Cześć!

Mam na imię Jan (jak Chrzciciel) i choć tego nie widać jestem z rocznika ’88 (jak podwójna nieskończoność w pionie). Mieszkam w Krakowie i gdyby nie smog, byłoby to idealne miejsce do życia. Lubię dobre jedzenie, głośną muzykę, ciekawych ludzi i jazdę na rowerze. Nie lubię makaronizmów, disco polo i wiecznych malkontentów. Chodzę z głową w chmurach, każdego dnia potykając się o worek doświadczeń i kontener marzeń. Utrzymując się od 2014 roku wyłącznie z pisania,  spełniam to największe.

 

Po co to robię?

Bo zawsze chciałem zrobić sobie pracę z hobby i ziścić amerykański sen w Polsce. Być swoim własnym szefem i nie musieć składać podania o urlop. Jeździć po świecie, poznawać ludzi, chłonąć rzeczywistość i dostawać hajs za to, że żyję, a nie żyć tylko po to, żeby dostawać hajs. A tak w ogóle, to lubię bawić się słowem i podwójnymi znaczeniami, odkąd w przedszkolu usłyszałem żart o tym, że poszła baba po mleko i dostała z bańki.

 

Co aktualnie mi się marzy?

Właśnie napisałem i samodzielnie wydałem swoją pierwszą powieść – „Lunatycy” – w którą włożyłem całe serce i obecnie marzy mi się jedynie transplantacja. I może trochę więcej snu.