Close
Close

Utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu, to najgłupsze co można zrobić

Skip to entry content

Jak miałem 4 lata nie ogarnąłem, że żeby zejść z karuzeli najpierw wypadałoby ją zatrzymać i na pełnej Hubbie Bubbie przyładowałem kolanem w asfalt. Krew się polała jakbym był na planie horroru gore i z płaczem poleciałem do domu. Mama ranę umyła, odkaziła, ochuchała i ucałowała, żeby nie bolała, a potem przykleiła plaster i powiedziała, żebym w żadnym wypadku nie pchał w nią paluchów, a najlepiej w ogóle jej nie dotykał.

– Czemu, mamo? – zapytałem, bo w wieku 4 lat pytasz o wszystko, niezależnie, czy ma to sens, czy nie.
– Bo jeśli będziesz rozdrapywał ranę, to nigdy się nie zagoi – odpowiedziała mama, wykładając mi najoczywistszą oczywistość.
– Nigdy? – dopytywałem bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby potwierdzenia.
– Nigdy – powtórzyła mama i dodała – a jak będziesz dotykał jej brudnymi rękami, to wda się zakażenie i utną ci nogę.

Rozdrapywanie ran = utrata kończyny. Przyjąłem, zapamiętałem, zrozumiałem.

Mam jednak wrażenie, że niektórzy nigdy nie mieli wypadku na podwórku, bo nie widzą tej zależności. Co ma z tym wspólnego utrzymywanie kontaktu z byłą po rozstaniu? Już tłumaczę.

Zawsze jedna osoba porzuca, a druga jest porzucona

 

To bardzo poprawne politycznie i wygodne dla własnego ego, aby rozpad związku skwitować słowami „postanowiliśmy się rozstać”, ale najczęściej tylko w dwóch przypadkach pokrywa się z rzeczywistością.

Pierwszy: kiedy to jeszcze tak naprawdę nie jest związek, a początkowe spotykanie się i po kilku randkach obie strony dochodzą do tego, że jedyne co je łączy to telefon.

Drugi: kiedy to jest ultra długi, wieloletni, wypalony związek i partnerzy są już tak zobojętnieni na siebie, że w ogóle nie robi im różnicy, czy są razem, czy osobno.

W pozostałych przypadkach, to zawsze jedna osoba wychodzi z pomysłem rozstania, a druga jedyne co może zrobić to się z tym pogodzić lub nie. I jakoś to sobie wytłumaczyć albo robić dobrą minę do złej gry. Ewentualnie awanturować się, wrzucić do sieci jej nagie fotki, spalić jej samochód albo w inny sposób prześladować, co najczęściej jest zakamuflowaną walki o związek. Dzieje się tak właśnie dlatego, że ktoś podjął decyzję za Ciebie.

Decyzję, która Cię boli.

Utrzymywanie kontaktu z byłą to rozdrapywanie ran

 

Niezależnie kto kogo zostawił, czy Ty ją, czy – jeśli los Cię głaszcze butem – ona Ciebie, podtrzymywanie znajomości po rozstaniu to robienie sobie krzywdy. Pisanie do siebie, dzwonienie, a już w szczególności spotykanie się ze sobą, pod jakimkolwiek pretekstem, to tylko i wyłącznie sypanie soli na wyrwę w ciele, która próbuje się zabliźnić. Czysty masochizm.

Niestety działamy w ten sposób, że gdy kogoś stracimy, wspominamy go głównie przez pryzmat dobrych chwil, zupełnie zapominając o tych złych. Jakby ktoś nas hipnotyzował i wymazywał wspomnienia, w których nie rzygacie na siebie płatkami róż. Dlatego, jeśli to ona cię rzuciła, za każdym razem gdy się spotkacie, będziesz przypominał sobie jak to ultra zajebiście było być razem, trzymać się za ręce i znikać w kadrze idąc w stronę zachodzącego słońca. A potem orientował się, że już nie tak jest i ukrywał łzy, próbując się z tym pogodzić.

I tak w kółko, i w kółko, i w kółko jakbyś miał na drugie Syzyf.

Z kolei, jeśli to Ty dałeś jej wypowiedzenie relacji w trybie natychmiastowym, to pisząc do niej „cześć, co słychać?”, ciągle będziesz miał wyrzuty sumienia i samobiczował się, że to zrobiłeś. A nie powinieneś.

W obu przypadkach: bez sensu.

Przyjaźń z byłą jest jak dobrze płatna praca zaraz po studiach

 

Istnieje głównie w filmach.

W 101 przypadkach na 100, to akcja szpiegowska pod przykryciem i próba reaktywowania związku przez jedną ze stron. Lub misja wywiadowcza mająca na celu wybadanie, czy ta druga strona ma już kogoś nowego.

Stojąc w miejscu nie pójdziesz do przodu

 

A gdy piszesz do niej, dzwonisz, szukasz okazji, żeby się zobaczyć i nie przyjmujesz do wiadomości, że już nie jesteście parą, to tak właśnie się zachowujesz. Jakbyś próbował złapać pociąg, który już dawno odjechał i zamiast pójść dalej albo wsiąść do następnego, liczysz że jeśli wystarczająco długo będziesz stał w miejscu, to ten zawróci.

Nie stanie się tak. Za to możesz być niemal pewien innego scenariusza. Ona wejdzie w nowy związek, a Ty po czasie ockniesz się sfrustrowany. Sfrustrowany tym, ile dni zmarnowałeś wmawiając samemu sobie, że martwego motyla można wskrzesić i zmusić do lotu.

Koniec związku, to nie koniec świata. Nawet przewlekłe zapalenie ucha środkowego, to nie koniec świata (mimo, że boli jak skurwysyn). Jedynie koniec świata, to koniec świata. Podpisano Jano Coelho.

Ze zużytą relacją, zrób to co ze zużytymi butami

 

Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.

Nie ma zupełnie żadnego powodu, abyś uczestniczył w grze pozorów i udawał, że pasuje Ci bycie przyjaciółmi/bliskimi znajomymi. Byliście kimś więcej, byliście kochankami, byliście życiowymi partnerami i przestaliście być. Jedno z Was postanowiło zsiąść z tandemu, na którym jechaliście razem i iść w swoją stronę, masz teraz udawać, że lubisz pedałować w pojedynkę na dwuosobowym rowerze?

Skasuj jej numer, ukryj jej aktywność na Facebooku albo w ogóle usuń, wywal wspólne zdjęcia z Instagrama. Ona to już przeszłość, a życie przeszłością jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Spytaj zarząd Kodaka, który zatykał uszy za każdym razem, gdy ktoś im mówił, że fotografia analogowa to już przeżytek. Im szybciej odetniesz się od tego co było, tym lepiej dla Ciebie. Im szybciej przestaniesz rozdrapywać ranę, tym szybciej się zabliźni. I nie utną Ci nogi.

Martwisz się jak ona zareaguje? Puszczą Białowieską i ginącymi gatunkami zwierząt też się tak przejmujesz? Skup się na sobie i na tym, co sprawia, że Ty się dobrze czujesz. Ona rzucając Cię już to zrobiła.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • damanawsi.pl

    Kolega ma rację. To nie jest zdrowe. Moja dobra przyjaciółka utrzymywała kontakt telefoniczny z byłym wieloletnim partnerem (bo najlepiej im się gadało) wiele lat po zerwaniu. Ale robiła to cichaczem bo ani jej partner ani jego nowa partnerka tego nie akceptowali. I po co? Żeby sobie namieszać w podświadomości. Tak czy owak trzeba się pogodzić ze strata i iść w swoją stroną. Myślę, że jeśli ja utrzymywałabym kontakt z byłym (bo lepiej mi się z nim rozmawiało niż z mężem) to destrukcyjnie wpływałoby to na mój obecny związek tak czy inaczej. Bo nie potrzebowałabym już rozmawiać z mężem, żalić mu się , etc.. tę lukę wypełniłby eks, ale czy to o to chodzi?

  • Gdybym kilka lat temu posłuchał Twoich rad… ominęłaby mnie wspaniała przyjaźń. Zaś zdanie „Ze zużytą relacją, zrób to co ze zużytymi butami. Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.” jest co najmniej niesmaczne. Nawet jeżeli rozstanie ma oznaczać definitywne zakończenie znajomości, to nie wolno drugiego człowieka traktować jak śmiecia. Niezależnie od tego kto zawinił.

  • To ja chyba jestem 102. przypadek na te 100, a udawało mi się to więcej niż raz ;)

  • Rakshata

    „Pozbądź się jej. Zapakuj w foliowy worek i wrzuć do śmietnika.” – Oby tylko tej części nikt sobie nie wziął za bardzo do serca :)

  • pani Mondro

    no cholera racja, a ja się dziwiłam czemu moi byli nie chcą się później spotykać :/

  • Dorota Prószyńska

    Doszłam do takiego wniosku dawno temu, kiedy to mój Były nr 1 niby rozstał się ze mną pokojowo (wydawało mi się, że obydwoje wiemy, że ten związek nie ma sensu), a potem wieszał na mnie psy, bo związałam się z kimś innym. Ale to był chory przypadek.
    Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś chce „przyjaźnić się’ z byłym, to proszę bardzo. Nie znam natomiast ani jednego przypadku, gdzie taka przyjaźń zdałaby egzamin. No ni cholery nie mogę nic takiego znaleźć. ;)

  • J

    Gdy rozstajesz się z kims, z kim masz dziecko, a dziecko w 99.99% zostaję z matką, to chcesz czy nie chcesz, widzicie się co chwilę. Rezygnacja z ojcostwa po rozstaniu nie wchodzi w grę. A odbierając dziecko co weekend, widzisz jej pogardliwa wkurwiona minę…

    • Jasne, rozumiem to jak najbardziej, przy czym w tej sytuacji utrzymujesz kontakt z byłą partnerką niejako z musu, ze względu na wspólne dziecko, a nie dlatego, że tak dobrze Wam było w swoim towarzystwie, że aż się rozwiedliście.

  • Nie mogę się zgodzić. Przynajmniej nie całkiem. Mam przyjaciela, z którym przyjaźniłam się na długo przed tym jak parę lat byliśmy razem. A potem go zostawiłam. Zajęło nam jakiś rok ograniczonego kontaktu, żeby potem znów wrócić do przyjaźni. A więc tak: czas na wyleczenie ran jest potrzebny, ale to nie znaczy że do końca życia trzeba mieć śmiertelny uraz do karuzeli.

  • magdagab

    Idealnie się wstrzeliłeś z publikacją tego tekstu. Ja przeżywam właśnie pierwsze rozstanie i na pewno będę wracać do tego wpisu, żeby mi głupoty do głowy nie przychodziły.

    • Grechuta

      Ja nie pierwsze, ale jest podobnie ;)

  • Kiedyś się łudziłam i myślałam „No ja nie dam rady? Przecież BYLIŚMY przyjaciółmi”. Ten czas przeszły jest tu kluczowy, bo byliśmy przyjaciółmi i byliśmy też parą. Nie da się zrobić kroku w tył, wrócić do przyjaźni, nie poprosisz konduktora żeby wrócił się na poprzednią stację, bo jednak jazda dalej była błędem. I to ja byłam osobą zostawiającą, w zasadzie to zawsze. Byliśmy razem na piwie, ale jak zobaczyłam że krzywdzimy tym siebie nawzajem to przystopowałam, on z resztą też. Każde z nas udawało że przyjaźń też jest fajna, ale wciąż w głowie kłębiły się te dobre chwile. Było trochę niezręcznie, on wyglądał na pokrzywdzonego a ja na sukę. Teraz ograniczamy się do życzeń na urodziny, zdawkowego „co tam” na ulicy i lajka pod zdjęciem na facebooku. Tyle. Nie ma złości, udawania że się nie znamy, ale nie ma też fałszywej przyjaźni. Nie będę już się rozwodzić dlaczego taka przyjaźń mogłaby być fałszywa (a wręcz by była) bo to chyba oczywiste. I tyle moim zdaniem po rozstaniu wystarczy.

    • „Nie da się zrobić kroku w tył, wrócić do przyjaźni, nie poprosisz konduktora żeby wrócił się na poprzednią stację, bo jednak jazda dalej była błędem.” – ooo, dokładnie!

  • Anna Kopytko

    Bardzo uogulnione podejście do tak osobliwych relacji. Czasami trochę wody upłynie i były okazuje się ziomkiem, bo związek to przecież często przede wszystkim przyjaźń.

Skończyłem pisać książkę!

Skip to entry content

Chciałbym napisać tu coś mądrego, ale czuję, że wszystkie mądre słowa i finezyjne zwroty zużyłem pisząc książkę, dlatego krótko: SKOŃCZYŁEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Więcej w poniższym filmie, a jeszcze więcej (między innymi o czym ona będzie i jaki będzie jej tytuł) w specjalnym newsletterze: http://tnij.at/KsiazkaJanka

---> SKOMENTUJ

Jestem z pokolenia, które wychowały matki, bo ojcowie dezerterowali

Skip to entry content

Żyjemy w pięknych czasach. Naprawdę. Wiele osób próbuje nam wmówić, że jest inaczej, z mediami na czele, ale jest świetnie. Możemy lecieć do Egiptu za 2000zł na all inclusive i to bez żebrania o wydanie paszportu na policji, możemy podróżować po Europie w ogóle bez paszportu, możemy kupić sobie świeczki zapachowe o aromacie pizzy i lody o smaku bekonu i możemy wstawić na Facebooka zdjęcie prezydenta podpisane „lubię w brąz”. Jest super.

To piękne czasy z jeszcze jednego powodu, dużo ważniejszego. Żyjemy w dobie, kiedy bycie ojcem zaczyna wiązać się z wychowywaniem dziecka, a nie tylko byciem dawcą spermy. Może to skutek rozwoju nauki i lęk przed tym, że niedługo mężczyzna w ogóle nie będzie potrzebny, żeby zapłodnić kobietę, a może to po prostu wzrost świadomości i poczucia odpowiedzialności za sprowadzanie nowego życia na świat. Nie mniej, widać różnicę. Sporą różnice w stosunku czasów kiedy ja byłem dzieckiem.

Dzisiaj mężczyźni korzystają z urlopów tacierzyńskich po narodzinach, chodzą do Klubów Taty, czytają Blog Ojca i nie dość, że chcą aktywnie uczestniczyć w rozwoju dziecka od samego jego poczęcia, a czasem i przed, to jeszcze edukują się, by robić to jak najlepiej. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend jest widoczny. W latach 90-tych, było zupełnie odwrotnie, ojcowie dezerterowali. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu. Tak wielu, że trend był widoczny.

Mama – wychowywanie,

tata – nadzorowanie

 

Gdy ja byłem dzieckiem model wychowawczy w typowej polskiej rodzinie, wyglądał jak typowa Polska budowa. 1 osoba pracuje, 4 się patrzą. Tą jedną osobą była mama, która odpowiadała za wszystko: czy mały nie jest głodny, czy mały nie ma pełnej pieluchy, czy mały ma czyste ubranka, czy mały już śpi, czy mały nie narobił bałaganu w salonie. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, karmiła, prała, sprzątała, ubierała, a gdy mały przestawał już być taki mały i zaczynał nabierać kształtów i wzrostu, dochodziły kolejne zadania. Dochodziły mamie, bo to ona przecież była w tej firmie od realizacji.

Czy dzieciak był dzisiaj w szkole? Czy został do niej zaprowadzony i odprowadzony? Czy dostał kanapki? Czy je zjadł? Czy zrobił prace domowe? Czy nauczył się na sprawdzian? Czy zapamiętał wierszyk?

Te pytania, jak tajemniczy klient sprawdzający jakość obsługi w sieciówce, zadawał tata. Ewentualnie życzliwe sąsiadki, ciotki, teściowe i szwagierki, ale przede wszystkim tata, bo to on był od kontroli. Od rozliczania mamy, czy ta sumienie wywiązuje się, ze swoich psich, a w zasadzie to maminych, obowiązków. Jeśli coś było nie tak, jeśli na przykład mama za dużo czasu spędziła na obijaniu się i leżeniu na kanapie po gotowaniu obiadu i przez to zwaliła któryś z pozostałych punktów „do zrobienia”, wtedy tata, jak kierownik na budowie udzielał merytorycznej reprymendy swojej podwładnej: „cały dzień siedzisz w domu, a mały w brudnych gaciach biega?” albo „jak nie zaczniesz go pilnować z lekcjami to wyrośnie na nieuka”.

Z kolei, jeśli wszystkie zadania zostały zrealizowane zgodnie z wytycznymi, nie dostawała żadnej pochwały, bo niby za co? Przecież nie dziękuję się słońcu za to, że świeci. Tak po prostu ma być.

Równie często jednak ojcowie nie porywali się nawet na nadzorowanie, tylko po prostu dezerterowali.

Ucieczka w pracę, ucieczka w alkohol, ucieczka dosłowna

Statystycznie w 2016 było więcej rozwodów, niż w 1995. Tyle, że to suche dane w oderwaniu od kontekstu. Kiedyś ludzie rzadziej rozwodzili się na papierze, oficjalnie, za pośrednictwem urzędu, bo co powiedzą ludzie, bo przysięgali przed bogiem, bo presja społeczna, żeby być razem. Rodziny jednak rozpadały się równie często. On wyjechał za granicę i po roku przestał wracać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Ona uciekła do rodziców, do siostry, bo nie mogła z nim wytrzymać, mimo, że oboje byli małżeństwem. Oboje zaczęli sypiać w osobnych łóżkach, osobnych pokojach, przestali się odzywać, mówić do siebie „cześć, robię kawę, chcesz też?”, mimo, że oboje byli małżeństwem.

Jeśli jednak do rozwodu dochodziło, to bardzo często ojcowie uznawali „dobra, nic mnie z tą babą już nie łączy, mogę zacząć nowe życie” i oficjalnie umywali ręce. Umywali ręce od „tej baby”, ale i dziecka. Które cały czas było ich. Tyle, że to było dziecko ze „starego życia”, które chcieli zamknąć w piwnicy, uznać, że się nie wydarzyło i zacząć „nowe życie”. Więc zmieniali adres, numer telefonu, a czasem i nazwisko, żeby to „stare życie” już nic nigdy od nich nie chciało.

Miałem kolegę, którego ojciec po rozwodzie stwierdził, że nie tyle już nie musi się nim zajmować, bo zawsze miał w dupie co się z nim dzieje, co wydał okrzyk radości, że już nie musi go utrzymywać. Bo 300zł alimentów to nic w porównaniu z dzieleniem wszystkich wydatków na pół. Wydatków, z którymi od tego momentu matka zostawała sama. Tak jak z chodzeniem na wywiadówki, jeżdżeniem po lekarzach i tłumaczeniem, czemu jako jedyny w klasie rysując rodzinę na plastyce ma na kartce 2 postacie, a wszyscy inni 3.

Miałem kolegę, którego ojciec częściej pytał, czy pójdzie mu flaszkę do sklepu, niż co u niego, jak się czuje, jak poszło dzisiaj w szkole. Momenty, kiedy był trzeźwy był rzadsze niż dni bez deszczu w Anglii, a bywały i takie kiedy w ogóle o nim zapominał, nie poznawał i pytał kim jest. Matka musiała przejmować nie tylko obowiązki wychowawcze, ale w ogóle wszystkie, bo gdyby tego nie zrobiła, nie tylko nie mieliby czegoś jeść, ale i gdzie spać. Więc oprócz bycia supernianią musiała być jeszcze superpracownikiem, tyrającym na 3 etaty, żeby utrzymać dom i dwójkę dzieci. Jedno jej, jedno dorosłe, podrzucone.

Miałem kolegę, którego ojciec nigdy nie pamiętał ile ma lat i w której jest klasie, bo pracował. A jak człowiek pracuje, to nie ma czasu pamiętać o głupotach. Więc zapominał o grze w piłkę, o przytulaniu, o rozmowie. Zapomniał o własnym dziecku.

Miałem kolegów, których ojcowie dezerterowali, więc matki musiały wychowywać ich w pojedynkę.

Supermama, Batmama, Spidermama

 

Gdy postawiłeś ultra równą babkę w cementowym kwadracie, zwanym piaskownicą biegłeś pochwalić się mamie.

Gdy dostałeś jedynkę za nic, za to, że ściągałeś od Grześka, mimo, że to Grzesiek ściągał od Ciebie, biegłeś pożalić się mamie.

Gdy poznałeś nowych kolegów, z którymi założyliście rowerową paczkę, mówiłeś o tym mamie.

Gdy napadli Was kolesie z sąsiedniego osiedla i pozabierali czapki z daszkami z logiem Chicago Bulls, dzieliłeś się tym z mamą.

Gdy potrzebowałeś pieniędzy na pierwszą randkę z pierwszą koleżanką, prosiłeś o nie mamę.

Gdy ta koleżanka po miesiącu chodziła za rękę z Twoim najlepszym kolegą, wypłakiwałeś się mamie.

Gdy myślałeś o najbliższej Ci osobie, myślałeś o mamie.

Przesadzam, uogólniam, stereotypizuję? Możliwe. Możliwe, że to mój subiektywny odbiór lat 90-tych. A możliwe, że tak było wszędzie, że moje pokolenie wychowały matki. Na szczęście widzę zmiany, jest dużo lepiej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shawn Anderson
---> SKOMENTUJ

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ