Close
Close

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.

(niżej jest kolejny tekst)

11
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
Kasia EsCostasteBlogierkaMagdalena ŚpiewakJan Favre Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Borsuk
Gość
Borsuk

Zacznę jak stara baba. Pamiętam, kiedy dotarło do mnie, że tak naprawdę człowiek może robić co tylko sobie wymyśli. Zgubiłam się w stepie gdzieś pomiędzy Gruzją, a Azerbejdżanem. Auto padło, środek nocy, lipa. Przypadkowi ludzie zawlekli mnie do szopy pośrodku niczego. W tj szopie mieszkało dwóch Polaków, którzy rzucili wszystko i postanowili zrobić sobie obozo-knajpę w stepie. Mieszkał z nimi pewien Francuz, który posiadał jedne spodnie, dwie koszulki i rower. I na tym rowerze jeździł sobie, gdzie tam chciał. Jak coś zarobił to miał na wizy, jak nie to czekał, aż go deportują do jakiegoś sąsiedniego kraju. Stwierdził, że potrafi… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Dobra historia.

Magdalena Śpiewak
Gość

Moje życie po samym przeczytaniu tej historii jest inne :D

Costaste
Gość
Costaste

Uśmiechnęłam się pod nosem.
PS. Masz lekkie pióro, zrób coś z tym :)

Grocrafty.pl
Gość

Sama prawda. Niestety ciężko przyjąć czyjeś rady, zazwyczaj człowiek uczy się dopiero na własnych błędach. Mam też wrażenie, że to czekanie na idealny moment to domena kobiet. W przypadku związków myślę, że wynika to z tego, że trzyma nas nadzieja, że coś zmieni się na lepsze i ciągle dajemy drugiej osobie szansę. Trzyma nas myśl o przyszłości i wspomnienia, a nie patrzymy na teraźniejszość. Nie chcemy wyjść na kogoś, kto poddaje się i rezygnuje. Problem w tym, że nie zawsze umiemy rozpoznać to, że jesteśmy nieszczęśliwi i powinniśmy coś z tym zrobić.

Bartek Pussak
Gość

Dobry tekst kolego! Przeczytam, go jeszcze raz. Dodam do ulubionych, bo u mnie ciągle nie ma tego teraz…

Jan Favre
Gość

Dzięki i powodzenia w takim razie!

Panna Joanna
Gość
Panna Joanna

Genilany tekst,również dodaje go do ulubionych i niestety czekam na właściwy moment…

Jan Favre
Gość

Dziękuję również i trzymam kciuki za mobilizację!

Blogierka
Gość

To o mnie! Czekam/wyjeżdzam już 3 rok..kopnie mnie ktoś w dupę? ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Ludzie plują na Deynn, bo nie chciała być matką dla swoich sióstr

Skip to entry content

Dla niezorientowanych w temacie, szybkie wprowadzenie: Deynn, czy też Marita Surma, to najpopularniejsza w Polsce instagramerka z ponad milionem obserwatorów na swoim profilu. Teoretycznie zajmuje się fitnessem, praktycznie odzieraniem się z prywatności w mediach społecznościowych, co wyniosła do rangi sztuki, a z pewnością wepchnęła na nowy poziom, udowadniając, że nie ma takiej rzeczy, której nie wypada pokazać na Snapchacie. Jedni ją za to kochają, drudzy nienawidzą. Ja nie popieram, choć szczerze podziwiam za wytrzymywanie presji i nietonięcie w kolejnych falach hejtu. Ten poziom nienawiści z jakim musi zmagać się Deynn, dotyka chyba tylko polityków, bo nawet partnerka Wojewódzkiego miała lżej.

Od wczoraj Marita znów żyje w zagrożeniu powodziowym, bo wybiło kolejne szambo. Jej siostra postanowiła pociągnąć temat robienia „Big Brothera” ze swojego życia i opublikowała chwytający za serce wpis, w którym próbuje przekonać opinię publiczną, że fit-instagramerka jest najgorszym człowiekiem na świecie. I udaje jej się, bo po tym jak powyciągała prywatne rozmowy z własną siostrą, i sytuacje, które powinny zostać tylko między członkami ich rodziny, ludzie życzą blogerce butów z cementu.

Dlaczego? Bo ta straszna Deynn zorganizowała przeprowadzkę swojej dorosłej siostry Klaudii i ich niepełnoletniej siostry Natalii do Warszawy, by wyciągnąć je z małej mieściny. Co poszło nie tak? Szafiarka bez serca po dwóch miesiącach nie chciała być dłużej bankomatem bez dna.

Czy Deynn jest takim potworem jak przedstawia to jej siostra Klaudia Surma?

Sprawdźmy.

Zacznę od tego, że nigdy nie miałam dobrych kontaktów z Maritą. Wyprowadzila się jak miałam 12lat i od tamtej pory widywałam ją kilka razy w ciągu  roku. Często kiedy za długo ze sobą przebywałyśmy rodziły się niepotrzebne kłotnie.  Ja sobie to tłumaczę tym, że się nie znamy. Nie bylo jej kiedy dojrzewałam, kiedy mój światopogląd zmieniał się niemal codziennie. Przez to nie możemy się dogadać, ona nie zna mojego charakteru, nie wie kiedy odpuścić. I to działa w dwie strony. Wyjazd do Warszawy miał mi otworzyć drzwi do nowego, lepszego świata. Miałam mieć super życie, Marita miała mi pomóc znaleźć super prace, miałam zacząć robić prawo jazdy, które „dała” mi na urodziny.

Ustalmy sytuację wyjściową: masz siostrę, za którą nie przepadasz, trudno Wam się ze sobą porozumieć i kiedy przebywasz z nią chwilę dłużej drzecie koty. Innymi słowy – jesteś w pełni świadoma trudności w kontaktach między Wam i tego, że raczej nie będziecie razem koni kraść. Mimo to, ta siostra wyciąga do Ciebie rękę i pomaga Ci się przenieść do stolicy…

Moja mama miała przyjechać do nas w styczniu, do tego czasu miałyśmy opiekować się Natalką razem, oczywiście ja miałam mieszkać z Nati sama na 29m w obcym mieście. Po dwóch dniach od przyjazdu wprowadziłyśmy się do „lepszego życia”. Natalka zaczęła naukę, a Marita naciskała żebym znalazła pracę. Szczerze mówiąc bałam się strasznie, obce miasto, nowa praca, dojeżdżanie na drugi koniec miasta to był dla mnie kosmos. Więc znalazłam pracę w Żabce, do której miałam 2min drogi z domu.

…a Ty na starcie masz roszczeniową postawę i oczekujesz, że wszystko spadnie Ci z nieba. „29m w obcym mieście” to jest sytuacja, o której większość osób marzy, wyprowadzając się z domu, bo zazwyczaj to jest kąt w 14-metrowym pokoju, który musisz dzielić z obcym typem, a wcześniej pomyślnie przejść casting i wyczarować hajs na kaucję i pierwszy czynsz. „Marita naciskała żebym znalazła pracę” brzmi absurdalnie. Jesteś dorosłym, 20-letnim człowiekiem, który ma obie ręce i nogi, więc na co miała naciskać? Żebyś cały dzień siedziała w domu i pozowała do selfie w lustrze?

W żabce są dwie zmiany, 6-14 lub 14-23. Na początku kiedy miałam na 14 Marita zabierała do siebie Natalkę po szkole i przywoziła ją o 21 do domu. Natalka siedziała sama do 23, ja wracałam z pracy robiłam szybko kolacje, Natalka szła się myć i spać. Mój każdy dzień wyglądał tak samo, dzień w dzień robiłam to samo.

No hej, Klaudia, tak właśnie wygląda dorosłe życie – dzień w dzień to samo, tak długo, aż nie zrobisz czegoś, żeby to zmienić. Myślisz, że u innych ludzi, których nie utrzymują rodzice to jest jakoś inaczej?

Nie miałam żadnej koleżanki, z którą mogłabym spędzić dzień wolny, więc spędzałam go tak, że pół dnia spałam.

No tak, bo nowe koleżanki poznaje się najczęściej śpiąc pół dnia. Ciekawszą pracę zdobywa się podobnie. Będąc w nowym miejscu i mając tak dużo wolnego czasu chyba zwariowałbym, siedząc cały czas w domu. Aż się prosi, żeby z niego wyjść, poznać i oswoić to obce miasto, by podróż autobusem na jego drugi koniec już nie była „kosmosem”.

Z czasem zaczęły się dziwne sytuacje. Natalka mówiła, że jak coś źle powie na porannym snapie Daniela to nagrywają jeszcze raz itp.

Uwaga, uwaga! Informacja z ostatniej chwili! Trzymajcie się stołków! Gotowi? ZDJĘCIA I FILMY NA INSTAGRAMIE TO NIE RZECZYWISTOŚĆ! SĄ REŻYSEROWANE! Szok! Po prostu, szok! Wpadlibyście na to, że to całe żarcie pod hashtagiem #foodporn jest pozowane? I że blogerki modowe tak naprawdę nie trzymają na co dzień na kołdrze płatków róż, nowego numeru „Vogue”, kurosantów na fikuśnych talerzykach i perfum Chanell? Niewiarygodne, co?

Ja starałam się robić to, o co Marita mnie poprosiła, jak chciała żebym zawiozła Natalke do szkoły to zawoziłam z odbieraniem też nie było problemu, raz poprosiła mnie żebym zawiozła Natalke do szkoły, bo oni mają ważną sprawę do załatwienia, zgodziłam się bez problemu. Poźniej weszłam na snapa gdzie zobaczyłam jak Daniel dodał „ze w koncu sie wyspali i pospali do 11”. Przykro, no cóż.

Przypomnienie nr 1: Instagram to nie rzeczywistość, to że Daniel powiedział na Snapchacie, że spał do 11, wcale nie znaczy, że musiało tak być.

Przypomnienie nr 2: dziewczyna, która śpi pół dnia, gdy nie pracuje, robi wyrzuty siostrze, która ją utrzymuje, że raz dłużej pospała.

Aha.

[zrzuty ekranu z wymianą smsów między Klaudią, a Deynn, w których Klaudia chce, żeby Deynn zajęła się Natalią, bo do niej przyjeżdża jej chłopak – Mati]

Po tych smsach nie wiedziałam co mam zrobić, bardzo mi zależało żeby Mati do mnie przyjechał, nie widziałam go od miesiąca. Wiem, że to nieodpowiedzialne, że chciałam żeby Natalka opuściła szkołe, ale to tylko 3dni, a sytuacja miała być jednorazowa. Po tych smsach zadzwoniłam do Marity i przeprosiłam ją, że tak pisałam i poprosiłam żeby wzięła Nati.

Marita wzięła Natalkę od niedzieli do czwartku. Oczywiście nie pojechała do Wrocławia, ponieważ Daniel zdychał po urodzinach.

Kiedy zawiozłam Nati do niej w niedziele dała mi 80zł za to, że zajęłam się psem (tak mi sie przynajmniej wydaje) i na tym jej pomoc finansowa się skończyła. Więcej od niej pieniędzy nie widziałam.

Mateusz miał być u mnie przez tydzień, ale między czasie wyszło, że może u mnie zostać dłużej więc został dwa tygodnie.

Nie wiem, czy tu trzeba coś dodawać – Klaudia oczekuje, że Marita będzie jej płacić za mieszkanie i dawać pieniądze na jedzenie, a ona w tym czasie zamiast zająć się swoim rozwojem i poprawą sytuacji, przez 2 tygodnie skłotuje w nieopłacanym przez siebie mieszkaniu swojego chłopaka, dziwiąc się, że jej sponsorce to nie pasuje.

Co tak naprawdę się stało, że mleko się rozlało?

Deynn, mimo słabych relacji i średniego kontaktu, postanowiła pomóc swojej dorosłej siostrze Klaudii i nieletniej Natalii, wyciągnąć je z małego Świdwina i dać ciepły start w Warszawie, organizując i opłacając przeprowadzkę i mieszkanie. Liczyła, że jej 20-letnia siostra wykorzysta szansę i rozwinie skrzydła w mieście, gdzie praca leży na ulicy. Niestety przeliczyła się, ponieważ dziewczyny nie przegadały między sobą, jak to życie w stolicy będzie wyglądać i czy ich wyobrażenia się pokrywają, a wcześniejsze problemy w komunikacji dały o sobie znać ze zdwojoną siłą.

Marita oczekiwała, że Klaudia będzie tak zdeterminowana do rozwoju jak ona i zostanie Władysławem Kozakiewiczem biznesu, natomiast Klaudia szykowała się na dłuższe wakacje spodziewając się, że Marita zostanie Mike’iem Tysonem sponsoringu. Natalia najprawdopodobniej kompletnie nie wiedziała co ma o tym myśleć, bo wszyscy uznali, że jest tylko małym dzieckiem, które powinno robić to, co mówią rodzice. Przy czym, nie ustalono kto tym rodzicem ma być. To znaczy, sorry, obserwatorzy na Instagramie zakładali, że Deynn będzie Matką Polką wszystkich dzieci, głównie nieswoich. I przy okazji Świętym Mikołajem.

W efekcie wszyscy są wkurwieni na wszystkich, bo rozminęli się w oczekiwaniach.

Siostra to siostra, a nie matka

Moja koleżanka Nishka napisała jakiś czas temu bardzo dobry tekst „Mamo, nie będę opiekunką twojego dziecka”, który pasuje do tej historii jak papieros do kawy. Portale plotkarskie, instagramerzy, youtuberzy i cały świat ma pretensje do Deynn, że nie zaopiekowała się swoimi siostrami, tak jak oni by tego oczekiwali. Tylko, czy to faktycznie było jej zadanie? Bo jeśli żyją, a żyją, to z tego co wiem, dziećmi powinni zajmować się rodzice, a nie rodzeństwo. Chyba, że są pełnoletnie, a są, wtedy odpowiadają same za siebie.

Do Marity można mieć naprawdę wiele zastrzeżeń i niejedno z nich będzie pewnie w pełni uzasadnione, ale w tym przypadku szkalowanie jej jest bezpodstawne. Rola, w którą nie powinna wchodzić ją przerosła. Zgadza się. Tyle że, abstrahując już od tego, że nie jest matką małej Natalii, a tym bardziej dorosłej Klaudii, i nie powinna ich wychowywać, to cała ta sprawa powinna zostać rozwiązana za zamkniętymi drzwiami. Drzwiami od domu rodzinnego, bo to wyłącznie sprawa rodzinna. A stała się sprawą publiczną, tylko dlatego, że Klaudia Surma zachowała się jak rozkapryszona nastolatka, odgrywając się na siostrze i próbując ją zniszczyć, bo ta nie spełniła jej oczekiwań. Ohydne.

A mogła z nią po prostu porozmawiać.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z Instagrama Deynn

11 błędów w Twoim CV, przez które nie możesz dostać pracy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z drukarnią internetową Chroma

Opowiadałem Wam, że zanim zająłem się blogowaniem pracowałem w kilkunastu różnych miejscach? Chłopiec na posyłki w fabryce, osiedlowy roznosiciel ulotek, sprzedawca gazet nad morzem, kelner w Dominium, układacz  ciuchów w Housie, przygotowywacz jedzenia w McDonald’s, fotograf w biurze nieruchomości, jakieś dziesięć innych zajęć pod drodze, i w końcu copywriter w agencji reklamowej.

Żeby biegać sobie po plaży w Niechorzu z plecakiem wypełnionym Gazetą Wyborczą, wystarczyło po prostu pojechać do ich ówczesnego biura na Sokolskiej w Katowicach i powiedzieć, że ma się taką fantazję. Żeby dostać się na praktyki do Onetu, a potem na płatny staż do Interii trzeba było jednak zrobić coś więcej. To enigmatyczne „więcej” materializowało się w postaci dobrego CV. Niby banał, ale ile zależy od dobrze napisanego i przyjaźnie zaprezentowanego życiorysu, przekonałem się dopiero wtedy, kiedy to ja byłem po drugiej stronie biurka na rozmowie rekrutacyjnej. I dostawałem na swoją skrzynkę mailową wypadki przy pracy, które powinny zostać wysłane do PZU jako materiał dowodowy przy podaniu o rentę, a nie dokumenty aplikacyjne na stanowisko wymagające myślenia.

Przechodząc do konkretów: oto najczęstsze błędy w CV, przez które Twoja aplikacja może zostać odrzucona.

1. CV w formacie *.QTAZ

Możesz być nieślubnym dzieckiem Steve’a Jobsa i Stephena Hawkinga z ogarnianiem wielozadaniowości na poziomie matki trójki dzieci, ale jeśli wysyłasz curriculum vitae w formacie, który jesteś w stanie otworzyć tylko Ty, to zgadnij co. Nikt się o tym nie dowie. Nie wszystkie firmy mają najnowszego Worda, nie wszystkie firmy – często z powodów bezpieczeństwa – mogą otwierać niszowe rozszerzenia plików, ale wszystkie mogą wyświetlić dokument przesłany w PDFie. Pilnuj Dobrego Formatu – PDF.

2. Co wiersz inny rodzaj fontu, ramki i podkreślenia

Poza kilkoma procent zawodów, w których naprawdę istotna jest kreatywność, dużo bardziej liczy się coś innego – sumienność. I to, czy Twoje CV da się przeczytać bez ataku epilepsji. I bardziej niż na wodotryskach i milionach wyróżników treści, osobom filtrującym aplikacje zależy na czytelności. Żeby mogły dotrzeć do istotnych informacji bez półgodzinnego studiowania legendy oznaczeń.

3. Plik podpisany „CV”

Albo bardziej finezyjnie – „curriculum vitae”.

Przy rekrutacji na półroczne praktyki z konserwacji powierzchni płaskich dostaje się po kilkanaście zgłoszeń. Na stanowisko, gdzie płacą miską ryżu, kilkadziesiąt. Teraz wyobraź sobie, że to Ty jesteś tym kimś, kto ma wybrać człowieka do obsługi ekspresu w kantynie i dostałeś osiem zgłoszeń podpisanych identycznym akronimem „CV”. Będziesz się męczył z edycją nazwy pliku, żeby przepisać tam ich nazwiska i móc się połapać czyje jest czyje, czy wciśniesz CTRL + A, a potem DELETE?

No właśnie.

4. Pisanie, że jesteś „kreatywny i komunikatywny”

Rekruterzy widząc tę formułkę dostają alergii III stopnia i lądują na OIOMie, czekając na domięśniowe podanie odczulaczy. Za każdym razem, kiedy przeklejasz z gotowca jakiś banał typu „znajomość pakietu MS Office i środowiska Windows 98” umiera jedna osoba z działu HR. Powstrzymaj się od używania tego typu oklepanych frazesów, bo nie będzie miał kto odpowiedzieć na Twoje zgłoszenie, a lekarze znów będą strajkować z nadmiaru pacjentów.

5. Przejawy gimbusiarstwa

Nie uwierzyłbym, że ludzie to robią, jeśli nie byłbym tego naocznym świadkiem.

Wklejanie do curriculum vitae zdjęcia z plażingu w Mielnie albo imprezy na działce, to naprawdę nie jest coś, co pomaga dostać pracę, która polega na używaniu mózgu, a nie ciała. Podobnie jak podawanie w danych kontaktowych maila z początkiem „weedlover” albo „sweetkocia” w domenie „buziaczek.pl”. Bądź pro, poświęć te 30 sekund na założenie maila imię.nazwisko@gmail.com i kwadrans na zrobienie sobie zdjęcia w koszuli na tle białej ściany.

6. Opis stanowiska: praca biurowa

Gdy kupujesz telefon chcesz wiedzieć ile trzyma bateria i jakiej rozdzielczość ma aprat, tak? Podobnie z komputerem, samochodem i masażerem osobistym, zgadza się? Nie wystarczy Ci informacja, że „jest sporych rozmiarów” i „wystarczy na dłuższe spotkanie”, bo dla każdego „sporo” i „długo” znaczy co innego, a Ty chcesz wiedzieć konkretnie: ile?

Z opisywaniem swojej dotychczasowej kariery jest dokładnie tak samo. Przyszłemu pracodawcy nic nie mówi, że „wykonywałeś zadania biurowe” albo „pracowałeś z komputerem”. Chce wiedzieć jakie dokładnie były Twoje obowiązki – czy byłeś przyciskiem do papieru, czy osobą odpisującą na zapytania ofertowe klientów.

Konkret, konkret, konkret.

7. Wpisywanie hobby, tylko po to, żeby wpisać

Jeśli w rubryce „zainteresowania” wpisujesz „muzyka”, bo jadąc samochodem lubisz sobie włączyć Eskę, to lepiej pozostaw to pole puste, bo w trakcie rozmowy błyskawicznie wyjdzie, że to wcale nie jest Twoją pasją. Jeśli faktycznie chcesz się pochwalić swoimi zainteresowaniami wpisz szczegółowo – „kuchnia wschodnioazjatycka”, a nie „gotowanie”. Jednak zdradzę Ci pewną tajemnicę: w większości branż ważniejsze od tego, co robisz po pracy, jest ważniejsze to, co robisz w pracy. I nic się nie stanie, jeśli wywalisz sekcję „hobby”.

8. Nieistniejące miejsca pracy i stanowiska

Innymi słowy – fałszywe wpisy w curriculum vitae, żeby podnieść jego atrakcyjność.

Ja wiem, że początki są najtrudniejsze i ruszanie z miejsca z niczym jest na maksa zniechęcające, ale nie ma innej drogi. Jeśli nie jesteś zawodowym aktorem – a jestem pewien, że nie jesteś, bo gdybyś był, nie czytałbyś tego wpisu – to na rozmowie rekrutacyjnej nie zagrasz kogoś, kto pełnił kierownicze stanowisko, bo nie będziesz nawet wiedział z jakimi obowiązkami wiąże się tego typu funkcja. I kłamstwo wyjdzie szybciej, niż gdy miałeś 5 lat i próbowałeś przekonać mamę, że to nie Ty zostawiłeś błoto w przedpokoju. Przekreślając tym samym Twoje szanse na jakąkolwiek pracę w tej firmie.

Żeby nie było, testowane empirycznie. Jedno i drugie.

9. Nikogo nie interesuje, gdzie chodziłeś do podstawówki

„Mniej znaczy więcej”, jak to mawiają sportowe świry na redukcji, więc warto się zastanowić, czy wszystkie informacje, które umieściliśmy w naszym zawodowym życiorysie są potrzebne. Wykształcenie poniżej średniego, stan cywilny, czy dyplom z osiedlowej biblioteki za wypożyczenie największej liczby książek w lutym, nie jest tym przez co rekruterzy lubią przebijać się najbardziej.

Upewnij się, że nie przepompowałeś swojej aplikacji zbędną treścią.

10. To samo CV na kelnera, menagera i copywritera

Większość osób, które szuka pracy, rozważa różne możliwości, branże i stanowiska. I na każde z nich wysyła jedno i to samo CV. A to naprawdę nie jest tak, że te same informacje, które pomogłyby Ci zdobyć posadę pracownika działu kadr, pomogą Ci też zostać przedstawicielem handlowym. Wręcz przeciwnie.

11. Grzegrz Nowwak

Wiesz co jest gorsze, niż przebijanie się przez setkę plików podpisanych „CV” w czterdziestu wersjach Worda, podczas, gdy Ty masz OpenOfice’a? Literówki w danych kontaktowych. Znajdujesz w końcu tą jedną, jedyną osobę, która spełnia wymagania podane w ogłoszeniu – i nie wysłała swojej cefałki na Senior Executive Officera, gdy jej doświadczenie to „barman, barman, barman, barman, pomoc barmańska” – i nie możesz się do niej dodzwonić, bo podając swój numer telefonu wcisnęła „0” zamiast ”9”.

***

Warto swój numer telefonu i adres e-mail sprawdzić więcej niż raz zwłaszcza wysyłając swoje zgłoszenie do Najpozytywniejszej Pracy Świata. Internetowa drukarnia Chroma szuka pracownika do działu kontroli jakości, oferując 1 miesiąc pracy, 11 miesięcy urlopu i 60 000 złotych wynagrodzenia. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Dobra, powiem od razu, że jest jeden mały haczyk: żeby dostać taką fuchę życia, trzeba spełnić bardzo restrykcyjne wymagania.

Kwalifikacje, którymi musi się charakteryzować kandydat to:
– duże doświadczenie w byciu pozytywnym
– energia i dobry humor
– dyspozycyjność przez miesiąc
– znajomość słowa TAK w 11 językach

I do tego jeszcze to skomplikowane zadanie rekrutacyjne wyrwane na żywca z wnętrzności korporacyjnej machiny: „Przedstaw się jako najbardziej pozytywna osoba na świecie. Dołącz zdjęcie lub video, na którym jesteś na TAK!”.

Mimo tych nieludzkich wymogów, sam chętnie podjąłbym rękawicę i wysłał swoje zgłoszenie, ale nie mogę, bo biorę udział w akcji promującej tę rekrutację, więc pozostaje mi tylko zachęcić Cię, żebyś Ty to zrobił, a potem mi opowiedział jak było.