Close
Close

Dziś jest ważny dzień. Dziś mija równy rok odkąd zrezygnowałem z pracy, żeby zająć się blogowaniem na pełny etat. Dziś jest dzień, w którym chcę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy się nie obudzę.

 

Grudzień 2008 – Jest zimno

Mieszkam z 5 przypadkowymi osobami w odrapanej ruderze w zrujnowanej kamienicy i paruje mi z ust, gdy wchodzę do kuchni. Więc staram się nie wychodzić z pokoju. A konkretnie spod kołdry. Leżę opatulony jak mumia i próbuję rozgrzać się jakimś podłym Żubrem. I palmami na komputerze. Oglądam „Californication” i w wyobraźni żyję życiem Hanka Moody’ego. Akurat łapie mega fuchę – będzie pisał bloga dla jednego z najpopularniejszy portali. Buja się po imprezach, pije drinki, wpada w tarapaty, wyciska życie jak cytrynę i o tym pisze. I ludzie to czytają. I ktoś mu za to płaci.

Fantazjuję, że też tak mogę.

Chcę wziąć jeszcze łyka, ale widzę dno w butelce i trzeźwość ściąga mnie na ziemię. Jest zimno, moja współlokatorka krzyczy, żebym ściszył, bo nie może zasnąć, a jutro mam zaliczenie z algebry liniowej. Z której w sumie jeszcze nic nie umiem.

To tylko fantazja.

 

Marzec 2011 – Kończę licencjat

Kiedy te 3 lata zleciały? Przecież wczoraj dopiero odbierałem indeks? Jeszcze nawet nie zdążyłem porządnie poznać kampusu. Dobra, nieważne. Chcę pracować w reklamie, więc chodzę po rozmowach kwalifikacyjnych. O pracę, o staż, o praktyki, o czyszczenie butów. O wszystko, byleby wbić się do jakiejś agencji albo działu marketingu.

– Dobrze. To teraz wyobraź sobie, że masz poinformować o nowej usłudze liderów opinii. Do jakich blogerów byś napisał?

– Do kogo?

– Komu z blogosfery wysłałaśbyś informację prasową komunikującą nową usługę naszego klienta?

– Ale, że co?

– Wiesz czym są blogi?

– W sensie, internetowe pamiętniki emo-nastolatków?

– No dobrze. Dziękuję ci za rozm…

– A nie, nie, już wiem. Martyna Wojciechowska, tak?

Nie dostałem tego stażu. Ani kolejnych dwóch. Za to dowiedziałem się, że ktoś taki jak blogerzy faktycznie istnieje. I to w naszym kraju. I podobno nawet z tego żyje.

To nie tylko fantazja?

 

Wrzesień 2011 – Mam ten staż

Kolejny, tym razem płatny, z opcją na stałą pracę i to w portalu, który zna nawet moja mama. Nieźle, co? No, nie źle. Jestem chyba redaktorem. „Chyba”, bo zasadniczo nikt mi nie powiedział jak nazywa się moje stanowisko, ale zajmuję się głównie pisaniem artykułów, a „dziennikarz” kojarzy mi się z prowadzeniem relacji z epicentrum wojennych wydarzeń, więc jednak „redaktor”. Piszę o dupach, zakupach, mydle i powidle, ale mimo to staram się, by każdy tekst miał pazur. No, pazurek. No dobra, paznokieć, ale taki dłuższy. Nie wszystkim koleżankom z redakcji się to podoba.

– Takie uszczypliwości to ty możesz sobie pisać na swoim blogu, a nie na portalu, który codziennie czyta kilkaset tysięcy ludzi.

– Racja.

Po powrocie do domu fantazja dostaje nazwę. „Stay Fly”.

 

Październik 2012 – Jadę na Blog Forum Gdańsk

Pierwszy raz. Za pożyczony hajs. Jak wystraszony szczurek. I mam spać kątem u znajomej znajomej znajomej. Przed wejściem do pociągu gubię bilet, ale i tak jadę. 11 godzin. Bez ogrzewania. Ale jadę, bo wiem, że tam TRZEBA być, bo tam będą WSZYSCY i może nawet poznam KOGOŚ, kim na co dzień tylko się jaram wlepiając ślepia w monitor. I może nawet zapamięta nazwę mojego bloga. Albo chociaż imię.

Przybijam piątkę z Kominkiem jak najgorszy psychofan, przebijając się przez tłum adoratorów, zamieniam zdanie z prowadzącym „Matura to bzdura” i dwa z tym jaśniejszym z „Lekko stronniczego”. I czuję się jakbym siedział na widowni podczas rozdawania Oscarów. Albo przynajmniej wszedł do garderoby gwiazd na „Top Trendach”.

Niepewność miesza się z ekscytacją.

 

Wrzesień 2013 – Koniec studiów

Moi znajomi z roku albo obronili się przed wakacjami albo robią to właśnie teraz. Ja nie. I wszystko wskazuje na to, że nie zrobię tego w ogóle. Ja właśnie teraz mam kongo bongo w pracy, którą lubię, bo dopinam ostatnie szczegóły w kampanii dla kluczowego klienta. Tak, tak, dobrze myślisz, jestem tym cholernym copywriterem i płacą mi za to, że wymyślam hasła, slogany i w ogóle bawię się literkami. Jak chłodne jest to? Ale to nic. Spytaj, co z blogiem.

Z blogiem zaczyna się dziać!

Dzieje się, bo ludzie czytają, i to czytają z zaangażowaniem, i na tyle, że reklamodawcy to widzą. Tak jest, weszły dwie duże kampanie z bardzo spoko produktami. W sensie, że ktoś widzi sens w tym co robię oprócz mnie, w sensie, że pojawiają pierwsze większe pieniądze, w sensie, że chyba będzie można zrobić z tego sposób na życie.

„Chyba”, bo to wciąż wydaje mi się ulotne, nienamacalne. Nie wiadomo, czy zaraz się nie skończy. Taka złudna fantazja.

 

Maj 2014 – Żegnam się z pracą

– Siadaj. Chciałem z tobą porozmawiać, bo w tym miesiącu kończy ci się umowa i…

– I nie chcę jej przedłużać.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Okej. Chcesz przejść do konkurencji?

– Nie, wchodzę w bloga na pełen etat.

– Będziesz w stanie się z niego utrzymać?

– Taki jest plan.

 

Lipiec 2014 – Jestem

Siedzę w „Zielnik Cafe” na warszawskim Mokotowie. W restauracji Magdy Gessler, takiej co to ludzie kwartał odkładają, żeby pójść z rodziną w niedzielę na obiad. Z okazji 30-lecia małżeństwa, czy coś. W każdym razie, siedzę tam, jem obłędne pierożki z cielęciną, które w połączeniu z roztopionym masełkiem wyciągnęłyby z niejedzenia niejedną anorektyczkę, a naprzeciwko siebie mam Kominka. Tego, który jest dla mnie największym autorytetem w kwestii blogowania, tego, którego książki mam na półce i traktuję jak biblię, tego, który jest najlepszy z całego środowiska.

I nie jest to bynajmniej zlot fanów. Spotkaliśmy się, żeby obgadać kampanię z Somersby. Dużą kampanię. Taką, że jak jej nie spieprzę, to już wszystkie furtki będą przede mną otwarte. Będę mógł pisać, latać po świecie i bawić się jak 7-latek w Disneylandzie. Być, tak bardzo jak to tylko możliwe we współczesnym świecie, wolny.

Obok siebie mam śmietankę tej branży, w ustach bitą śmietanę ze świeżymi malinami, a w głowie wyśmienity plan na kolejne 3 lata. To już nie jest fantazja, to materializowanie marzenia.

 

Teraz

Stoję pod klatką kamienicy, w której marzłem 7 lat temu, z garścią piasku przywiezionego z Korfu. Zaciągam się resztkami zapachu morskiej bryzy unoszącego się z ziarenek i spoglądam na zmurszałe, popękane mury budynku, w którym zrodził się ten oderwany od ziemi pomysł. A potem zamykam oczy i w myślach przewijam rolkę filmu z moim życiem od 2008, aż do dzisiaj, robiąc stopklatkę na wszystkich wzlotach i upadkach. Trochę ich było. Zwłaszcza tych drugich, więc chwilę to trwa.

Otwieram oczy i mówię to sobie głośno: – Tak, kurwa, zrobiłem to! Zrobiłem to!

Sen się spełnia! Nie, przepraszam, nie „się” spełnia. To ja, ja spełniam swój własny sen! Na jawie!

(niżej jest kolejny tekst)

116
Dodaj komentarz

avatar
87 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
84 Comment authors
NanaEwa KayennKarolinaKarolina WRésumé .#6 – przegląd czerwca – Alabasterfox.pl Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Śmiało możesz stanowić wzór dla tych wszystkich, którzy mówią, że się nie da/nie w tym kraju/nie mam możliwości/bo nie mam bogatych rodziców/szwagra w odpowiednich strukturach. Otóż można, trzeba tylko wiedzieć, czego się chce – i ostro na to zapierdalać.
Fajnie, że z Twojego sukcesu ja też czerpię pewne profity – czytam świetnego bloga, jedynego, do którego regularnie i często wracam.
Gratuluję.
A teraz wracam do pracy. Dołożyć cegiełkę do swoich marzeń :).

Jan Favre
Gość

Dzięki wielkie Ola za ciepłe słowa i że jesteś tu już tyle czasu! Trzymam kciuki za Twoje marzenia!

Olga Pietraszewska
Gość

Dziękuję.

Joanna Pachla
Gość

tak trzymaj!

Jan Favre
Gość

Nie puszczam!

Dagmara Piekutowska
Gość

To jedna z najbardziej optymistycznych historii, którą ostatnio przeczytałam. Także tych najlepszych, bo prawdziwych. Mogę tylko napisać gratulację! Także dziękuję za to, że się tym podzieliłeś. Zdecydowanie inspirujesz.

Jan Favre
Gość

Dziękuję bardzo i po cichu liczę, że ruszy to też innych, którzy potrzebują impulsu do działania.

Erillsstsyle
Gość

Ej aż się serio wzruszyłam jak to przeczytałam :)))
Jesteś mega motywujący z tą historią :)))
OBy dalej do przodu i, no może nie do gwiazd bo daleko i rzadko byś pisał, ale oby jak najdalej po kres marzeń :)

Wszystkiego dobrego na Dzień Dziecka. :)

Jan Favre
Gość

Dzięki wielkie i również dobrego dnia dziecka! Niech w każdym z nas gdzieś będzie ten dzieciak podrzucający szalone pomysły!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #28: Kuba Wojewódzki, Ryan Gosling i MacGyver

Skip to entry content

kuba wojewódzki kabaret ani mru mru

Kolejny tydzień upłynął w oparach wyborów, spisków, iluminatów i reptilian, dlatego nie będę Was tym męczył w 28 „Przeglądzie” i w całym zestawieniu pojawia się tylko jedna pioseneczka leciuteńko nawiązująca do tematu. Raz, że nie chcę zamienić Stay Fly w blog polityczny, a dwa, że właśnie jestem w Tyliczu i moje myśli zajmują dużo lżejsze tematy. Na przykład to, czy dałoby radę przewieźć w foliowych workach zapas czystego powietrza na kolejne 7 dni do Krakowa. Ja popadnę w zadumę nad tą kwestią, a Wy łapcie świeżutkie streszczenie sieci!

Pamiętacie jeszcze Flexxip? Pierwszy skład Tego Typa Mesa, w którym nawijał z Emilem Blefem? Strasznie jarałem się ich demówką i legalem, dlatego serduszko zabiło mi ciut mocniej, gdy w tym wywiadzie wrócili do czasów ortalionów i golenia głów na zero.

Hity z dzieciństwa przetłumaczone na polski! Radio Zet zrobiło prześwietna akcję – wzięło takie klasyki jak „Gangsta’s Paradise” Coolia, „Boom, Boom, Boom” Venga Boys, „Blue” Eiffel 65 i podłożyło lektora z „Mody na sukces” tłumaczącego linijki na nasz język. Musisz tego posłuchać!

Miłość i wybaczenie na dzień matki: to wcale nie jest ckliwy, oklepany tekst, który ma wywołać rzewne łzy u odbiorcy. To bardzo zabawny wpis, o tym, że każdej mamie zdarza się palnąć coś głupiego i przeholować z chwaleniem swojego dziecka.

Najbardziej przereklamowane miejsca na świecie: nieco inne zdjęcia, niż te z folderów w biurach podróży, pokazujące, że Góra Rushmore, Stonehenge, czy Giblarltar nie wygląda jak w hollywoodzkich filmach.

Ciuchy po domu: powinno się spalić albo oddać najgorszemu wrogowi, a tutaj całkiem nieźle wytłumaczone jest dlaczego należy tak zrobić.

Kuba Wojewódzki buduje sobie szubienicę: bo nie dość, że nie rozumie internetu, to w ostatnim odcinku swojego programu wypowiedział mu wojnę. A, cytując klasyka, to tak jakby plemnik nagrał diss na spermę.

Doszły nas słuchy, że wczoraj pan Kuba Wojewódzki w swoim przebojowym programie razem z kolesiami z Ani Mru-Mru ciągnęli…

Posted by Make life harder on 27 maja 2015

 

Jak wyglądają prawdziwi fani Quebonafide? No tak. Mnie słabo widać, ale stoję tam z tyłu.


 

Ryan Gosling nie chce zjeść płatków: boska kompilacja ujęć, na których bożyszcze kobiet wykręca się od śniadania.

Ryan Gosling will eat his cereal http://gu.com/p/48559/fb

Posted by The Guardian on 5 maja 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Agata nie jest typową szafiarką, bo główną tematyką jej bloga jest sport i ćwiczenia, ale spokojnie mogłaby się skupić tylko na ciuchach, bo ma genialne komplety. Tym poniżej zdobyła moje serce. Po raz 7 w tym roku.

zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl

Klip tygodnia: nie jest to nowy ani utwór, ani teledysk, ale z uwagi na to, jakim wydarzeniem zaczął się ten tydzień, czułem nienegocjowalną powinność umieszczenia go w dzisiejszym „Przeglądzie”.


 

Fanpage tygodnia: istnieje jakiś facet, który w dzieciństwie nie fantazjował o zostaniu MacGyverem i zrobieniu helikoptera z paczki zapałek i puszki Coli? Okazuje się, że jest kilku gości, którzy macgyverują sobie w dorosłym życiu i potrafią zrobić łódkę z pustych butelek, BMW z osła i koło do motoru z adidasów. Profil rzadko aktualizowany, ale jak już coś wrzuca to jest prawdziwy sztos!

Amazing :D

Posted by Macgyver It on 23 czerwca 2014

 
Ogłoszenie parafialne: bardzo, bardzo dawno temu, jedna z czytelniczek zaproponowała, żebym w ramach miesięcznych wzywań zrobił sobie „30 dni codziennie z czymś nowym”. Pomysł jest bardzo pierwszoklasowy, tyle, że żeby go zrealizować muszę sobie wszystkie te „nowe rzeczy” wcześniej przygotować i rozpisać.

Stąd pytanie do Was – jakie macie propozycje czynności, jedzenia, picia, miejsc, czy innych aktywności, których mógłbym spróbować po raz pierwszy w życiu, w ramach tego wyzwania?

Jak wygląda kręcenie reklamy od kuchni?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z PizzaPortal.pl

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (26)

Pamiętacie jak dwa tygodnie temu byłem w Poznaniu, ale wykręcałem się, że nie mogę powiedzieć o co dokładnie chodzi? To teraz już mogę odkryć wszystkie karty i zdradzić, że głównym celem nie były odwiedziny Rycha Peji, ale nieco większa akcja.

W związku z tym, że PizzaPortal w maju ruszył z ofertą „FIT”, czyli z możliwością zamawiania nie tylko pizzy i schabowych przez internet, ale także zdrowego, lekkostrawnego jedzenia, kręciliśmy w stolicy Wielkopolski reklamę promującą tę opcję. I to nie reklamę w stylu „yo, to jest PizzaPortal, tu się klika po sałatki, więc klikajcie, pozdro”, tylko coś dużo bardziej kreatywnego, osadzonego w przestrzeni miejskiej. Tak zwany ambient.

O co cho?

Na przystanku w centrum miasta, zainstalowana była gablota z grą, która polegała na przecinaniu palcem jedzenia. Coś jak „Fruit Ninja”, tylko z sushi zamiast arbuzów. Przechodnie podchodzili, grali, a gdy pod koniec rundy zdobyli przynajmniej 25 punktów, mogli wybrać dietetyczne jedzenie, po czym pojawiało się lekko dezorientujące, zagadkowe hasło „rozejrzy się!”. I wtedy do akcji wkraczaliśmy my – Nishka, Kasia Gandor, Magiczny Składnik, Paweł Opydo i ja – przebrani za XIX-wiecznych mieszczan, wikingów, sportowców albo rajdowców, zabierając gracza do mieszkanka zaaranżowanego na drugim przystanku i dostarczając mu posiłek!

Brzmi nieco wariacko? To dobrze, bo tak właśnie było.

Przy realizowaniu nagrania, bieganiu po mieście w ciuchach wyrwanych żywcem z „Robin Hooda” i zaskakiwaniu niczego nieświadomych ludzi niecodzienną formą dostawy, było dużo dobrej zabawy, ale z mojej perspektywy najciekawsze było co innego. Pierwszy raz w życiu widziałem od kuchni jak nagrywa się reklamę i jak taka „spontaniczna”, ambinetowa akcja wygląda od środka. Bo obraz osoby, która jest wewnątrz akcji, diametralnie różni się od tego, co widzi odbiorca gotowego materiału, czy nawet przypadkowy gość na ulicy.

Chcecie wiedzieć jak takie rzeczy wyglądają od strony realizacji?

 

Centrum dowodzenia

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (4)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (25)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (16)

Widziałem wcześniej kilka reklam kręconych na ulicy z „żywymi” ludźmi i przebranymi wariatami, którzy wchodzili z nimi w interakcję, ale nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd oni się tam biorą. W sensie ci wariaci, bo ludzie to wiadomo – z kapusty albo bocian przynosi. Otóż okazuje się, że zawsze jest jakaś baza wypadowa, w której się przygotowują i przebierają, będąca jednocześnie centrum dowodzenia, rozdzielającym dyspozycje co, gdzie, kiedy i dlaczego już. Nasza była dokładnie naprzeciwko przystanku z grą, dzięki czemu w komfortowych warunkach, z ukrycia, mogliśmy obserwować niczego nieświadomych przechodniów.

 

Planowanie, planowanie, planowanie

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (1)

To niby oczywista oczywistość, że przed takim przedsięwzięciem trzeba się przygotować, ale gdy zobaczyłem jak mocno poszczególne składowe akcji są rozkminione, powiedziałem sam do siebie „łouł, szacun!”. Pomijam harmonogram z rozpiską, kiedy wchodzą wikingowie, kiedy sportowcy, a kiedy rajdowcy i mapkę, która grupa skąd wybiega, ale przewidzenie reakcji ludzi, możliwych scenariuszy i problemów było godne uznania.

 

Przygotowanie miejscówek i sprzętu

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (3)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (14)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (8)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (10)

Przede wszystkim zamontowanie GoPro na przystanku z grą, na jednym z wariatów i ustawienie kamerzysty niczym snajpera na balkonie naprzeciwko, tak by mieć materiał z możliwie wielu różnych ujęć.

 

3… 2… 1… PRÓBA!

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (28)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (11)

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (20)

Wpadlibyście na to, że przy realizacji takiego filmu robi się próby ze statystami, żeby być jak najlepiej przygotowanym do pracy na żywym organizmie? Wpadlibyście? Serio? No to ja w każdym razie nie pomyślałem, że „spontaniczne” wybiegnięcie kilkuosobową grupą do przypadkowego przechodnia można trenować jak scenkę teatralną i skalibrować tak, by jego reakcja była jak najbardziej pozytywna i żywiołowa. Na przykład sprowadzająca się do poetyckiego zwrotu „łooo, ale czad!”.

 

Akcja, akcja, akcja!

PizzaPortal - fit jedzenie - Poznań ambient (21)

W rejestrowaniu ruchomego obrazu miałem już, niewielkie, ale mimo wszystko, doświadczenie i wiedziałem, że wszystko co ma poczuć widz patrząc w ekran, w rzeczywistości musi być jakieś 3-4 razy intensywniejsze. Żebyś Ty jak odbiorca czuł energię, napięcie i ruch, to ja jako „aktor” muszę zapieprzać jak motorynka na paliwie rakietowym. I też tak staraliśmy się robić – biegać, skakać, drzeć się i jeszcze trochę biegać. Takie pogowanie. Tylko bez tłumu ludzi, muzyki i alkoholu.

 

Bieżąca kontrola materiału

Regularne zrzucanie zapisanych ujęć z kamer na twardy dysk w centrum dowodzenia, było bardzo istotne, bo montażysta i reżyser od razu mogli ocenić, jak to tak naprawdę wygląda. I czy da się z tego w ogóle coś skleić. A dało się.

pizzaportal fit jedzenie