Close
Close

idiota – w slangu notorycznych singielek, najczęściej oznacza mężczyznę, którego nie interesuje trwały związek, lecz jednorazowy seks, ewentualnie wielorazowy, ale bez zobowiązań

Po kolejnej znajomości, która skończyła się szybciej niż się zaczęła, stajesz na środku pustego placu w deszczową noc, rozkładasz ręce, unosisz twarz ku niebu i krzycząc, pytasz czemu trafiasz na samych idiotów? Bo znowu trafiłaś na dupka i to jeszcze większego, niż ten poprzedni? A wiesz ile jest 2+2? Jaka zupa wyjdzie po dolaniu śmietany do żuru? Jak zareaguje 6-latek, gdy wręczysz mu nowy zestaw Lego, a potem powiesz, że ma iść spać? Jaki kolor uzyskasz kiedy zmieszasz niebieski z żółtym? I przede wszystkim, co się stanie, kiedy włożysz rękę w środek ogniska?

Wiesz?

Nie kłam.

Gdyby te zależności były dla Ciebie oczywiste, to nie pytałabyś czemu trafiasz na samych idiotów.

Trafiasz na samych idiotów, bo prawdopodobnie widziałaś ich w dzieciństwie

Nie żebym znał Twoich rodziców, a tym bardziej miał coś do nich, ale kobiety bardzo często wybierają partnerów podobnych do swoich ojców. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Glenn Geher, przez Chrisa Fraleya, przez studentów z Uniwersytetu Wrocławskiego, przez amerykańskich naukowców i przez moją znajomą z licencjatu, która sprawdziła tę tezę empirycznie na grupie 27 swoich byłych.

Patrząc przez lata dzieciństwa na swoich rodziców, którzy w tym okresie są wzorcami kobiety, mężczyzny i związku, w dorosłym życiu naśladujemy ich. Nieważne, że zdroworozsądkowo nie ma nic fajnego w facecie, który Cię nie szanuje, traktuje przedmiotowo albo zdradza. Ważne, że małżeństwo Twoich rodziców tak wyglądało i obserwując ich przez naście albo dzieścia lat, zakodowałaś sobie, że tak właśnie powinna wyglądać relacja między kobietą, a mężczyzną.

I mimo, że w rozmowach z koleżankami mówisz „nigdy w życiu”, to podświadomie ciągnie Cię do kogoś takiego.

Trafiasz na samych idiotów, bo chodzisz do miejsc, gdzie najłatwiej ich znaleźć

Ja wiem, że prawdziwą miłość można znaleźć wszędzie. Serio. Kiedyś mój kumpel zagadał dziewczynę w kolejce do toalety w Maku, a dzisiaj mają wspólny kredyt na M3. Mam też znajomą, która poznała obecnego męża w chórze kościelnym, i znam parę, która została parą, bo ona, cofając pod Carrefourem, wgniotła mu zderzak i zostawiła swój numer telefonu za wycieraczką. Da się? Da się.

Da się też z Ruczaju dojechać do Nowej Huty na zaciągniętym ręcznym, ale mimo wszystko łatwiej to zrobić spuszczając hamulec.

Tak jak na Allegro da się kupić niepodrabiane Air Maxy w dobrej cenie, tak w klubie da się znaleźć kogoś, kto nie przyszedł tam tylko po seks. Jednak dziwić się, że facet poznany na dyskotece nie chce się wiązać po szybkim numerku, to jak być zaskoczonym, że pies szczeka, a kaktus kłuje. Chodząc do miejsc, w których głównym celem jest zabawa, hedonizm i  zabawa, naprawdę trudno oczekiwać, żeby poznani tam mężczyźni nagle chcieli zakładać rodziny i wybierać razem tapetę w Castoramie.

Dla Ciebie gość, który przestał się odzywać po tym jak poznałaś go w klubie, a później poszliście do łóżka, jest idiotą. Spoko. Ale w rzeczywistości to Ty poszłaś do sieciówki z koszulkami, które kurczą się po pierwszym praniu, licząc, że znajdziesz taką, która starczy Ci na całe życie.

Trafiasz na samych idiotów, bo ich znasz i wiesz jak z nimi postępować

Pamiętasz „Rejs”? Ten stary czarno-biały film ze Stanisławem Tymem i Janem Himilsbachem? Nie? Luz, ja też średnio, bo za bardzo mnie nie śmieszy, jednak pada tam jedna wypowiedź, na którą naprawdę warto zwrócić uwagę. Przy ustalaniu treści piosenki dla kapitana, Zdzisław Maklakiewicz mówi tak:

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?

I nie dość, że faktycznie tak jest, to jeszcze ma to przełożenie na inne dziedziny życia.

Na imprezie ludzie bawią się najlepiej przy kawałkach, które najlepiej znają. W przemyśle filmowym najbardziej opłaca się robić kontynuacje i kolejne części tytułów, które już się sprawdziły. Ludzie chodzą na nie najchętniej, bo wiedzą czego się spodziewać i nad portfelem nie wisi widmo rozczarowującego zaskoczenia. Stąd ekshumacja „Gwiezdnych wojen”,„Rocky 14”, „Szybcy i wściekli 57” i kolejne świąteczne komedie z Karolakiem. To samo działa w przypadku książek. I jedzenia. I partnerów.

Lubimy to, co już znamy.

Gość może być stuprocentowym dupkiem, ale Ty w kwestii postępowania z dupkami masz już doktorat, więc, paradoksalnie, taki wybór Ci odpowiada, bo jest bezpieczny. Wiesz jak nawiązać znajomość z dupkiem, jak się z nim obchodzić, jak podtrzymywać zainteresowanie swoją osobą i przede wszystkim: na co go stać.

A co by było, gdybyś zaczęła umawiać się z nie-dupkiem? Stara, przerąbane, jak to mawiają iluzjoniści po nieudanej sztuczce z siekierą. Musiałabyś wszystkiego uczyć się od początku, całej instrukcji obsługi i serwisowania, i nie byłabyś w stanie przewidzieć jego kolejnego kroku. A gdyby przewidywalność była walutą, to w dorosłym życiu miałaby wyższy kurs niż bitcoin.

Trafiasz na samych idiotów, bo nie zauważasz normalnych facetów

Nie ma ludzi, którym przydarzają się tylko i wyłącznie złe rzeczy. Jest za to sporo osób, które tak sądzą. Podobnie, nie ma ludzi, którym przydarzają się tylko i wyłącznie rzeczy dobre. Przekonanych o tym natomiast jest sporo mniej, niż tych pierwszych, jednak obie te grupy mają trochę racji. Bo to kwestia filtru jaki nakładasz na swoją świadomość.

Jest taki gość, który nazywa się Joseph Murphy i napisał światowy bestseller: „Potęga podświadomości”. Zasadniczo, całą tę książkę można by zamknąć w dwóch stronach maszynopisu, bo kolejne rozdziały są niekończącą się parafrazą jednego zdania: Twoje myśli się materializują.

Jeśli w kółko powtarzasz sobie, że świat jest polem minowym i jedyne co ma Ci do zaoferowania, to kop w dupę, to tak jest. Skupiasz się wyłącznie na negatywach i zupełnie nie dopuszczasz siebie pozytywów. Każde zdarzenie nieprzystające do Twojej wewnętrznej narracji wypierasz ze świadomości. Więcej, przez nakręcanie się, że wszystko jest źle, prowokujesz sytuacje, które potwierdzają Twoją tezę, żebyś mogła powiedzieć „oho! a nie mówiłam?”.

Podobnie jest z relacjami damsko-męskimi. Jeśli w kółko wmawiasz sobie, że trafiasz na samych idiotów i że normalnych, wolnych facetów już nie ma, to tak się dzieje. To znaczy, ci nie-idioci byli, są i będą, ale Ty zwyczajnie ich nie zauważasz. Twój filtr pod tytułem „porządni faceci wyginęli, dlatego jestem skazana na dupków” nie zarejestruje nie-idioty, nawet gdybyś wpadła mu w ramiona potykając się o krawężnik.

Jesteś zaprogramowana przez siebie samą, że takich mężczyzn nie ma lub że nie zasługujesz na nich, dlatego ich nie dostrzegasz.

Trafiasz na samych idiotów, bo…

…przyciągasz ich do siebie.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Zrobiłem sobie test na HIV. Jak to wygląda i dlaczego warto?

Skip to entry content

wpis jest elementem kampanii społecznej #mamczasrozmawiac

Mam to niewątpliwe szczęście, że seks w moim domu nigdy nie był tematem tabu i żeby dowiedzieć się skąd się biorą dzieci, nie musiałem czekać do lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w międzyczasie polując z lornetką na bociany. Zresztą, nikt mi nie opowiadał takich głupot i jedząc gołąbki nie miewałem napadów paniki, że coś twardego między liśćmi kapusty, to nie ziarnko piasku, tylko jednak noworodek.

Zawsze mogłem porozmawiać o tym z mamą, a w zasadzie to ona rozmawiała o tym ze mną.

To od niej dostałem pierwszego „Playboya”, żeby z kobiecego ciała nie robić jakiejś tajemnicy poliszynela. Od niej też usłyszałem, że kiedy dojdę do etapu, w którym będę chciał z kimś pójść do łóżka, to powinienem mieć prezerwatywę. I ta rozmowa miała miejsce długo zanim przeżyłem swój pierwszy raz, a nie tak jak w wielu przypadkach, rok albo dwa lata po. Albo wcale. Podobnie było z tłumaczeniem, że kondomy zabezpieczają nie tylko przed staniem się rodzicem, w momencie kiedy zupełnie nie jest się na to gotowym, ale również przed chorobami.

Na przykład przed HIV.

Czym jest HIV, czym nie jest i co o nim wiemy?

HIV to ludzki wirus upośledzenia odporności. Innymi słowy: skomplikowane cząsteczki organiczne, które mogą spowodować, że Twój organizm będzie miał odporność na tak niskim poziomie, że zapalenie płuc może Cię zabić.

Czy HIV można się zakazić przez pocałunek albo dotyk? Nie. HIV można się zakazić tylko trzema drogami: przez krew (w sensie kontakt z krwią osoby zakażonej), przez seks (także oralny) lub przez poród (od matki).

Czy HIV można się zakazić korzystając z tych samych sztućców? Nie.

A z tego samego prysznica? Też nie.

A z tego samego basenu? Również nie.

A od ukąszenia komara? Także nie. Jak podają badania z 1989, nie ma możliwości, żeby owady przenosiły HIV.

Czym HIV różni się od AIDS?  HIV to wirus, natomiast AIDS to choroba, którą ten wirus wywołuje. Możesz być zakażony HIV nawet przez kilkanaście lat i o tym nie wiedzieć, bo sam wirus nie daje żadnych odczuwalnych oznak. Dopiero, gdy przechodzi w AIDS, daje o sobie znać, bo wtedy złapanie zwykłego przeziębienia staje się walką o życie.

Czy z HIV da się żyć? Jak najbardziej i dodatni wynik na teście wcale nie jest wyrokiem. Przy poziomie dzisiejszej medycyny, dzięki lekarstwom, z HIV da się funkcjonować zawodowo, społecznie, a także związkowo.

Czy jeśli uprawiam seks z jednym i tym samym facetem, i jest on moim pierwszym, to nie ma szans, żebym miała HIV? Dopóki się nie zbadasz, nigdy nie możesz być pewna, bo po pierwsze: mogłaś się zakazić w inny sposób, niż przez seks, po drugie: skąd wiesz, że on nie jest zakażony?

Czy problem HIV dotyczy tylko narkomanów? Nie. Wśród osób zarejestrowanych w 2016 roku, tylko 3% z nich zakaziło się wirusem przy okazji wstrzykiwania narkotyków. Co ciekawe, największą grupą wiekową, której dotyczy zakażenie, nie są – jak mogłoby się wydawać – szalone, nieodpowiedzialne małolaty, tylko ludzie między 30 a 39 rokiem życia. Dorośli.

Czy jeśli używam prezerwatyw, to nie muszę zwracać uwagi na to z kim sypiam i nic mi się nie stanie? Byłoby pięknie, ale nie jest tak do końca. Cytując WHO:

Używanie prezerwatyw chroni przed 80% do 95% zakażeń wirusem HIV, które pojawiłyby się, gdyby prezerwatywy nie zostałyby użyte (nie znaczy to, jednak że 5% do 20% użytkowników prezerwatyw zakazi się HIV).

Tak że, jeśli nie kochasz się z osobą, która się zbadała i wyszedł jej ujemny wyniki, to jakieś ryzyko – niewielkie, ale jednak – istnieje zawsze.

Jak wygląda test na HIV?

W każdym województwie w Polsce są miejsca, gdzie możesz zrobić BEZPŁATNIE i ANONIMOWO test na obecność wirusa HIV. Ja swój robiłem w Zakładzie Mikrobiologii na drugim piętrze Szpitala Uniwersyteckiego na ulicy Mikołaja Kopernika 19, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie, to bliższy siebie punkt możesz sprawdzić na mapce.

  • Nie musisz się wcześniej zapisywać, rejestrować, ani w inny sposób planować badania z wyprzedzeniem. Po prostu przychodzisz i stajesz w kolejce.
  • Nie musisz być ubezpieczony, żeby wykonać badanie. Test jest w pełni anonimowy, w związku z czym, nikt nie pobiera od Ciebie żadnych danych.
  • Nie musisz się przejmować tym „co ludzie o Tobie pomyślą”. Na badania do punktów konsultacyjno-diagnostycznych wszyscy przychodzą w tym samym celu, a w kolejce spotkasz zarówno osoby młodsze od Ciebie, starsze, kobiety, mężczyzn oraz pary.
  • Nie musisz się przejmować tym „co lekarz o Tobie pomyśli”. Osoby pracujące w punktach wykonujących anonimowe testy na HIV są specjalistami, którzy chcą pomagać innym. Są bardzo serdeczni i nie ma mowy, abyś odczuł, że w jakiś sposób Cię oceniają.

Zanim zostanie Ci pobrana krew, rozmawia z Tobą konsultant, tłumacząc jak naprawdę działa HIV, ponieważ sporo osób nie ma świadomości tych mechanizmów. A część, googlując objawy swoich problemów zdrowotnych, sama się diagnozuje, wyczytując na forach internetowych, że osłabienie i ból mięśni to na pewno HIV. Najczęściej, na szczęście, to tylko przeziębienie, stres albo grypa.

Po spokojnej rozmowie idziesz na pobranie krwi, podajesz hasło na jakie będą Ci wydane wyniki badań (tak zaskoczyło mnie to pytanie o hasło, że podałem pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: „pizza”) i po tygodniu przychodzisz po ich odbiór.

Gdy masz się dowiedzieć, czy Twój wyniki jest negatywny, czy pozytywny, również nie jesteś pozostawiony sam sobie, tylko – jak na pierwszym etapie – rozmawia z Tobą konsultant. W moim przypadku potwierdziło się, że nie jestem zakażony, w związku z czym, rozmowa ograniczała się do informacji, co zrobić aby tak pozostało. I sugestii, aby ewentualna partnerka – niezależnie czy stała, czy tymczasowa – również się przebadała.

Bo dopóki nie wykonasz testu, nigdy nie możesz być pewien. Dlatego ja zrobiłem swój.

#mamczasrozmawiac

Z każdym rokiem, w dyskusjach publicznych, seks coraz bardziej przestaje być krępującym tematem, jednak wciąż jest wiele rodzin, gdzie stosunek płciowy określa się „robienie tych rzeczy”, „wchodzeniem pod kołderkę”, „ciupkaniem” lub w inny enigmatyczny sposób, a kwestia chorób przenoszonych drogą płciową jest zupełnie pomijana. Wciąż jest wiele osób, które nie wiedzą jak się zabezpieczać, żeby się nie zakazić HIV, bo nie dowiedzieli się tego ani od rodziców, ani od nauczycieli. Bo każdy z nich bał się o tym rozmawiać. Bo nie wiedział jak to zrobić.

Dlatego cieszę się, że powstają takie kampanie jak #mamczasrozmawiac (organizowana przez Krajowe Centrum ds. AIDS), bo oczywiście uświadamiają co, jak, z czym i dlaczego, ale przede wszystkim pokazują, że o seksie można i powinno się rozmawiać. Publicznie, w związku i w rodzinie. I że tych rozmów nie trzeba się bać.

Więcej informacji znajdziesz na http://mamczasrozmawiac.aids.gov.pl

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie