Close
Close

Kraków – miasto, które zapiera dech w piersiach!

Skip to entry content
Kraków jest magicznym miastem, zwłaszcza zimą! Każdego dnia przyjeżdżają tu setki par, by przeżyć romantyczne chwile…
…spacerując po klimatycznych uliczkach wokół Rynku Głównego…
…ciesząc się śniegiem na plantach…
…odkrywając uroki kultowych miejsc na Kazimierzu…
…czy robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia pod Wawelem – miejscem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Jednak Kraków, to nie tylko Stare Miasto. To także szereg hal widowiskowych i obiektów sportowych, miejsc, gdzie możemy spędzić czas aktywnie.
Wycieczka do Grodu Króla Kraka, to też świetna okazja do relaksu na łonie natury – Zakrzówek, czy Kopiec Piłsudskiego, to miejsca, w których można zapomnieć, że jest się w dużym mieście.
Ale Kraków to przede wszystkim miasto z duszą, miasto, które zapiera dech w piersiach!
W sezonie grzewczym niestety dosłownie, nawet w pomieszczeniach zamkniętych…
…chyba, że mamy oczyszczacz powietrza.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Kraków jest miastem, w którym zimą zdrowiej jest pić bimber, niż oddychać. Niewielu z nas jednak wie, że syf, o którym alarmują stacje pomiarowe za oknem, jest też w naszych domach. I w sypialniach, i w szkołach, i w przedszkolach, i w biurach.  I to nie tylko w Grodzie Króla Kraka, ale wszędzie, gdzie są problemy ze smogiem.

Jak wynika z badań naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej, w pomieszczeniach zamkniętych powietrze jest zanieczyszczone tylko o połowę mniej, niż na zewnątrz. Znaczy to tyle, że jeśli z soboty na niedzielę, na Radzikowskiego pyły zawieszone doszły do poziomu 1036% normy (tak, tu nie ma literówki: TYSIĄC TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ procent normy, czyli 10 razy więcej, niż jest to dopuszczalne), to w mieszkaniach przy tej ulicy stężenie tych pyłów wynosiło średnio 518% normy. Jeśli ktoś ma bardziej szczelne okna, ciut mniej, jeśli ktoś ma mniej szczelne okna, ciut więcej.

Przed smogiem nie schowamy się ani pod łóżkiem, ani w piwnicy, ani za firanką u sąsiada. Jeśli nie chcemy chodzić w maskach antysmogowych po domu, mamy do wyboru albo zainwestowanie w oczyszczacz powietrza albo wyprowadzkę z kraju.

Przed dłuższy czas, jak większość osób, ignorowałem problem i tak jak Konstanty Radziwiłł – minister zdrowia – wmawiałem sobie, że „smog to problem teoretyczny”. A potem zainteresowałem się tematem i dowiedziałem, że w Polsce, z powodu syfu w powietrzu, umiera rocznie 44 000 ludzi, 15 razy więcej niż w wypadkach drogowych. To jednak wciąż są tylko liczby, często abstrakcyjne i niezrozumiałe. Najbardziej sprawę z problemu zdałem sobie w momencie, kiedy na zewnątrz zacząłem chodzić w masce, a w domu korzystać z oczyszczacza powietrza.

Co się okazało? Że wszyscy, którzy mówili „to nie kac, to smog”, mieli rację.

Od jakiegoś czasu używam oczyszczacza Electrolux EAP 300 z filtrem HEPA (zatrzymującym największy rakotwórczy paździerz zawieszony w powietrzu) i z filtrem węglowym (łapiącym sierść, kurz i zapachy), i gdy wchodzę do domu, czuję się jakbym teleportował się nad morze. Nagle okazało się, że można się budzić bez zwały z rana i nie czuć się zmulonym wieczorem, można też pozbyć się dziwnych bólów głowy, drapania w gardle i kaszlu biorącego się znikąd.

EAP 300 ma czujnik jakości powietrza, pokazujący jak bardzo zanieczyszczone jest to, czym oddychasz Ty i Twoje dziecko/pies/babcia, i funkcję automatycznego dostosowywania prędkości filtrowania, przez co, gdy otworzysz okno, żeby przewietrzyć miasto, sam wie, że ma pracować intensywniej. Oprócz tego, ma też taki bajer jak tryb nocny, który wycisza sprzęt, gdy tylko w pomieszczeniu zgaśnie światło. Co to daje? Poza sprawami, o których pisałem wyżej, przestałem mieć problemy z zasypianiem, które dziwnym trafem pojawiały się razem ze startem sezonu grzewczego. I przestałem sobie wmawiać, że gorsze samopoczucie to z braku słońca. Nie. To od smogu.

Filtr w domu, to w tej chwili jedyny sposób, by Kraków był miastem, które zapiera dech w piersiach, tylko metaforycznie.

dziękuję marce Electrolux, że została patronem tego wpisu, bo materiał ukazujący absurd, do którego popycha nas smog, chciałem stworzyć, odkąd zauważyłem, że zimą ubrania śmierdzą mi rozpałką po każdym spacerze

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

21 comments

  1. Trochę mi smutno, bo od zawsze podziwiałam, jak zgrabnie
    umiałeś wpleść reklamę w normalny wpis, a to takie ofensywne jest :(
    (Lunatycy są prześwietnI, „Wracaj do domu” Korteza tak mi do nich pasuje.. Przesłuchaj koniecznie jeśli nie znasz!)

    1. To mnie w takim razie bardzo smutno, bo to pomysł na wpis, który miałem w głowie od 2 lat, ale nie mogłem go zrealizować, bo wymagał opłacenia profesjonalnego fotografa, więc bardzo się ucieszyłem, że Electrolux zgodził patronować tej akcji, bo idealnie wpisuje się w temat :(
      (a za ciepłe słowa odnośnie „Lunatyków” bardzo dziękuję)

    2. Hmmm,to ja czuję się w obowiązku wdać tutaj w polemikę,bo dawno nie widziałam tak ze smakiem i z klasą poprowadzonej reklamy,w dodatku dotykającej tak istotnego problemu-spokojnie mogłaby byc częścią kampanii społecznej na ten temat!Brawo!

  2. Naprawdę świetna sesja i pomysł na wpis. Coraz więcej moich znajomych korzysta z oczyszczaczy, szczególnie jak mają w domu dzieci albo są alergikami. Wierzyłam, że jak wrócę do PL problem smogu będzie mniejszy, ale niestety nic na to nie zapowiada :( Trzeba będzie zastanowić się nad takim urządzeniem, bo w Katowicach jest niewiele lepiej, niż w Krakowie…

    1. Dziękuję bardzo! A co do sytuacji ze stanem powietrza, to przy dzieciach, czy kobietach w ciąży, oczyszczasz jest bezwarunkowo niezbędny i to niestety nie tylko w Małopolsce :/

  3. Choć problem smogu nie jest mały i walka z nim nie zasługuje na pochwały, tak ten wpis jest kapitalny. Pochwały Panie Janie za współpracę, za pomysł, za zdjęcia.
    Pozdro!

  4. Janku, a ja mam pytanie natury praktycznej – czy jak chodzisz w masce, nie masz problemu z parującymi okularami? :D Nie wiem, czy moja maska nie jest wystarczająco dopasowana, czy to jednak problem wszystkich okularników. Muszę wybierać – albo oddychać lepszym powietrzem, albo chodzić chodnikami Krakowa jak dziecko we mgle, bez okularów, co w efekcie doprowadziłoby do tego, że wpakowałabym się pod tramwaj.

    P.S. Zdjęcia przewspaniałe! <3

    1. Hej Ola! Powiem Ci, że to chyba kwestia dopasowania maski do twarzy, bo przy „normalnym” poruszaniu się po mieście jest w porządku i w zasadzie okulary parują mi tylko, gdy muszę gdzieś podbiec albo jakoś bardziej intensywnie się poruszać.

  5. Może to trochę głupie pytanie, ale czy oczyszczacz można postawić gdziekolwiek w mieszkaniu i będzie działał na całej jego powierzchni, czy ograniczał się do jednego pokoju? :)

    1. Pytanie jak najbardziej mądre. Oczyszczacz zawsze warto wybrać w zależności od wielkości mieszkania (ten którego ja używam – Electrolux EAP 300 – jest przeznaczony do powierzchni do 70m2) i postawić go w centralnym punkcie, nie zastawiając meblami, kwiatkami itd. Ja mieszkam w kawalerce, więc gdzie bym go nie postawił jest spoko, jeśli jednak masz 2-3 pokoje, to żeby działał prawidłowo i oczyszczał całe mieszkanie, wszystkie drzwi muszą być otwarte, by miał dostęp do znajdującego się w nich powietrza. Trikiem, który stosują moi znajomi przy większych mieszkaniach, jest trzymanie oczyszczacza w ciągu dnia w salonie, a wieczorem przestawianie go do sypialni :)

  6. Co do filtra węglowego to on też wyłapuje rakotwórcze zanieczyszczenia, bo pochłania m.in. benzen. W Electroluxie ważną zaletą jest tryb auto. Sama popełniłam błąd, wybierając oczyszczacz bez takiego trybu i bez czujników zanieczyszczeń. Co prawda znalazłam na rankingu oczyszczaczy dobry czujnik i w połączeniu z nim urządzenie nieźle się spisuje, ale i tak zastanawiam się nad zmianą. A jak kwestia żywotności filtrów? Producent zawsze podaje przewidywaną, ale w praktyce zwykle wygląda to trochę inaczej, szczególnie w tak zanieczyszczonym mieście jak Kraków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Idealny moment jest jak idealny partner – nie istnieje

Skip to entry content

 

Teraz jest zawsze teraz, wystarczy umieć liczyć do zera.

Bisz – „Pollock”

Kiedyś miałem pewną znajomą, nazwijmy ją Gosia. Co prawda wciąż żyje, ale mówię o niej w czasie przeszłym, bo już nie utrzymujemy kontaktu. Gdy z Gosią wypiliśmy jedno małe, później dwa duże, a na końcu trzy głębsze, zdarzało jej się opowiadać o tym, że najbardziej na świecie chciałaby dwóch rzeczy. Po pierwsze: jeść codziennie pierogi ruskie ze skwarkami i nie mieć wzdęć. Po drugie: rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na pół roku w Bieszczady. Przy czym, w jej przypadku „Bieszczady” zaczynały się „B” i kończyły na „razylia”. Tyle razy słyszałem od niej o karnawale w Rio, że prawie nauczyłem się poprawnie wymawiać „de Janeiro”.

W chwili, gdy się poznaliśmy nie mogła tam polecieć, bo nie miała kasy.

W chwili, gdy zaczynaliśmy się kumplować nie mogła tam polecieć, bo musiałaby zrobić przerwę w nauce.

W chwili, gdy byliśmy dobrymi kumplami nie mogła tam polecieć, bo starała się o awans w pracy.

W chwili, gdy zrywał nam się kontakt nie mogła tam polecieć, bo była w ciąży.

W chwili, gdy ostatni raz widziałem jej zdjęcie na Facebook nie mogła tam polecieć, bo zajmowała się dzieckiem.

W tej chwili, podejrzewam, że za wiele się nie zmieniło. Dalej nie może tam polecieć, bo czeka na idealny moment.

Życie to nie cytat z Paulo Coelho

To nie jest tak jak mówi brazylijski generator aforyzmów na zdjęcia z zachodem słońca. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat wcale nie sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. Cały wszechświat najczęściej ma Cię głęboko w dupie, a gdy czegoś bardzo chcesz, to wkłada Ci kij w szprychy, żeby sprawdzić, czy zniechęci Cię lądowanie twarzą na glebie.

Jeśli nie jesteś potomkiem właściciela rafinerii naftowej, ani nie znalazłeś świnki skarbonki wypełnionej bitcoinami kopiąc dziurę w piaskownicy, to zawsze będzie Ci czegoś brakować. Albo pieniędzy, albo czasu, albo kompana, albo korzystnego układu planet, a najczęściej odwagi. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty na otwieranie hodowli mrówek, kończenie związku, czy podróż do Iraku, ale z pewnością nigdy nie ma idealnego.

To nie jest tak, że Ci wszyscy ludzie, którzy wyprowadzili się do Peru czesać alpaki nie mieli kłód pod nogami, gołębie przestały srać im na czapki, a wszystkie znaki w Messengerze mówiły: jedziesz ziomuś! I ci co rzucali korpo, żeby otworzyć Pensjonat Pod Różą, i ci co rzucali się w podróż stopem wzdłuż równika, mieli filiżankę wątpliwości i cały gar przeciwności losu.

I podejmowali decyzję, że przełkną oba wywary.

Nie pojutrze, nie w przyszłym roku, nie gdy Saturn stanie z Jowiszem i Orionem w jednej linii. Nie kiedyś. Teraz.

Im wcześniej, tym łatwiej

Z trzech powodów.

Kiedy łatwiej podejmować Ci odważne decyzje? Gdy odpowiadasz wyłącznie za siebie, nie masz żadnych zobowiązań, a jedyna umową jaką jesteś z kimkolwiek związana, to pijacka przysięga z Twoją przyjaciółką, że jeśli nie znajdziecie sobie nikogo przed 40-tką, to zostaniecie lesbijskim małżeństwem? Czy może, gdy masz (trzy)miesięczny okres wypowiedzenia, męża, kredyt na mieszkanie i kogoś, kto może Ci narysować laurkę na Dzień Matki?

Powód numer jeden: im więcej lat, tym więcej zobowiązań.

Jak podają badania z 2014, w ciągu pierwszego roku działalności pada 9 na 10 startupów. Można powiedzieć, że to przez zbyt abstrakcyjne pomysły, czy oderwanie od realiów rynkowych i faktycznie, z „nieinnowacyjnymi” firmami jest lepiej, bo wśród nich w trakcie pierwszych dwóch lat upada tylko 8 na 10. Z kolei, jak przeczytałem w książce Roberta Kiyosakiegp, najczęściej wypala dopiero 3 pomył na biznes.

Powód numer dwa: jeśli Twój wielki plan/biznes za milion dolarów/podróż na koniec świata nie wypali, łatwiej się pozbierać, gdy jesteś młodszy, niż starszy.

I od razu powód numer trzy: gdy masz mniej świeczek na torcie, niż więcej, jesteś bardziej skory do podejmowania kolejnej próby.

Czekasz na idealny moment, czy tylko brak Ci odwagi?

Kiedyś dostałem od Czytelniczki maila, z którego można by zrobić opowiadanie pod tytułem „Tysiąc sposobów na oszukiwanie partnera, że jest Ci z nim dobrze”. W skrócie: dziewczyna od dawna tkwiła w związku, który jej nie cieszył i przede wszystkim ją męczył, ale nie wiedziała jak się z niego wymiksować, bo przecież byli ze sobą już tak długo, więc dziwnie to urwać z dnia na dzień. Do tego potrzeba właściwej okazji. Idealnego momentu.

Odpisałem, że nie jestem kompetentną osobą, żeby udzielać jej rad w takim temacie, ale ogólnie jak pogada o tym z psychologiem, to raczej nic złego się nie stanie. Liczyłem na to co zwykle, gdy piszę komuś, żeby ze swoim problemem poszedł do kogoś, kto zajmuje się rozwiązywaniem ich zawodowo, czyli na ciszę. Stało się coś innego. Odpisała. Dostałem krótkiego maila, że już niczyja pomoc nie jest jej potrzebna. Dzień po tym, gdy wysłała mi wiadomość, jej wieloletni partner stwierdził, że to co jest między nimi, to już nie „to”. I się wyprowadził.

Nie czekał na idealny moment. Po prostu zrobił to, co miał do zrobienia. TERAZ.

Bo nie ma idealnego momentu, jest tylko odwaga lub jej brak.

---> SKOMENTUJ

Ludzie plują na Deynn, bo nie chciała być matką dla swoich sióstr

Skip to entry content

Dla niezorientowanych w temacie, szybkie wprowadzenie: Deynn, czy też Marita Surma, to najpopularniejsza w Polsce instagramerka z ponad milionem obserwatorów na swoim profilu. Teoretycznie zajmuje się fitnessem, praktycznie odzieraniem się z prywatności w mediach społecznościowych, co wyniosła do rangi sztuki, a z pewnością wepchnęła na nowy poziom, udowadniając, że nie ma takiej rzeczy, której nie wypada pokazać na Snapchacie. Jedni ją za to kochają, drudzy nienawidzą. Ja nie popieram, choć szczerze podziwiam za wytrzymywanie presji i nietonięcie w kolejnych falach hejtu. Ten poziom nienawiści z jakim musi zmagać się Deynn, dotyka chyba tylko polityków, bo nawet partnerka Wojewódzkiego miała lżej.

Od wczoraj Marita znów żyje w zagrożeniu powodziowym, bo wybiło kolejne szambo. Jej siostra postanowiła pociągnąć temat robienia „Big Brothera” ze swojego życia i opublikowała chwytający za serce wpis, w którym próbuje przekonać opinię publiczną, że fit-instagramerka jest najgorszym człowiekiem na świecie. I udaje jej się, bo po tym jak powyciągała prywatne rozmowy z własną siostrą, i sytuacje, które powinny zostać tylko między członkami ich rodziny, ludzie życzą blogerce butów z cementu.

Dlaczego? Bo ta straszna Deynn zorganizowała przeprowadzkę swojej dorosłej siostry Klaudii i ich niepełnoletniej siostry Natalii do Warszawy, by wyciągnąć je z małej mieściny. Co poszło nie tak? Szafiarka bez serca po dwóch miesiącach nie chciała być dłużej bankomatem bez dna.

Czy Deynn jest takim potworem jak przedstawia to jej siostra Klaudia Surma?

Sprawdźmy.

Zacznę od tego, że nigdy nie miałam dobrych kontaktów z Maritą. Wyprowadzila się jak miałam 12lat i od tamtej pory widywałam ją kilka razy w ciągu  roku. Często kiedy za długo ze sobą przebywałyśmy rodziły się niepotrzebne kłotnie.  Ja sobie to tłumaczę tym, że się nie znamy. Nie bylo jej kiedy dojrzewałam, kiedy mój światopogląd zmieniał się niemal codziennie. Przez to nie możemy się dogadać, ona nie zna mojego charakteru, nie wie kiedy odpuścić. I to działa w dwie strony. Wyjazd do Warszawy miał mi otworzyć drzwi do nowego, lepszego świata. Miałam mieć super życie, Marita miała mi pomóc znaleźć super prace, miałam zacząć robić prawo jazdy, które „dała” mi na urodziny.

Ustalmy sytuację wyjściową: masz siostrę, za którą nie przepadasz, trudno Wam się ze sobą porozumieć i kiedy przebywasz z nią chwilę dłużej drzecie koty. Innymi słowy – jesteś w pełni świadoma trudności w kontaktach między Wam i tego, że raczej nie będziecie razem koni kraść. Mimo to, ta siostra wyciąga do Ciebie rękę i pomaga Ci się przenieść do stolicy…

Moja mama miała przyjechać do nas w styczniu, do tego czasu miałyśmy opiekować się Natalką razem, oczywiście ja miałam mieszkać z Nati sama na 29m w obcym mieście. Po dwóch dniach od przyjazdu wprowadziłyśmy się do „lepszego życia”. Natalka zaczęła naukę, a Marita naciskała żebym znalazła pracę. Szczerze mówiąc bałam się strasznie, obce miasto, nowa praca, dojeżdżanie na drugi koniec miasta to był dla mnie kosmos. Więc znalazłam pracę w Żabce, do której miałam 2min drogi z domu.

…a Ty na starcie masz roszczeniową postawę i oczekujesz, że wszystko spadnie Ci z nieba. „29m w obcym mieście” to jest sytuacja, o której większość osób marzy, wyprowadzając się z domu, bo zazwyczaj to jest kąt w 14-metrowym pokoju, który musisz dzielić z obcym typem, a wcześniej pomyślnie przejść casting i wyczarować hajs na kaucję i pierwszy czynsz. „Marita naciskała żebym znalazła pracę” brzmi absurdalnie. Jesteś dorosłym, 20-letnim człowiekiem, który ma obie ręce i nogi, więc na co miała naciskać? Żebyś cały dzień siedziała w domu i pozowała do selfie w lustrze?

W żabce są dwie zmiany, 6-14 lub 14-23. Na początku kiedy miałam na 14 Marita zabierała do siebie Natalkę po szkole i przywoziła ją o 21 do domu. Natalka siedziała sama do 23, ja wracałam z pracy robiłam szybko kolacje, Natalka szła się myć i spać. Mój każdy dzień wyglądał tak samo, dzień w dzień robiłam to samo.

No hej, Klaudia, tak właśnie wygląda dorosłe życie – dzień w dzień to samo, tak długo, aż nie zrobisz czegoś, żeby to zmienić. Myślisz, że u innych ludzi, których nie utrzymują rodzice to jest jakoś inaczej?

Nie miałam żadnej koleżanki, z którą mogłabym spędzić dzień wolny, więc spędzałam go tak, że pół dnia spałam.

No tak, bo nowe koleżanki poznaje się najczęściej śpiąc pół dnia. Ciekawszą pracę zdobywa się podobnie. Będąc w nowym miejscu i mając tak dużo wolnego czasu chyba zwariowałbym, siedząc cały czas w domu. Aż się prosi, żeby z niego wyjść, poznać i oswoić to obce miasto, by podróż autobusem na jego drugi koniec już nie była „kosmosem”.

Z czasem zaczęły się dziwne sytuacje. Natalka mówiła, że jak coś źle powie na porannym snapie Daniela to nagrywają jeszcze raz itp.

Uwaga, uwaga! Informacja z ostatniej chwili! Trzymajcie się stołków! Gotowi? ZDJĘCIA I FILMY NA INSTAGRAMIE TO NIE RZECZYWISTOŚĆ! SĄ REŻYSEROWANE! Szok! Po prostu, szok! Wpadlibyście na to, że to całe żarcie pod hashtagiem #foodporn jest pozowane? I że blogerki modowe tak naprawdę nie trzymają na co dzień na kołdrze płatków róż, nowego numeru „Vogue”, kurosantów na fikuśnych talerzykach i perfum Chanell? Niewiarygodne, co?

Ja starałam się robić to, o co Marita mnie poprosiła, jak chciała żebym zawiozła Natalke do szkoły to zawoziłam z odbieraniem też nie było problemu, raz poprosiła mnie żebym zawiozła Natalke do szkoły, bo oni mają ważną sprawę do załatwienia, zgodziłam się bez problemu. Poźniej weszłam na snapa gdzie zobaczyłam jak Daniel dodał „ze w koncu sie wyspali i pospali do 11”. Przykro, no cóż.

Przypomnienie nr 1: Instagram to nie rzeczywistość, to że Daniel powiedział na Snapchacie, że spał do 11, wcale nie znaczy, że musiało tak być.

Przypomnienie nr 2: dziewczyna, która śpi pół dnia, gdy nie pracuje, robi wyrzuty siostrze, która ją utrzymuje, że raz dłużej pospała.

Aha.

[zrzuty ekranu z wymianą smsów między Klaudią, a Deynn, w których Klaudia chce, żeby Deynn zajęła się Natalią, bo do niej przyjeżdża jej chłopak – Mati]

Po tych smsach nie wiedziałam co mam zrobić, bardzo mi zależało żeby Mati do mnie przyjechał, nie widziałam go od miesiąca. Wiem, że to nieodpowiedzialne, że chciałam żeby Natalka opuściła szkołe, ale to tylko 3dni, a sytuacja miała być jednorazowa. Po tych smsach zadzwoniłam do Marity i przeprosiłam ją, że tak pisałam i poprosiłam żeby wzięła Nati.

Marita wzięła Natalkę od niedzieli do czwartku. Oczywiście nie pojechała do Wrocławia, ponieważ Daniel zdychał po urodzinach.

Kiedy zawiozłam Nati do niej w niedziele dała mi 80zł za to, że zajęłam się psem (tak mi sie przynajmniej wydaje) i na tym jej pomoc finansowa się skończyła. Więcej od niej pieniędzy nie widziałam.

Mateusz miał być u mnie przez tydzień, ale między czasie wyszło, że może u mnie zostać dłużej więc został dwa tygodnie.

Nie wiem, czy tu trzeba coś dodawać – Klaudia oczekuje, że Marita będzie jej płacić za mieszkanie i dawać pieniądze na jedzenie, a ona w tym czasie zamiast zająć się swoim rozwojem i poprawą sytuacji, przez 2 tygodnie skłotuje w nieopłacanym przez siebie mieszkaniu swojego chłopaka, dziwiąc się, że jej sponsorce to nie pasuje.

Co tak naprawdę się stało, że mleko się rozlało?

Deynn, mimo słabych relacji i średniego kontaktu, postanowiła pomóc swojej dorosłej siostrze Klaudii i nieletniej Natalii, wyciągnąć je z małego Świdwina i dać ciepły start w Warszawie, organizując i opłacając przeprowadzkę i mieszkanie. Liczyła, że jej 20-letnia siostra wykorzysta szansę i rozwinie skrzydła w mieście, gdzie praca leży na ulicy. Niestety przeliczyła się, ponieważ dziewczyny nie przegadały między sobą, jak to życie w stolicy będzie wyglądać i czy ich wyobrażenia się pokrywają, a wcześniejsze problemy w komunikacji dały o sobie znać ze zdwojoną siłą.

Marita oczekiwała, że Klaudia będzie tak zdeterminowana do rozwoju jak ona i zostanie Władysławem Kozakiewiczem biznesu, natomiast Klaudia szykowała się na dłuższe wakacje spodziewając się, że Marita zostanie Mike’iem Tysonem sponsoringu. Natalia najprawdopodobniej kompletnie nie wiedziała co ma o tym myśleć, bo wszyscy uznali, że jest tylko małym dzieckiem, które powinno robić to, co mówią rodzice. Przy czym, nie ustalono kto tym rodzicem ma być. To znaczy, sorry, obserwatorzy na Instagramie zakładali, że Deynn będzie Matką Polką wszystkich dzieci, głównie nieswoich. I przy okazji Świętym Mikołajem.

W efekcie wszyscy są wkurwieni na wszystkich, bo rozminęli się w oczekiwaniach.

Siostra to siostra, a nie matka

Moja koleżanka Nishka napisała jakiś czas temu bardzo dobry tekst „Mamo, nie będę opiekunką twojego dziecka”, który pasuje do tej historii jak papieros do kawy. Portale plotkarskie, instagramerzy, youtuberzy i cały świat ma pretensje do Deynn, że nie zaopiekowała się swoimi siostrami, tak jak oni by tego oczekiwali. Tylko, czy to faktycznie było jej zadanie? Bo jeśli żyją, a żyją, to z tego co wiem, dziećmi powinni zajmować się rodzice, a nie rodzeństwo. Chyba, że są pełnoletnie, a są, wtedy odpowiadają same za siebie.

Do Marity można mieć naprawdę wiele zastrzeżeń i niejedno z nich będzie pewnie w pełni uzasadnione, ale w tym przypadku szkalowanie jej jest bezpodstawne. Rola, w którą nie powinna wchodzić ją przerosła. Zgadza się. Tyle że, abstrahując już od tego, że nie jest matką małej Natalii, a tym bardziej dorosłej Klaudii, i nie powinna ich wychowywać, to cała ta sprawa powinna zostać rozwiązana za zamkniętymi drzwiami. Drzwiami od domu rodzinnego, bo to wyłącznie sprawa rodzinna. A stała się sprawą publiczną, tylko dlatego, że Klaudia Surma zachowała się jak rozkapryszona nastolatka, odgrywając się na siostrze i próbując ją zniszczyć, bo ta nie spełniła jej oczekiwań. Ohydne.

A mogła z nią po prostu porozmawiać.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z Instagrama Deynn
---> SKOMENTUJ