Close
Close

„Nie płacz” – rada, której nie powinieneś udzielać widząc łzy

Skip to entry content

Była zima stulecia. Taki ziąb, że ubieranie się przed wyjściem na zewnątrz zajmowało mi kwadrans, a i tak czułem, że jedne kalesony na nogach, to o dwie pary za mało. Jeśli stojąc na przystanku podejmowałeś próbę rozmowy z drugim człowiekiem, to oddech, zaraz po opuszczeniu Twoich ust, zamarzał i mogłeś mu go wręczyć w prezencie albo schować do kieszeni i po powrocie zrobić sobie z niego mieszadełko do herbaty. To ten poziom temperatury, kiedy po wejściu do autobusu nachylasz się nad kasownikiem i czujesz jak na rękawiczki spada Ci szron z włosów w nosie.

Jak już mówiłem wcześniej, było zimno.

Oprócz tego, że czułem się jak czeczeński separatysta zesłany do Gułagu, to miałem kilka innych problemów, które sprawiały, że nawet w dzień widziałem to, co Jerzy Stuhr w „Seksmisji”. Uczelnia, dom, pieniądze i takie tam pierdoły fundamentalne dla życia człowieka, zaczęły się sypać jak zamek z piasku podmyty przez falę. To taki moment, kiedy zapadasz się w ruchomych piaskach i każdy ruch, który wykonujesz, żeby się z nich wydostać tylko pogarsza sytuację. Jedynym pozytywem w obliczu beznadziejności sytuacji, był fakt, że miałem ją – sensualną, ezoteryczną, zjawiskową Jot. Jot, która nie dość, że była, to jeszcze była moja i w tamtym momencie pełniła rolę Gwiazdy Polarnej, światełka w tunelu i zasadniczo osobistej aparatury resuscytacyjnej.

Do momentu, aż mnie nie zostawiła, żegnając się czułym kopnięciem w krocze.

– Nie możemy dłużej być razem – bezemocjonalnie oznajmiła między jednym łykiem piwa, a drugim, jakby stwierdzała „jest godzina 17:54”, w turbo chujowym lokalu, do którego weszliśmy tylko po to, żeby nie czekać na jej autobus na mrozie.

– Nie rozumiem, to taki żart? – naprawdę byłem pewien, że to jakiś greps, którego nie załapałem.

– Nie chodzi o ciebie, chodzi o mnie – co, kurwa?

– Co, proszę?

– Po prostu nie nadaję się do związku, związki mnie ograniczają – aha i pewnie dlatego tydzień temu proponowałaś mi mieszkanie razem.

– Ale jak to? Co, dlaczego? Co się stało? – czułem się, jakby mi ktoś właśnie powiedział, że jestem adoptowany, tylko matka przez całe życie mnie okłamywała, bo nie chciała mi robić przykrości. Zupełnie nie byłem w stanie zrozumieć, o czym ona do mnie mówi.

– Cholera, zapomniałam portfela. Zapłacisz za mnie?

– Yyy… co? – czy ona przed chwilą naprawdę ze mną zerwała, robiąc to tak, jakby od niechcenia wyrzucała śmieci do osiedlowego kontenera przed wyjściem na imprezę?

– To dzięki, fajnie było cię poznać – czy to jest jakiś film? Czy to jest ukryta kamera? Czy już mogłaby wyskoczyć ta osoba mówiąca „mamy to!” i wręczyć nam voucher na wycieczkę do Tunezji, mówiąc, że Jot zgłosiła nas do programu „Wkręć swojego chłopaka” i zdobyłem nagrodę publiczności, za najlepszą reakcję? – Pa!

Czułem się jak w tym kawałku Myslovitz, jak Rojek śpiewający „świat wypadł mi z moich rąk”, tyle, że mnie w odróżnieniu od niego było żal. I to żal jak skurwysyn, bo tak naprawdę ten świat nie wypadł z moich rąk, tylko Jot z premedytacją przyjebała nim o ziemię, roztrzaskując go na puzzle wielkości ziarenek piasku, których ułożenie wydawało się niewykonalne. Wiem, że nie powinienem robić z niej swojego koła ratunkowego, ale stało się, była nim i ot tak, postanowiła spuścić z niego powietrze na środku oceanu, nie przejmując się, że mam połamane wszystkie kończyny i nie dopłynę do brzegu.

Ogarnęło mnie obezwładniające rozgoryczenie i poczucie krzywdy.

Czułem się niewymownie źle i pierwsze co zrobiłem, to zacząłem płakać jak dziecko zaraz po wyciągnięciu z łona matki. Morze gorzkich łez. Po dwóch dniach miałem wrażenie, że w miarę to opanowałem i mi przeszło, więc poszedłem do koleżanek z grupy pożyczyć notatki, bo oczywiście to rozstanie nie mogło zdarzyć się w jakimś normalnym momencie, tylko w środku sesji. Dagmara widząc, że wyglądam jakby mi ktoś przed chwilą podbił oczy, spytała co się stało. I wszystko puściło.

Morze łez znów wylało, a Daga zareagowała jak większość ludzi w tej sytuacji.

– Oj, Janek, nie płacz.

– A-a-ale, ona – szloch – mnie – smark – zostawiła – szloch.

– Nie płacz, Janek, nie płacz.

– A-a-ale – smark – ja – szloch – – szloch, szloch, szloch – kocham.

– Ale nie płacz. Nie płacz już.

Bardziej na tym co się stało i skąd ta powódź, Dagmara była skupiona na tym, żebym przestał płakać. Co jest nagminne w takich przypadkach. Ludzie nie rozumieją, że w momencie utraty drugiej osoby, czy to w sensie dosłownym w sytuacji śmierci, czy metaforycznym przy rozpadzie związku, płacz pełni rolę oczyszczającą i terapeutyczną. Zresztą przy innych negatywnych zdarzeniach, typu zwolnienie z pracy, odrzucenie przez grupę rówieśniczą, czy poniżenie,  jest tak samo.

Osoba odczuwająca ból, potrzebuje się wypłakać, żeby wyrzucić z siebie negatywne emocje.

Wraz z płaczem wypływa z nas zła energia, która zebrała się przez przykre zdarzenie i to zupełnie naturalne, że organizm i psychika chcą się jej pozbyć. Bo najgorsze co można zrobić, to blokować w sobie ten odruch i ją kumulować. Gdy, sami z siebie, czy na życzenie innego człowieka, powstrzymujemy się od łez, to wszystko czego chcielibyśmy się pozbyć zostaje w nas. I to nie bez śladu, a dając o sobie znać w dalszym życiu i w nowych relacjach.

O ile w przypadku kobiet te napuchnięte oczy i mokre chusteczki jeszcze się toleruje, tak w przypadku facetów jest to zachowanie w zasadzie niedopuszczalne, bo przecież mężczyzna powinien być twardy jak szpony z adamantium i nigdy nie okazywać słabości. A zamykanie się do wewnątrz ze swoimi problemami powoduje tylko zgorzknienie i zamienianie się w tykającą bombę, która prędzej czy później wybucha. Na przykład pod wpływem alkoholu.

Dlatego tak ważne jest, żeby nie odcinać się od negatywnego zdarzenia, a przyjąć wraz z tym co ze sobą niesie, po czym oczyścić poprzez płacz.

Hasło „nie płacz” ma jeszcze jeden aspekt i jest on związany z osobą, która je wypowiada. Uciec od widoku płaczącego człowieka chcą najczęściej osoby, które same mają problem z przyjmowaniem uczuć i okazywaniem emocji. Przez to, że same na co dzień są wewnętrznie opancerzone i chowają sferę emocjonalną pod tytanową zbroją, w chwili gdy ktoś okazuje im swoje poruszenie, nie wiedzą jak mają zareagować i boją się tego. Boją się, że to otworzy ich samych i wszystko co próbują ukryć i odciąć od świata, wyciągnie na wierzch.

Boją się, że oni też mogliby odczuwać stratę kogoś na kim im bardzo zależało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roberta
(niżej jest kolejny tekst)

60
Dodaj komentarz

avatar
42 Comment threads
18 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
45 Comment authors
MalinaFaustyna ZdziarskaAndrzej Baliśmctiggle .Karolina Wilk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra
Gość

Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że płacz dotyczy tylko i wyłącznie negatywnych emocji. Te pozytywne też powodują płacz. Orgazm, na przykład. Płacz to po prostu takie katharsis. Nie powinien być przypisany tylko i wyłącznie do złych przeżyć.

Jan Favre
Gość

Tak masz rację, płacz również pojawia się w przypadku ekstremalnego szczęścia, jednak skupiłem się tylko na negatywnych sytuacjach, bo w przypadku pozytywnych nie pada hasło „nie płacz”.

Aleksandra
Gość

Oj pada, niestety pada. A mówienie „nie płacz”, daje efekt odwrotny i trudniej przestać. Podobnie jak z zasypianiem, im bardziej chcemy zasnąć, tym gorzej nam idzie.

Jan Favre
Gość

To ja jeszcze się nie spotkałem z tym, że na przykład ktoś odbiera jakąś nagrodę, rozpłakał się ze wzruszenia i ludzie mówią mu, żeby nie płakał.

Aleksandra
Gość

Widocznie nie spotkałeś osoby, która bardzo łatwo się wzrusza. Wzruszenie to nie tylko wygrana w konkursie.

mctiggle .
Gość
mctiggle .

osobiście jestem zdania że wszystkich „łzach szczęścia” dominuje poczucie straty że to szczęście przychodzi dopiero teraz, po tylu negatywnych przeżyciach, poczucie żalu że nie stało się to wcześniej, rozpamiętywanie wysiłków które do aktualnego stanu doprowadziły, oraz lęk o kruchość tego stanu.
ergo: to nie samo szczęście jest powodem płaczu. niee…

Urszula
Gość

Wczoraj znajoma opowiadała, że jakiś czas po śmierci swojego męża, zadzwoniła do siostry. Żeby powiedzieć, że jej źle, że nie daje sobie rady, że to wszystko tak piekielnie ją boli i dusi od wewnątrz. Jej siostra natomiast, zamiast wysłuchać zrozpaczonej siostry, ciągle próbowała zmieniać temat. Mówiła o mężu, który w stanach od wielu lat siedzi, o tym, że i ona samotna… O dzieciach i o codziennych troskach. I tak się zastanawiałyśmy, że właśnie niektórzy ludzie chcą płakać, chcą komuś powierzyć swój ból i wówczas czują się lżej oraz tacy, którzy bardzo szybko chcą zapomnieć. A jak zapomnieć, jeżeli cały czas… Czytaj więcej »

Magdalena Suska
Gość

Znam taką jedną co to nigdy nie płacze, nie okazuje żadnych uczuć i nagle jakaś bzdura ja zdenerwuje, jakaś pierdoła nie warta uwagi, ale ta pierdoła przelała czarę goryczy i wtedy jest wybuch, płacz i lament, a ja nie wiem o co chodzi, no, bo o takie coś tyle zamieszania? Gdyby ta osoba na bieżąco oczyszczała się z negatywnych emocji była byłaby zdecydowanie zdrowsza emocjonalnie. Płaczmy więc bez względu na płeć. Ty Janek tez, choć życzę Ci byś jednak znów z powodu kobiety płakać nie musiał :) Zazwyczaj nie jesteśmy tego warte ;)

Jan Favre
Gość

Ja bym powiedział, że zdrowsza w ogóle, bo migreny, ból serca, czy kręgosłupa często biorą się właśnie z takich powodów.

I dzięki :)

kasia garnek
Gość

comment image i to dosłownie! ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Podobno nikt nie jest wart łez drugiego człowieka, a jeśli już jest, to na pewno by ich do niego nie doprowadził :).

Justek aka cacko_z_dziurką
Gość
Justek aka cacko_z_dziurką

Mam chyba ‚najzajebistszych’ ludzi na świecie wokół siebie. Nikt nigdy nie powiedział mi ‚nie płacz’, a wręcz przeciwnie. Potrafili płakać razem ze mną lub po prostu przytulić i czekać aż wyleję z siebie wszystkie łzy jakie mam na dany moment. No najlepszych!

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ojeju, bardzo smutna historia :(.
Nie wyobrażam sobie długotrwałego tłumienia w sobie emocji – muszą znaleźć ujście w płaczu. Albo popłaczę sobie sama albo przy kimś bliskim. Gdybym nie robiła co jakiś czas swoistego katharsis z siąkaniem nosem i puszczaniem łez, to bym skończyła jak Michael Douglas w „Upadku”.
Może to średnio uspokajające „nie płacz” wynika z zakłopotania i jakiejś niemocy? Ludzie chyba po prostu nie wiedzą, jak się zachować w obliczu kogoś płaczącego – czy to faceta czy kobiety.

Jan Favre
Gość

W przypadku obcej osoby, to jeszcze zrozumiałe, że mogą nie wiedzieć jak się zachować, ale w przypadku znajomego po prostu nie chcą tego współodczuwać i dopuszczać do siebie takich emocji.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #29: karmiące matki, filmowy Nowy Jork i chwalenie się!

Skip to entry content

FILMOWY NOWY JORK

W tym tygodniu po raz kolejny wyszło moje odklejenie od rzeczywistości związane z „wolnym zawodem”, bo dopiero w środę wieczorem, przed imprezą w Forum, zorientowałem się, że jest Boże Ciało i że teoretycznie to koniec tygodnia. Teoretycznie, bo dla mnie nie ma różnicy, czy dzień w kalendarzu zaznaczony jest jako ustawowo wolny od pracy, czy nie. 4 teksty na blogu muszą pojawić się tak czy inaczej, więc jedyna różnica była taka, że w czwartek nikt nie pisał do mnie maili. Dobre i to. Co do tygodnia w internecie, to też było spokojnie, tak że w linkach nie znajdziecie żadnej aferki, ale za to dużo lżejszych tematów do zluzowania się w słoneczne popołudnia.

Zachowania, które wkurwiają w transporcie zbiorowym: czyli żarcie śmierdzącego jedzenia, zwierzanie się z pożycia seksualnego przez telefon i kilka innych rzeczy, które doprowadzają do szału. I jest mi przykro, że Asia znów ukradła mi świetny pomysł na tekst.

Bezdomni zamieszkali w billboardzie: w centrum miasta. Brzmi jak nagłówek z ASZ Dziennika albo raport z Polski B? Nic bardziej mylnego. Takie rzeczy dzieją się przy Wiśle w Krakowie.

Jak być matką i karmić bez klasy? Przeczytacie u Konrada, którego nie cieszy widok gołych, obcych cycków w trakcie spożywania posiłku w restauracji.

Poduszka w kształcie pączka z dziurką: wygląda cudnie, a nie wydaje się specjalnie trudna w wykonaniu, zwłaszcza z tą instrukcją.

10 pomysłów na spędzenie dnia dziecka będąc dorosłym: brzmią na tyle super, że zamierzam praktykować również w „normalne” dni, poza świętem ustawowo wolnym od odpowiedzialności.

Filmowy Nowy Jork: oglądaliście „Masz wiadomość”, „Kevin sam w Nowym Jorku” albo „Avengersów” i myśleliście o tym, że spoko byłoby zobaczyć główne lokacje z filmów na żywo? Mój znajomy z Bytomia też tak fantazjował i niedawno poleciał do Stanów zrealizować to marzenie. Genialny pomysł i genialne foty.

Kompleksy polskiego pracodawcy: czyli wyjaśnienie, czemu mając mocne Curriculum Vitae i turbo doświadczenie czasem nie można dostać pracy. W tekście pojawia tylko 5 kompleksów, tak że czekam, aż ktoś dopisze drugą część.

Jak zmienia się twarz kobiety po nałożeniu makijażu? Lub na dobrą sprawę, powinienem powiedzieć jak zmienia się po ściągnięciu tapety, bo przecież częściej widujemy je ze szpachlą niż bez niej.

OMG I LOVE HER WORK SO MUCH❤️Intstagram account : @goar_avetisyanعجائب الكونتور والهايلات والمكياج كلهعنجد فرق شاسعشو رايكو صبايا؟اللي انصدمت من هيك شوفات تحط لايك وتاچSupport us with like,share& tag a friend

Posted by ‎مـرآيـتي‎ on 14 maja 2015

 

Klip tygodnia: Maryla Rodowicz to pokolenie wykonawców, którymi jarała się moja mama, a dla mnie – odkąd sam świadomie zacząłem wybierać sobie muzykę – zawsze była martwa. Donatan jednak po raz kolejny udowodnił, że jest pieprzonym alchemikiem i ożywił jej muzyczne zwłoki,  sprawiając, że da się ich słuchać. Jedyne do czego mogę faktycznie się przyczepić to zwrot „tłusty bit”, który w jej ustach brzmi jak „Szczebrzeszyn” wypowiedziany przez Francuza. Źle.


 

Fanpage tygodnia: bardzo dobre satyryczne rysunki z celnymi spostrzeżeniami i oryginalnym poczucie humoru. Wydaje mi się, że ostatnio piszę to przy co drugim polecanym profilu, ale widząc kolejną pracę autora, przy której śmieję się na głos, serduszko mnie boli, że nowe treści ukazują się tak rzadko.

 

Ogłoszenie parafialne: w poniedziałek dostałem od Was cysternę dobrej energii związanej z tym, że pochwaliłem się swoim osobistym sukcesem i dało mi to do myślenia. Doszło do mnie, że gdyby osoby w moim otoczeniu częściej chwaliły się swoimi sukcesami, to byłbym bardziej nakręcony i zmotywowany do działania inspirując się ich dokonaniami. Dlatego pomyślałem, że moglibyśmy tu sobie zrobić kącik motywacyjny i raz na jakiś czas chwalić się nawet małymi rzeczami, które ostatnio zrealizowaliśmy.

Innymi słowy, gorąco Was zachęcam do podzielenia się w komentarzach rzeczami, których dokonaliście w ostatnim miesiącu i z których jesteście dumni. To może być zarówno awans w pracy, wyjazd do miejsca, które zawsze chcieliście zobaczyć, jak i opanowanie robienia lazanii. Cokolwiek co przez ostatnie 30 dni wymagało od Was wysiłku i zaangażowani i zakończyło się sukcesem.

Chwalcie się!

Jaki wpływ miała na mnie pierwsza spowiedź?

Skip to entry content

Wczoraj trafiłem na artykuł na Gazeta.pl, w którym pewna blogerka, w tej chwili już dorosła kobieta, opisuje traumę pierwszej spowiedzi. Bardzo plastycznie przedstawia przerażenie związane z opowiadaniem obcej osobie o czynach, które w świetle ideologii kościoła powinny być napiętnowane. Bo 8-letnie dziecko bałoby się mówić o mastrubacji nawet własnym rodzicom, a co dopiero ponuremu, starszemu panu za drewnianą kratką, który z góry uzna jego zachowanie za godne potępienia.

Czytając ten tekst nie dało się nie współczuć autorce i nie sięgnąć pamięcią do własnej pierwszej spowiedzi. Mimowolnie tak też zrobiłem i natychmiast dreszcze przeszyły mój korpus, szlachtując pogodę ducha.

Miałem wiele traumatycznych przeżyć w swoim życiu, ale to co wydarzyło się w drugiej klasie podstawówki z pewnością  należy do czołówki psychicznych urazów. Pamiętam przygotowania do pierwszej komunii świętej i naszą katechetkę-gestapo, która prowadziła bardziej coś na kształt musztry, niż wprowadzenia dzieci w kontakt z bogiem. Dużo krzyku, dużo ostrych słów i bardzo dużo agresywnych spojrzeń, dających do zrozumienia, że jesteś beznadziejny, wszystko robisz źle i jedyny moment, kiedy powinieneś przekroczyć próg domu bożego, to obrządek związany z pochówkiem.

Nawet na maturze nie stresowałem się tak bardzo jak na przygotowaniach do pierwszej komunii.

Pamiętam dzień, w którym katechetka rozdała nam książeczki z listą grzechów, w tym dniu moje dobre samopoczucie i myśl, że jestem dobrym człowiekiem legło w gruzach na wiele długich tygodni. Okazało się, że fakt, że nie jem szpinaku jest poważnym grzechem, za który sumiennie powinienem się wstydzić, niedokończenie posiłku, który kiedyś przygotowała mi babcia jest grzechem, który najprawdopodobniej nie zostanie mi odpuszczony, a zabijanie kijanek jest grzechem śmiertelnym, po którym z pewnością pójdę do piekła i zostanę skazany na wieczne potępień, wykonując najcięższe pracy pod biczem Lucyfera.

Ale było coś zdecydowanie gorszego. Na przedostatniej stronie leksykonu grzechów widniała taka pozycja jak „OGLĄDANIE ZAKAZANYCH OBRAZÓW”!

Może byłem nierozgarniętym dzieckiem, a może moja mama jako jedyna w ówczesnych czasach posiadała umiejętność nazywania rzeczy wprost, bo u mnie w domu na penisa mówiło się „penis”, seks określało się słowem „seks”, a filmy pornograficzne były „filmami pornograficznymi”, przez co nie miałem kompletnie pojęcie czym są te zagadkowe „zakazane obrazy”. Więc podczas lekcji religii spytałem o to katechetkę. Było to błędem. Bardzo, bardzo, BARDZO dużym błędem.

Pani Gestapo uznała to pytanie za żart i nawrzeszczała na mnie przy całej klasie, wplatając między „niewychowany”, „bezczelny” i „szczeniak” coś o tym, że nie zasługuję na miłość Jezusa.

Było mi głupio, że katechetka myślała, że chciałem z niej zadrwić, było mi głupio, że nie wiedziałem co to znaczy i było mi głupio, że po tym pytaniu śmiały się ze mnie wszystkie dzieciaki w klasie obrzucając szyderczym spojrzeniem. Czułem się jakby ktoś zrobił sobie ze mnie poduszkę na szpilki, ale obezwładniająca beznadzieja miała przyjść dopiero za chwilę. Na przerwie podszedł do mnie Artur, nachylił się do ucha i powiedział: „Jasiek, to ty nie wiesz, że to są PORNUSY?!?!”. Nie wiedziałem, a najwyraźniej powinienem, bo miesiąc wcześniej bawiąc się z kolegami z bloku w puszkę, w krzakach znalazłem magazyn „Cats”, który ewidentnie był pornusem.

Pornusem, z którego teraz musiałem się wyspowiadać.

Miałem paraliżujące poczucie winy, że tak bardzo zawiodłem Pana Boga znajdując tę gazetę w krzakach i paraliżujący strach, że Pan Ksiądz może mi nie odpuścić tego grzechu i pójdę na klęczkach do piekła od razu z konfesjonału. Do tych dwóch paraliży dochodził jeszcze trzeci. Paraliż wstydu, wypalający zawartość mojego worka z mięsem.

Gdyby ktokolwiek, ale to KTOKOLWIEK dowiedział się, że popełniłem tak ciężkie przewinienie, po którym Pani Gestapo miała problemy ze złapaniem oddechu, to przecież zostałbym skreślony jako człowiek i publicznie ukamieniowany, a moja rodzina skazana na banicję na peryferiach krańca świata. Dlatego kartki z grzechami, które miałem wyjawić Panu Księdzu, strzegłem lepiej niż 20-złotowego banknotu otrzymanego na urodziny, będącego najwyższym nominałem jaki widziałem w życiu. I przy okazji, regularnie trenowałem niemal bezgłośną wymowę zwrotu „oglądałem zakazane obrazy”, tak, by spowiadając się nie mógł usłyszeć tego nikt inny, a konkretnie nikt z rządku dzieciaków czekających przed drewnianą budką na swoją kolej. Bo gdyby tylko doszło to do uszu któregoś z nich, stałbym się pośmiewiskiem całej szkoły i prześladowano by mnie do końca podstawówki. Mogłem być tego pewien niemal w stu procentach, bo za rok starszą dziewczynką, która powiedziała księdzu, że często dłubie w nosie i ktoś to podsłuchał, już na zawsze wołano „Kopalnia” wytykając palcami. Modliłem się do Pana Jezusa, że jeśli chce to niech mnie już wtrąci do piekła, ale niech nie każe mi kończyć jak ona.

Ceremonia pierwszej spowiedzi była bardzo kształtującym przeżyciem. Udało mi się z niej wynieść wyżerające wnętrzności poczucie winy i ciągle walającą się z tyłu głowy nieufność do ludzi. Co oczywiście miało silne i destruktywne przełożenie na relacje w późniejszym życiu. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Hernán Piñera

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!