Close
Close

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Skip to entry content

„Jak popełnić samobójstwo” to jedna z częściej wpisywanych fraz w Google, a w okresie przedświątecznym zainteresowanie nią nie maleje.

W momencie, kiedy cały świat mediów i witryn sklepowych wmawia nam, że to najszczęśliwszy okres w roku i powinniśmy pocić się samozadowoleniem i wymiotować entuzjazmem, często jest zupełnie inaczej. Często te kilka dni z rzędu, które trzeba spędzić razem, bo szkoła zamknięta, a w pracy wolne, to kara w najczystszej postaci, bo człowiek, który siedzi obok Ciebie przy stole jest ojcem tylko w ujęciu biologicznym. Choć bywa, że i tak to określenie na wyrost. A nie rzadziej te dni są katuszami, bo właśnie wtedy dobija Cię świadomość jak bardzo jesteś sam i jak strasznie nikogo nie obchodzisz.

Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.

I szukasz po sieci informacji jak skutecznie i bez bólu odebrać sobie życie. Przeraża mnie, że dobrnąłeś, aż do tego momentu, by zacząć planować samounicestwienie i zacząłeś rozważać, który sposób będzie najlepszy. Przeraża mnie to, bo oznacza, że problemy zasypały Cię na tyle, by zasłonić wszystkie perspektywy, a jedynym pomysłem na ich rozwiązanie jest samobójstwo. Które de facto nie jest żadnym rozwiązaniem, a jedynie ucieczką donikąd. I to donikąd mówiąc dosłownie, bo jeśli jesteś wierzący, to wiesz, że to grzech ciężki, a jeśli jesteś ateistą, wiesz, że to koniec absolutny.

Mimo potępienia po śmierci lub całkowitego przejścia w niebyt, codziennie w Polsce zabija się 16 osób.

Nie chcę, żebyś był jedną z nich. Ani dziś, ani jutro, ani za pół roku. Wiem, że jest Ci ciężko, że masz już wszystkiego dość i że chcesz w końcu wyswobodzić się z tego ucisku, zrzucić ten ciężar, który Cię przygniata tamując oddech i poczuć ulgę. A w zasadzie to nic nie czuć i być poza wszystkim i wszystkimi. Ale nie pomogę Ci. Wiem, że liczysz na poradnik, który doradzi Ci jakie lekarstwa bez recepty zmieszać z wódką, żeby zapaść w sen i zatrzymać akcję serca, ale nie podam Ci brzytwy.

Podam Ci pomocną dłoń.

Ten tekst to koń trojański. Celowo zwabiłem Cię tu nagłówkiem i zdjęciem sugerującym, że dostaniesz przepis na szybką i łatwą śmierć, bo tak najskuteczniej mogłem ściągnąć Twoją uwagę gdy jesteś w dołku, i wskazać Ci miejsca, gdzie dostaniesz pomoc. Uwierz, że wiem jak to jest, gdy świat zaczyna Cię parzyć ogniem, aż wypuszczasz go z rąk i bezsilnie patrzysz jak zaczyna toczyć się w Twoją stronę, żeby Cię spopielić. Jak to jest, kiedy osuwa Ci się grunt pod stopami, a wszystko czego możesz się złapać, tylko Cię kaleczy. Przerabiałem to.

Nawet, gdy czujesz, że Twoja dusza jest zbyt ciężka, by nieść ją, zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze!

Musisz tylko je dostrzec. Mnie ogromnie pomogli przyjaciele, za co będę im zawsze wdzięczny, ale wiem, że u Ciebie ten wariant niekoniecznie musi się sprawdzić. Dlatego przygotowałem listę miejsc, gdzie otrzymasz wsparcie i możesz porozmawiać z kimś, kto wysłucha Twoich problemów i rzuci Ci koło ratunkowe. Wiem, że może się wydawać, że sięgnąłeś dno dna albo nawet pukasz w nie od spodu, ale nie ma takiego mroku, którego nie dałoby się rozświetlić.

Zanim stąd uciekniesz, proszę Cię, zadzwoń pod jeden z poniższych numerów i przekonaj się o tym sam.

 

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

 

Pamiętaj, póki żyjesz piłka jest w grze, a Ty masz największy wpływ na wynik meczu!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Almond Duka
(niżej jest kolejny tekst)
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agnieszka B.
Gość

W październiku dopadły mnie myśli samobójcze. Tak wtedy myślałam, że są myślami samobójczymi. Nic nie skłaniało mnie do takiego kroku, nie byłam nieszczęśliwa, nie miałam żadnych problemów. Po prostu pewnego dnia zaczęłam mieć wizje siebie, jak na przykład skaczę z okna. Albo że robię krzywdę swojemu dziecku. Przeraziłam się do tego stopnia, że natychmiast zwróciłam się po pomoc. Partner zawiózł mnie na drugi koniec Polski do rodziców, żebym była wśród ludzi, bo on pracuje od rana do wieczora i całe dnie spędzam sama z dzieckiem. U rodziców poszłam do psychiatry, dostałam leki. Były dni, kiedy te złe myśli trzymały mnie… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Aga, przede wszystkim ogromne brawo za odwagę! Po drugie, dziękuję Ci bardzo za ten komentarz, bo im więcej osób zobaczy, że można sobie z tym poradzić i z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, tym mniej posunie się do ostateczności. Świetnie, że o tym napisałaś!

Agnieszka B.
Gość

Mój przypadek to tylko kropla w morzu, bo ja przecież NIE CHCIAŁAM robić sobie nic złego, ja miałam świadomość, że nie mam żadnego powodu by się krzywdzić i dlatego byłam podwójnie przerażona. Chciałam pomocy, chciałam, żeby ktoś mi powiedział, skąd te myśli i dlaczego w ogóle dotknęły mnie w tak skrajnej postaci. Myślę, że czasami ludzie mogą tej pomocy nie chcieć, bo wydaje im się, że to nic nie da, ale moim zdaniem zawsze warto prosić o pomoc. Warto też być wyczulonym na otoczenie i nie lekceważyć, gdy ktoś, kogo znamy, zachowuje się inaczej lub sygnalizuje (mniej lub bardziej świadomie… Czytaj więcej »

Libresse04
Gość

Takie uczucia przeważnie pojawiają się nie wiadomo skąd i są na tyle silne, że trudno sobie z nimi poradzić. Wsparcie osób, które się kocha jest priorytetem. Dobrze, że miałaś kogoś takiego przy sobie. Niestety nie każdy ma tyle szczęścia w tym nieszczęściu.
Ja od wielu lat choruję na ChAD. Potrafię być szczęśliwa jednego dnia, a kolejnego mam ochotę odebrać sobie życie. I powtarza się to co chwile… Zaakceptowałam, że taka po prostu jestem. Leczę się farmakologicznie i chodzę na psychoterapię. Najgorsze to po prostu siedzieć samemu ze swoimi problemami.
Gratuluję Ci siły.

Agnieszka B.
Gość

A ja Tobie gratuluję i Cię podziwiam, że mówisz o ChAD nie wstydząc się jej, choć wielu ludzi to ukrywa. A zaburzenia jakie nas dotykają, to przecież choroby jak każde inne, może tylko czasami bardziej uciążliwe ;)

Michał 'Zioło' Zieliński
Gość

Gratulacje z powodu odwagi. Najważniejszym elementem problemu psychicznego, jest uświadomienie sobie i przyznanie samemu sobie, że się go ma. To jak z lękiem przed ciemnością, najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Pozdrawiam i życzę tylko samych dobrych myśli.

mammma
Gość
mammma

czytam twój post i jestem przerazona bo moj 10 letni syn mi dzis powiedzial z placzem ze ma takie mysli ze zabija sie nozem,ze nie chce tego ale cos w glowie mu mowi ze ma to zrobic,jutro szukam jakiegos psychologa co mi dziecko poratuje..jestem załamana,ze takiemu dziecku takie rzeczy do głowy przychodzą,dzieki Bogu jest taki ze mi powie wszystko co mu jest,oby tak czegos nie zrobil:(((

Agnieszka Baran
Gość

Lepiej od razu poszukaj psychiatry, bo jeśli syn ma tego typu myśli, to podejrzewam, że psycholog i tak by was do psychiatry skierował. Skróćcie sobie tę drogę, im szybciej pójdziesz z synem do psychiatry, tym lepiej, on powinien szybko wyłapać, co się dzieje, a jeśli młodego dopadły natręctwa, to czas ma duże znaczenie, bo wiem z autopsji, że to męczy jak diabli. Dobrze, że powiedział Ci o wszystkim, trzymam za was kciuki i oby kryzys został zażegnany jak najszybciej. Bądź silna i odwracaj jego uwagę od przykrych myśli, to najważniejsze.

Aurora
Gość

To chyba jeden z lepszych prezentów jaki dostali internauci w tym roku ;) Piona! :)

Michał 'Zioło' Zieliński
Gość

Dobrze skonstruowany z emocji tekst ‚Panie Janku’;) Tylko popraw literówkę, albo wytłumacz co to jest „nadir” (Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.) ;) Moja diagnoza dla społeczeństwa jest następująca: chorób psychicznych tak zwanych ‚cywilizacyjnych’ będzie coraz więcej. Rola psychologów, a nawet ‚psycholożek’, psychiatrów (i jak tu odmienić ha?! psychiatrek? bez jaj.)oraz terapeutów będzie rosła. Tylko w którymś momencie ktoś nada temu wszystkiemu nową, zbiorową nazwę zawodową. Ludzi jest za dużo, potencjalnych wyborów działania, tempo obiegu informacji jest zbyt szybkie. Z samym leczeniem problem jest taki, że problemy z głową są odbieranie o… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Oj, kolego, kolego, widzę, że się na geografii wagarowało: http://pl.wikipedia.org/wiki/Nadir_(astronomia)

Michał 'Zioło' Zieliński
Gość

Szefie wycofuje oskarżenie i przyznaję rację. Pierwsze słyszę o tym pojęciu :)

margaritum
Gość

Jeżeli coś w ogóle warto pisać pod wyszukiwarki, to z pewnością taki tekst. Kto wie, może uratowałeś czyjąś zrozpaczoną duszę.

Jan Favre
Gość

Mocno liczę na to, że każdą, która trafi to z Googli.

BeataSkura
Gość
BeataSkura

90% to alkohol…

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Czy warto kupić kolorowe soczewki?

Skip to entry content

Myśl o tym, żeby kupić kolorowe soczewki, chodziła za mną odkąd zobaczyłem Quebonafide (jednego z najzdolniejszych raperów nowej fali) na Hip-Hop Kempie rok temu. Miał „kocie oczy” i wyglądał, delikatnie mówiąc, nietypowo. Później wyszedł klip do numeru „Hype” (warto sprawdzić, bo bardzo estetyczny i ładnie przeplatają się w nim pastele), gdzie miał „spojrzenie zombie” i wiedziałem, że też muszę sobie sprawić jakieś szalone szkła kontaktowe.

Zrobiłem sobie prezent przedgwiazdkowy i w zeszłym tygodniu zawitały u mnie na salonach „Crazy Lens” model „viper”.

 

Jak wyglądają w rzeczywistości?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (1)

Gdy zobaczyłem je zamknięte w opakowaniu, pływające w płynie do soczewek, to pomyślałem, że wyglądają jak narysowane w Paincie i wydrukowane na domowej drukarce.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (2)

Gdy otworzyłem opakowanie i wyjąłem jedną na palce, to byłem pewien, że wyglądają jak wydrukowane na starej atramentówce w piwnicy przez pijanego konserwatora powierzchni płaskich.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (4)

Gdy włożyłem je do oczu (strasznie brzmi ten zwrot, co?) i spojrzałem w lustro, to stwierdziłem, że nawet może być. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby granica między soczewką, a okiem była niewidoczna, ale już trudno. Mam kocie, oczy, jest szał, co nie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (9)

 

Jak się je nosi?

TRA-GI-CZNIE! T-R-A-G-I-C-Z-N-I-E! TRAGICZNIEEE!!!

Nie wiem, czy we wszystkich kolorowych soczewkach tak jest, ale podejrzewam, że z każdymi, które mają zadrukowany cały obszar dookoła źrenicy jest podobnie. A konkretnie to tak, że TEGO NIE DA SIĘ NOSIĆ.

Przy pierwszym podejściu tak mnie rozbolała głowa, że dałem radę przemęczyć się tylko 7 minut, a potem musiałem je ściągnąć, ale i tak juz do końca dnia głowa bolała mnie jak przy mocnej migrenie i zbierało mnie na wymioty. Dzieje się tak, ponieważ źrenica otoczona jest po bokach białym bolem i patrząc przez „vipery” cały czas masz przed oczami białą poświątę. A w zasadzie to nie przed oczami, tylko na oczach. A raczej dookoła oczu. Przez tę mgłę mózg wariuję i chce wyskoczyć z czaszki, bo za cholerę nie wie co się dzieje. Kurewsko niemiłe uczucie.

Mimo, że po ściągnięciu miałem ochotę jak najszybciej je spuścic w kiblu i wymazać z pamięci papierem ściernym to, co działo się z moją głową, to odczekałem kilka dni i dałem im jeszcze jedną szansę. Tak, jestem masochistą.

Przy drugim podejściu było zdecydowanie lepiej. Biała poświata została, ale mózg chyba zaczął ją oswajać, bo tym razem uczucie polania neuronów benzyną i trawienia ich żywy ogniem było nieco mniejsze. Na tyle nierozsadzające czaszki, że dałem radę wyjść z domu i pójść do piekarni, ale i tak po niecałych 30 minutach chciałem dokończyć ten dzień w łóżku. Z miską obok. Mimo, że było przed 13:00.

 [emaillocker]

Poza zrzutami bomb atomowych pod kopułą, do minusów odjechanych szkieł kontaktowych trzeba jeszcze dopisać problemy z czytaniem. Nie wiem o co chodzi, ale przy bliskiej odległości od przemiotu oczy się nie ogniskują na tekst i nie łapią ostrości. Innymi słowy, książki to sobie w nich nie poczytasz. Co do samej kwestii grubości soczewek i uczucia, że „masz coś w oku”, to tu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu i pod tym kątem nosiło się je bardzo dobrze. Ale może to kwestia tego, że mózg był już rozstrojony przeszywającym bólem skroni i odpuścił ogarnianie pozostałych dolegliwości.

 

Jak reagują ludzie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (10)

Jak na człowieka z oczami kota.

Czyli zdziwiniem, zaskoczeniem, śmiechem i strachem. Trudno w nich pojawić się w jakiejkolwiek sytuacji społecznej, w której nie stoi się tyłem i nie wzbudzić zainteresowania. Jeśli masz wrażenie, że znajomi, koledzy z uczelni, rodzina, dziewczyna, którą codziennie spotykasz na przystanku i wpatrujesz się jak w portret Penelopy Cruz nie zauważa Cię, to w „viperach” z pewnością zacznie. Możliwe, że będzie przerażona i uzna Cię za psychotycznego mordercę noszącego ligninę nasączoną chloroformem w plecaku, ale z pewnością odnotuje to, że istniejesz.

No pranki, to się w tym zdecydowanie da kręcić.

 

Czy warto?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (11)

Jeśli chcesz kolorowych soczewek używać zgodnie z przeznaczeniem do jakiego zostały stworzone szkła kontaktowe, to kompletnie się do tego nie nadają. W tym nie da się czytać, nie da się pisać, nie da się pracować, nie da się myśleć. Nawet mówi się z trudem.

Jeśli traktujesz je jako bajer, w którym chcesz wyjść na imprezę i zostać królem parkietu w ultrafiolecie, to też się nie nadają, bo nie wytrzymasz w nich dojścia do klubu/na domówkę/za winkiel na ławkę. A grzebanie sobie w oku na melanżu z kiepskim oświetleniem i pewnie bez lustra, to głupszy pomysł, niż zatrudnienie Keanu Reevesa do promocji województwa w Polsce.

Jeśli chcesz jednak wykorzystać „kocie oczy” tylko do krótkiej sesji zdjęciowej, to jest to całkiem niezły pomysł, który może dodać charakteru fotkom. Zwłaszcza jeśli kompletnie nie ma koncepcji na zdjęcia.

Jako temat wpisu na blogu też się sprawdzają.

 [/emaillocker]

Życiowe lekcje, które wyniosłem z książki „Lekko Stronniczy”

Skip to entry content

Lekko Stronniczy to pierwsza żywa legenda polskiego YouTube’a (niestety, Niekryty Krytyk zmarł śmiercią naturalną). I jak na każdą legendę przystało, wcześniej lub później musi wydać książkę, w której opisuje jak nią została. Nie inaczej jest z Karolem Paciorkiem i Włodkiem Markowiczem. Chwilę przed porzuceniem swojej kurki znoszącej złote jajka, dają nam retrospekcje z jej hodowli.

Książka ma toporny wstęp, w którym Włodek za wszelką cenę próbuje zniechęcić do czytelnictwa każdego, kto się z nią zetknie. Po 60-ciu stronach, jak już się rozkręca i przestaje być relacją z nauki składania wypowiedzi dłuższych niż 3 zdania, jest lepiej. Lepiej, to znaczy nie na tyle źle, by wystawić ją na Allegro. Nie czarujmy się – panowie są asami improwizacji i hipnotyzowania odbiorcy przed kamerą, ale na papierze to nie działa. Brak warsztatu i nudny styl biją po oczach, ale też nie można ich za to jakoś specjalnie winić. Nikt oprócz Mariusza Pudzianowskiego nie jest dobry we wszystkim.

Mimo, że „Lekko Stronniczy: jeszcze więcej” nie jest arcydziełem na miarę „Ślepnąc od świateł”, to warto przeczytać tę książkę. Nawet jeśli nie jesteś fanem ich programu. W zasadzie to nawet, jeśli jesteś antyfanem, a choć trochę interesujesz się internetem i jego rozwojem. Na dobrą sprawę, to osoby kompletnie niezwiązane, ani hobbystycznie, ani zawodowo, z siecią, też mogą po nią sięgnąć, bo publikacja zawiera kilka uniwersalnych prawd, które warto przyswoić niezależnie od wieku i profesji.

 

Jeśli chcesz zająć się czymś na poważnie, zrób plan

W naszym społeczeństwie, a już w szczególności w blogosferze, pokutuje przekonanie, że „zacznę coś robić i jakoś to będzie”. Z naciskiem na „coś” i „jakoś”. Otóż rozczaruję Cię, ale gówno prawda. „Coś” znaczy „byle co”, a „jakoś” równa się „byle jak”, a „byle jak” jest bardzo daleko od takich słów kluczy jak „satysfakcja”, „sukces” i „pieniądze”.

Jesli chcesz, żeby Twoje działania były z głową, i miały ręce i nogi, to musisz im stworzyć szkielet, na którym się oprą. I to właśnie pokazuje Karol i Włodek, mówiąc, że od początku mieli jasno nakreślone ramy, sposób działania i cel kanału. Od startu Lekko Stronniczego wiedzieli ile odcinków nakręcą, który z nich za co jest odpowiedzialny i jak chcą zarabiać na programie. Oczywiście, część rzeczy ewoluowała w trakcie, ale bez wcześniej ustalonych konkretnych wytycznych, ich podróż nie byłaby skutecznym parciem przed siebie, tylko dryfowaniem po omacku.

 

Doprowadzaj do perfekcji to, co robisz, dopiero gdy już zaczniesz to robić

Nie kupuj sprzętu do kręcenia wideo za 10 koła, zanim nagrasz pierwszy odcinek. Nie kompletuj wszystkich gadżetów pro-biegacza, zanim zrobisz pierwszą przebieżkę po osiedlu. Nie dopieszczaj szablonu bloga, co do jednej pikseli, zanim opublikujesz pierwszy wpis.

Najpierw zrób pierwszy krok i zobacz, czy to w ogóle Ci się podoba.

Sprawdź, czy to dla Ciebie i dopiero później to udoskonalaj. Nie ma nic gorszego, niż zmarnować miesiące pracy i worek hajsu na coś, co nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo okazało się, że Cię nie kręci. Bez sensu jest zbierać się tygodniami do czegoś, co po 3 dniach próby Cię znudzi i będziesz chciał to rzucić w cholerę.

 

Miej w sobie pokorę

W żadnym wypadku nie mylić z byciem z skromnym, bo to drugie to przekleństwo.

Pokora przydaje się na obu końcach drogi. Zarówno, gdy jesteś u podnóża góry i chcesz obrzucać błotem wszystkich, którzy już ją zdobyli, bo masz wewnętrzne przekonanie, że jesteś lepszy od nich. Mając ją, powinno udać Ci się nie zrobić z siebie głupka i nie zrazić do siebie ludzi, którzy mogą Ci wiele pomóc. Nie mniej istotna jest też, gdy już wdrapiesz się na szczyt i masz ochotę popłynąć na fali mam-świat-u-stóp-całujcie-mnie-wszyscy-w-pięty. Lekko Stronniczy sporo mówią o tej drugiej sytuacji i jestem pod wrażeniem, że mimo niezaprzeczalnego sukcesu i popularności, nie mają problemu z utrzymywaniem kontaktu z rzeczywistością.

 

Eksperymentuj!

Powinny sobie to wziąć do serca wszystkie dinozaury muzyki popowej w Polsce. To, że jakieś rozwiązanie sprawdzało się przez rok, dwa, czy nawet trzy, nie znaczy, że będzie działać przez następne 30 lat. A w zasadzie pewne jest, że nie będzie!

Panowie byli tego świadomi, dlatego eksperymentowali z formułą swojego programu, zmieniając zarówno kluczowe elementy jak długość, czy ilość poruszanych tematów, jak i detale, takie jak scenografia, czy zakończenie. Jeśli przez wszystkie 1000 nagrań w kółko mieliliby ten sam schemat z pierwszego docinka, wszyscy dostaliby niestrawności, zaczynając od nich samych.

 

Zahasłuj sobie telefon

Książka jest w dużej mierze o internecie, a że internet jest teraz w telefonach, to jest też o nich. O tym, że to już nie tylko przyrząd do dzwonienia, ale rozbudowane centrum dowodzenia z większą mocą obliczeniową, niż komputery, które obsługiwały pierwsze loty w kosmos. I że to centrum dowodzenia z dostępem do wszystkich miejsc w sieci, w których jesteśmy, całej listy naszych znajomych ze masą danych i i haseł, ktoś może przejąć, wykorzystać i zrobić nam duże ziaziu. I to w bardzo prosty sposób – wystarczy, że „zgubimy” telefon na imprezie. I ów telefon nie będzie zabezpieczony hasłem.

Głupio się się przyznać, ale mój do tej pory nie był.

Ale już jest! Dzięki Karol, Dzięki Włodek!