Close
Close

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Ludzie plują na Deynn, bo nie chciała być matką dla swoich sióstr

Skip to entry content

Dla niezorientowanych w temacie, szybkie wprowadzenie: Deynn, czy też Marita Surma, to najpopularniejsza w Polsce instagramerka z ponad milionem obserwatorów na swoim profilu. Teoretycznie zajmuje się fitnessem, praktycznie odzieraniem się z prywatności w mediach społecznościowych, co wyniosła do rangi sztuki, a z pewnością wepchnęła na nowy poziom, udowadniając, że nie ma takiej rzeczy, której nie wypada pokazać na Snapchacie. Jedni ją za to kochają, drudzy nienawidzą. Ja nie popieram, choć szczerze podziwiam za wytrzymywanie presji i nietonięcie w kolejnych falach hejtu. Ten poziom nienawiści z jakim musi zmagać się Deynn, dotyka chyba tylko polityków, bo nawet partnerka Wojewódzkiego miała lżej.

Od wczoraj Marita znów żyje w zagrożeniu powodziowym, bo wybiło kolejne szambo. Jej siostra postanowiła pociągnąć temat robienia „Big Brothera” ze swojego życia i opublikowała chwytający za serce wpis, w którym próbuje przekonać opinię publiczną, że fit-instagramerka jest najgorszym człowiekiem na świecie. I udaje jej się, bo po tym jak powyciągała prywatne rozmowy z własną siostrą, i sytuacje, które powinny zostać tylko między członkami ich rodziny, ludzie życzą blogerce butów z cementu.

Dlaczego? Bo ta straszna Deynn zorganizowała przeprowadzkę swojej dorosłej siostry Klaudii i ich niepełnoletniej siostry Natalii do Warszawy, by wyciągnąć je z małej mieściny. Co poszło nie tak? Szafiarka bez serca po dwóch miesiącach nie chciała być dłużej bankomatem bez dna.

Czy Deynn jest takim potworem jak przedstawia to jej siostra Klaudia Surma?

Sprawdźmy.

Zacznę od tego, że nigdy nie miałam dobrych kontaktów z Maritą. Wyprowadzila się jak miałam 12lat i od tamtej pory widywałam ją kilka razy w ciągu  roku. Często kiedy za długo ze sobą przebywałyśmy rodziły się niepotrzebne kłotnie.  Ja sobie to tłumaczę tym, że się nie znamy. Nie bylo jej kiedy dojrzewałam, kiedy mój światopogląd zmieniał się niemal codziennie. Przez to nie możemy się dogadać, ona nie zna mojego charakteru, nie wie kiedy odpuścić. I to działa w dwie strony. Wyjazd do Warszawy miał mi otworzyć drzwi do nowego, lepszego świata. Miałam mieć super życie, Marita miała mi pomóc znaleźć super prace, miałam zacząć robić prawo jazdy, które „dała” mi na urodziny.

Ustalmy sytuację wyjściową: masz siostrę, za którą nie przepadasz, trudno Wam się ze sobą porozumieć i kiedy przebywasz z nią chwilę dłużej drzecie koty. Innymi słowy – jesteś w pełni świadoma trudności w kontaktach między Wam i tego, że raczej nie będziecie razem koni kraść. Mimo to, ta siostra wyciąga do Ciebie rękę i pomaga Ci się przenieść do stolicy…

Moja mama miała przyjechać do nas w styczniu, do tego czasu miałyśmy opiekować się Natalką razem, oczywiście ja miałam mieszkać z Nati sama na 29m w obcym mieście. Po dwóch dniach od przyjazdu wprowadziłyśmy się do „lepszego życia”. Natalka zaczęła naukę, a Marita naciskała żebym znalazła pracę. Szczerze mówiąc bałam się strasznie, obce miasto, nowa praca, dojeżdżanie na drugi koniec miasta to był dla mnie kosmos. Więc znalazłam pracę w Żabce, do której miałam 2min drogi z domu.

…a Ty na starcie masz roszczeniową postawę i oczekujesz, że wszystko spadnie Ci z nieba. „29m w obcym mieście” to jest sytuacja, o której większość osób marzy, wyprowadzając się z domu, bo zazwyczaj to jest kąt w 14-metrowym pokoju, który musisz dzielić z obcym typem, a wcześniej pomyślnie przejść casting i wyczarować hajs na kaucję i pierwszy czynsz. „Marita naciskała żebym znalazła pracę” brzmi absurdalnie. Jesteś dorosłym, 20-letnim człowiekiem, który ma obie ręce i nogi, więc na co miała naciskać? Żebyś cały dzień siedziała w domu i pozowała do selfie w lustrze?

W żabce są dwie zmiany, 6-14 lub 14-23. Na początku kiedy miałam na 14 Marita zabierała do siebie Natalkę po szkole i przywoziła ją o 21 do domu. Natalka siedziała sama do 23, ja wracałam z pracy robiłam szybko kolacje, Natalka szła się myć i spać. Mój każdy dzień wyglądał tak samo, dzień w dzień robiłam to samo.

No hej, Klaudia, tak właśnie wygląda dorosłe życie – dzień w dzień to samo, tak długo, aż nie zrobisz czegoś, żeby to zmienić. Myślisz, że u innych ludzi, których nie utrzymują rodzice to jest jakoś inaczej?

Nie miałam żadnej koleżanki, z którą mogłabym spędzić dzień wolny, więc spędzałam go tak, że pół dnia spałam.

No tak, bo nowe koleżanki poznaje się najczęściej śpiąc pół dnia. Ciekawszą pracę zdobywa się podobnie. Będąc w nowym miejscu i mając tak dużo wolnego czasu chyba zwariowałbym, siedząc cały czas w domu. Aż się prosi, żeby z niego wyjść, poznać i oswoić to obce miasto, by podróż autobusem na jego drugi koniec już nie była „kosmosem”.

Z czasem zaczęły się dziwne sytuacje. Natalka mówiła, że jak coś źle powie na porannym snapie Daniela to nagrywają jeszcze raz itp.

Uwaga, uwaga! Informacja z ostatniej chwili! Trzymajcie się stołków! Gotowi? ZDJĘCIA I FILMY NA INSTAGRAMIE TO NIE RZECZYWISTOŚĆ! SĄ REŻYSEROWANE! Szok! Po prostu, szok! Wpadlibyście na to, że to całe żarcie pod hashtagiem #foodporn jest pozowane? I że blogerki modowe tak naprawdę nie trzymają na co dzień na kołdrze płatków róż, nowego numeru „Vogue”, kurosantów na fikuśnych talerzykach i perfum Chanell? Niewiarygodne, co?

Ja starałam się robić to, o co Marita mnie poprosiła, jak chciała żebym zawiozła Natalke do szkoły to zawoziłam z odbieraniem też nie było problemu, raz poprosiła mnie żebym zawiozła Natalke do szkoły, bo oni mają ważną sprawę do załatwienia, zgodziłam się bez problemu. Poźniej weszłam na snapa gdzie zobaczyłam jak Daniel dodał „ze w koncu sie wyspali i pospali do 11”. Przykro, no cóż.

Przypomnienie nr 1: Instagram to nie rzeczywistość, to że Daniel powiedział na Snapchacie, że spał do 11, wcale nie znaczy, że musiało tak być.

Przypomnienie nr 2: dziewczyna, która śpi pół dnia, gdy nie pracuje, robi wyrzuty siostrze, która ją utrzymuje, że raz dłużej pospała.

Aha.

[zrzuty ekranu z wymianą smsów między Klaudią, a Deynn, w których Klaudia chce, żeby Deynn zajęła się Natalią, bo do niej przyjeżdża jej chłopak – Mati]

Po tych smsach nie wiedziałam co mam zrobić, bardzo mi zależało żeby Mati do mnie przyjechał, nie widziałam go od miesiąca. Wiem, że to nieodpowiedzialne, że chciałam żeby Natalka opuściła szkołe, ale to tylko 3dni, a sytuacja miała być jednorazowa. Po tych smsach zadzwoniłam do Marity i przeprosiłam ją, że tak pisałam i poprosiłam żeby wzięła Nati.

Marita wzięła Natalkę od niedzieli do czwartku. Oczywiście nie pojechała do Wrocławia, ponieważ Daniel zdychał po urodzinach.

Kiedy zawiozłam Nati do niej w niedziele dała mi 80zł za to, że zajęłam się psem (tak mi sie przynajmniej wydaje) i na tym jej pomoc finansowa się skończyła. Więcej od niej pieniędzy nie widziałam.

Mateusz miał być u mnie przez tydzień, ale między czasie wyszło, że może u mnie zostać dłużej więc został dwa tygodnie.

Nie wiem, czy tu trzeba coś dodawać – Klaudia oczekuje, że Marita będzie jej płacić za mieszkanie i dawać pieniądze na jedzenie, a ona w tym czasie zamiast zająć się swoim rozwojem i poprawą sytuacji, przez 2 tygodnie skłotuje w nieopłacanym przez siebie mieszkaniu swojego chłopaka, dziwiąc się, że jej sponsorce to nie pasuje.

Co tak naprawdę się stało, że mleko się rozlało?

Deynn, mimo słabych relacji i średniego kontaktu, postanowiła pomóc swojej dorosłej siostrze Klaudii i nieletniej Natalii, wyciągnąć je z małego Świdwina i dać ciepły start w Warszawie, organizując i opłacając przeprowadzkę i mieszkanie. Liczyła, że jej 20-letnia siostra wykorzysta szansę i rozwinie skrzydła w mieście, gdzie praca leży na ulicy. Niestety przeliczyła się, ponieważ dziewczyny nie przegadały między sobą, jak to życie w stolicy będzie wyglądać i czy ich wyobrażenia się pokrywają, a wcześniejsze problemy w komunikacji dały o sobie znać ze zdwojoną siłą.

Marita oczekiwała, że Klaudia będzie tak zdeterminowana do rozwoju jak ona i zostanie Władysławem Kozakiewiczem biznesu, natomiast Klaudia szykowała się na dłuższe wakacje spodziewając się, że Marita zostanie Mike’iem Tysonem sponsoringu. Natalia najprawdopodobniej kompletnie nie wiedziała co ma o tym myśleć, bo wszyscy uznali, że jest tylko małym dzieckiem, które powinno robić to, co mówią rodzice. Przy czym, nie ustalono kto tym rodzicem ma być. To znaczy, sorry, obserwatorzy na Instagramie zakładali, że Deynn będzie Matką Polką wszystkich dzieci, głównie nieswoich. I przy okazji Świętym Mikołajem.

W efekcie wszyscy są wkurwieni na wszystkich, bo rozminęli się w oczekiwaniach.

Siostra to siostra, a nie matka

Moja koleżanka Nishka napisała jakiś czas temu bardzo dobry tekst „Mamo, nie będę opiekunką twojego dziecka”, który pasuje do tej historii jak papieros do kawy. Portale plotkarskie, instagramerzy, youtuberzy i cały świat ma pretensje do Deynn, że nie zaopiekowała się swoimi siostrami, tak jak oni by tego oczekiwali. Tylko, czy to faktycznie było jej zadanie? Bo jeśli żyją, a żyją, to z tego co wiem, dziećmi powinni zajmować się rodzice, a nie rodzeństwo. Chyba, że są pełnoletnie, a są, wtedy odpowiadają same za siebie.

Do Marity można mieć naprawdę wiele zastrzeżeń i niejedno z nich będzie pewnie w pełni uzasadnione, ale w tym przypadku szkalowanie jej jest bezpodstawne. Rola, w którą nie powinna wchodzić ją przerosła. Zgadza się. Tyle że, abstrahując już od tego, że nie jest matką małej Natalii, a tym bardziej dorosłej Klaudii, i nie powinna ich wychowywać, to cała ta sprawa powinna zostać rozwiązana za zamkniętymi drzwiami. Drzwiami od domu rodzinnego, bo to wyłącznie sprawa rodzinna. A stała się sprawą publiczną, tylko dlatego, że Klaudia Surma zachowała się jak rozkapryszona nastolatka, odgrywając się na siostrze i próbując ją zniszczyć, bo ta nie spełniła jej oczekiwań. Ohydne.

A mogła z nią po prostu porozmawiać.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z Instagrama Deynn

11 błędów w Twoim CV, przez które nie możesz dostać pracy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z drukarnią internetową Chroma

Opowiadałem Wam, że zanim zająłem się blogowaniem pracowałem w kilkunastu różnych miejscach? Chłopiec na posyłki w fabryce, osiedlowy roznosiciel ulotek, sprzedawca gazet nad morzem, kelner w Dominium, układacz  ciuchów w Housie, przygotowywacz jedzenia w McDonald’s, fotograf w biurze nieruchomości, jakieś dziesięć innych zajęć pod drodze, i w końcu copywriter w agencji reklamowej.

Żeby biegać sobie po plaży w Niechorzu z plecakiem wypełnionym Gazetą Wyborczą, wystarczyło po prostu pojechać do ich ówczesnego biura na Sokolskiej w Katowicach i powiedzieć, że ma się taką fantazję. Żeby dostać się na praktyki do Onetu, a potem na płatny staż do Interii trzeba było jednak zrobić coś więcej. To enigmatyczne „więcej” materializowało się w postaci dobrego CV. Niby banał, ale ile zależy od dobrze napisanego i przyjaźnie zaprezentowanego życiorysu, przekonałem się dopiero wtedy, kiedy to ja byłem po drugiej stronie biurka na rozmowie rekrutacyjnej. I dostawałem na swoją skrzynkę mailową wypadki przy pracy, które powinny zostać wysłane do PZU jako materiał dowodowy przy podaniu o rentę, a nie dokumenty aplikacyjne na stanowisko wymagające myślenia.

Przechodząc do konkretów: oto najczęstsze błędy w CV, przez które Twoja aplikacja może zostać odrzucona.

1. CV w formacie *.QTAZ

Możesz być nieślubnym dzieckiem Steve’a Jobsa i Stephena Hawkinga z ogarnianiem wielozadaniowości na poziomie matki trójki dzieci, ale jeśli wysyłasz curriculum vitae w formacie, który jesteś w stanie otworzyć tylko Ty, to zgadnij co. Nikt się o tym nie dowie. Nie wszystkie firmy mają najnowszego Worda, nie wszystkie firmy – często z powodów bezpieczeństwa – mogą otwierać niszowe rozszerzenia plików, ale wszystkie mogą wyświetlić dokument przesłany w PDFie. Pilnuj Dobrego Formatu – PDF.

2. Co wiersz inny rodzaj fontu, ramki i podkreślenia

Poza kilkoma procent zawodów, w których naprawdę istotna jest kreatywność, dużo bardziej liczy się coś innego – sumienność. I to, czy Twoje CV da się przeczytać bez ataku epilepsji. I bardziej niż na wodotryskach i milionach wyróżników treści, osobom filtrującym aplikacje zależy na czytelności. Żeby mogły dotrzeć do istotnych informacji bez półgodzinnego studiowania legendy oznaczeń.

3. Plik podpisany „CV”

Albo bardziej finezyjnie – „curriculum vitae”.

Przy rekrutacji na półroczne praktyki z konserwacji powierzchni płaskich dostaje się po kilkanaście zgłoszeń. Na stanowisko, gdzie płacą miską ryżu, kilkadziesiąt. Teraz wyobraź sobie, że to Ty jesteś tym kimś, kto ma wybrać człowieka do obsługi ekspresu w kantynie i dostałeś osiem zgłoszeń podpisanych identycznym akronimem „CV”. Będziesz się męczył z edycją nazwy pliku, żeby przepisać tam ich nazwiska i móc się połapać czyje jest czyje, czy wciśniesz CTRL + A, a potem DELETE?

No właśnie.

4. Pisanie, że jesteś „kreatywny i komunikatywny”

Rekruterzy widząc tę formułkę dostają alergii III stopnia i lądują na OIOMie, czekając na domięśniowe podanie odczulaczy. Za każdym razem, kiedy przeklejasz z gotowca jakiś banał typu „znajomość pakietu MS Office i środowiska Windows 98” umiera jedna osoba z działu HR. Powstrzymaj się od używania tego typu oklepanych frazesów, bo nie będzie miał kto odpowiedzieć na Twoje zgłoszenie, a lekarze znów będą strajkować z nadmiaru pacjentów.

5. Przejawy gimbusiarstwa

Nie uwierzyłbym, że ludzie to robią, jeśli nie byłbym tego naocznym świadkiem.

Wklejanie do curriculum vitae zdjęcia z plażingu w Mielnie albo imprezy na działce, to naprawdę nie jest coś, co pomaga dostać pracę, która polega na używaniu mózgu, a nie ciała. Podobnie jak podawanie w danych kontaktowych maila z początkiem „weedlover” albo „sweetkocia” w domenie „buziaczek.pl”. Bądź pro, poświęć te 30 sekund na założenie maila imię.nazwisko@gmail.com i kwadrans na zrobienie sobie zdjęcia w koszuli na tle białej ściany.

6. Opis stanowiska: praca biurowa

Gdy kupujesz telefon chcesz wiedzieć ile trzyma bateria i jakiej rozdzielczość ma aprat, tak? Podobnie z komputerem, samochodem i masażerem osobistym, zgadza się? Nie wystarczy Ci informacja, że „jest sporych rozmiarów” i „wystarczy na dłuższe spotkanie”, bo dla każdego „sporo” i „długo” znaczy co innego, a Ty chcesz wiedzieć konkretnie: ile?

Z opisywaniem swojej dotychczasowej kariery jest dokładnie tak samo. Przyszłemu pracodawcy nic nie mówi, że „wykonywałeś zadania biurowe” albo „pracowałeś z komputerem”. Chce wiedzieć jakie dokładnie były Twoje obowiązki – czy byłeś przyciskiem do papieru, czy osobą odpisującą na zapytania ofertowe klientów.

Konkret, konkret, konkret.

7. Wpisywanie hobby, tylko po to, żeby wpisać

Jeśli w rubryce „zainteresowania” wpisujesz „muzyka”, bo jadąc samochodem lubisz sobie włączyć Eskę, to lepiej pozostaw to pole puste, bo w trakcie rozmowy błyskawicznie wyjdzie, że to wcale nie jest Twoją pasją. Jeśli faktycznie chcesz się pochwalić swoimi zainteresowaniami wpisz szczegółowo – „kuchnia wschodnioazjatycka”, a nie „gotowanie”. Jednak zdradzę Ci pewną tajemnicę: w większości branż ważniejsze od tego, co robisz po pracy, jest ważniejsze to, co robisz w pracy. I nic się nie stanie, jeśli wywalisz sekcję „hobby”.

8. Nieistniejące miejsca pracy i stanowiska

Innymi słowy – fałszywe wpisy w curriculum vitae, żeby podnieść jego atrakcyjność.

Ja wiem, że początki są najtrudniejsze i ruszanie z miejsca z niczym jest na maksa zniechęcające, ale nie ma innej drogi. Jeśli nie jesteś zawodowym aktorem – a jestem pewien, że nie jesteś, bo gdybyś był, nie czytałbyś tego wpisu – to na rozmowie rekrutacyjnej nie zagrasz kogoś, kto pełnił kierownicze stanowisko, bo nie będziesz nawet wiedział z jakimi obowiązkami wiąże się tego typu funkcja. I kłamstwo wyjdzie szybciej, niż gdy miałeś 5 lat i próbowałeś przekonać mamę, że to nie Ty zostawiłeś błoto w przedpokoju. Przekreślając tym samym Twoje szanse na jakąkolwiek pracę w tej firmie.

Żeby nie było, testowane empirycznie. Jedno i drugie.

9. Nikogo nie interesuje, gdzie chodziłeś do podstawówki

„Mniej znaczy więcej”, jak to mawiają sportowe świry na redukcji, więc warto się zastanowić, czy wszystkie informacje, które umieściliśmy w naszym zawodowym życiorysie są potrzebne. Wykształcenie poniżej średniego, stan cywilny, czy dyplom z osiedlowej biblioteki za wypożyczenie największej liczby książek w lutym, nie jest tym przez co rekruterzy lubią przebijać się najbardziej.

Upewnij się, że nie przepompowałeś swojej aplikacji zbędną treścią.

10. To samo CV na kelnera, menagera i copywritera

Większość osób, które szuka pracy, rozważa różne możliwości, branże i stanowiska. I na każde z nich wysyła jedno i to samo CV. A to naprawdę nie jest tak, że te same informacje, które pomogłyby Ci zdobyć posadę pracownika działu kadr, pomogą Ci też zostać przedstawicielem handlowym. Wręcz przeciwnie.

11. Grzegrz Nowwak

Wiesz co jest gorsze, niż przebijanie się przez setkę plików podpisanych „CV” w czterdziestu wersjach Worda, podczas, gdy Ty masz OpenOfice’a? Literówki w danych kontaktowych. Znajdujesz w końcu tą jedną, jedyną osobę, która spełnia wymagania podane w ogłoszeniu – i nie wysłała swojej cefałki na Senior Executive Officera, gdy jej doświadczenie to „barman, barman, barman, barman, pomoc barmańska” – i nie możesz się do niej dodzwonić, bo podając swój numer telefonu wcisnęła „0” zamiast ”9”.

***

Warto swój numer telefonu i adres e-mail sprawdzić więcej niż raz zwłaszcza wysyłając swoje zgłoszenie do Najpozytywniejszej Pracy Świata. Internetowa drukarnia Chroma szuka pracownika do działu kontroli jakości, oferując 1 miesiąc pracy, 11 miesięcy urlopu i 60 000 złotych wynagrodzenia. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Dobra, powiem od razu, że jest jeden mały haczyk: żeby dostać taką fuchę życia, trzeba spełnić bardzo restrykcyjne wymagania.

Kwalifikacje, którymi musi się charakteryzować kandydat to:
– duże doświadczenie w byciu pozytywnym
– energia i dobry humor
– dyspozycyjność przez miesiąc
– znajomość słowa TAK w 11 językach

I do tego jeszcze to skomplikowane zadanie rekrutacyjne: „Przedstaw się jako najbardziej pozytywna osoba na świecie. Dołącz zdjęcie lub video, na którym jesteś na TAK!”.

Mimo tych nieludzkich wymogów, sam chętnie podjąłbym rękawicę i wysłał swoje zgłoszenie, ale nie mogę, bo biorę udział w akcji promującej tę rekrutację, więc pozostaje mi tylko zachęcić Cię, żebyś Ty to zrobił, a potem mi opowiedział jak było.