Close
Close

„Nie płacz” – rada, której nie powinieneś udzielać widząc łzy

Skip to entry content

Była zima stulecia. Taki ziąb, że ubieranie się przed wyjściem na zewnątrz zajmowało mi kwadrans, a i tak czułem, że jedne kalesony na nogach, to o dwie pary za mało. Jeśli stojąc na przystanku podejmowałeś próbę rozmowy z drugim człowiekiem, to oddech, zaraz po opuszczeniu Twoich ust, zamarzał i mogłeś mu go wręczyć w prezencie albo schować do kieszeni i po powrocie zrobić sobie z niego mieszadełko do herbaty. To ten poziom temperatury, kiedy po wejściu do autobusu nachylasz się nad kasownikiem i czujesz jak na rękawiczki spada Ci szron z włosów w nosie.

Jak już mówiłem wcześniej, było zimno.

Oprócz tego, że czułem się jak czeczeński separatysta zesłany do Gułagu, to miałem kilka innych problemów, które sprawiały, że nawet w dzień widziałem to, co Jerzy Stuhr w „Seksmisji”. Uczelnia, dom, pieniądze i takie tam pierdoły fundamentalne dla życia człowieka, zaczęły się sypać jak zamek z piasku podmyty przez falę. To taki moment, kiedy zapadasz się w ruchomych piaskach i każdy ruch, który wykonujesz, żeby się z nich wydostać tylko pogarsza sytuację. Jedynym pozytywem w obliczu beznadziejności sytuacji, był fakt, że miałem ją – sensualną, ezoteryczną, zjawiskową Jot. Jot, która nie dość, że była, to jeszcze była moja i w tamtym momencie pełniła rolę Gwiazdy Polarnej, światełka w tunelu i zasadniczo osobistej aparatury resuscytacyjnej.

Do momentu, aż mnie nie zostawiła, żegnając się czułym kopnięciem w krocze.

– Nie możemy dłużej być razem – bezemocjonalnie oznajmiła między jednym łykiem piwa, a drugim, jakby stwierdzała „jest godzina 17:54”, w turbo chujowym lokalu, do którego weszliśmy tylko po to, żeby nie czekać na jej autobus na mrozie.

– Nie rozumiem, to taki żart? – naprawdę byłem pewien, że to jakiś greps, którego nie załapałem.

– Nie chodzi o ciebie, chodzi o mnie – co, kurwa?

– Co, proszę?

– Po prostu nie nadaję się do związku, związki mnie ograniczają – aha i pewnie dlatego tydzień temu proponowałaś mi mieszkanie razem.

– Ale jak to? Co, dlaczego? Co się stało? – czułem się, jakby mi ktoś właśnie powiedział, że jestem adoptowany, tylko matka przez całe życie mnie okłamywała, bo nie chciała mi robić przykrości. Zupełnie nie byłem w stanie zrozumieć, o czym ona do mnie mówi.

– Cholera, zapomniałam portfela. Zapłacisz za mnie?

– Yyy… co? – czy ona przed chwilą naprawdę ze mną zerwała, robiąc to tak, jakby od niechcenia wyrzucała śmieci do osiedlowego kontenera przed wyjściem na imprezę?

– To dzięki, fajnie było cię poznać – czy to jest jakiś film? Czy to jest ukryta kamera? Czy już mogłaby wyskoczyć ta osoba mówiąca „mamy to!” i wręczyć nam voucher na wycieczkę do Tunezji, mówiąc, że Jot zgłosiła nas do programu „Wkręć swojego chłopaka” i zdobyłem nagrodę publiczności, za najlepszą reakcję? – Pa!

Czułem się jak w tym kawałku Myslovitz, jak Rojek śpiewający „świat wypadł mi z moich rąk”, tyle, że mnie w odróżnieniu od niego było żal. I to żal jak skurwysyn, bo tak naprawdę ten świat nie wypadł z moich rąk, tylko Jot z premedytacją przyjebała nim o ziemię, roztrzaskując go na puzzle wielkości ziarenek piasku, których ułożenie wydawało się niewykonalne. Wiem, że nie powinienem robić z niej swojego koła ratunkowego, ale stało się, była nim i ot tak, postanowiła spuścić z niego powietrze na środku oceanu, nie przejmując się, że mam połamane wszystkie kończyny i nie dopłynę do brzegu.

Ogarnęło mnie obezwładniające rozgoryczenie i poczucie krzywdy.

Czułem się niewymownie źle i pierwsze co zrobiłem, to zacząłem płakać jak dziecko zaraz po wyciągnięciu z łona matki. Morze gorzkich łez. Po dwóch dniach miałem wrażenie, że w miarę to opanowałem i mi przeszło, więc poszedłem do koleżanek z grupy pożyczyć notatki, bo oczywiście to rozstanie nie mogło zdarzyć się w jakimś normalnym momencie, tylko w środku sesji. Dagmara widząc, że wyglądam jakby mi ktoś przed chwilą podbił oczy, spytała co się stało. I wszystko puściło.

Morze łez znów wylało, a Daga zareagowała jak większość ludzi w tej sytuacji.

– Oj, Janek, nie płacz.

– A-a-ale, ona – szloch – mnie – smark – zostawiła – szloch.

– Nie płacz, Janek, nie płacz.

– A-a-ale – smark – ja – szloch – – szloch, szloch, szloch – kocham.

– Ale nie płacz. Nie płacz już.

Bardziej na tym co się stało i skąd ta powódź, Dagmara była skupiona na tym, żebym przestał płakać. Co jest nagminne w takich przypadkach. Ludzie nie rozumieją, że w momencie utraty drugiej osoby, czy to w sensie dosłownym w sytuacji śmierci, czy metaforycznym przy rozpadzie związku, płacz pełni rolę oczyszczającą i terapeutyczną. Zresztą przy innych negatywnych zdarzeniach, typu zwolnienie z pracy, odrzucenie przez grupę rówieśniczą, czy poniżenie,  jest tak samo.

Osoba odczuwająca ból, potrzebuje się wypłakać, żeby wyrzucić z siebie negatywne emocje.

Wraz z płaczem wypływa z nas zła energia, która zebrała się przez przykre zdarzenie i to zupełnie naturalne, że organizm i psychika chcą się jej pozbyć. Bo najgorsze co można zrobić, to blokować w sobie ten odruch i ją kumulować. Gdy, sami z siebie, czy na życzenie innego człowieka, powstrzymujemy się od łez, to wszystko czego chcielibyśmy się pozbyć zostaje w nas. I to nie bez śladu, a dając o sobie znać w dalszym życiu i w nowych relacjach.

O ile w przypadku kobiet te napuchnięte oczy i mokre chusteczki jeszcze się toleruje, tak w przypadku facetów jest to zachowanie w zasadzie niedopuszczalne, bo przecież mężczyzna powinien być twardy jak szpony z adamantium i nigdy nie okazywać słabości. A zamykanie się do wewnątrz ze swoimi problemami powoduje tylko zgorzknienie i zamienianie się w tykającą bombę, która prędzej czy później wybucha. Na przykład pod wpływem alkoholu.

Dlatego tak ważne jest, żeby nie odcinać się od negatywnego zdarzenia, a przyjąć wraz z tym co ze sobą niesie, po czym oczyścić poprzez płacz.

Hasło „nie płacz” ma jeszcze jeden aspekt i jest on związany z osobą, która je wypowiada. Uciec od widoku płaczącego człowieka chcą najczęściej osoby, które same mają problem z przyjmowaniem uczuć i okazywaniem emocji. Przez to, że same na co dzień są wewnętrznie opancerzone i chowają sferę emocjonalną pod tytanową zbroją, w chwili gdy ktoś okazuje im swoje poruszenie, nie wiedzą jak mają zareagować i boją się tego. Boją się, że to otworzy ich samych i wszystko co próbują ukryć i odciąć od świata, wyciągnie na wierzch.

Boją się, że oni też mogliby odczuwać stratę kogoś na kim im bardzo zależało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roberta
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Cotygodniowy Przegląd Internetu #29: karmiące matki, filmowy Nowy Jork i chwalenie się!

Skip to entry content

FILMOWY NOWY JORK

W tym tygodniu po raz kolejny wyszło moje odklejenie od rzeczywistości związane z „wolnym zawodem”, bo dopiero w środę wieczorem, przed imprezą w Forum, zorientowałem się, że jest Boże Ciało i że teoretycznie to koniec tygodnia. Teoretycznie, bo dla mnie nie ma różnicy, czy dzień w kalendarzu zaznaczony jest jako ustawowo wolny od pracy, czy nie. 4 teksty na blogu muszą pojawić się tak czy inaczej, więc jedyna różnica była taka, że w czwartek nikt nie pisał do mnie maili. Dobre i to. Co do tygodnia w internecie, to też było spokojnie, tak że w linkach nie znajdziecie żadnej aferki, ale za to dużo lżejszych tematów do zluzowania się w słoneczne popołudnia.

Zachowania, które wkurwiają w transporcie zbiorowym: czyli żarcie śmierdzącego jedzenia, zwierzanie się z pożycia seksualnego przez telefon i kilka innych rzeczy, które doprowadzają do szału. I jest mi przykro, że Asia znów ukradła mi świetny pomysł na tekst.

Bezdomni zamieszkali w billboardzie: w centrum miasta. Brzmi jak nagłówek z ASZ Dziennika albo raport z Polski B? Nic bardziej mylnego. Takie rzeczy dzieją się przy Wiśle w Krakowie.

Jak być matką i karmić bez klasy? Przeczytacie u Konrada, którego nie cieszy widok gołych, obcych cycków w trakcie spożywania posiłku w restauracji.

Poduszka w kształcie pączka z dziurką: wygląda cudnie, a nie wydaje się specjalnie trudna w wykonaniu, zwłaszcza z tą instrukcją.

10 pomysłów na spędzenie dnia dziecka będąc dorosłym: brzmią na tyle super, że zamierzam praktykować również w „normalne” dni, poza świętem ustawowo wolnym od odpowiedzialności.

Filmowy Nowy Jork: oglądaliście „Masz wiadomość”, „Kevin sam w Nowym Jorku” albo „Avengersów” i myśleliście o tym, że spoko byłoby zobaczyć główne lokacje z filmów na żywo? Mój znajomy z Bytomia też tak fantazjował i niedawno poleciał do Stanów zrealizować to marzenie. Genialny pomysł i genialne foty.

Kompleksy polskiego pracodawcy: czyli wyjaśnienie, czemu mając mocne Curriculum Vitae i turbo doświadczenie czasem nie można dostać pracy. W tekście pojawia tylko 5 kompleksów, tak że czekam, aż ktoś dopisze drugą część.

Jak zmienia się twarz kobiety po nałożeniu makijażu? Lub na dobrą sprawę, powinienem powiedzieć jak zmienia się po ściągnięciu tapety, bo przecież częściej widujemy je ze szpachlą niż bez niej.

OMG I LOVE HER WORK SO MUCH❤️Intstagram account : @goar_avetisyanعجائب الكونتور والهايلات والمكياج كلهعنجد فرق شاسعشو رايكو صبايا؟اللي انصدمت من هيك شوفات تحط لايك وتاچSupport us with like,share& tag a friend

Posted by ‎مـرآيـتي‎ on 14 maja 2015

 

Klip tygodnia: Maryla Rodowicz to pokolenie wykonawców, którymi jarała się moja mama, a dla mnie – odkąd sam świadomie zacząłem wybierać sobie muzykę – zawsze była martwa. Donatan jednak po raz kolejny udowodnił, że jest pieprzonym alchemikiem i ożywił jej muzyczne zwłoki,  sprawiając, że da się ich słuchać. Jedyne do czego mogę faktycznie się przyczepić to zwrot „tłusty bit”, który w jej ustach brzmi jak „Szczebrzeszyn” wypowiedziany przez Francuza. Źle.


 

Fanpage tygodnia: bardzo dobre satyryczne rysunki z celnymi spostrzeżeniami i oryginalnym poczucie humoru. Wydaje mi się, że ostatnio piszę to przy co drugim polecanym profilu, ale widząc kolejną pracę autora, przy której śmieję się na głos, serduszko mnie boli, że nowe treści ukazują się tak rzadko.

 

Ogłoszenie parafialne: w poniedziałek dostałem od Was cysternę dobrej energii związanej z tym, że pochwaliłem się swoim osobistym sukcesem i dało mi to do myślenia. Doszło do mnie, że gdyby osoby w moim otoczeniu częściej chwaliły się swoimi sukcesami, to byłbym bardziej nakręcony i zmotywowany do działania inspirując się ich dokonaniami. Dlatego pomyślałem, że moglibyśmy tu sobie zrobić kącik motywacyjny i raz na jakiś czas chwalić się nawet małymi rzeczami, które ostatnio zrealizowaliśmy.

Innymi słowy, gorąco Was zachęcam do podzielenia się w komentarzach rzeczami, których dokonaliście w ostatnim miesiącu i z których jesteście dumni. To może być zarówno awans w pracy, wyjazd do miejsca, które zawsze chcieliście zobaczyć, jak i opanowanie robienia lazanii. Cokolwiek co przez ostatnie 30 dni wymagało od Was wysiłku i zaangażowani i zakończyło się sukcesem.

Chwalcie się!

Jaki wpływ miała na mnie pierwsza spowiedź?

Skip to entry content

Wczoraj trafiłem na artykuł na Gazeta.pl, w którym pewna blogerka, w tej chwili już dorosła kobieta, opisuje traumę pierwszej spowiedzi. Bardzo plastycznie przedstawia przerażenie związane z opowiadaniem obcej osobie o czynach, które w świetle ideologii kościoła powinny być napiętnowane. Bo 8-letnie dziecko bałoby się mówić o mastrubacji nawet własnym rodzicom, a co dopiero ponuremu, starszemu panu za drewnianą kratką, który z góry uzna jego zachowanie za godne potępienia.

Czytając ten tekst nie dało się nie współczuć autorce i nie sięgnąć pamięcią do własnej pierwszej spowiedzi. Mimowolnie tak też zrobiłem i natychmiast dreszcze przeszyły mój korpus, szlachtując pogodę ducha.

Miałem wiele traumatycznych przeżyć w swoim życiu, ale to co wydarzyło się w drugiej klasie podstawówki z pewnością  należy do czołówki psychicznych urazów. Pamiętam przygotowania do pierwszej komunii świętej i naszą katechetkę-gestapo, która prowadziła bardziej coś na kształt musztry, niż wprowadzenia dzieci w kontakt z bogiem. Dużo krzyku, dużo ostrych słów i bardzo dużo agresywnych spojrzeń, dających do zrozumienia, że jesteś beznadziejny, wszystko robisz źle i jedyny moment, kiedy powinieneś przekroczyć próg domu bożego, to obrządek związany z pochówkiem.

Nawet na maturze nie stresowałem się tak bardzo jak na przygotowaniach do pierwszej komunii.

Pamiętam dzień, w którym katechetka rozdała nam książeczki z listą grzechów, w tym dniu moje dobre samopoczucie i myśl, że jestem dobrym człowiekiem legło w gruzach na wiele długich tygodni. Okazało się, że fakt, że nie jem szpinaku jest poważnym grzechem, za który sumiennie powinienem się wstydzić, niedokończenie posiłku, który kiedyś przygotowała mi babcia jest grzechem, który najprawdopodobniej nie zostanie mi odpuszczony, a zabijanie kijanek jest grzechem śmiertelnym, po którym z pewnością pójdę do piekła i zostanę skazany na wieczne potępień, wykonując najcięższe pracy pod biczem Lucyfera.

Ale było coś zdecydowanie gorszego. Na przedostatniej stronie leksykonu grzechów widniała taka pozycja jak „OGLĄDANIE ZAKAZANYCH OBRAZÓW”!

Może byłem nierozgarniętym dzieckiem, a może moja mama jako jedyna w ówczesnych czasach posiadała umiejętność nazywania rzeczy wprost, bo u mnie w domu na penisa mówiło się „penis”, seks określało się słowem „seks”, a filmy pornograficzne były „filmami pornograficznymi”, przez co nie miałem kompletnie pojęcie czym są te zagadkowe „zakazane obrazy”. Więc podczas lekcji religii spytałem o to katechetkę. Było to błędem. Bardzo, bardzo, BARDZO dużym błędem.

Pani Gestapo uznała to pytanie za żart i nawrzeszczała na mnie przy całej klasie, wplatając między „niewychowany”, „bezczelny” i „szczeniak” coś o tym, że nie zasługuję na miłość Jezusa.

Było mi głupio, że katechetka myślała, że chciałem z niej zadrwić, było mi głupio, że nie wiedziałem co to znaczy i było mi głupio, że po tym pytaniu śmiały się ze mnie wszystkie dzieciaki w klasie obrzucając szyderczym spojrzeniem. Czułem się jakby ktoś zrobił sobie ze mnie poduszkę na szpilki, ale obezwładniająca beznadzieja miała przyjść dopiero za chwilę. Na przerwie podszedł do mnie Artur, nachylił się do ucha i powiedział: „Jasiek, to ty nie wiesz, że to są PORNUSY?!?!”. Nie wiedziałem, a najwyraźniej powinienem, bo miesiąc wcześniej bawiąc się z kolegami z bloku w puszkę, w krzakach znalazłem magazyn „Cats”, który ewidentnie był pornusem.

Pornusem, z którego teraz musiałem się wyspowiadać.

Miałem paraliżujące poczucie winy, że tak bardzo zawiodłem Pana Boga znajdując tę gazetę w krzakach i paraliżujący strach, że Pan Ksiądz może mi nie odpuścić tego grzechu i pójdę na klęczkach do piekła od razu z konfesjonału. Do tych dwóch paraliży dochodził jeszcze trzeci. Paraliż wstydu, wypalający zawartość mojego worka z mięsem.

Gdyby ktokolwiek, ale to KTOKOLWIEK dowiedział się, że popełniłem tak ciężkie przewinienie, po którym Pani Gestapo miała problemy ze złapaniem oddechu, to przecież zostałbym skreślony jako człowiek i publicznie ukamieniowany, a moja rodzina skazana na banicję na peryferiach krańca świata. Dlatego kartki z grzechami, które miałem wyjawić Panu Księdzu, strzegłem lepiej niż 20-złotowego banknotu otrzymanego na urodziny, będącego najwyższym nominałem jaki widziałem w życiu. I przy okazji, regularnie trenowałem niemal bezgłośną wymowę zwrotu „oglądałem zakazane obrazy”, tak, by spowiadając się nie mógł usłyszeć tego nikt inny, a konkretnie nikt z rządku dzieciaków czekających przed drewnianą budką na swoją kolej. Bo gdyby tylko doszło to do uszu któregoś z nich, stałbym się pośmiewiskiem całej szkoły i prześladowano by mnie do końca podstawówki. Mogłem być tego pewien niemal w stu procentach, bo za rok starszą dziewczynką, która powiedziała księdzu, że często dłubie w nosie i ktoś to podsłuchał, już na zawsze wołano „Kopalnia” wytykając palcami. Modliłem się do Pana Jezusa, że jeśli chce to niech mnie już wtrąci do piekła, ale niech nie każe mi kończyć jak ona.

Ceremonia pierwszej spowiedzi była bardzo kształtującym przeżyciem. Udało mi się z niej wynieść wyżerające wnętrzności poczucie winy i ciągle walającą się z tyłu głowy nieufność do ludzi. Co oczywiście miało silne i destruktywne przełożenie na relacje w późniejszym życiu. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Hernán Piñera