście w nudnym miejscu i robicie nudne rzeczy

Jeśli próbujesz do niej zagadać w trakcie rorat w kościele albo na pierwszą randkę zabrałeś ją do pubu, w którym była na stu innych randkach, to nie dziw się, że dialog Wam się układa jak domino na ruchomych piaskach. Większość facetów myśli, że najlepszym pomysłem na poznanie drugiej osoby jest skazanie się na siedzenie naprzeciwko siebie przez dwie godziny. Najlepiej jeszcze w restauracji, w której jest tak sztywno, że kelnerzy są bardziej odstawieni niż on na studniówce, ludzie przy stolikach obok jedzą w milczeniu, a atmosfera przypomina thriller psychologiczny. Tak, brzmi jak zabawa, co nie?

Dużo lepszym pomysłem na pierwsze spotkanie jest wybranie jakieś aktywnej formy spędzania czasu, a przynajmniej interaktywnej. W sensie, że to co robicie będzie wymuszać kontakt między Wami, przez co nie będzie obawy, że rozmowa się nie klei, bo sama sytuacja będzie Was sklejać. Gokarty, czy ścianka wspinaczkowa brzmi za mocno? To może wystawa/galeria sztuki/wernisaż? Albo chociaż spacer po parku? A jak już koniecznie knajpa to taka z planszówkami albo konsolami? Takie sytuacje/czynności/otoczenie same prowokują rozmowę i nie musisz rozglądać się za kioskiem z Super Glue.

Polecam, beta tester klejów do tapet.

 

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Sara

    Zapraszam na naszego bloga , dopiero zaczynamy ale na pewno wam się spodoba wpadnij i zostań na dłużej https://lifestyle-places.blogspot.com/

  • Bardzo dobrze opisane początki damsko-męskich relacji. ;) Naprawdę fajnie się czytało i rzeczywiście jest tak, jak piszesz: czasem wystarczy nawiązać nić porozumienia w jednym czy drugim temacie, a potem rozmowa toczy się sama, bo okazuje się, że można o czymś gadać cały wieczór. ;)

  • W punkt ta notka. :)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

„Czy tylko świry chodzą na terapię?”, czyli kiedy wybrać się do psychologa

Skip to entry content

Co byś zrobił, gdyby puściła Ci uszczelka w kranie i zacząłby cieknąć? Mogę się mylić, ale podejrzewam, że kupiłbyś nową i założył w miejsce starej. Ewentualnie olał sprawę dopóki wodomierz nie zacząłby reagować na to cieknięcie. A co zrobiłbyś, gdyby wywaliło Ci rurę od ciepłej wody w kuchni tworząc w niej fontannę, a w reszcie Twojego mieszkania powstałby mini aquapark planujący ekspansję do mieszkań sąsiadów? Założę się o zwrot podatku, że ani nie olałbyś tematu, ani nie stosowałbyś chałupniczych sposobów owijając rurociąg taśmą klejącą, tylko natychmiast zadzwonił po pogotowie hydrauliczne, mam rację? Nie pytałbyś przypadkowych osób na ulicy co zrobić, ani nie liczył, że kłopot może jakoś sam się rozwiąże, tylko natychmiast skontaktował się z fachowcem, zgadza się?

Tak samo powinieneś zrobić, gdy masz problem ze sobą. Zgłosić się do specjalisty, żeby dostać rzeczywistą pomoc, a nie szukać na chybił trafił wątpliwej jakości porad w internecie.

Bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii

Kontakt z czytelnikami i wchodzenie z nimi w interakcje jest dla mnie bardzo istotny, bo, po pierwsze, to czy ktoś reaguje na moje teksty jest miarą skuteczności tego co robię, po drugie, to pośrednio dzięki nim blog może rosnąć i lecieć w świat przez podawanie wpisów dalej. Jednak zacieranie dystansu między mną, a odbiorcami, zwłaszcza gdy jest ich wielu, ma również skutki uboczne. Jednym z najpoważniejszych jest pokładanie we mnie nierealnych oczekiwań. Na przykład związanych z rozwiązywaniem cudzych problemów.

Kiedyś dostawałem tyle listów od czytelników z dylematami sercowo-motywacyjno, że powołałem dedykowany temu cykl na blogu „Pogotowie Życiowe”. Starałem się w nim patrzeć na podesłany przez daną osobę problem z dystansu, podając swoje przemyślenia i zdroworozsądkową możliwość wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji, zaznaczając jednak, że to tylko moje spojrzenie na tę sprawę, a nie jedyna właściwa droga. Starałem się uczulać, że ani nie mam wykształcenia, ani przeszkolenia psychologicznego, więc ta osoba moich opinii nie powinna traktować jako rad gotowych od zaraz do wprowadzenia w życie, jednak mimo to, po każdym odcinku „Pogotowia Życiowego”, kolejnych listów przybywało. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mogę wyrządzić tym ludziom nieumyślnie krzywdę, zamiast pomóc i zamknąłem cykl.

Napływ próśb od czytelników o zajęcie się ich sytuacją wyhamował, jednak nie na zawsze. Opisy obszernych problemów, i to dużo poważniejszych niż wcześniej, zaczęły przychodzić na moją skrzynkę, gdy z Asią Pachlą ruszyłem z prowadzeniem innego formatu – „Wojna Płci”, w którym dyskutowaliśmy na tematy damsko-męskie. Czytelnicy, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli w mailach dzielić się ze mną poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi, bądź stanami depresyjnymi, licząc na moją pomoc w tym zakresie.

Coś tam przeżyłem, coś tam wiem, ale ja naprawdę nie jestem psychologiem. Na podstawie wiadomości otrzymanej przez internet, jak długa i szczegółowa by ona nie była, nie jestem w stanie powiedzieć Ci co masz zrobić ze swoim życiem. To tak nie działa. Nie znam Cię, nie wiem jakim jesteś człowiekiem, nawet nie wiem jak wyglądasz. Nie jestem w stanie na podstawie wymiany kilku maili sprawić, że przestaniesz nawiązywać toksyczne relacje, zaczniesz być zauważana i doceniana w pracy, albo odważysz się porozmawiać z rodzicami o tym, że nienawidzisz studiów, na które kazali Ci iść wbrew Tobie.

(…) Od jakiegoś czasu (nie wiem, może paru miesięcy) nie radzę sobie kompletnie ze swoimi emocjami. Wcześniej parę lat trenowałam karate i treningi, które odbywały się cztery razy w tygodniu, pozwalały pozbyć się stresu i oczyszczały umysł ze wszystkich niepotrzebnych, negatywnych myśli. Przestałam trenować, bo się popsuło zdrowie.

(…) Od niedawna stosuję drastyczne metody radzenia sobie. Świadoma swoich masochistycznych zapędów sięgnęłam po żyletkę. Zadawanie sobie bólu fizycznego faktycznie pomaga, ale na krótko. To nie jest żadne rozwiązanie, doskonale wiem.

Przeczytałeś właśnie fragment listu, który dostałem od jednego z czytelników z prośbą o pomoc. To bardzo nobilitujące, że ktoś ma mnie za autorytet nie tylko w kwestii mojej profesji, ale ogólnożyciowy, tylko, że to wciąż nie czyni ze mnie psychoterapeuty. Cały czas jestem przypadkowym kolesiem z internetu, który Cię nie zna i którego szczerze mówiąc Ty też nie znasz, mimo, że tak Ci się wydaje i który ma tyle samo kompetencji pozwalających rozwiązywać Twoje problemy, co kierowca autobusu, którym jeździsz na uczelnię. Wiem, że przez to, że jakiś czas regularnie mnie czytasz, masz wrażenie jakbyśmy byli kumplami z jednej ławki, ale to tylko wrażenie. A w zasadzie złudzenie. To co tu widzisz, to tylko wycinek tego kim jestem, jakaś część mnie, którą akurat chcę pokazać. Cała reszta jest poza kadrem i nie jestem przekonany, czy by Ci się spodobała.

I to tyczy się nie tylko mnie, ale wszystkich blogerów, youtuberów, czy innych ludzi, którzy stali się popularni w internecie.

Powtórzę to jeszcze raz, nie dość, że tak naprawdę jesteśmy dla Ciebie obcymi ludźmi, to 99% z nas nie ma wykształcenia psychologicznego, ani przeszkolenia terapeutycznego. A właśnie takie kwalifikacje MUSI mieć człowiek, który miałby rozwiązywać emocjonalne problemy innych. Dzielenie się z nami prywatnymi historiami naprawdę nam schlebia i utwierdza w przekonaniu, że mamy wpływ na ludzi, ale my nie jesteśmy od tego.

Niestety cały czas w naszym społeczeństwie swoje żniwo zbiera przekonanie, że jeśli ktoś idzie do psychologa, czy psychiatry, to jest świrem, którego najlepiej wsadzić  kaftan i zamknąć. To kłamstwo. Tak jak mamy lekarzy od serca, skóry, kręgosłupa, czy układu płciowego, tak mamy osobę zawodowo zajmującą się duszą i nie jest żadną ujmą na honorze zadbanie o siebie i skorzystanie z jego pomocy. To normalne i właściwe.

Kiedy warto skorzystać z terapii?

Psychoterapia nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób posuwających się do samookaleczenia, czy stosujących agresję wobec samych siebie w inny sposób. Nie ma w ogóle czegoś takiego jak „typ” ludzi, dla których ten rodzaj pomocy jest zarezerwowany, tak jak nie ma określonej grupy dla której zarezerwowany jest internista. Z tego typu wsparcia może i powinien!, skorzystać każdy kto tylko ma potrzebę. Ze względu jednak na demonizowanie tematu, potrzeba ta może być zupełnie nieuświadomiona. W jakich przypadkach więc warto wybrać się do psychologa?

Kiedy masz problemy z samooceną i poczuciem własnej wartości – wydaje Ci się, że jesteś gorszy od innych? Że nigdy nie będziesz miał kochającej Cię partnerki, bo na to nie zasługujesz? Że szacunek jest zarezerwowany dla innych, ale nie dla Ciebie? Że nie masz absolutnie nic interesującego do powiedzenia, dlatego nigdy nie odzywasz się w grupie? To wszystko, to tematy do przepracowania na sesjach.

Kiedy czujesz się zagubiony – i nie wiesz co dalej zrobić ze swoim życiem, związkiem, dzieckiem albo karierą. Kiedy codzienność Cię przerasta, a próby pomocy ze strony bliskich Ci osób są nieskuteczne. Lub w ogóle ich nie ma.

Kiedy nie potrafisz być asertywny w pracy – dajesz się wykorzystywać przełożonym, nie potrafisz odmówić bezpłatnych nadgodzin, notorycznie wykonujesz zadania, które wykraczają poza zakres Twoich obowiązków, nie potrafisz zawalczyć o zasłużoną podwyżkę. Kiedy ktoś przekracza Twoją granicę, a Ty milczysz.

Kiedy cierpisz po stracie bliskiej osoby – i nie chcesz albo nie wiesz jak pogodzić się z tym, że nie ma jej już w Twoim życiu, a rozmyślanie o niej negatywnie wpływa na Twoje samopoczucie.

Kiedy masz powtarzające się kłopoty w relacjach damsko-męskich – jeśli ciągle trafiasz na beznadziejnych facetów, to nie przypadek. Jeśli kobiety za każdym razem zostawiają Cię z tego samego powodu, to też nie zbieg okoliczności. Jeśli kolejna próba wyjścia z toksycznego związku zakończyła się fiaskiem, znów jesteś w relacji, która bardziej Ci szkodzi niż pomaga, to też nie zrządzenie losu. To problem do rozwiązania. Przez fachowca.

Kiedy nie czujesz satysfakcji z życia – mimo, że teoretycznie wszystko jest w porządku – masz pracę, rodzinę i własny dom – to wcale nie jesteś szczęśliwy i głęboko pod skórą wiesz, że czegoś Ci brakuje, ale nie umiesz stwierdzić czego.

Z pomocy warto skorzystać z każdym problemem, z którym sobie nie radzisz

Zwłaszcza, gdy trwa to dłuższy czas. Rok, półtora, dwa, a już na pewno trzy.

Kiedy psuje Ci się samochód idziesz do mechanika, tak? Kiedy stłuczesz szybkę w telefonie oddajesz go do serwisu zajmującego się komórkami, zgadza się? A gdy masz problemy z sercem zgłaszasz się do kardiologa, mam rację? Podobnie jest ze słabnącym wzrokiem – kiedy ostrość widzenia pogarsza się, nie pytasz przypadkowo spotkanych ludzi na bazarze, co powinieneś zrobić, żeby było lepiej, tylko umawiasz się na wizytę u optyka?

I ta sama prawidłowość działa w stosunku do problemów z sobą. Wtedy również należy skorzystać z porady specjalisty – psychologa, a nie przechodnia – blogera. Bo bloger to nie psycholog, nie zastąpi Ci terapii, a skorzystanie z niej, to żaden wstyd. Właśnie po to są lekarze od duszy, aby leczyć duszę, a to, że ktoś potrzebuje ich usług, nie jest niczym wstydliwym. Już większym powodem do wstydu jest nieznajomość odmiany słowa cudzysłów w miejscowniku.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thomas Hawk

---> SKOMENTUJ

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ