Close
Close

Od dłuższego czasu Polska jest wolnym krajem i nie wisi nad nami ani widmo wojny, ani rozbiorów. Możemy żyć, pracować, kochać się, zakładać rodziny i wychowywać dzieci bez duszącej obawy o to, że lada moment pod naszym domem rozpocznie się konflikt zbrojny. Ryk syreny alarmowej nie spędza nam snu z powiek, a wielu z nas nawet nie wie jak ona brzmi. W obliczu dosłownie rozumianej niepodległości, gdy nie ma konieczności marszu z bronią w ręku w walce o swój kraj, pojęcie patriotyzmu znaczy dla mnie coś nieco innego, niż znaczyłoby te 100 lat temu.

 ***

Patriotyzm nie jest dla mnie pisaniem wrogo brzmiących haseł na murach budynków.

Nie jest też prześladowaniem mniejszości narodowych zamieszkujących Polskę.

Ani podpalaniem instalacji artystycznej w centrum stolicy.

Zresztą, podpalaniem wozu transmisyjnego stacji telewizyjnej z zagranicznym kapitałem udziałowym również nie.

Nie postrzegam go również jako obrzucanie kogokolwiek cegłówkami.

 ***

Patriotyzm jest dla mnie płaceniem podatków. Nie zawsze jestem zadowolony z tego na co są przeznaczane, ale też nie dysponuję taką wiedzą, by zarządzać nimi lepiej. Jeśli chcę by kraj, w którym żyję był niezależny, muszę dotować jego infrastrukturę i osoby, które nim rządzą. I wierzyć, że robią to najlepiej jak mogą.

Patriotyzm jest dla mnie dbaniem o język. Jego czystość i poprawność. W momencie, kiedy jedynym zagrożeniem dla naszej kultury i tradycji jest zatarcie jej przez nas samych, ograniczanie makaronizmów i nieolewanie znaków diakrytycznych jest sztandarowym przykładem poszanowania polskości. „MuszĘ dotrzymaĆ terminu”, nie „musze zdazyc przed deadlinem”.

Patriotyzm jest dla mnie pokazywaniem, że da się żyć w tym kraju. Żyć i być szczęśliwym. Bo w momencie, kiedy nie musimy walczyć, powinniśmy korzystać z wolności, za którą poświęcili życie nasi dziadkowie. I pokazywać innym, co można z nią zrobić, a nie skupiać się na narzekaniu. Głupio byłoby, gdyby wojna pochłonęła tyle istnień, tylko po to, by teraz szerzyć malkontenctwo.

***

Płacę podatki, mówię po polsku i nie uciekam z kraju. Jestem patriotą.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nicolas Raymond
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Kilkanaście kłamstw o tym, co zmienia się po 30-tce

Skip to entry content

W marcu skończyłem 30 lat. Biorąc pod uwagę statystyki, to jestem gdzieś w 2/5 swojego życia. Gdybym urodził się kilkaset lat wcześniej, to byłbym już przy końcówce.

Zanim doszedłem do tego momentu, nasłuchałem się i naczytałem ile to się nie zmienia, kiedy zaczynasz mieć trójkę z przodu. Jesteś poważny, ustatkowany, usatysfakcjonowany z życia, nie przejmujesz się opinią otoczenia i w sumie to tylko zmiana daty w kalendarzu dzieliła Cię między gniciem w maliźnie, a wejściem z buta do sali tronowej i założenia korony z samozadowolenia. Jakby sam fakt, że upłynęło kolejne 365 dni sprawiał, że stajesz się wersją 2.0. Wersją zdecydowanie lepszą niż poprzednia.

Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że to tak nie działa? Że sam upływający czas nie dokonuje w człowieku zmian? Redaktorzy z kobiecych serwisów przekonują, że jednak jest inaczej.

Przed Tobą mądrości na temat życia po trzydziestce, które niestety są kłamstwami.

„Nie robisz nic, na co nie masz ochoty i potrafisz o tym otwarcie mówić” (źródło). Dlatego chodzisz do pracy, którą ledwo trawisz, zajmując się projektami, przy których musisz łykać Aviomarin, żeby nie ufajdać biurka. To w tygodniu. W weekendy z kolei widujesz się z rodziną, która z torby bez dna wyciąga kolejne rady jak masz żyć, wychowywać dziecko i umeblować mieszkanie. Rady, o które nie prosiłaś.

„Nie chciałabyś znów mieć dwudziestu lat” (źródło). Pewnie. Przecież nikt nie chciałby mieć szybkiego metabolizmu, jędrnej skóry, szczupłej sylwetki i kacoodpornej głowy.

„Twoje życie w social mediach drastycznie zwalnia” (źródło). Ktoś chyba pomylił 30-tkę ze śmiercią. Moja mama ma 60 lat, a ciśnie na Fejsie jak szalona. Teściowa też publikuje więcej rzeczy, niż wielu znajomych w moim wieku albo i młodszych. Zresztą, to czy mniej zdjęć wrzucasz na Facebooka i Instagrama, raczej zależy od typu osobowości niż wieku. Jeśli byłoby inaczej, nigdy nie powstałby hashtag #instamatka.

„Wiesz, że nigdy nie będziesz idealna i akceptujesz to” (źródło). Jasne, stąd galopujący rozwój medycyny estetycznej i kolejne salony wyskakujące na mapie miasta jak pryszcze po imprezie. Botoks, liposukcja, powiększanie piersi, modelowanie kształtu warg sromowych – to wszystko zabiegi, z których korzystają nastolatki, no nie? No, nie.

„Mniej imprezujesz i nie żałujesz” (źródło). Z tym, że mniej imprezujesz, faktycznie się zgodzę. To znaczy, jeśli wcześniej studiowałaś poza rodzinnym miastem, a teraz pracujesz na etacie od 9 do 17. Ale czy faktycznie nie żałujesz? Czy ci wszyscy ludzie, którzy nie wychodzą na miasto, bo są wykończeni po nadgodzinach, faktycznie odpuszczają zabawę bez żalu? Albo młodzi rodzice, którzy już nie pamiętają jak wygląda świat poza domem po 20:00?

„Czujesz się bosko w swojej skórze” (źródło). Brzmi jak świetna afirmacja osobista do czytania przed lustrem na dobry początek dnia, ale… jeśli nie wykonałaś jakieś poważnej pracy nad samoakceptacją, ani nie byłaś na terapii, to raczej bym powiedział, że są takie momenty, kiedy czujesz się bosko w swojej skórze, niż że to stan permanentny. Momenty, które zdarzają się niezależnie od wieku. Zwłaszcza po alkoholu.

„Masz dobre relacje z rodzicami” (źródło). Przepraszam, ale: hahahahahaha! Jeśli Twoi rodzice najpierw ingerowali w wybór liceum, później w wybór studiów, potem mieli gotowy plan, gdzie będziesz pracować i kim zostaniesz, i nie przyjmowali, że sama możesz mieć pomysł na siebie, to nie przestaną układać Ci życia, tylko dlatego, że minął kolejny rok. To samo tyczy się bycia toksycznym, zaborczym, przemocowym oraz nadużywania alkoholu. Do zmiany relacji z matką i ojcem potrzeba czegoś więcej niż zerwania kartki w kalendarzu.

„Już wiesz, czego chcesz” (źródło). Jeśli odpowiedź brzmi: „najeść się i przytyć”, to możemy przybić sobie piątkę. Jeśli jednak traktujemy temat bardziej filozoficznie, to jest to kłamstwem. Miliony osób po trzydziestce dalej nie mają pojęcia co chcą robić, gdzie żyć i czego faktycznie potrzebują do szczęścia. Bo często nawet nie zadały sobie takiego pytania.

„Zimą już nie marznie ci tyłek w przykrótkiej miniówce” (źródło). Autorowi chodzi o to, że kobiety kończąc 30 lat już nie chcą być atrakcyjne fizycznie ani dla siebie, ani dla innych kobiet, ani dla mężczyzn i wszystkie ubrania podkreślające seksualność zamieniają na pluszowe worki. Dokładnie tak jest. Dlatego w klubach dla dorosłych, do których niechętnie wpuszczają studentów, klientki tańczą głównie w ocieplanych dresach.

„Potrafisz znaleźć czas dla siebie i osób, które są dla ciebie ważne” (źródło). Tylko jeśli odpowiednio wcześnie się tego nauczyłaś. Jeśli nie, to bywa, że stajesz się maszyną do sprzątania, gotowania i bawienia dzieci. Która w 24-godzinnym grafiku ma czas na wszystko poza swoimi potrzebami. I tak do usranej śmierci.

„Nie musisz już nikomu imponować durnymi gadżetami” (źródło). I właśnie dlatego kupujesz telewizor większy niż ściana w salonie, samochód, na który nigdy nie możesz znaleźć miejsca na parkingu i zegarek z mocą obliczeniową pozwalającą na symulowanie lotów w kosmos. A, i jeszcze nowe ciuchy. Ciągle nowe ciuchy.

„Już nie przeszkadza ci kilka dodatkowych kilogramów tu i tam” (źródło). Nie, wcale. Zwłaszcza, jeśli nie jesteś w związku. A moda na produkty light, siłownię i dopisywanie „fit” do wszystkiego – od skarpetek po salceson – to zupełny przypadek.

„Po latach wikłania się w dziwne układy, wreszcie odkryłaś, co w miłości jest ważne i jakich cech szukasz” (źródło). Byłoby super, gdyby zrozumienie o co chodzi w miłości i jakiego partnera potrzebujesz, było zależne wyłącznie od upływającego czasu. Rozwodzący się 40-latkowie i wielokrotne zamężne kobiety dają znać, że niestety tak nie jest. Szczęście w związku bierze się z wyciągania wniosków z doświadczeń i przede wszystkim z poznania i zrozumienia siebie. Co oznacza, że w niektórych przypadkach nie ma miejsca nawet w dniu śmierci.

***

Skończenie 30 lat nie sprawia, że jesteś mądrzejszy, pewniejszy siebie, czy bardziej zadowolony z życia. Jedyne co samo zmienia się po trzydziestce, to metabolizm, waga i przedział wiekowy w ankietach. Cała reszta wymaga od nas pracy i zaangażowania. I w zależności od naszych starań, efekty mogą pojawić 10 lat wcześniej, 20 lat później albo nigdy.

Jak podrywać na Tinderze, żeby doszło do spotkania?

Skip to entry content

poniższy tekst o tym, jak podrywać na Tinderze, napisany jest z męskiej perspektywy, ale rady w nim zawarte są uniwersalne, więc jeśli jesteś dziewczyną, również śmiało możesz z nich korzystać

Pamiętam jak na początku 2014 roku Tinder wchodził do Polski i siedzieli na nim głównie ludzie z branży startupowo-mediowej. Raczej po to, by sprawdzić możliwości nowej apki, niż faktycznie kogoś szukać. Po kilku miesiącach aplikacja wyszła poza środowisko fanów nowych technologii, przyciągając normalsów, jednak przez kolejny rok, może półtora, nie wypadało się przyznawać, że używa się jej na serio. Ludzie byli tam „dla beki”, „dla testu”, „bo przegrałam zakład, a w ogóle to koleżanka mi założyła konto”. Dzisiaj już nikt nie postrzega tego w kategoriach siary, a Tinder w telefonie jest równie popularnym zjawiskiem, co zbita szybka.

I super, bo każda okazja, żeby poznać kogoś, z kim będziesz szczęśliwy jest dobra. Nie ma przecież żadnej Oficjalnej Listy Miejsc W Których Można Się Poznawać. To, że Twoi rodzice nawiązali znajomość w kolejce do dziekanatu, nie znaczy, że Ty nie możesz tego zrobić na grupie dyskusyjnej poświęconej serialom. Są tylko mniej i bardziej sprzyjające okoliczności, bo na pogrzebie, to faktycznie średnio, choć znam przypadek, gdzie i tam „siadło”.

Żeby jednak do tego szczęścia doszło i miłość rosła wokół nas w spokojną, jasną noc, najpierw musi dojść do spotkania. Jak podrywać na Tinderze? Co zrobić, by złapana para nie była tylko krótkotrwałym sposobem na podbicie sobie ego? Jak podnieść swoje szanse na realne spotkanie w najpopularniejszej aplikacji randkowej?

Po pierwsze: odpicuj swój profil!

Nie ma ludzi, którzy nie oceniają innych ludzi. Są tylko ci, którzy tak mówią, ale kłamią. Widzisz kogoś pierwszy raz w życiu i w ciągu sekund wrzucasz go do szufladki „atrakcyjny” albo „nieatrakcyjny”, „chcę go poznać” albo „idę dalej”. Ta ocena oczywiście może ulec zmianie i bardzo często ulega, ale żeby tak się stało, potrzebny jest na to czas. Na Tinderze nie ma czasu. Jest jedna, krótka chwila, gdy ktoś decyduje, czy przesunąć Cię w lewo, czy jednak w prawo.

By przesunęła Cię w prawo, warto zadbać o:

a) dobre zdjęcie profilowe – „dobre”, czyli takie, na którym widać Ci całą twarz, a nie pół dupy zza krzaka. „Dobre”, czyli takie, na którym jesteś sam, a nie z 6 znajomymi i druga strona próbując Cię znaleźć, czuje się jakby grała w „Gdzie jest Wally?”. „Dobre”, czyli bardziej zrobione lustrzanką w słoneczny dzień na gładkim tle, niż kalkulatorem w nieoświetlonej piwnicy.

b) 2-3 zdjęcia pokazujące Twoje życie i zainteresowania – lubisz grać w billarda? Jarają Cię skandynawskie kryminały? Nie wyobrażasz sobie dnia bez jazdy na rowerze? Bieszczady to Twoja ziemia obiecana? Super, to pokaż to! Raz: buduje to obraz Twojej osoby, jako człowieka, który robi coś więcej po szukaniem miłości przez internet, dwa: daje drugiej stronie tematy do rozmowy i preteksty do zagadania. Jeśli dodasz fotkę w sytuacji społecznej – ze znajomymi na koncercie albo kręglach – uwiarygodnisz się również jako nie-psychopata. Biorąc po uwagę, że nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie, to całkiem istotne.

c) opis mówiący coś o Tobie – jeśli nie masz akurat foty z mieczem świetlnym, a „Gwiezdne Wojny” to istotna część Twojego życia, daj o tym znać w opisie. Albo o tym, że lubisz ramen. Albo, że nic Cię tak nie kręci jak całki nieoznaczone. Druga strona jest w takiej samej sytuacji jak Ty – też szuka kogoś z kim będzie mogła zamówić jedzenie na dowóz i podzielić się opłatą za abonament na Netflixie. Daj jej jakiś punkt zaczepienia.

Po drugie: złapanie pary to dopiero początek

Wielu ludzi blokuje się na etapie złapania pary na Tinderze. Aplikacja łączy ich z drugą osobą, która im się podoba, i wiadomo, że oni również podobają się tej osobie i… tyle. Nie robi nic więcej, tylko czeka. Albo pisze suche „cześć” i liczy, że od tego zadzieje się magia i króliki same zaczną wyskakiwać z kapeluszy. Co robić, żeby nie poprzestać na zapełnianiu rubryki z listą wirtualnych par?

a) im wcześniej napiszesz tym lepiej – niektórym wydaje się, że po sparowaniu trzeba odczekać ustawowo ustalony czas, zanim napisze się do drugiej osoby. 8 godzin 39 minut i 21 sekund. W przeciwnym wypadku pod Twój dom przyjeżdża jednostka specjalna i mówi sąsiadom, że to Ty wykręcasz żarówki na klatce. Tak serio, to nie. Tak serio, to im szybciej do niej napiszesz, tym lepiej. Po pierwsze, po to dałeś to cholerne serduszko przy jej profilu. Po drugie, w podrywaniu chodzi o emocje, a im dłużej czekasz, tym mniej ich tam jest i całość staje się zimną jajecznicą.

b) „cześć”, to za mało – gdy zaczynasz rozmowę przez internet z drugim człowiekiem, sama wymiana grzeczności to trochę niewiele. Bo odpiszecie sobie po hejce i co dalej? Koniec. Ściana. Pogadane. Dlatego kontakt najlepiej rozpocząć od komplementu: „do twarzy Ci w tej sukience [albo w tych okularach, albo w czymś innym, w czym jest na zdjęciu]” i pytania: „widziałaś już nowy sezon BoJacka [jeśli ma w opisie, że lubi seriale]?”. Ona odpowie, że dzięki i że jeszcze nie, ale właśnie skończyła „Ostre przedmioty”. I już macie mocny punkt zaczepienia do dalszej dyskusji, poznania się i umienia na film. Albo do kina.

c) nie prowadź przesłuchania – dialog tym się różni od monologu, że występują w nim dwie osoby, więc super, że jesteś nią zainteresowany, ale daj też jej zainteresować się Tobą. Nie strzelaj pytaniami jak z Uzi, to nie konkurs na to, kto postawi więcej znaków zapytania w konwersacji. Staraj się raczej pisać zdania oznajmujące, do których ona może się odnieść. I vice versa – warto, żebyś Ty też nawiązywał do jej wypowiedzi mówiąc o swoich doświadczeniach w danym temacie, niż w kółko katował ją pytaniami.

d) nie ciśnij na spotkanie od pierwszej wiadomości – ten podpunkt to z kolei zwrot w drugą stronę. Jest część osób, która już w drugiej wiadomości proponuje kawę albo piwo, co działa mniej więcej tak, jakby obcy człowiek podszedł do Ciebie na ulicy i chciał Cię zaciągnąć do lokalu. Bardziej straszy, niż zachęca. Jasne, są przypadki, w których to zadziała, tyle, że nawet jeśli ktoś nie wiedząc nic o Tobie, zgodzi się na spotkanie, to trochę bez sensu. Bo Ty o tym kimś też nic nie wiesz i scenariusz randki może wyglądać tak, że po kwadransie stwierdzisz, że to jakaś wielka pomyłka. I tylko straciłeś czas na spotkanie z osobą, która miała fajne profilowe, ale kompletnie odrzuca Cię intelektualnie. Spędzenie trochę czasu na rozmowie przez sieć pozwala zminimalizować ryzyko takiej sytuacji. I w oczach drugiej strony, nie robi z Ciebie napaleńca ruchającego wszystko, co się nawinie.

Po trzecie: na niektóre dziewczyny na Tinderze po prostu szkoda czasu

Możesz wszystko robić dobrze, mieć profil odpimpowany jak kościół przed Bożym Ciałem i czarny pas z pisania zabawnych wiadomości, a i tak siedzieć sam w domu przed telefonem, zamiast toczyć dysputę na temat wyższości pizzy neapolitańskiej nad rzymską, w jakiejś przytulnej knajpce. Czemu? Bo trafiłeś na jedną z dziewczyn, która jest na Tinderze w zupełnie innym celu, niż nawiązanie realnej znajomości.

a) laski, które założyły Tindera, żeby podnieść sobie samoocenę – więcej par, więcej superlike’ów, więcej wiadomości, więcej próśb o spotkanie daje jeden prosty wniosek: jestem atrakcyjna i mężczyźni mnie pożądają. Niektórym to wystarcza. Zwłaszcza, jeśli tylko chciały poczuć się lepiej.

b) laski, które chcą tylko popisać – tego akurat nigdy nie rozumiałem, ale odkąd w wieku nastoletnim odkryłem, że świat ma do zaoferowania trochę więcej niż gry na PlayStation, wielokrotnie spotykałem dziewczyny, które potrzebowały utrzymywać wyłącznie wirtualną znajomość. Mieć koło zapasowe w postaci kolesia, do którego mogą napisać, gdy jest im źle, mają zły humor albo nudzą się w poczekalni do lekarza. Przy czym, nie zależało im na tym, by był to ich realny przyjaciel, tylko gość, z którym mogą „popisać”. Na Tidnerze jest trochę lasek, które szukają żywego chatbota i niczego więcej.

Po czwarte: baw się!

W podrywaniu, a w zasadzie w ogóle w poznawaniu nowych ludzi, chodzi o zabawę. O pozytywne emocje, śmiech i miłe spędzenie czasu. Rozumiem, że możesz być sfrustrowany byciem singlem i że „tyle miłości we krwi niesiesz każdego dnia, na jeden moment, choć raz, chciałbyś komuś ją dać”, cytując Anię Dąbrowską, ale mam złą wiadomość. Jeśli od samego początku znajomości będziesz cisnął, żeby było z tego coś więcej, to to się nie uda. Bo nie będzie miejsca na spontaniczność i magię odkrywania siebie nawzajem. Dlatego łapiąc nową parę na Tinderze i pisząc do dziewczyny, nie nastawiaj się na związek, ani nawet na randkę. Nie nastawiaj się na nic.

To tak jak z wyjściem na imprezę – jeśli wyczekujesz jej tygodniami i z góry zakładasz, że musi być super, to zazwyczaj wychodzi dość średnio. A jeśli idziesz bez oczekiwań, po prostu, żeby się pobawić, wtedy się dzieje. Bo w Twojej głowie jest miejsce na to, żeby się działo.

Ja wiem, że diamenty powstają pod ciśnieniem, ale ludzie akurat diamentami nie są i raczej wolą luz niż presję. Dlatego tak ważne jest, byś ten luz dał i sobie, i drugiej stronie, i zwyczajnie zobaczył, co z tego wyjdzie.

Rzuć kośćmi i zobacz, co wypadnie.