Close
Close

Utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu, to najgłupsze co można zrobić

Skip to entry content

Jak miałem 4 lata nie ogarnąłem, że żeby zejść z karuzeli najpierw wypadałoby ją zatrzymać i na pełnej Hubbie Bubbie przyładowałem kolanem w asfalt. Krew się polała jakbym był na planie horroru gore i z płaczem poleciałem do domu. Mama ranę umyła, odkaziła, ochuchała i ucałowała, żeby nie bolała, a potem przykleiła plaster i powiedziała, żebym w żadnym wypadku nie pchał w nią paluchów, a najlepiej w ogóle jej nie dotykał.

– Czemu, mamo? – zapytałem, bo w wieku 4 lat pytasz o wszystko, niezależnie, czy ma to sens, czy nie.
– Bo jeśli będziesz rozdrapywał ranę, to nigdy się nie zagoi – odpowiedziała mama, wykładając mi najoczywistszą oczywistość.
– Nigdy? – dopytywałem bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby potwierdzenia.
– Nigdy – powtórzyła mama i dodała – a jak będziesz dotykał jej brudnymi rękami, to wda się zakażenie i utną ci nogę.

Rozdrapywanie ran = utrata kończyny. Przyjąłem, zapamiętałem, zrozumiałem.

Mam jednak wrażenie, że niektórzy nigdy nie mieli wypadku na podwórku, bo nie widzą tej zależności. Co ma z tym wspólnego utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu? Już tłumaczę.

Zawsze jedna osoba porzuca, a druga jest porzucona

 

To bardzo poprawne politycznie i wygodne dla własnego ego, aby rozpad związku skwitować słowami „postanowiliśmy się rozstać”, ale najczęściej tylko w dwóch przypadkach pokrywa się z rzeczywistością.

Pierwszy: kiedy to jeszcze tak naprawdę nie jest związek, a początkowe spotykanie się i po kilku randkach obie strony dochodzą do tego, że jedyne co je łączy to telefon.

Drugi: kiedy to jest ultra długi, wieloletni, wypalony związek i partnerzy są już tak zobojętnieni na siebie, że w ogóle nie robi im różnicy, czy są razem, czy osobno.

W pozostałych przypadkach, to zawsze jedna osoba wychodzi z pomysłem rozstania, a druga jedyne co może zrobić to się z tym pogodzić lub nie. I jakoś to sobie wytłumaczyć albo robić dobrą minę do złej gry. Ewentualnie awanturować się, wrzucić do sieci jej nagie fotki, spalić jej samochód albo w inny sposób prześladować, co najczęściej jest zakamuflowaną walki o związek. Dzieje się tak właśnie dlatego, że ktoś podjął decyzję za Ciebie.

Decyzję, która Cię boli.

Utrzymywanie kontaktu z byłą to rozdrapywanie ran

 

Niezależnie kto kogo zostawił, czy Ty ją, czy – jeśli los Cię głaszcze butem – ona Ciebie, podtrzymywanie znajomości po rozstaniu to robienie sobie krzywdy. Pisanie do siebie, dzwonienie, a już w szczególności spotykanie się ze sobą, pod jakimkolwiek pretekstem, to tylko i wyłącznie sypanie soli na wyrwę w ciele, która próbuje się zabliźnić. Czysty masochizm.

Niestety działamy w ten sposób, że gdy kogoś stracimy, wspominamy go głównie przez pryzmat dobrych chwil, zupełnie zapominając o tych złych. Jakby ktoś nas hipnotyzował i wymazywał wspomnienia, w których nie rzygacie na siebie płatkami róż. Dlatego, jeśli to ona cię rzuciła, za każdym razem gdy się spotkacie, będziesz przypominał sobie jak to ultra zajebiście było być razem, trzymać się za ręce i znikać w kadrze idąc w stronę zachodzącego słońca. A potem orientował się, że już nie tak jest i ukrywał łzy, próbując się z tym pogodzić.

I tak w kółko, i w kółko, i w kółko jakbyś miał na drugie Syzyf.

Z kolei, jeśli to Ty dałeś jej wypowiedzenie relacji w trybie natychmiastowym, to pisząc do niej „cześć, co słychać?”, ciągle będziesz miał wyrzuty sumienia i samobiczował się, że to zrobiłeś. A nie powinieneś.

W obu przypadkach: bez sensu.

Przyjaźń z byłą jest jak dobrze płatna praca zaraz po studiach

 

Istnieje głównie w filmach.

W 101 przypadkach na 100, to akcja szpiegowska pod przykryciem i próba reaktywowania związku przez jedną ze stron. Lub misja wywiadowcza mająca na celu wybadanie, czy ta druga strona ma już kogoś nowego.

Stojąc w miejscu nie pójdziesz do przodu

 

A gdy piszesz do niej, dzwonisz, szukasz okazji, żeby się zobaczyć i nie przyjmujesz do wiadomości, że już nie jesteście parą, to tak właśnie się zachowujesz. Jakbyś próbował złapać pociąg, który już dawno odjechał i zamiast pójść dalej albo wsiąść do następnego, liczysz że jeśli wystarczająco długo będziesz stał w miejscu, to ten zawróci.

Nie stanie się tak. Za to możesz być niemal pewien innego scenariusza. Ona wejdzie w nowy związek, a Ty po czasie ockniesz się sfrustrowany. Sfrustrowany tym, ile dni zmarnowałeś wmawiając samemu sobie, że martwego motyla można wskrzesić i zmusić do lotu.

Koniec związku, to nie koniec świata. Nawet przewlekłe zapalenie ucha środkowego, to nie koniec świata (mimo, że boli jak skurwysyn). Jedynie koniec świata, to koniec świata. Podpisano Jano Coelho.

Ze zużytą relacją, zrób to co ze zużytymi butami

 

Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.

Nie ma zupełnie żadnego powodu, abyś uczestniczył w grze pozorów i udawał, że pasuje Ci bycie przyjaciółmi/bliskimi znajomymi. Byliście kimś więcej, byliście kochankami, byliście życiowymi partnerami i przestaliście być. Jedno z Was postanowiło zsiąść z tandemu, na którym jechaliście razem i iść w swoją stronę, masz teraz udawać, że lubisz pedałować w pojedynkę na dwuosobowym rowerze?

Skasuj jej numer, ukryj jej aktywność na Facebooku albo w ogóle usuń, wywal wspólne zdjęcia z Instagrama. Ona to już przeszłość, a życie przeszłością jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Spytaj zarząd Kodaka, który zatykał uszy za każdym razem, gdy ktoś im mówił, że fotografia analogowa to już przeżytek. Im szybciej odetniesz się od tego co było, tym lepiej dla Ciebie. Im szybciej przestaniesz rozdrapywać ranę, tym szybciej się zabliźni. I nie utną Ci nogi.

Martwisz się jak ona zareaguje? Puszczą Białowieską i ginącymi gatunkami zwierząt też się tak przejmujesz? Skup się na sobie i na tym, co sprawia, że Ty się dobrze czujesz. Ona rzucając Cię już to zrobiła.

(niżej jest kolejny tekst)

20
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
16 Comment authors
HaluszkaEdithKocurdamanawsi.plHreindyr Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rakshata
Gość
Rakshata

„Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.” – Oby tylko tej części nikt sobie nie wziął za bardzo do serca :)

Łukasz Ł.
Gość

To ja chyba jestem 102. przypadek na te 100, a udawało mi się to więcej niż raz ;)

damanawsi.pl
Gość
damanawsi.pl

Kolega ma rację. To nie jest zdrowe. Moja dobra przyjaciółka utrzymywała kontakt telefoniczny z byłym wieloletnim partnerem (bo najlepiej im się gadało) wiele lat po zerwaniu. Ale robiła to cichaczem bo ani jej partner ani jego nowa partnerka tego nie akceptowali. I po co? Żeby sobie namieszać w podświadomości. Tak czy owak trzeba się pogodzić ze strata i iść w swoją stroną. Myślę, że jeśli ja utrzymywałabym kontakt z byłym (bo lepiej mi się z nim rozmawiało niż z mężem) to destrukcyjnie wpływałoby to na mój obecny związek tak czy inaczej. Bo nie potrzebowałabym już rozmawiać z mężem, żalić mu… Czytaj więcej »

Anna Kopytko
Gość
Anna Kopytko

Bardzo uogulnione podejście do tak osobliwych relacji. Czasami trochę wody upłynie i były okazuje się ziomkiem, bo związek to przecież często przede wszystkim przyjaźń.

anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Nie mogę się zgodzić. Przynajmniej nie całkiem. Mam przyjaciela, z którym przyjaźniłam się na długo przed tym jak parę lat byliśmy razem. A potem go zostawiłam. Zajęło nam jakiś rok ograniczonego kontaktu, żeby potem znów wrócić do przyjaźni. A więc tak: czas na wyleczenie ran jest potrzebny, ale to nie znaczy że do końca życia trzeba mieć śmiertelny uraz do karuzeli.

Kocur
Gość
Kocur

a biedak nadal ma nadzieję, że wróci do Ciebie.. :( soo sad..

anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Musiałby być ostatecznym przegrywem, żeby przez dekadę ciągle mieć nadzieję… A nie jest.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Skończyłem pisać książkę!

Skip to entry content

Chciałbym napisać tu coś mądrego, ale czuję, że wszystkie mądre słowa i finezyjne zwroty zużyłem pisząc książkę, dlatego krótko: SKOŃCZYŁEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Więcej w poniższym filmie, a jeszcze więcej (między innymi o czym ona będzie i jaki będzie jej tytuł) w specjalnym newsletterze: http://tnij.at/KsiazkaJanka

Jestem z pokolenia, które wychowały matki, bo ojcowie dezerterowali

Skip to entry content

Żyjemy w pięknych czasach. Naprawdę. Wiele osób próbuje nam wmówić, że jest inaczej, z mediami na czele, ale jest świetnie. Możemy lecieć do Egiptu za 2000zł na all inclusive i to bez żebrania o wydanie paszportu na policji, możemy podróżować po Europie w ogóle bez paszportu, możemy kupić sobie świeczki zapachowe o aromacie pizzy i lody o smaku bekonu i możemy wstawić na Facebooka zdjęcie prezydenta podpisane „lubię w brąz”. Jest super.

To piękne czasy z jeszcze jednego powodu, dużo ważniejszego. Żyjemy w dobie, kiedy bycie ojcem zaczyna wiązać się z wychowywaniem dziecka, a nie tylko byciem dawcą spermy. Może to skutek rozwoju nauki i lęk przed tym, że niedługo mężczyzna w ogóle nie będzie potrzebny, żeby zapłodnić kobietę, a może to po prostu wzrost świadomości i poczucia odpowiedzialności za sprowadzanie nowego życia na świat. Nie mniej, widać różnicę. Sporą różnice w stosunku czasów kiedy ja byłem dzieckiem.

Dzisiaj mężczyźni korzystają z urlopów tacierzyńskich po narodzinach, chodzą do Klubów Taty, czytają Blog Ojca i nie dość, że chcą aktywnie uczestniczyć w rozwoju dziecka od samego jego poczęcia, a czasem i przed, to jeszcze edukują się, by robić to jak najlepiej. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend jest widoczny. W latach 90-tych, było zupełnie odwrotnie, ojcowie dezerterowali. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend był widoczny.

Mama – wychowywanie,

tata – nadzorowanie

 

Gdy ja byłem dzieckiem model wychowawczy w typowej polskiej rodzinie, wyglądał jak typowa Polska budowa. 1 osoba pracuje, 4 się patrzą. Tą jedną osobą była mama, która odpowiadała za wszystko: czy mały nie jest głodny, czy mały nie ma pełnej pieluchy, czy mały ma czyste ubranka, czy mały już śpi, czy mały nie narobił bałaganu w salonie. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, karmiła, prała, sprzątała, ubierała, a gdy mały przestawał już być taki mały i zaczynał nabierać kształtów i wzrostu, dochodziły kolejne zadania. Dochodziły mamie, bo to ona przecież była w tej firmie od realizacji.

Czy dzieciak był dzisiaj w szkole? Czy został do niej zaprowadzony i odprowadzony? Czy dostał kanapki? Czy je zjadł? Czy zrobił prace domowe? Czy nauczył się na sprawdzian? Czy zapamiętał wierszyk?

Te pytania, jak tajemniczy klient sprawdzający jakość obsługi w sieciówce, zadawał tata. Ewentualnie życzliwe sąsiadki, ciotki, teściowe i szwagierki, ale przede wszystkim tata, bo to on był od kontroli. Od rozliczania mamy, czy ta sumienie wywiązuje się, ze swoich psich, a w zasadzie to maminych, obowiązków. Jeśli coś było nie tak, jeśli na przykład mama za dużo czasu spędziła na obijaniu się i leżeniu na kanapie po gotowaniu obiadu i przez to zwaliła któryś z pozostałych punktów „do zrobienia”, wtedy tata, jak kierownik na budowie udzielał merytorycznej reprymendy swojej podwładnej: „cały dzień siedzisz w domu, a mały w brudnych gaciach biega?” albo „jak nie zaczniesz go pilnować z lekcjami to wyrośnie na nieuka”.

Z kolei, jeśli wszystkie zadania zostały zrealizowane zgodnie z wytycznymi, nie dostawała żadnej pochwały, bo niby za co? Przecież nie dziękuję się słońcu za to, że świeci. Tak po prostu ma być.

Równie często jednak ojcowie nie porywali się nawet na nadzorowanie, tylko po prostu dezerterowali.

Ucieczka w pracę, ucieczka w alkohol, ucieczka dosłowna

Statystycznie w 2016 było więcej rozwodów, niż w 1995. Tyle, że to suche dane w oderwaniu od kontekstu. Kiedyś ludzie rzadziej rozwodzili się na papierze, oficjalnie, za pośrednictwem urzędu, bo co powiedzą ludzie, bo przysięgali przed bogiem, bo presja społeczna, żeby być razem. Rodziny jednak rozpadały się równie często. On wyjechał za granicę i po roku przestał wracać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Ona uciekła do rodziców, do siostry, bo nie mogła z nim wytrzymać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Oboje zaczęli sypiać w osobnych łóżkach, osobnych pokojach, przestali się odzywać, mówić do siebie „cześć, robię kawę, chcesz też?”, mimo, że oboje byli małżeństwem.

Jeśli jednak do rozwodu dochodziło, to bardzo często ojcowie uznawali „dobra, nic mnie z tą babą już nie łączy, mogę zacząć nowe życie” i oficjalnie umywali ręce. Umywali ręce od „tej baby”, ale i dziecka. Które cały czas było ich. Tyle, że to było dziecko ze „starego życia”, które chcieli zamknąć w piwnicy, uznać, że się nie wydarzyło i zacząć „nowe życie”. Więc zmieniali adres, numer telefonu, a czasem i nazwisko, żeby to „stare życie” już nic nigdy od nich nie chciało.

Miałem kolegę, którego ojciec po rozwodzie stwierdził, że nie tyle już nie musi się nim zajmować, bo zawsze miał w dupie co się z nim dzieje, co wydał okrzyk radości, że już nie musi go utrzymywać. Bo 300zł alimentów to nic w porównaniu z dzieleniem wszystkich wydatków na pół. Wydatków, z którymi od tego momentu matka zostawała sama. Tak jak z chodzeniem na wywiadówki, jeżdżeniem po lekarzach i tłumaczeniem, czemu jako jedyny w klasie rysując rodzinę na plastyce ma na kartce 2 postacie, a wszyscy inni 3.

Miałem kolegę, którego ojciec częściej pytał, czy pójdzie mu flaszkę do sklepu, niż co u niego, jak się czuje, jak poszło dzisiaj w szkole. Momenty, kiedy był trzeźwy był rzadsze niż dni bez deszczu w Anglii, a bywały i takie kiedy w ogóle o nim zapominał, nie poznawał i pytał kim jest. Matka musiała przejmować nie tylko obowiązki wychowawcze, ale w ogóle wszystkie, bo gdyby tego nie zrobiła, nie tylko nie mieliby czegoś jeść, ale i gdzie spać. Więc oprócz bycia supernianią musiała być jeszcze superpracownikiem, tyrającym na 3 etaty, żeby utrzymać dom i dwójkę dzieci. Jedno jej, jedno dorosłe, podrzucone.

Miałem kolegę, którego ojciec nigdy nie pamiętał ile ma lat i w której jest klasie, bo pracował. A jak człowiek pracuje, to nie ma czasu pamiętać o głupotach. Więc zapominał o grze w piłkę, o przytulaniu, o rozmowie. Zapomniał o własnym dziecku.

Miałem kolegów, których ojcowie dezerterowali, więc matki musiały wychowywać ich w pojedynkę.

Supermama, Batmama, Spidermama

 

Gdy postawiłeś ultra równą babkę w cementowym kwadracie, zwanym piaskownicą biegłeś pochwalić się mamie.

Gdy dostałeś jedynkę za nic, za to, że ściągałeś od Grześka, mimo, że to Grzesiek ściągał od Ciebie, biegłeś pożalić się mamie.

Gdy poznałeś nowych kolegów, z którymi założyliście rowerową paczkę, mówiłeś o tym mamie.

Gdy napadli Was kolesie z sąsiedniego osiedla i pozabierali czapki z daszkami z logiem Chicago Bulls, dzieliłeś się tym z mamą.

Gdy potrzebowałeś pieniędzy na pierwszą randkę z pierwszą koleżanką, prosiłeś o nie mamę.

Gdy ta koleżanka po miesiącu chodziła za rękę z Twoim najlepszym kolegą, wypłakiwałeś się mamie.

Gdy myślałeś o najbliższej Ci osobie, myślałeś o mamie.

Przesadzam, uogólniam, stereotypizuję? Możliwe. Możliwe, że to mój subiektywny odbiór lat 90-tych. A możliwe, że tak było wszędzie, że moje pokolenie wychowały matki.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shawn Anderson