Close
Close

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Skip to entry content

„Jak popełnić samobójstwo” to jedna z częściej wpisywanych fraz w Google, a w okresie przedświątecznym zainteresowanie nią nie maleje.

W momencie, kiedy cały świat mediów i witryn sklepowych wmawia nam, że to najszczęśliwszy okres w roku i powinniśmy pocić się samozadowoleniem i wymiotować entuzjazmem, często jest zupełnie inaczej. Często te kilka dni z rzędu, które trzeba spędzić razem, bo szkoła zamknięta, a w pracy wolne, to kara w najczystszej postaci, bo człowiek, który siedzi obok Ciebie przy stole jest ojcem tylko w ujęciu biologicznym. Choć bywa, że i tak to określenie na wyrost. A nie rzadziej te dni są katuszami, bo właśnie wtedy dobija Cię świadomość jak bardzo jesteś sam i jak strasznie nikogo nie obchodzisz.

Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.

I szukasz po sieci informacji jak skutecznie i bez bólu odebrać sobie życie. Przeraża mnie, że dobrnąłeś, aż do tego momentu, by zacząć planować samounicestwienie i zacząłeś rozważać, który sposób będzie najlepszy. Przeraża mnie to, bo oznacza, że problemy zasypały Cię na tyle, by zasłonić wszystkie perspektywy, a jedynym pomysłem na ich rozwiązanie jest samobójstwo. Które de facto nie jest żadnym rozwiązaniem, a jedynie ucieczką donikąd. I to donikąd mówiąc dosłownie, bo jeśli jesteś wierzący, to wiesz, że to grzech ciężki, a jeśli jesteś ateistą, wiesz, że to koniec absolutny.

Mimo potępienia po śmierci lub całkowitego przejścia w niebyt, codziennie w Polsce zabija się 16 osób.

Nie chcę, żebyś był jedną z nich. Ani dziś, ani jutro, ani za pół roku. Wiem, że jest Ci ciężko, że masz już wszystkiego dość i że chcesz w końcu wyswobodzić się z tego ucisku, zrzucić ten ciężar, który Cię przygniata tamując oddech i poczuć ulgę. A w zasadzie to nic nie czuć i być poza wszystkim i wszystkimi. Ale nie pomogę Ci. Wiem, że liczysz na poradnik, który doradzi Ci jakie lekarstwa bez recepty zmieszać z wódką, żeby zapaść w sen i zatrzymać akcję serca, ale nie podam Ci brzytwy.

Podam Ci pomocną dłoń.

Ten tekst to koń trojański. Celowo zwabiłem Cię tu nagłówkiem i zdjęciem sugerującym, że dostaniesz przepis na szybką i łatwą śmierć, bo tak najskuteczniej mogłem ściągnąć Twoją uwagę gdy jesteś w dołku, i wskazać Ci miejsca, gdzie dostaniesz pomoc. Uwierz, że wiem jak to jest, gdy świat zaczyna Cię parzyć ogniem, aż wypuszczasz go z rąk i bezsilnie patrzysz jak zaczyna toczyć się w Twoją stronę, żeby Cię spopielić. Jak to jest, kiedy osuwa Ci się grunt pod stopami, a wszystko czego możesz się złapać, tylko Cię kaleczy. Przerabiałem to.

Nawet, gdy czujesz, że Twoja dusza jest zbyt ciężka, by nieść ją, zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze!

Musisz tylko je dostrzec. Mnie ogromnie pomogli przyjaciele, za co będę im zawsze wdzięczny, ale wiem, że u Ciebie ten wariant niekoniecznie musi się sprawdzić. Dlatego przygotowałem listę miejsc, gdzie otrzymasz wsparcie i możesz porozmawiać z kimś, kto wysłucha Twoich problemów i rzuci Ci koło ratunkowe. Wiem, że może się wydawać, że sięgnąłeś dno dna albo nawet pukasz w nie od spodu, ale nie ma takiego mroku, którego nie dałoby się rozświetlić.

Zanim stąd uciekniesz, proszę Cię, zadzwoń pod jeden z poniższych numerów i przekonaj się o tym sam.

 

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 – “Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

 

Pamiętaj, póki żyjesz piłka jest w grze, a Ty masz największy wpływ na wynik meczu!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Almond Duka
(niżej jest kolejny tekst)

40 comments

  1. Kurczę, dobrze że to napisałeś. Ja tam jestem niepoprawnym optymistą, ale wielu ludziom może on się przydać.

  2. Dobrze skonstruowany z emocji tekst ‘Panie Janku’;) Tylko popraw literówkę, albo wytłumacz co to jest “nadir” (Nastrój osiąga nadir i myśl o tym, żeby ze sobą skończyć przesłania Ci wszystko.) ;)

    Moja diagnoza dla społeczeństwa jest następująca: chorób psychicznych tak zwanych ‘cywilizacyjnych’ będzie coraz więcej. Rola psychologów, a nawet ‘psycholożek’, psychiatrów (i jak tu odmienić ha?! psychiatrek? bez jaj.)oraz terapeutów będzie rosła. Tylko w którymś momencie ktoś nada temu wszystkiemu nową, zbiorową nazwę zawodową. Ludzi jest za dużo, potencjalnych wyborów działania, tempo obiegu informacji jest zbyt szybkie.

    Z samym leczeniem problem jest taki, że problemy z głową są odbieranie o wiele bardziej osobiście, niż choćby z sercem albo nawet z siusiakiem(!) jeśli masz nawet drobny problem z banią, to jesteś klasyfikowany na równi z osobami z zakładów zamkniętych. Problemy psychiczne to kolejne cholerne społeczne tabu.

Comments are closed.

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Czy warto kupić kolorowe soczewki?

Skip to entry content

Myśl o tym, żeby kupić kolorowe soczewki, chodziła za mną odkąd zobaczyłem Quebonafide (jednego z najzdolniejszych raperów nowej fali) na Hip-Hop Kempie rok temu. Miał „kocie oczy” i wyglądał, delikatnie mówiąc, nietypowo. Później wyszedł klip do numeru „Hype” (warto sprawdzić, bo bardzo estetyczny i ładnie przeplatają się w nim pastele), gdzie miał „spojrzenie zombie” i wiedziałem, że też muszę sobie sprawić jakieś szalone szkła kontaktowe.

Zrobiłem sobie prezent przedgwiazdkowy i w zeszłym tygodniu zawitały u mnie na salonach „Crazy Lens” model „viper”.

 

Jak wyglądają w rzeczywistości?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (1)

Gdy zobaczyłem je zamknięte w opakowaniu, pływające w płynie do soczewek, to pomyślałem, że wyglądają jak narysowane w Paincie i wydrukowane na domowej drukarce.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (2)

Gdy otworzyłem opakowanie i wyjąłem jedną na palce, to byłem pewien, że wyglądają jak wydrukowane na starej atramentówce w piwnicy przez pijanego konserwatora powierzchni płaskich.

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (4)

Gdy włożyłem je do oczu (strasznie brzmi ten zwrot, co?) i spojrzałem w lustro, to stwierdziłem, że nawet może być. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby granica między soczewką, a okiem była niewidoczna, ale już trudno. Mam kocie, oczy, jest szał, co nie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (9)

 

Jak się je nosi?

TRA-GI-CZNIE! T-R-A-G-I-C-Z-N-I-E! TRAGICZNIEEE!!!

Nie wiem, czy we wszystkich kolorowych soczewkach tak jest, ale podejrzewam, że z każdymi, które mają zadrukowany cały obszar dookoła źrenicy jest podobnie. A konkretnie to tak, że TEGO NIE DA SIĘ NOSIĆ.

Przy pierwszym podejściu tak mnie rozbolała głowa, że dałem radę przemęczyć się tylko 7 minut, a potem musiałem je ściągnąć, ale i tak juz do końca dnia głowa bolała mnie jak przy mocnej migrenie i zbierało mnie na wymioty. Dzieje się tak, ponieważ źrenica otoczona jest po bokach białym bolem i patrząc przez „vipery” cały czas masz przed oczami białą poświątę. A w zasadzie to nie przed oczami, tylko na oczach. A raczej dookoła oczu. Przez tę mgłę mózg wariuję i chce wyskoczyć z czaszki, bo za cholerę nie wie co się dzieje. Kurewsko niemiłe uczucie.

Mimo, że po ściągnięciu miałem ochotę jak najszybciej je spuścic w kiblu i wymazać z pamięci papierem ściernym to, co działo się z moją głową, to odczekałem kilka dni i dałem im jeszcze jedną szansę. Tak, jestem masochistą.

Przy drugim podejściu było zdecydowanie lepiej. Biała poświata została, ale mózg chyba zaczął ją oswajać, bo tym razem uczucie polania neuronów benzyną i trawienia ich żywy ogniem było nieco mniejsze. Na tyle nierozsadzające czaszki, że dałem radę wyjść z domu i pójść do piekarni, ale i tak po niecałych 30 minutach chciałem dokończyć ten dzień w łóżku. Z miską obok. Mimo, że było przed 13:00.

 [emaillocker]

Poza zrzutami bomb atomowych pod kopułą, do minusów odjechanych szkieł kontaktowych trzeba jeszcze dopisać problemy z czytaniem. Nie wiem o co chodzi, ale przy bliskiej odległości od przemiotu oczy się nie ogniskują na tekst i nie łapią ostrości. Innymi słowy, książki to sobie w nich nie poczytasz. Co do samej kwestii grubości soczewek i uczucia, że „masz coś w oku”, to tu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu i pod tym kątem nosiło się je bardzo dobrze. Ale może to kwestia tego, że mózg był już rozstrojony przeszywającym bólem skroni i odpuścił ogarnianie pozostałych dolegliwości.

 

Jak reagują ludzie?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (10)

Jak na człowieka z oczami kota.

Czyli zdziwiniem, zaskoczeniem, śmiechem i strachem. Trudno w nich pojawić się w jakiejkolwiek sytuacji społecznej, w której nie stoi się tyłem i nie wzbudzić zainteresowania. Jeśli masz wrażenie, że znajomi, koledzy z uczelni, rodzina, dziewczyna, którą codziennie spotykasz na przystanku i wpatrujesz się jak w portret Penelopy Cruz nie zauważa Cię, to w „viperach” z pewnością zacznie. Możliwe, że będzie przerażona i uzna Cię za psychotycznego mordercę noszącego ligninę nasączoną chloroformem w plecaku, ale z pewnością odnotuje to, że istniejesz.

No pranki, to się w tym zdecydowanie da kręcić.

 

Czy warto?

kolorowe soczewki - crazy lens - kocie oczy (11)

Jeśli chcesz kolorowych soczewek używać zgodnie z przeznaczeniem do jakiego zostały stworzone szkła kontaktowe, to kompletnie się do tego nie nadają. W tym nie da się czytać, nie da się pisać, nie da się pracować, nie da się myśleć. Nawet mówi się z trudem.

Jeśli traktujesz je jako bajer, w którym chcesz wyjść na imprezę i zostać królem parkietu w ultrafiolecie, to też się nie nadają, bo nie wytrzymasz w nich dojścia do klubu/na domówkę/za winkiel na ławkę. A grzebanie sobie w oku na melanżu z kiepskim oświetleniem i pewnie bez lustra, to głupszy pomysł, niż zatrudnienie Keanu Reevesa do promocji województwa w Polsce.

Jeśli chcesz jednak wykorzystać „kocie oczy” tylko do krótkiej sesji zdjęciowej, to jest to całkiem niezły pomysł, który może dodać charakteru fotkom. Zwłaszcza jeśli kompletnie nie ma koncepcji na zdjęcia.

Jako temat wpisu na blogu też się sprawdzają.

 [/emaillocker]

Życiowe lekcje, które wyniosłem z książki “Lekko Stronniczy”

Skip to entry content

Lekko Stronniczy to pierwsza żywa legenda polskiego YouTube’a (niestety, Niekryty Krytyk zmarł śmiercią naturalną). I jak na każdą legendę przystało, wcześniej lub później musi wydać książkę, w której opisuje jak nią została. Nie inaczej jest z Karolem Paciorkiem i Włodkiem Markowiczem. Chwilę przed porzuceniem swojej kurki znoszącej złote jajka, dają nam retrospekcje z jej hodowli.

Książka ma toporny wstęp, w którym Włodek za wszelką cenę próbuje zniechęcić do czytelnictwa każdego, kto się z nią zetknie. Po 60-ciu stronach, jak już się rozkręca i przestaje być relacją z nauki składania wypowiedzi dłuższych niż 3 zdania, jest lepiej. Lepiej, to znaczy nie na tyle źle, by wystawić ją na Allegro. Nie czarujmy się – panowie są asami improwizacji i hipnotyzowania odbiorcy przed kamerą, ale na papierze to nie działa. Brak warsztatu i nudny styl biją po oczach, ale też nie można ich za to jakoś specjalnie winić. Nikt oprócz Mariusza Pudzianowskiego nie jest dobry we wszystkim.

Mimo, że „Lekko Stronniczy: jeszcze więcej” nie jest arcydziełem na miarę “Ślepnąc od świateł”, to warto przeczytać tę książkę. Nawet jeśli nie jesteś fanem ich programu. W zasadzie to nawet, jeśli jesteś antyfanem, a choć trochę interesujesz się internetem i jego rozwojem. Na dobrą sprawę, to osoby kompletnie niezwiązane, ani hobbystycznie, ani zawodowo, z siecią, też mogą po nią sięgnąć, bo publikacja zawiera kilka uniwersalnych prawd, które warto przyswoić niezależnie od wieku i profesji.

 

Jeśli chcesz zająć się czymś na poważnie, zrób plan

W naszym społeczeństwie, a już w szczególności w blogosferze, pokutuje przekonanie, że „zacznę coś robić i jakoś to będzie”. Z naciskiem na „coś” i „jakoś”. Otóż rozczaruję Cię, ale gówno prawda. „Coś” znaczy „byle co”, a „jakoś” równa się „byle jak”, a „byle jak” jest bardzo daleko od takich słów kluczy jak „satysfakcja”, „sukces” i „pieniądze”.

Jesli chcesz, żeby Twoje działania były z głową, i miały ręce i nogi, to musisz im stworzyć szkielet, na którym się oprą. I to właśnie pokazuje Karol i Włodek, mówiąc, że od początku mieli jasno nakreślone ramy, sposób działania i cel kanału. Od startu Lekko Stronniczego wiedzieli ile odcinków nakręcą, który z nich za co jest odpowiedzialny i jak chcą zarabiać na programie. Oczywiście, część rzeczy ewoluowała w trakcie, ale bez wcześniej ustalonych konkretnych wytycznych, ich podróż nie byłaby skutecznym parciem przed siebie, tylko dryfowaniem po omacku.

 

Doprowadzaj do perfekcji to, co robisz, dopiero gdy już zaczniesz to robić

Nie kupuj sprzętu do kręcenia wideo za 10 koła, zanim nagrasz pierwszy odcinek. Nie kompletuj wszystkich gadżetów pro-biegacza, zanim zrobisz pierwszą przebieżkę po osiedlu. Nie dopieszczaj szablonu bloga, co do jednej pikseli, zanim opublikujesz pierwszy wpis.

Najpierw zrób pierwszy krok i zobacz, czy to w ogóle Ci się podoba.

Sprawdź, czy to dla Ciebie i dopiero później to udoskonalaj. Nie ma nic gorszego, niż zmarnować miesiące pracy i worek hajsu na coś, co nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo okazało się, że Cię nie kręci. Bez sensu jest zbierać się tygodniami do czegoś, co po 3 dniach próby Cię znudzi i będziesz chciał to rzucić w cholerę.

 

Miej w sobie pokorę

W żadnym wypadku nie mylić z byciem z skromnym, bo to drugie to przekleństwo.

Pokora przydaje się na obu końcach drogi. Zarówno, gdy jesteś u podnóża góry i chcesz obrzucać błotem wszystkich, którzy już ją zdobyli, bo masz wewnętrzne przekonanie, że jesteś lepszy od nich. Mając ją, powinno udać Ci się nie zrobić z siebie głupka i nie zrazić do siebie ludzi, którzy mogą Ci wiele pomóc. Nie mniej istotna jest też, gdy już wdrapiesz się na szczyt i masz ochotę popłynąć na fali mam-świat-u-stóp-całujcie-mnie-wszyscy-w-pięty. Lekko Stronniczy sporo mówią o tej drugiej sytuacji i jestem pod wrażeniem, że mimo niezaprzeczalnego sukcesu i popularności, nie mają problemu z utrzymywaniem kontaktu z rzeczywistością.

 

Eksperymentuj!

Powinny sobie to wziąć do serca wszystkie dinozaury muzyki popowej w Polsce. To, że jakieś rozwiązanie sprawdzało się przez rok, dwa, czy nawet trzy, nie znaczy, że będzie działać przez następne 30 lat. A w zasadzie pewne jest, że nie będzie!

Panowie byli tego świadomi, dlatego eksperymentowali z formułą swojego programu, zmieniając zarówno kluczowe elementy jak długość, czy ilość poruszanych tematów, jak i detale, takie jak scenografia, czy zakończenie. Jeśli przez wszystkie 1000 nagrań w kółko mieliliby ten sam schemat z pierwszego docinka, wszyscy dostaliby niestrawności, zaczynając od nich samych.

 

Zahasłuj sobie telefon

Książka jest w dużej mierze o internecie, a że internet jest teraz w telefonach, to jest też o nich. O tym, że to już nie tylko przyrząd do dzwonienia, ale rozbudowane centrum dowodzenia z większą mocą obliczeniową, niż komputery, które obsługiwały pierwsze loty w kosmos. I że to centrum dowodzenia z dostępem do wszystkich miejsc w sieci, w których jesteśmy, całej listy naszych znajomych ze masą danych i i haseł, ktoś może przejąć, wykorzystać i zrobić nam duże ziaziu. I to w bardzo prosty sposób – wystarczy, że „zgubimy” telefon na imprezie. I ów telefon nie będzie zabezpieczony hasłem.

Głupio się się przyznać, ale mój do tej pory nie był.

Ale już jest! Dzięki Karol, Dzięki Włodek!