Close
Close

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Skip to entry content

„Jak popełnić samobójstwo” to jedna z częściej wpisywanych fraz w Google, a w okresie przedświątecznym zainteresowanie nią nie maleje.

W momencie, kiedy cały świat mediów i witryn sklepowych wmawia nam, że to najszczęśliwszy okres w roku i powinniśmy pocić się samozadowoleniem i wymiotować entuzjazmem, często jest zupełnie inaczej. Często te kilka dni z rzędu, które trzeba spędzić razem, bo szkoła zamknięta, a w pracy wolne, to kara w najczystszej postaci, bo człowiek, który siedzi obok Ciebie przy stole jest ojcem tylko w ujęciu biologicznym. Choć bywa, że i tak to określenie na wyrost. A nie rzadziej te dni są katuszami, bo właśnie wtedy dobija Cię świadomość jak bardzo jesteś sam i jak strasznie nikogo nie obchodzisz.

Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.

I szukasz po sieci informacji jak skutecznie i bez bólu odebrać sobie życie. Przeraża mnie, że dobrnąłeś, aż do tego momentu, by zacząć planować samounicestwienie i zacząłeś rozważać, który sposób będzie najlepszy. Przeraża mnie to, bo oznacza, że problemy zasypały Cię na tyle, by zasłonić wszystkie perspektywy, a jedynym pomysłem na ich rozwiązanie jest samobójstwo. Które de facto nie jest żadnym rozwiązaniem, a jedynie ucieczką donikąd. I to donikąd mówiąc dosłownie, bo jeśli jesteś wierzący, to wiesz, że to grzech ciężki, a jeśli jesteś ateistą, wiesz, że to koniec absolutny.

Mimo potępienia po śmierci lub całkowitego przejścia w niebyt, codziennie w Polsce zabija się 16 osób.

Nie chcę, żebyś był jedną z nich. Ani dziś, ani jutro, ani za pół roku. Wiem, że jest Ci ciężko, że masz już wszystkiego dość i że chcesz w końcu wyswobodzić się z tego ucisku, zrzucić ten ciężar, który Cię przygniata tamując oddech i poczuć ulgę. A w zasadzie to nic nie czuć i być poza wszystkim i wszystkimi. Ale nie pomogę Ci. Wiem, że liczysz na poradnik, który doradzi Ci jakie lekarstwa bez recepty zmieszać z wódką, żeby zapaść w sen i zatrzymać akcję serca, ale nie podam Ci brzytwy.

Podam Ci pomocną dłoń.

Ten tekst to koń trojański. Celowo zwabiłem Cię tu nagłówkiem i zdjęciem sugerującym, że dostaniesz przepis na szybką i łatwą śmierć, bo tak najskuteczniej mogłem ściągnąć Twoją uwagę gdy jesteś w dołku, i wskazać Ci miejsca, gdzie dostaniesz pomoc. Uwierz, że wiem jak to jest, gdy świat zaczyna Cię parzyć ogniem, aż wypuszczasz go z rąk i bezsilnie patrzysz jak zaczyna toczyć się w Twoją stronę, żeby Cię spopielić. Jak to jest, kiedy osuwa Ci się grunt pod stopami, a wszystko czego możesz się złapać, tylko Cię kaleczy. Przerabiałem to.

Nawet, gdy czujesz, że Twoja dusza jest zbyt ciężka, by nieść ją, zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze!

Musisz tylko je dostrzec. Mnie ogromnie pomogli przyjaciele, za co będę im zawsze wdzięczny, ale wiem, że u Ciebie ten wariant niekoniecznie musi się sprawdzić. Dlatego przygotowałem listę miejsc, gdzie otrzymasz wsparcie i możesz porozmawiać z kimś, kto wysłucha Twoich problemów i rzuci Ci koło ratunkowe. Wiem, że może się wydawać, że sięgnąłeś dno dna albo nawet pukasz w nie od spodu, ale nie ma takiego mroku, którego nie dałoby się rozświetlić.

Zanim stąd uciekniesz, proszę Cię, zadzwoń pod jeden z poniższych numerów i przekonaj się o tym sam.

 

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 – “Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

 

Pamiętaj, póki żyjesz piłka jest w grze, a Ty masz największy wpływ na wynik meczu!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Almond Duka
(niżej jest kolejny tekst)

40 comments

  1. Jeżeli coś w ogóle warto pisać pod wyszukiwarki, to z pewnością taki tekst. Kto wie, może uratowałeś czyjąś zrozpaczoną duszę.

  2. W październiku dopadły mnie myśli samobójcze. Tak wtedy myślałam, że są myślami samobójczymi. Nic nie skłaniało mnie do takiego kroku, nie byłam nieszczęśliwa, nie miałam żadnych problemów. Po prostu pewnego dnia zaczęłam mieć wizje siebie, jak na przykład skaczę z okna. Albo że robię krzywdę swojemu dziecku.
    Przeraziłam się do tego stopnia, że natychmiast zwróciłam się po pomoc. Partner zawiózł mnie na drugi koniec Polski do rodziców, żebym była wśród ludzi, bo on pracuje od rana do wieczora i całe dnie spędzam sama z dzieckiem. U rodziców poszłam do psychiatry, dostałam leki. Były dni, kiedy te złe myśli trzymały mnie przez wiele godzin. Czułam się fatalnie. Pewnego dnia wpadłam w taki atak paniki, że chciałam błagać, żeby rodzice zawieźli mnie do szpitala psychiatrycznego, bo bałam się, że naprawdę sobie coś zrobię. Szybko (na szczęście!) okazało się, że to nerwica natręctw, a mnie dopadły natręctwa myślowe w chyba najgorszej ich postaci. Im bardziej chciałam się ich pozbyć, im bardziej próbowałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że przecież wcale nie chcę sobie robić krzywdy, tym silniejsze były. Chwilami nie wiedziałam, czy to tylko moje myśli, które przyszły Bóg wie skąd, czy moje faktyczne pragnienia. Nie wiem też, co było gorsze, czy myśli o tym, że wyskakuję przez okno, czy że krzywdzę swoje dziecko. Czułam się okropnie, więc starałam się spotykać ze znajomymi i robić wiele przyjemnych rzeczy, żeby sobie pomóc (kocham czytać, miesięcznie potrafię przerobić piętnaście książek, a w tym najgorszym okresie w ogóle nie mogłam się skupić na lekturze). Wierz mi, że to, co przeżyłam przez te kilka tygodni, to najgorsze doświadczenie całego mojego życia. Nie chcę, by kiedykolwiek wróciło. Rodzice bardzo mi pomogli, mój partner też. Minęło parę tygodni, jestem już w domu i czuję się naprawdę dobrze. Całe szczęście.
    Korzystam z okazji, że napisałeś ten tekst. Kiedy parę tygodni temu na FB wrzuciłeś informację, że szukasz miejsc pomagających osobom z myślami samobójczymi, byłam jak sparaliżowana ze strachu. Patrzyłam na Twój post i oblewał mnie pot, bo nie wiedziałam, co mi się dzieje. Teraz apeluję: ludzie, szukajcie pomocy. Jeśli czujecie się źle, walcie drzwiami i oknami tam, gdzie mogą wam pomóc. Człowiek zamknięty w swojej głowie, sam na sam ze swoimi myślami, sam może sobie nie poradzić. Nie wstydźcie się, mówcie głośno o tym, co czujecie. Oddycham z ulgą, że potrafiłam poprosić o pomoc i że ją otrzymałam, dzięki której wiem, co za franca mnie dopadła i wiem, jak z nią walczyć. Ośmielam się więc opublikować ten komentarz, nie skrywając się za anonimowym komentarzem. Może komuś to pomoże.

    1. Aga, przede wszystkim ogromne brawo za odwagę! Po drugie, dziękuję Ci bardzo za ten komentarz, bo im więcej osób zobaczy, że można sobie z tym poradzić i z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, tym mniej posunie się do ostateczności. Świetnie, że o tym napisałaś!

      1. Mój przypadek to tylko kropla w morzu, bo ja przecież NIE CHCIAŁAM robić sobie nic złego, ja miałam świadomość, że nie mam żadnego powodu by się krzywdzić i dlatego byłam podwójnie przerażona. Chciałam pomocy, chciałam, żeby ktoś mi powiedział, skąd te myśli i dlaczego w ogóle dotknęły mnie w tak skrajnej postaci.
        Myślę, że czasami ludzie mogą tej pomocy nie chcieć, bo wydaje im się, że to nic nie da, ale moim zdaniem zawsze warto prosić o pomoc. Warto też być wyczulonym na otoczenie i nie lekceważyć, gdy ktoś, kogo znamy, zachowuje się inaczej lub sygnalizuje (mniej lub bardziej świadomie i celowo), że coś jest z nim nie tak. Ja zareagowałam od razu, bo nie pasowało mi, że się tak czuję, że te myśli nie pasują do mojego optymistycznego charakteru, ale ktoś inny może wszystkie swoje emocje i uczucia dusić w sobie. Dlatego warto obserwować nie tylko siebie, ale też swoich bliskich. Depresje, nerwice i inne zaburzenia psychiczne są niestety coraz bardziej powszechne.

    2. Takie uczucia przeważnie pojawiają się nie wiadomo skąd i są na tyle silne, że trudno sobie z nimi poradzić. Wsparcie osób, które się kocha jest priorytetem. Dobrze, że miałaś kogoś takiego przy sobie. Niestety nie każdy ma tyle szczęścia w tym nieszczęściu.
      Ja od wielu lat choruję na ChAD. Potrafię być szczęśliwa jednego dnia, a kolejnego mam ochotę odebrać sobie życie. I powtarza się to co chwile… Zaakceptowałam, że taka po prostu jestem. Leczę się farmakologicznie i chodzę na psychoterapię. Najgorsze to po prostu siedzieć samemu ze swoimi problemami.
      Gratuluję Ci siły.

      1. A ja Tobie gratuluję i Cię podziwiam, że mówisz o ChAD nie wstydząc się jej, choć wielu ludzi to ukrywa. A zaburzenia jakie nas dotykają, to przecież choroby jak każde inne, może tylko czasami bardziej uciążliwe ;)

    3. Gratulacje z powodu odwagi. Najważniejszym elementem problemu psychicznego, jest uświadomienie sobie i przyznanie samemu sobie, że się go ma. To jak z lękiem przed ciemnością, najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Pozdrawiam i życzę tylko samych dobrych myśli.

    4. czytam twój post i jestem przerazona bo moj 10 letni syn mi dzis powiedzial z placzem ze ma takie mysli ze zabija sie nozem,ze nie chce tego ale cos w glowie mu mowi ze ma to zrobic,jutro szukam jakiegos psychologa co mi dziecko poratuje..jestem załamana,ze takiemu dziecku takie rzeczy do głowy przychodzą,dzieki Bogu jest taki ze mi powie wszystko co mu jest,oby tak czegos nie zrobil:(((

      1. Lepiej od razu poszukaj psychiatry, bo jeśli syn ma tego typu myśli, to podejrzewam, że psycholog i tak by was do psychiatry skierował. Skróćcie sobie tę drogę, im szybciej pójdziesz z synem do psychiatry, tym lepiej, on powinien szybko wyłapać, co się dzieje, a jeśli młodego dopadły natręctwa, to czas ma duże znaczenie, bo wiem z autopsji, że to męczy jak diabli. Dobrze, że powiedział Ci o wszystkim, trzymam za was kciuki i oby kryzys został zażegnany jak najszybciej. Bądź silna i odwracaj jego uwagę od przykrych myśli, to najważniejsze.

  3. To rzeczywiście bardzo trudny czas. To wszystko o czym napisałeś, o rozstrojeniu emocjonalnym, poczuciu bezsilności… cóż, też to przerabiałam i niestety często wraca. Zbyt często. Dobrze, że poruszyłeś ten temat i mam nadzieję, że ludzie wejdą, przeczytają, być może skorzystają z jednego z numerów, które podałeś i po prostu PRZETRWAJĄ.
    Ja się cieszę, że przeczytałam. I dziękuję Ci za to, bo dałeś mi motywacje żeby wstać z łóżka i przywitać dzień i swoje życie uśmiechem. Chociaż wcale nie jest łatwo się uśmiechnąć.

    1. Dziękuję za Twój komentarz i podzielenie się niełatwymi przeżyciami! Mam głęboką nadzieję, że osoby, które tu trafią, nie tylko przetrwają, ale pod wskazanymi numerami telefonów zostanę też pokierowane do miejsc, w którym pomogą im zmienić się na tyle, że było “dobrze”, a nie tylko “do przeżycia”.

Comments are closed.

Czy warto kupić kolorowe soczewki?

Skip to entry content

Myśl o tym, żeby kupić kolorowe soczewki, chodziła za mną odkąd zobaczyłem Quebonafide (jednego z najzdolniejszych raperów nowej fali) na Hip-Hop Kempie rok temu. Miał „kocie oczy” i wyglądał, delikatnie mówiąc, nietypowo. Później wyszedł klip do numeru „Hype” (warto sprawdzić, bo bardzo estetyczny i ładnie przeplatają się w nim pastele), gdzie miał „spojrzenie zombie” i wiedziałem, że też muszę sobie sprawić jakieś szalone szkła kontaktowe.

Zrobiłem sobie prezent przedgwiazdkowy i w zeszłym tygodniu zawitały u mnie na salonach „Crazy Lens” model „viper”.

 

Jak wyglądają w rzeczywistości?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (1)

Gdy zobaczyłem je zamknięte w opakowaniu, pływające w płynie do soczewek, to pomyślałem, że wyglądają jak narysowane w Paincie i wydrukowane na domowej drukarce.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (2)

Gdy otworzyłem opakowanie i wyjąłem jedną na palce, to byłem pewien, że wyglądają jak wydrukowane na starej atramentówce w piwnicy przez pijanego konserwatora powierzchni płaskich.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (4)

Gdy włożyłem je do oczu (strasznie brzmi ten zwrot, co?) i spojrzałem w lustro, to stwierdziłem, że nawet może być. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby granica między soczewką, a okiem była niewidoczna, ale już trudno. Mam kocie, oczy, jest szał, co nie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (9)

 

Jak się je nosi?

TRA-GI-CZNIE! T-R-A-G-I-C-Z-N-I-E! TRAGICZNIEEE!!!

Nie wiem, czy we wszystkich kolorowych soczewkach tak jest, ale podejrzewam, że z każdymi, które mają zadrukowany cały obszar dookoła źrenicy jest podobnie. A konkretnie to tak, że TEGO NIE DA SIĘ NOSIĆ.

Przy pierwszym podejściu tak mnie rozbolała głowa, że dałem radę przemęczyć się tylko 7 minut, a potem musiałem je ściągnąć, ale i tak juz do końca dnia głowa bolała mnie jak przy mocnej migrenie i zbierało mnie na wymioty. Dzieje się tak, ponieważ źrenica otoczona jest po bokach białym bolem i patrząc przez „vipery” cały czas masz przed oczami białą poświątę. A w zasadzie to nie przed oczami, tylko na oczach. A raczej dookoła oczu. Przez tę mgłę mózg wariuję i chce wyskoczyć z czaszki, bo za cholerę nie wie co się dzieje. Kurewsko niemiłe uczucie.

Mimo, że po ściągnięciu miałem ochotę jak najszybciej je spuścic w kiblu i wymazać z pamięci papierem ściernym to, co działo się z moją głową, to odczekałem kilka dni i dałem im jeszcze jedną szansę. Tak, jestem masochistą.

Przy drugim podejściu było zdecydowanie lepiej. Biała poświata została, ale mózg chyba zaczął ją oswajać, bo tym razem uczucie polania neuronów benzyną i trawienia ich żywy ogniem było nieco mniejsze. Na tyle nierozsadzające czaszki, że dałem radę wyjść z domu i pójść do piekarni, ale i tak po niecałych 30 minutach chciałem dokończyć ten dzień w łóżku. Z miską obok. Mimo, że było przed 13:00.

 [emaillocker]

Poza zrzutami bomb atomowych pod kopułą, do minusów odjechanych szkieł kontaktowych trzeba jeszcze dopisać problemy z czytaniem. Nie wiem o co chodzi, ale przy bliskiej odległości od przemiotu oczy się nie ogniskują na tekst i nie łapią ostrości. Innymi słowy, książki to sobie w nich nie poczytasz. Co do samej kwestii grubości soczewek i uczucia, że „masz coś w oku”, to tu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu i pod tym kątem nosiło się je bardzo dobrze. Ale może to kwestia tego, że mózg był już rozstrojony przeszywającym bólem skroni i odpuścił ogarnianie pozostałych dolegliwości.

 

Jak reagują ludzie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (10)

Jak na człowieka z oczami kota.

Czyli zdziwiniem, zaskoczeniem, śmiechem i strachem. Trudno w nich pojawić się w jakiejkolwiek sytuacji społecznej, w której nie stoi się tyłem i nie wzbudzić zainteresowania. Jeśli masz wrażenie, że znajomi, koledzy z uczelni, rodzina, dziewczyna, którą codziennie spotykasz na przystanku i wpatrujesz się jak w portret Penelopy Cruz nie zauważa Cię, to w „viperach” z pewnością zacznie. Możliwe, że będzie przerażona i uzna Cię za psychotycznego mordercę noszącego ligninę nasączoną chloroformem w plecaku, ale z pewnością odnotuje to, że istniejesz.

No pranki, to się w tym zdecydowanie da kręcić.

 

Czy warto?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (11)

Jeśli chcesz kolorowych soczewek używać zgodnie z przeznaczeniem do jakiego zostały stworzone szkła kontaktowe, to kompletnie się do tego nie nadają. W tym nie da się czytać, nie da się pisać, nie da się pracować, nie da się myśleć. Nawet mówi się z trudem.

Jeśli traktujesz je jako bajer, w którym chcesz wyjść na imprezę i zostać królem parkietu w ultrafiolecie, to też się nie nadają, bo nie wytrzymasz w nich dojścia do klubu/na domówkę/za winkiel na ławkę. A grzebanie sobie w oku na melanżu z kiepskim oświetleniem i pewnie bez lustra, to głupszy pomysł, niż zatrudnienie Keanu Reevesa do promocji województwa w Polsce.

Jeśli chcesz jednak wykorzystać „kocie oczy” tylko do krótkiej sesji zdjęciowej, to jest to całkiem niezły pomysł, który może dodać charakteru fotkom. Zwłaszcza jeśli kompletnie nie ma koncepcji na zdjęcia.

Jako temat wpisu na blogu też się sprawdzają.

 [/emaillocker]

Życiowe lekcje, które wyniosłem z książki “Lekko Stronniczy”

Skip to entry content

Lekko Stronniczy to pierwsza żywa legenda polskiego YouTube’a (niestety, Niekryty Krytyk zmarł śmiercią naturalną). I jak na każdą legendę przystało, wcześniej lub później musi wydać książkę, w której opisuje jak nią została. Nie inaczej jest z Karolem Paciorkiem i Włodkiem Markowiczem. Chwilę przed porzuceniem swojej kurki znoszącej złote jajka, dają nam retrospekcje z jej hodowli.

Książka ma toporny wstęp, w którym Włodek za wszelką cenę próbuje zniechęcić do czytelnictwa każdego, kto się z nią zetknie. Po 60-ciu stronach, jak już się rozkręca i przestaje być relacją z nauki składania wypowiedzi dłuższych niż 3 zdania, jest lepiej. Lepiej, to znaczy nie na tyle źle, by wystawić ją na Allegro. Nie czarujmy się – panowie są asami improwizacji i hipnotyzowania odbiorcy przed kamerą, ale na papierze to nie działa. Brak warsztatu i nudny styl biją po oczach, ale też nie można ich za to jakoś specjalnie winić. Nikt oprócz Mariusza Pudzianowskiego nie jest dobry we wszystkim.

Mimo, że „Lekko Stronniczy: jeszcze więcej” nie jest arcydziełem na miarę “Ślepnąc od świateł”, to warto przeczytać tę książkę. Nawet jeśli nie jesteś fanem ich programu. W zasadzie to nawet, jeśli jesteś antyfanem, a choć trochę interesujesz się internetem i jego rozwojem. Na dobrą sprawę, to osoby kompletnie niezwiązane, ani hobbystycznie, ani zawodowo, z siecią, też mogą po nią sięgnąć, bo publikacja zawiera kilka uniwersalnych prawd, które warto przyswoić niezależnie od wieku i profesji.

 

Jeśli chcesz zająć się czymś na poważnie, zrób plan

W naszym społeczeństwie, a już w szczególności w blogosferze, pokutuje przekonanie, że „zacznę coś robić i jakoś to będzie”. Z naciskiem na „coś” i „jakoś”. Otóż rozczaruję Cię, ale gówno prawda. „Coś” znaczy „byle co”, a „jakoś” równa się „byle jak”, a „byle jak” jest bardzo daleko od takich słów kluczy jak „satysfakcja”, „sukces” i „pieniądze”.

Jesli chcesz, żeby Twoje działania były z głową, i miały ręce i nogi, to musisz im stworzyć szkielet, na którym się oprą. I to właśnie pokazuje Karol i Włodek, mówiąc, że od początku mieli jasno nakreślone ramy, sposób działania i cel kanału. Od startu Lekko Stronniczego wiedzieli ile odcinków nakręcą, który z nich za co jest odpowiedzialny i jak chcą zarabiać na programie. Oczywiście, część rzeczy ewoluowała w trakcie, ale bez wcześniej ustalonych konkretnych wytycznych, ich podróż nie byłaby skutecznym parciem przed siebie, tylko dryfowaniem po omacku.

 

Doprowadzaj do perfekcji to, co robisz, dopiero gdy już zaczniesz to robić

Nie kupuj sprzętu do kręcenia wideo za 10 koła, zanim nagrasz pierwszy odcinek. Nie kompletuj wszystkich gadżetów pro-biegacza, zanim zrobisz pierwszą przebieżkę po osiedlu. Nie dopieszczaj szablonu bloga, co do jednej pikseli, zanim opublikujesz pierwszy wpis.

Najpierw zrób pierwszy krok i zobacz, czy to w ogóle Ci się podoba.

Sprawdź, czy to dla Ciebie i dopiero później to udoskonalaj. Nie ma nic gorszego, niż zmarnować miesiące pracy i worek hajsu na coś, co nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo okazało się, że Cię nie kręci. Bez sensu jest zbierać się tygodniami do czegoś, co po 3 dniach próby Cię znudzi i będziesz chciał to rzucić w cholerę.

 

Miej w sobie pokorę

W żadnym wypadku nie mylić z byciem z skromnym, bo to drugie to przekleństwo.

Pokora przydaje się na obu końcach drogi. Zarówno, gdy jesteś u podnóża góry i chcesz obrzucać błotem wszystkich, którzy już ją zdobyli, bo masz wewnętrzne przekonanie, że jesteś lepszy od nich. Mając ją, powinno udać Ci się nie zrobić z siebie głupka i nie zrazić do siebie ludzi, którzy mogą Ci wiele pomóc. Nie mniej istotna jest też, gdy już wdrapiesz się na szczyt i masz ochotę popłynąć na fali mam-świat-u-stóp-całujcie-mnie-wszyscy-w-pięty. Lekko Stronniczy sporo mówią o tej drugiej sytuacji i jestem pod wrażeniem, że mimo niezaprzeczalnego sukcesu i popularności, nie mają problemu z utrzymywaniem kontaktu z rzeczywistością.

 

Eksperymentuj!

Powinny sobie to wziąć do serca wszystkie dinozaury muzyki popowej w Polsce. To, że jakieś rozwiązanie sprawdzało się przez rok, dwa, czy nawet trzy, nie znaczy, że będzie działać przez następne 30 lat. A w zasadzie pewne jest, że nie będzie!

Panowie byli tego świadomi, dlatego eksperymentowali z formułą swojego programu, zmieniając zarówno kluczowe elementy jak długość, czy ilość poruszanych tematów, jak i detale, takie jak scenografia, czy zakończenie. Jeśli przez wszystkie 1000 nagrań w kółko mieliliby ten sam schemat z pierwszego docinka, wszyscy dostaliby niestrawności, zaczynając od nich samych.

 

Zahasłuj sobie telefon

Książka jest w dużej mierze o internecie, a że internet jest teraz w telefonach, to jest też o nich. O tym, że to już nie tylko przyrząd do dzwonienia, ale rozbudowane centrum dowodzenia z większą mocą obliczeniową, niż komputery, które obsługiwały pierwsze loty w kosmos. I że to centrum dowodzenia z dostępem do wszystkich miejsc w sieci, w których jesteśmy, całej listy naszych znajomych ze masą danych i i haseł, ktoś może przejąć, wykorzystać i zrobić nam duże ziaziu. I to w bardzo prosty sposób – wystarczy, że „zgubimy” telefon na imprezie. I ów telefon nie będzie zabezpieczony hasłem.

Głupio się się przyznać, ale mój do tej pory nie był.

Ale już jest! Dzięki Karol, Dzięki Włodek!