Close
Close

Utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu, to najgłupsze co można zrobić

Skip to entry content

Jak miałem 4 lata nie ogarnąłem, że żeby zejść z karuzeli najpierw wypadałoby ją zatrzymać i na pełnej Hubbie Bubbie przyładowałem kolanem w asfalt. Krew się polała jakbym był na planie horroru gore i z płaczem poleciałem do domu. Mama ranę umyła, odkaziła, ochuchała i ucałowała, żeby nie bolała, a potem przykleiła plaster i powiedziała, żebym w żadnym wypadku nie pchał w nią paluchów, a najlepiej w ogóle jej nie dotykał.

– Czemu, mamo? – zapytałem, bo w wieku 4 lat pytasz o wszystko, niezależnie, czy ma to sens, czy nie.
– Bo jeśli będziesz rozdrapywał ranę, to nigdy się nie zagoi – odpowiedziała mama, wykładając mi najoczywistszą oczywistość.
– Nigdy? – dopytywałem bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby potwierdzenia.
– Nigdy – powtórzyła mama i dodała – a jak będziesz dotykał jej brudnymi rękami, to wda się zakażenie i utną ci nogę.

Rozdrapywanie ran = utrata kończyny. Przyjąłem, zapamiętałem, zrozumiałem.

Mam jednak wrażenie, że niektórzy nigdy nie mieli wypadku na podwórku, bo nie widzą tej zależności. Co ma z tym wspólnego utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu? Już tłumaczę.

Zawsze jedna osoba porzuca, a druga jest porzucona

 

To bardzo poprawne politycznie i wygodne dla własnego ego, aby rozpad związku skwitować słowami „postanowiliśmy się rozstać”, ale najczęściej tylko w dwóch przypadkach pokrywa się z rzeczywistością.

Pierwszy: kiedy to jeszcze tak naprawdę nie jest związek, a początkowe spotykanie się i po kilku randkach obie strony dochodzą do tego, że jedyne co je łączy to telefon.

Drugi: kiedy to jest ultra długi, wieloletni, wypalony związek i partnerzy są już tak zobojętnieni na siebie, że w ogóle nie robi im różnicy, czy są razem, czy osobno.

W pozostałych przypadkach, to zawsze jedna osoba wychodzi z pomysłem rozstania, a druga jedyne co może zrobić to się z tym pogodzić lub nie. I jakoś to sobie wytłumaczyć albo robić dobrą minę do złej gry. Ewentualnie awanturować się, wrzucić do sieci jej nagie fotki, spalić jej samochód albo w inny sposób prześladować, co najczęściej jest zakamuflowaną walki o związek. Dzieje się tak właśnie dlatego, że ktoś podjął decyzję za Ciebie.

Decyzję, która Cię boli.

Utrzymywanie kontaktu z byłą to rozdrapywanie ran

 

Niezależnie kto kogo zostawił, czy Ty ją, czy – jeśli los Cię głaszcze butem – ona Ciebie, podtrzymywanie znajomości po rozstaniu to robienie sobie krzywdy. Pisanie do siebie, dzwonienie, a już w szczególności spotykanie się ze sobą, pod jakimkolwiek pretekstem, to tylko i wyłącznie sypanie soli na wyrwę w ciele, która próbuje się zabliźnić. Czysty masochizm.

Niestety działamy w ten sposób, że gdy kogoś stracimy, wspominamy go głównie przez pryzmat dobrych chwil, zupełnie zapominając o tych złych. Jakby ktoś nas hipnotyzował i wymazywał wspomnienia, w których nie rzygacie na siebie płatkami róż. Dlatego, jeśli to ona cię rzuciła, za każdym razem gdy się spotkacie, będziesz przypominał sobie jak to ultra zajebiście było być razem, trzymać się za ręce i znikać w kadrze idąc w stronę zachodzącego słońca. A potem orientował się, że już nie tak jest i ukrywał łzy, próbując się z tym pogodzić.

I tak w kółko, i w kółko, i w kółko jakbyś miał na drugie Syzyf.

Z kolei, jeśli to Ty dałeś jej wypowiedzenie relacji w trybie natychmiastowym, to pisząc do niej „cześć, co słychać?”, ciągle będziesz miał wyrzuty sumienia i samobiczował się, że to zrobiłeś. A nie powinieneś.

W obu przypadkach: bez sensu.

Przyjaźń z byłą jest jak dobrze płatna praca zaraz po studiach

 

Istnieje głównie w filmach.

W 101 przypadkach na 100, to akcja szpiegowska pod przykryciem i próba reaktywowania związku przez jedną ze stron. Lub misja wywiadowcza mająca na celu wybadanie, czy ta druga strona ma już kogoś nowego.

Stojąc w miejscu nie pójdziesz do przodu

 

A gdy piszesz do niej, dzwonisz, szukasz okazji, żeby się zobaczyć i nie przyjmujesz do wiadomości, że już nie jesteście parą, to tak właśnie się zachowujesz. Jakbyś próbował złapać pociąg, który już dawno odjechał i zamiast pójść dalej albo wsiąść do następnego, liczysz że jeśli wystarczająco długo będziesz stał w miejscu, to ten zawróci.

Nie stanie się tak. Za to możesz być niemal pewien innego scenariusza. Ona wejdzie w nowy związek, a Ty po czasie ockniesz się sfrustrowany. Sfrustrowany tym, ile dni zmarnowałeś wmawiając samemu sobie, że martwego motyla można wskrzesić i zmusić do lotu.

Koniec związku, to nie koniec świata. Nawet przewlekłe zapalenie ucha środkowego, to nie koniec świata (mimo, że boli jak skurwysyn). Jedynie koniec świata, to koniec świata. Podpisano Jano Coelho.

Ze zużytą relacją, zrób to co ze zużytymi butami

 

Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.

Nie ma zupełnie żadnego powodu, abyś uczestniczył w grze pozorów i udawał, że pasuje Ci bycie przyjaciółmi/bliskimi znajomymi. Byliście kimś więcej, byliście kochankami, byliście życiowymi partnerami i przestaliście być. Jedno z Was postanowiło zsiąść z tandemu, na którym jechaliście razem i iść w swoją stronę, masz teraz udawać, że lubisz pedałować w pojedynkę na dwuosobowym rowerze?

Skasuj jej numer, ukryj jej aktywność na Facebooku albo w ogóle usuń, wywal wspólne zdjęcia z Instagrama. Ona to już przeszłość, a życie przeszłością jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Spytaj zarząd Kodaka, który zatykał uszy za każdym razem, gdy ktoś im mówił, że fotografia analogowa to już przeżytek. Im szybciej odetniesz się od tego co było, tym lepiej dla Ciebie. Im szybciej przestaniesz rozdrapywać ranę, tym szybciej się zabliźni. I nie utną Ci nogi.

Martwisz się jak ona zareaguje? Puszczą Białowieską i ginącymi gatunkami zwierząt też się tak przejmujesz? Skup się na sobie i na tym, co sprawia, że Ty się dobrze czujesz. Ona rzucając Cię już to zrobiła.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Maria Smith()

  • damanawsi.pl

    Kolega ma rację. To nie jest zdrowe. Moja dobra przyjaciółka utrzymywała kontakt telefoniczny z byłym wieloletnim partnerem (bo najlepiej im się gadało) wiele lat po zerwaniu. Ale robiła to cichaczem bo ani jej partner ani jego nowa partnerka tego nie akceptowali. I po co? Żeby sobie namieszać w podświadomości. Tak czy owak trzeba się pogodzić ze strata i iść w swoją stroną. Myślę, że jeśli ja utrzymywałabym kontakt z byłym (bo lepiej mi się z nim rozmawiało niż z mężem) to destrukcyjnie wpływałoby to na mój obecny związek tak czy inaczej. Bo nie potrzebowałabym już rozmawiać z mężem, żalić mu się , etc.. tę lukę wypełniłby eks, ale czy to o to chodzi?

  • Gdybym kilka lat temu posłuchał Twoich rad… ominęłaby mnie wspaniała przyjaźń. Zaś zdanie „Ze zużytą relacją, zrób to co ze zużytymi butami. Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.” jest co najmniej niesmaczne. Nawet jeżeli rozstanie ma oznaczać definitywne zakończenie znajomości, to nie wolno drugiego człowieka traktować jak śmiecia. Niezależnie od tego kto zawinił.

  • To ja chyba jestem 102. przypadek na te 100, a udawało mi się to więcej niż raz ;)

  • Rakshata

    „Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.” – Oby tylko tej części nikt sobie nie wziął za bardzo do serca :)

  • pani Mondro

    no cholera racja, a ja się dziwiłam czemu moi byli nie chcą się później spotykać :/

  • Dorota Prószyńska

    Doszłam do takiego wniosku dawno temu, kiedy to mój Były nr 1 niby rozstał się ze mną pokojowo (wydawało mi się, że obydwoje wiemy, że ten związek nie ma sensu), a potem wieszał na mnie psy, bo związałam się z kimś innym. Ale to był chory przypadek.
    Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś chce „przyjaźnić się’ z byłym, to proszę bardzo. Nie znam natomiast ani jednego przypadku, gdzie taka przyjaźń zdałaby egzamin. No ni cholery nie mogę nic takiego znaleźć. ;)

  • J

    Gdy rozstajesz się z kims, z kim masz dziecko, a dziecko w 99.99% zostaję z matką, to chcesz czy nie chcesz, widzicie się co chwilę. Rezygnacja z ojcostwa po rozstaniu nie wchodzi w grę. A odbierając dziecko co weekend, widzisz jej pogardliwa wkurwiona minę…

    • Jasne, rozumiem to jak najbardziej, przy czym w tej sytuacji utrzymujesz kontakt z byłą partnerką niejako z musu, ze względu na wspólne dziecko, a nie dlatego, że tak dobrze Wam było w swoim towarzystwie, że aż się rozwiedliście.

  • Nie mogę się zgodzić. Przynajmniej nie całkiem. Mam przyjaciela, z którym przyjaźniłam się na długo przed tym jak parę lat byliśmy razem. A potem go zostawiłam. Zajęło nam jakiś rok ograniczonego kontaktu, żeby potem znów wrócić do przyjaźni. A więc tak: czas na wyleczenie ran jest potrzebny, ale to nie znaczy że do końca życia trzeba mieć śmiertelny uraz do karuzeli.

    • Kocur

      a biedak nadal ma nadzieję, że wróci do Ciebie.. :( soo sad..

  • magdagab

    Idealnie się wstrzeliłeś z publikacją tego tekstu. Ja przeżywam właśnie pierwsze rozstanie i na pewno będę wracać do tego wpisu, żeby mi głupoty do głowy nie przychodziły.

    • Grechuta

      Ja nie pierwsze, ale jest podobnie ;)

  • Kiedyś się łudziłam i myślałam „No ja nie dam rady? Przecież BYLIŚMY przyjaciółmi”. Ten czas przeszły jest tu kluczowy, bo byliśmy przyjaciółmi i byliśmy też parą. Nie da się zrobić kroku w tył, wrócić do przyjaźni, nie poprosisz konduktora żeby wrócił się na poprzednią stację, bo jednak jazda dalej była błędem. I to ja byłam osobą zostawiającą, w zasadzie to zawsze. Byliśmy razem na piwie, ale jak zobaczyłam że krzywdzimy tym siebie nawzajem to przystopowałam, on z resztą też. Każde z nas udawało że przyjaźń też jest fajna, ale wciąż w głowie kłębiły się te dobre chwile. Było trochę niezręcznie, on wyglądał na pokrzywdzonego a ja na sukę. Teraz ograniczamy się do życzeń na urodziny, zdawkowego „co tam” na ulicy i lajka pod zdjęciem na facebooku. Tyle. Nie ma złości, udawania że się nie znamy, ale nie ma też fałszywej przyjaźni. Nie będę już się rozwodzić dlaczego taka przyjaźń mogłaby być fałszywa (a wręcz by była) bo to chyba oczywiste. I tyle moim zdaniem po rozstaniu wystarczy.

    • „Nie da się zrobić kroku w tył, wrócić do przyjaźni, nie poprosisz konduktora żeby wrócił się na poprzednią stację, bo jednak jazda dalej była błędem.” – ooo, dokładnie!

  • Anna Kopytko

    Bardzo uogulnione podejście do tak osobliwych relacji. Czasami trochę wody upłynie i były okazuje się ziomkiem, bo związek to przecież często przede wszystkim przyjaźń.

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Skończyłem pisać książkę!

Skip to entry content

Chciałbym napisać tu coś mądrego, ale czuję, że wszystkie mądre słowa i finezyjne zwroty zużyłem pisząc książkę, dlatego krótko: SKOŃCZYŁEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Więcej w poniższym filmie, a jeszcze więcej (między innymi o czym ona będzie i jaki będzie jej tytuł) w specjalnym newsletterze: http://tnij.at/KsiazkaJanka

---> SKOMENTUJ