Close
Close

Jesteś stary, jeśli nikt nie oblał Cię w lany poniedziałek

Skip to entry content

Gdy byłem dzieckiem, w lany poniedziałek najważniejszy zawsze był początek dnia. To jako który obudziłeś się w domu, decydowało o tym, czy byłeś polującym, czy upolowanym. Pamiętam jak w któreś Święta Wielkanocne zaspałem i z cieplutkiego snu wybudził mnie zimny strumień wody opadający mi na twarz. To moja mama, zrewanżowała się za poprzednie śmingusy-dyngusy, kiedy to ona była wyrywana ze snu przy pomocy gumowej psikawki imitującej jajko. Babcię oblewałem zazwyczaj, gdy już była na nogach, choć i tu trzeba było obrać odpowiednią taktykę, bo zdarzyło się, że pozorując zajęcia kucharsko-kuchenne, tylko czekała aż się zbliżę i zaatakowała pierwsza z przezroczystej żaby z wodą. Jak na swoje lata miała lepszą celność, niż niejeden wytrawny gracz w Counter Strike’a.

Wraz z wiekiem wodny oręż ewoluował.

Od wcześniej wspomnianych psikawek, które miały skandalicznie małą pojemność i koszmarnie żaden zasięg, przez pistolety i strzykawki wystrzeliwujące wodę ciutkę dalej, po opakowania po Ludwiku mieszczące całkiem przyzwoitą ilość amunicji i strzykawki laryngologiczne mające zasięg od schodów klatki aż po trzepak, kończąc na 5-litrowych baniakach i wiadrach. Które przy dobrym zamachu wyrzucały wodę do połowy podwórka. Niestety, mimo imponującego zasięgu rażenia, miały naprawdę sporą niedogodność – po dwóch atakach trzeba było wrócić do domu po przeładowanie. Co było równoznaczne z tym, że będąc na terytorium wroga, bardzo szybko stawałeś się bezbronny.

„Bezbronny” z kolei równało się „mokry”, a „terytorium wroga” równało się „każde miejsce poza domem”.

W lany poniedziałek osiedle przypominało klimatem „Gangi Nowego Jorku”. Tyle, że bez krwi. Choć z dwa razy się zdarzyło, że ktoś przymierzając się do ataku z wiadra, nie zauważył, że ma swojego krok od siebie i zamachując się z „całej pety przyłożył mu w kinola”. Że już tak podwórkowym slangiem polecę. Cóż, to była wojna. I to wojna, która nie bierze jeńców. Nie było tłumaczenia, że to ostatnia sucha koszulka, że właśnie idziesz na obiad do dziadków, że to koszulka z Najki, czy Adasia i starzy Cię zabiją, albo, że rodzice wyszli z domu i będziesz mógł się przebrać dopiero popołudniu. Tu było prawo wody: płyń z nią albo spływaj. Jeśli oczywiście zdążysz uciec.

Ekipy walczyły między sobą o strefy wpływów w bezlitosnych starciach, napędzając się widokiem pokonanych i piskiem uciekających przed mimowolnym udziałem w konkursie mokrego podkoszulka. Kto chciał uniknąć przymusowej kąpieli, wiedział, że jedynym wyjściem jest pozostanie w domu aż do zmroku. Wszelkie inne próby przesmyczenia się bocznymi alejkami, wybrania okrężnej drogi, czy zamaskowania się nie do poznania, kończyły się w ten sam sposób. Mokro. Ten bój miał tylko jedną, święta zasadę: nie lejemy dorosłych. Dorosłych, czyli tych starych ludzi, którymi nigdy nie będziemy.

Dzisiaj wyszedłem z domu do Żabki po sok, a dzieciaki z pistoletami na wodę minęły mnie szerokim łukiem. Jak smutne jest to?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Dean Hochman
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

26 comments

  1. Byłoby super zebrać swoją ekipę, zaopatrzyć się w dużą ilość wody i ogarnąć jakiś teren gdzie byłby swoisty ad fontes z prawdziwą, wodną wojną. Nie zapominając przy tym wszystkim o wodzie oczywiście

    1. Zawsze chciałem zrobić okopy z worków po ziemniakach i rzucać granaty z balonów wypełnionych wodą. To co, ustawka za rok na śmingusa-dyngusa?

  2. To naprawdę smutny tekst. Niby wychodzi, że jeszcze stara nie jestem, ale to ostatnie momenty młodości skoro oblali mnie tylko znajomi, a młodzież na ulicy zdawała się mnie w ogóle nie dostrzegać :(

  3. Dorosłość nie ssie. Musicie jeszcze trochę dorosnąć. Ja np chamsko schowałem dzieciakom psikawki w nocy. Rano wygrałem :D Wdrażam ich w tradycje, a co!

    Zawsze jeździliśmy do wujka. Stary był, miał już ze 35 lat :) polewalismy sie tak, ze byliśmy calutcy mokrzy i biegaliśmy po całym gospodarstwie :) Never Grow Up!

  4. Smutne jest to bardzo. Miałam identyczną sytuację: dziś wczesnym popołudniem na osiedlu minęło mnie stado na oko 10-latków z rozmaitymi wodnymi karabinami. Ani jedna kropelka mnie nie dotknęła. Nic. Zero. Naprawdę poczułam się staro.
    Ale za to zauważyłam, że „starzy” w lany poniedziałek chętnie myją samochody. Przechodziłam koło 2 myjni i do obydwu kolejki prawie jak w PRL-u. Może dorośli nie mają kogo oblewać, to oblewają auta.

  5. Najpierw nie jesteś oblewany (oblewana)w Śmigus Dyngus. Później zawodniczka w drogerii, w wieku prawie przedtartacznym, mówi ci że L’Oreal wypuścił nowe kremy do dojrzałej cery i serdecznie poleca. W wersji męskiej:lekarz sugeruje ci ograniczenie tłuszczów, bo „za parę lat odezwie się miażdżyca”.A już tylko chwilę później farmaceutka bez pytania dorzuca ci próbkę Corega Tabs do zakupów :((

  6. A ja zapomniałem o tym, że dzisiaj lany poniedziałek. Wstałem z łóżka nigdzie się nie śpiesząc, zjadłem śniadanie bez żadnych przeszkód, usiadłem na chwilkę w salonie, by porozmawiać z mamą, usłyszałem dzwonek do drzwi – rzecz w święta przecież normalna – chwilę później dźwięk otwieranych przez tatę wrót. I od tej chwili wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.
    Do domu wparowało dwóch kumpli (nomen omen mieszkających w sąsiedniej miejscowości, co za poświęcenie!) z dwulitrowymi butlami w rękach. Nim się zorientowałem, o co chodzi, zawartość pierwszej wsiąkała już w mój szlafrok. Przed ponownym atakiem schroniłem się w łazience, zapomniałem jednak zaryglować zamka (!) i proces ładowania amunicji (to jest: wody) do znalezionej przy pralce butelki przerwała wściekła szarża napastnika. Na szczęście, nie tracąc jasności umysłu, zaskoczyłem go atakiem „dzikiego węża” używając do tego baterii prysznicowej z włączoną funkcją biczy wodnych. Był bez szans. Następnie wezwałem posiłki. Siostra zjawiła się w przeciągu kilku oka-mgnień z wypełnionym po brzegi wiadrem (skubana pewnie przygotowała je na mnie!). Dokonaliśmy szybkiego przegrupowania i dzięki mojemu zmysłowi strategicznemu, bazując na uzyskanej chwilę wcześniej przewadze pozycyjnej, przeprowadziliśmy rozstrzygające natarcie. Wróg był bez szans. I bez ubrań na zmianę, he he.

    Tak wyglądał poranek u dwudziestojednoletniego mnie, studenta i człowieka cokolwiek poważnego, choć – jak się okazuje – na szczęście nie starego.
    Popołudnia nie opiszę, bo bieganie po domu ze szmatą, ścieranie wszystkich zacieków i ratowanie zalanego sprzętu było już mniej emocjonujące.
    Pozdrawiam

  7. Zapomniałam o tym że dzisiaj jest lany poniedziałek i wraz z siostrą poszłyśmy na spacer po okolicznych wsiach, piękna pogoda i w ogóle. Idziemy, idziemy, podjeżdża samochód, okno sie otwiera, wiadro z wodą no i chlup! No i sobie przypomniałam jaki dzisiaj dzień :)

  8. Nawet mi zebrało się na wspominki. Lany poniedziałek to była WALKA- czasami nawet krwawa ( true story). A dziś cały dzień na rowerze i NIC! Ehh..

  9. Zapomniałam o lanym poniedziałku i dopiero gdy po mszy siedziałam na kawie u znajomej się ogarnęłam, że przecież mam w domu siostrę i jej chłopaka, no łupy idealne. Niestety, zanim miednica z wodą wylądowała pod drzwiami pokoju siostry, zdążyli wrócić rodzice, przy których dowcipkować się nie da (po ściany nie pomocz!). Na wsi nie widziałam nikogo, kto by latał z wiadrami. Mam osiemnaście lat i jestem stara… Ale jak byłam młodsza stryjek co roku sumiennie zalewał nam korytarz za pomocą wiader i kuzynów, a mama nigdy się nie nauczyła, żeby w lani poniedziałek nie otwierać drzwi :D

  10. Gdy w lany poniedziałek wyszliśmy z mężem z domu to w nas, starych ludzi po trzydziestce, ktoś rzucił workiem z wodą. Najpierw byłam zła bo mokry płaszcz, bo niebezpiecznie tak rzucać z czwartego piętra, bo się schował i tylko firanka się kołysała, bo w ogóle skandal. Ale ten tekst otworzył mi oczy…wyślę osobnikowi czekoladki Merci.

  11. Trochę wstyd się przyznać, ale ja najczęściej w Śmigusa „kampiłem” z kolegą na balkonie :-p Nie powiem – zdarzyło się kilka razy wybrać na „zwiad” i wrócić przemoczonym, ale generalnie co roku szykowaliśmy na balkonie sprzęt (mieszkałem na parterze) i tylko czekaliśmy aż ktoś będzie przechodził w pobliżu, w zasięgu naszych pistoletów i butelek ;-) Ewentualnie były też woreczki śniadaniowe wypełnione wodą – niezawodna broń ;-) Ale podsumowując – można powiedzieć, że „kampiłem” zanim to było modne ;-)

  12. Osobiście nie lubie lanego poniedziałku, a jażeli ktoś zrobi mi psikusa i wybudzi ze snu oblaniem wody, to dostaje wścieklizny, toczę pianę i gryzę :D
    Swoją drogą to zaczynasz mówić trochę jak te starsze babuleńki „za moich czasów to było inaczej…”, ale z tymi dzieciakami nie jest źle, wciąż są :) Wydaje mi się tylko, że kiedyś było cieplej, ostatnie lata są bardzo mroźne jeśli chodzi o lany poniedziałek, zatem trudno jest się dziwić, że mniej dzieci bawi się na podwórku. A co do tego, że nie zostałeś oblany to hm, mnie za młodego nikogo starszego nie wolno było tak potraktować, bo dostawałam opieprz od mamy :) Więc może w przypadku tych co spotkałeś również tak było :)

  13. Dziękuję za ciekawy artykul!
    Zawsze przyjemne cię czytać.

    W Rosji lany poniedzialek się nazywa „Iwan Kupala” – https://pl.wikipedia.org/wiki/Noc_Kupa%C5%82y
    Czy to nie jest to samo?

    Zawsze używaliśmy wodny oręz i jeszcze robiliśmy takie: braliśmy kameru z kola rowera, rozcinaliśmy, robiliśmy węzeł z jednej strony i nalewali w kamerę wodę.

    Wygląda to tak: http://photopolygon.com/photo/fit/2984/10547/57186.jpg.700
    (ciekawe że nawet te zdjęcie znalazłem w google, ale to jest moje rodzinne miasto – Nowosibirsk)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Shit-test – co jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

---> SKOMENTUJ

19 rzeczy, które zaskoczą Cię w Wietnamie!

Skip to entry content

Po tym jak w 2016 w końcu zrealizowałem marzenie z czasów jedzenia bułek posmarowanych nożem i poleciałem do Tajlandii, bardzo zajawiłem się na Azję i wiedziałem, że muszę tam wrócić. Choćby po to, żeby liznąć trochę słońca w trakcie półrocznej polskiej zimy. Wybór padł na Wietnam ze względów gastronomicznym – pozdro dla zupiarzy i sajgoniarzy – i oczywiście ekonomicznych – Japonia cały czas poza moim zasięgiem, chlip, chlip.

I co? I o ile Tajlandią byłem oczarowany, o tyle Wietnam mnie rozczarował. Nie wiem, czy to kwestia tego, że tylko raz możesz być zachwycony Azją pierwszy raz i pewne rzeczy już nie robią na Tobie wrażenia, czy może chodzi o to, że Tajowie w odróżnieniu od Wietnamczyków, nie traktowali mnie jak chodzącego worka z dolarami. Tak czy inaczej, w Wietnamie było w porządku – nie beznadziejnie, ale też nie porywająco. Ot, ciekawe doświadczenie, którego nie mam potrzeby powtarzać.

Część rzeczy mnie urzekła, część pokazała mi środkowy palec, ale z pewnością żadna z nich mnie nie znudziła. Przed Tobą 19 rzeczy, które zaskoczą Cię w Wietnamie!

1. Skutery, WSZĘDZIE skutery!

W Wietnamie jest 45 MILIONÓW zarejestrowanych skuterów, przy 92-milionowej populacji ludzi, z czego 5 milionów porusza się po ulicach Hanoi. Na papierze może to nie robi wrażenia, ale gdy tylko dotrzesz z lotniska do miasta już tak. Ruch uliczny jest przerażający i to nie jest metafora. Każde przejście przez ulicę jest kładzeniem swojego życia na szali.

Wietnamczycy jeżdżą jakby im się śpieszyło do sprawdzenia empirycznie czy jest życie po śmierci, nie stosując się do żadnych zasad ruchu drogowego. Pomijam już kwestię kierunkowskazów i pasów, ale dla nich nie istnieje nawet sygnalizacja świetlna. Myślisz, że jak stoisz na światłach i masz zielone, to znaczy, że możesz bezpiecznie przejść? Hahaha, niezły żart. To znaczy, że samochód lekko przyhamuje zanim Cię potrąci. Na ulicy panuje prawo silniejszego, a przechodzień jest wyłącznie niechcianym intruzem.

Skutkuje to tym, że w Wietnamie w wypadkach drogowych rocznie ginie 14 000 ludzi. Czyli 1,5 osoby co każdą godzinę.

2. Palenie śmieci na ulicy

W Polsce śmieciami pali się w piecach na wsiach i w małych miejscowościach. Głównie po to, żeby ogrzać dom. W Wietnamie śmieci pali się na ulicy w stolicy kraju. Bo tak.

3. Kawa z jajkiem

Tak zwane egg coffee. Kawa z jajkiem brzmi jak przepis na rozwolnienie, a jest zadziwiająco dobra i była moim ulubiony deserem w trakcie podróży po tym kraju. Wersja bez koglu-moglu również bardzo pierwsza klasa.

4. Wiosłowanie nogami

Nie pytajcie jak oni to robią, bo nie mam najmniejszego pojęcia, ale na rzece w Tam Coc – wiosce obok Ninh Binh – Wietnamczycy wiosłują nogami. Gdyby to nie było wystarczająco zaskakujące, to w ten sposób są w stanie pokonać półtoragodzinną trasę metalową łodzią z dwoma turystami. I to nie tylko mężczyźni, ale również kobiety. Kilkukrotnie w ciągu dnia.

Szacunken.

5. Kury w klatkach dla chomików

Jedna z bardziej niehumanitarnych akcji jakie widziałem w Hanoi. Lokalsi uważają, że spoko pomysłem jest trzymanie drobiu w klatkach dla gryzoni przed swoimi mieszkaniami. Nie wiem, czy nie miałem okazji zaobserwować, czy po prostu tego nie robią, ale nie widziałem, żeby je karmili albo usuwali odchody.

6. Kraj milionerów

Wietnamską walutą są dongi – skrót VND – i najtańszy produkt jaki kupowałem w tym kraju – duża woda w ichniejszej Żabce – kosztował 10 000, czyli 1,6zł na polskie. Znaczy to tyle, że żeby być milionerem w tym kraju wystarczy mieć 160 złotych. Czułem się jak gwiazda TVNu. Przez całe ćwierć minuty.

7. Trudne warunki pracy w Gastro

Podobnie jak w Tajlandii, gotuje się wszędzie i na wszystkim, naczynia płucze się w brudnej wodzie w misach, a tą samą gołą dłonią, którą liczy się pieniądze, wrzuca się mięso do gara. I tak samo nie ma to przełożenia na zatrucia, biegunki, ani wymioty. Co kolejny raz mnie zaskakuje, bo po jedzeniu w Polsce – teoretycznie przygotowywanym zgodnie z normami sanepidu – nie raz miał sensacje żołądkowe.

8. Mgła i deszcz

W miejscowościach, w których jest za mało skuterów, żeby promienie słoneczne mógł zasłaniać smog, zasłania je mgła albo deszcz. Wietnam ma wiele malowniczych pejzaży, niestety na zdjęciach wyglądają jak namalowane kurzem. Ostrość odzyskaliśmy dopiero na wyspie na południu kraju, przy okazji przypominając sobie jak wygląda słońce. Wcześniej musieliśmy wierzyć na słowo, że faktycznie nad tym krajem również świeci.

9. Opiekanie psów i kóz w całości

Tego podpunktu nie zilustruję zdjęciem, bo nie byłem w stanie zmusić się, żeby je zrobić.

Tak, Wietnamczycy jedzą psy, przy czym nie są one ich narodowym daniem, jak kebab w Polsce, i nie znajdziemy budek serwujących to zwierzę na każdym rogu. Za to, gdy już trafimy na takie miejsce, to trudno będzie wymazać je z pamięci. W Wietnamie zwierzęta opieka się w całości – razem z głową – i w takiej też formie wystawia na ulicę, żeby zachęcić klientów. Znaczy to, że próbując nie zginąć w wypadku drogowym w trakcie poruszania się po Hanoi, można ni z tego, ni z owego trafić na stojący na chodniku stolik z upieczonym kundelkiem. A przemieszczając się po Ninh Binh z upieczoną kozą.

Wnioskując po grymasach na pyskach zwierząt, piecze się je żywcem.

10. Modlitwa z pieniędzmi

Że Budda lubi dary losu, to wiedziałem już po wizycie w Bangkoku – tam zostawiało mu się Fantę, Sprite’a albo browarka. Tutaj za to dowiedziałem się, że w dobrym tonie jest modlić się do niego z plikiem banknotów w dłoniach, a potem robić przed jego podobizną to, co Fat Joe na klipie do „Make it rain”. Co kraj to obyczaj.

11. Mrożona herbata

W Wietnamie oprócz świetnej kawy mają też świetne herbaty, w tym ultra zajebiste mrożone. Nie wiem, co mogę powiedzieć oprócz tego, że te z Cha Go były jak schłodzone płynne niebo na języku i chciałbym je w Polsce.

12. Selfie sportem narodowym

Byłem na wielu konferencjach, wyjazdach i innego typu wydarzeniach blogowych, na których ludzie z internetu robili sobie sajmojebki, i nikt z nas nie ma podjazdu do Wietnamczyków. Oni, jak to się mówi nie używając wulgaryzmów, nie uprawiają seksu w tańcu. U nich zrobić sobie selfie, to jak poprawić okulary na nosie. Nie ma różnicy czy masz 4, czy 104 lata, wszyscy walą fotograficzne autoportrety z ręki na potęgę.

Szczerze mówiąc, to im trochę zazdroszczę tego braku żenady, bo mnie jednak – mimo, że to w końcu moja praca – często jest głupio tak się onanizować do przedniej kamerki w miejscu publicznym.

13. Zupa dobra na wszystko

Wietnam słynie z zup, które je się o każdej porze dnia i nocy, a zwłaszcza z pho – ichniejszego rodzaju rosołu z wkładką. Tradycyjne warianty to pho bo – z wołowiną, i pho ga – z kurczakiem, aczkolwiek widziałem wersje z naprawdę różnymi rzeczami w środku. Czy mięsny wywar z pływającymi elementami, których nie jesteś w stanie zidentyfikować może dobrze wchodzić na śniadanie? No, pewnie! A na kolację? Tymbardziej!

Gorąco polecam wszelkie płynne substancje podawane w ulicznych lokalach, w których taborety ogrodowe są tak małe, że siedzisz tylko na jednym półdupku.

14. Kartony zamiast walizek

„Ogranicza nas tylko wyobraźnia” jak mówi jeden z popularniejszych cytatów motywacyjnych bez autora. Wielu lokalsów zdaje się brać te słowa za swoje motto, bo nadawanie kartonów jako bagaży rejestrowanych pod czasu lotu samolotem nie jest tu niczym niezwykłym. Może i niewygodne, może i nietrwałe, ale za to jakie hipsterskie.

15. Banh mi, czyli bagiety z wkładką

W Tajlandii za pieczywo płacisz jak za bitcoiny i trochę trzeba poszukać, żeby je znaleźć. W Wietnamie, w związku z tym, że Francuzi ich najechali i zrobili tam swoją kolonię, bagietki znajdziemy w zasadzie na każdym rogu. Próbowałem różnych wariantów i zdecydowanie najlepszym jest ten z włożonym do środka omletem z pasztetem. I oczywiście kolendrą, bo tutaj jedzenie bez kolendry jest jak całowanie się po pijaku – nie liczy się.

16. Rżnięcie turystów na hajs

Niestety wielu Wietnamczyków mając kontakt z obcokrajowcami, zachowuje się jakby nie miało przed sobą człowieka, tylko bankomat. Co prawda jeszcze sporo brakuje im do Egipcjan, którzy białym ludziom niemal wyrywają pieniądze z portfela, ale da się odczuć, że każdy uśmiech jest wykalkulowany.

Oprócz standardowego naganiania, wciskania badziewia i różnicowania ceny w zależności czy wyglądasz na Amerykanina czy Europejczyka, jest jeszcze bardziej wyrafinowany sposób na wyciągnięcie hajsu z turystów. Jeśli znudzi Ci się jedzenie na ulicy i będziesz chciał spożyć posiłek niemając kolan pod brodą, możesz doznać lekkiego szoku. W miejscach z krzesłami normalnych rozmiarów często do cen potraw, które widziałeś w menu doliczane jest 5% za obsługę i 10% VATu. Bo jak wiadomo, podawanie cen z VATem to tylko zachodnia fanaberia.

17. Mężczyźni z długimi paznokciami

Tu niestety też nie pokażę Wam zdjęcia, ale pierwsze co mnie zaskoczyło po wyjściu z lotniska, to to, że kierowca Ubera miał naprawdę, ale to naprawdę długiego paznokcia u kciuka. Był transwestytą i nocą występował jako drag queen? A może bił rekord Guinessa? Możliwe, aczkolwiek bardziej prawdopodobne, że w ten sposób chciał zamanifestować swój status społeczny.

W Wietnamie mężczyźni, choć raczej starsi niż młodsi, zostawiają jeden lub dwa dużo dłuższe paznokcie, żeby pokazać, że nie pracują fizycznie. Gdyby zajmowali się uprawą ryżu musieli by ściąć szpony. Obleśne, ale czego się nie robi, żeby rwać panny na mieście.

18. Surowe sajgonki

To co w polskich knajpach z orientalnym jedzeniem nazywa się sajgonkami ma najczęściej tyle wspólnego z tymi wietnamskimi, co e-sport ze zdrowiem fizycznym. Sprawdzając jak chả giò faktycznie powinny wyglądać i smakować, dowiedziałem się przy okazji, że występują też w wersji bez smażenia. Surowe sajgonki, czyli marchewka, ogórek, sałata, mięso i makaron zawinięty w papier ryżowy, okazały się równie smaczne, co te potraktowane obróbką termiczną.

Aż się robię głodny jak przypomina mi się ich smak.

19. Ilu Wietnamczyków zmieści się na dwuosobowym skuterze?

To że jedynym prawem jakie Wietnamczycy respektują na drodze jest prawo dżungli, to jedno. Ale to, że ze skutera robią rodzinnego vana, to kwestia zasługująca na osobny akapit. Na jednośladzie przeznaczonym dla 2 osób potrafią jechać nawet w 5, wliczając w to dziecko niepotrafiące jeszcze chodzić. Które to najczęściej nie ma nawet kasku. Wygląda to jakby z cały sił starali się o nagrodę Nagrodę Darwina.

Czy warto polecieć do Wietnamu?

  (więcej ładnych widoczków z podróży znajdziecie na moim Instagramie)

Tuż nad sercem masz wydziaraną zupę pho? Dostajesz drgawek, jeśli nie zjesz makaronu ryżowego przez więcej niż 12 godzin? Twoją ulubioną grą jest rosyjska ruletka? Nie? To Wietnam możesz sobie odpuścić. Serio. W Tajlandii trafisz na równie egzotyczne widoki, a ludzie są milsi, ceny niższe i wszędzie owoce szejki. Ach te szejki…

Zobacz wpis: Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Zobacz wpis: Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Zobacz wpis: 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii

---> SKOMENTUJ