Close
Close

W grudniu zeszłego roku opublikowałem na blogu tekst pod tytułem „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?”, który był internetowym koniem trojańskim. Nagłówek sugerował, że w tekście czytelnicy dostaną przepis na śmierć, jednak w środku znajdowało się coś zupełnie innego – numery telefonów, pod którymi można otrzymać pomoc będąc w dołku emocjonalnym. Dzięki tej sztuczce, osoby szukające sposobu na odebranie sobie życia znajdowały miejsca, w których mogą je uratować. Dotarcie do nich było to dla mnie bardzo ważne, więc ucieszyłem się, że trik zadziałał, wpis rozszedł się po Fejsie i zindeksował w Googlach.

Jednak, gdy po pół roku od publikacji posta wszedłem do statystyk bloga, to co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

 

Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić

Z fraz po jakich internauci trafiają na Stay Fly wynika, że 4000 osób miesięcznie wklepuje w Google „jak popełnić samobójstwo” i wpada tu szukając przepisu na śmierć. PRZERAŻAJĄCE! 4000 żywych istnień każdego miesiąca tak intensywnie myśli o odebraniu sobie życia, że aż zaczyna się do tego przygotowywać szukając najlepszego sposobu. Zobaczyłem tę liczbę i odebrało mi mowę, bo nie jest to jednorazowy przypadek, a powtarzający się co miesiąc trend!

To straszne, że tak wielu osobom jest tak źle ze sobą i swoim życiem, że aż planują jego zakończenie.

A trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko i wyłącznie ludzie, którzy trafili do mnie na bloga, a nie wszyscy, którzy wpisują tę kombinację w wyszukiwarce. Tych jest wielokrotnie więcej i szczerze mówiąc, aż słabo mi się robi, gdy myślę ile. Ile czyichś ojców, wyczekiwanych córek, kochanych mężów, bliskich przyjaciółek, czy dobrych kumpli z ławki, każdego miesiąca przeczesuje internet w poszukiwaniu jak najskuteczniejszej metody na bezbolesne samobójstwo. I znajduje ją.

 

Zróbmy rewolucję, zhackujmy Google!

Cytując Zeusa „nie ma co wychodzić z kina dopóki trwa seans”. Dopóki żyjesz, wynik meczu nie jest ustalony i wszystko może się zmienić, dlatego umyślne, bezpowrotne zakańczanie go przed czasem, to najgłupsze co można zrobić. Każdy nowy dzień to nowe możliwości i nowa szansa na znalezienie rozwiązania, a z autopsji wiem, że jak gówniana sytuacja by nie była, to zawsze jakieś się znajdzie. Tylko trzeba być w stanie je dojrzeć, co czasem nie jest możliwe bez pomocy psychologa.

Dlatego chcę, żebyśmy wszystkim zagubionym w labiryntach problemów podali nić Ariadny. A najłatwiej możemy to zrobić hackując Google.

Użyjmy technologii przeciwko niej samej. Zaspamujmy wyszukiwarki na hasło „jak popełnić samobójstwo” tekstami, w których ludzie znajdą iskrę nadziei. Jeśli osoba myśląca o odebraniu sobie życia na pierwszych 10 stronach wyników wyszukiwań znajdzie linki z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego, pod którymi może uzyskać pomoc, to jest bardzo duża szansa, że z niej skorzysta. Jeśli te 100 pierwszych wyników będzie odsyłać do wpisów o tym, że życie ma sens i że z każdego bagna da się wyjść, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ten człowiek naprawdę w to uwierzy.

Im więcej osób nie znajdzie w Googlach przepisu na śmierć, tym lepsza będzie otaczająca nas rzeczywistość!

 

Jak to zrobić?

Mam nadzieję, że nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że brak rodzin opłakujących bezsensowne odejście matki, syna, czy żony, to dobry pomysł. Żeby wywalić poradniki o wiązaniu pętli poza wyniki wyszukiwania i wepchnąć zamiast nich teksty niosące pomoc, wystarczą 4 proste kroki.

  1. Zatytułuj wpis „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?” lub „Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?” lub jakąś z kombinacji tych tytułów.
  2. Użyj we wpisie wielokrotnie takich fraz jak „samobójstwo”, „zabić się”, „odebrać sobie życie” i ich kombinacji lub pochodnych.
  3. Umieść we wpisie pozytywne treści, niosące nadzieję i dające wiarę, że nie ma problemu, z którym nie można sobie poradzić, a samobójstwo nie jest rozwiązaniem.
  4. Zachęć czytelnika, żeby zamiast planowania śmierci zadzwonił pod jeden z tych numerów, gdzie otrzyma fachową pomoc i dalsze wsparcie.
    116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
    22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
    116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
    801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
    800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Tyle wystarczy.

 

Czyjeś życie jest w Twoich rękach!

Nawet jeśli masz bloga modowego, nawet jeśli Twoi czytelnicy nie są zainteresowani tematyką społeczną, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś jednym z miliona i możesz sobie to odpuścić, bo zrobi to ktoś inny, to mylisz się. W pierwszym przypadku możesz dodać wpis z datą wsteczną, tak by nie wyświetlił się na głównej stronie, a w drugim, tak jak w przypadku wyborów, każdy głos się liczy. Każde działanie, które sprawi, że artykuły z listami tabletek, które trzeba połknąć, żeby się nie obudzić zostaną wyrzucone poza nawias, jest istotne.

Jesteśmy blogerami – liderami opinii, którzy mają wpływ na odbiorców. Pokażmy, że to nie tylko puste hasło! Pokażmy, że blogosfera ma realną moc zmieniania rzeczywistości!

autorem zdjęcia jest The Pondering Moose
(niżej jest kolejny tekst)

341
Dodaj komentarz

avatar
261 Comment threads
80 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
195 Comment authors
DariaSławomiraSCiasteczkowy PotwórOla Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marcin Michno
Gość

Świetna akcja – jak mi mózg pozwoli, top coś wrzucę:)

Jan Favre
Gość

Świetnie, bardzo się cieszę!

Marcin Michno
Gość

Parafrazując klasykę – u mnie słowo więcej warte od pieniędzy:)

http://nolifestyle.com/5-sposobow-na-samobojstwo/

Maciej Trojanowicz
Gość

Protip dla twórców, którym, jak mnie, nie pasuje taka treść za bardzo do bloga:

1. Napisz.
2. Opublikuj.
3. Daj datę wsteczną.

Nie będzie świecić na głównej, jeśli Ci nie pasuje, a Google indeksować będzie.

Jan Favre
Gość

Tak jest! Ewentualnie można ustawić jako stronę statyczną, przez co w ogóle nie będzie pojawiać się w archiwum na liście wpisów.

anwen
Gość
anwen

dzięki Maciek :)) nie wiem jak ustawić stronę jako statyczną, ale myślę, że data wsteczna wystarczy

Jan Favre
Gość

W razie czego, stronę statyczną ustawiasz klikając tutaj ;)

Łukasz Przechodzeń
Gość

Janek, rób aktualizacje :) Bo licho nie śpi i potrafi przez niezaktualizowane wtyczki zrobić sporo zamieszania. Mój kumpel musiał tak odzyskiwać bloga przez helpdesk Zenboxa.

Jan Favre
Gość

Tak, tak masz rację, jak zobaczyłem ten zrzut ekranu, to od razu o tym pomyślałem :)

Maciej Trojanowicz
Gość

Nie ma za co. :)

Konrad Krawczuk
Gość
Konrad Krawczuk

Przyłączę się do akcji! Pokażę swoją historię niech ludzie wiedzą :)

Hania
Gość

Wzruszyłam się. Jesteś super!

Head Divided
Gość

Genialna akcja, jak tylko wrócę do domu zabieram się do pisania!
Janek, jesteś bardzo dobrym człowiekiem.
Twój blog był chyba pierwszym na który zajrzałam i stwierdziłam „te blogi to jednak fajne są”, potem zaczęłam wkręcać się w blogosferę jeszcze bardziej, poznawać innych itd. Długo się nie ujawniałam, ale teraz chciałabym Ci powiedzieć: DZIĘKUJE! Trochę nie w temacie, ale teraz naszło mnie, żeby Ci to w końcu napisać :)
No i tak jak napisała poniżej Karolina – większość tych ludzi jest jeszcze niezdecydowanych, więc ważne żeby pokazać im, że życie ma sens!

Jan Favre
Gość

Dziękuję bardzo za ciepłe słowa i gdy dodasz wpis u siebie podeślij proszę linka, zrobimy tu bazę, żeby zainspirować do działania innych.

Head Divided
Gość

http://headdivided.pl/jak-szybko-i-bezbolesnie-sie-zabic/ Tekst wrzucony, mam nadzieję, że choć jednej osobie pomoże i uda nam się razem oszukać Google!

Joanna Paranoja
Gość
Joanna Paranoja

Niesamowity pomysł. Trwam w zachwycie i oczekiwaniu na lawinę pozytywnego przekazu, jaką zapoczątkowałeś.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #30: mówienie o zdradzie, pierwszy raz w telewizji i „źródło: internet”

Skip to entry content
źródło: internet
źródło: internet

Ten tydzień zdominowały dwa tematy. Pierwszy to nieudana kampania społeczna Fundacji Mamy i Taty, która przewinęła się chyba przez cały internet i nie ma kobiety, która nie miałaby obaw, że podróż do Tokio może się skończyć nieszczęśliwym życiem. Drugi to Zbigniew Stonoga i jego partyzantka społeczno-polityczno-niewiadomojaka, w której za bardzo się nie odnajduję i nie mam drugiego życia, żeby na bieżąco śledzić rozwój wydarzeń, więc uchylam się od komentarza. Oprócz tego, cisza i spokój jak Prozaciem zasiał.

10 najgorszych korporacji popkultury: świetna rozkmina charakteryzująca korpo siejące zagładę i zniszczenie w filmowo-serialowo-growych uniwersach.

Czy powiedzieć partnerowi o zdradzie? Dylemat moralny nękający robiących skoki w bok od zarania dziejów, w końcu rozwiązany. Sensownie uargumentowana rozpiska kiedy mówić, a kiedy nie.

Lekcje wyniesione z prowadzenia własnego biznesu: Asia ze Style Digger opowiada o tym, czego nauczyła się w trakcie prowadzenia firmy sprzedającej piżamy, jakie napotkała trudności i jakie cechy pozwoliły jej pokonać problemy. Inspirujący tekst, z którego wnioski można przełożyć na inne dziedziny.

Jak naprawić psujący się dzień? Masz tak, że wstałeś lewą nogą i czujesz, że jak nie ochlapie Cię kierowca ciężarówki, to gołąb narobi ci na nową czapkę? Któraś z tych 10 metod powinna zmienić Twoje nastawienie i uratować ten dzień.

Zbiór dziwnych emotikon: takich jak ta ( ͡° ͜ʖ ͡°), ta ಠ_ಠ, czy ta [̲̅$̲̅(̲̅5̲̅)̲̅$̲̅]. Miło popatrzeć, ale jak możecie, to powstrzymajcie się od używania ich w komentarzach.

Mój kumpel był pierwszy raz w telewizji: i odpowiada o tym, jak taka wizyta wygląda od kuchni. Mój debiut w telepudle wciąż przede mną, więc zapis wrażeń Maćka czytałem z wypiekami na twarzy.

Aplikacja robiąca bit ze zdania: nie wiem jak to inaczej opisać, po prostu wpisujesz jakieś zdanie/frazę i apka przerabia to na uderzenia perkusji. Lepiej się tego używa, niż o tym czyta.

Mem tygodnia: najśmieszniejsza z przeróbek nieśmiesznej kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, o której gadaliśmy dwa teksty temu.

Zdążyliście już dziś spłodzić coś ciekawego? ;)

Posted by Odmawiam wprowadzenia poprawek, powołując się na Klauzulę Dobrego Smaku on 10 czerwca 2015

 

Rosyjski zawodnik MMA: w ciągu 4 minut kilkanaście razy pacyfikuje atakującego go napastnika. I robi to z taką gracją, jakby tańczył w balecie.

The UnderGround Russians Series: Strongman Mikhail Koklyaev hosts a show about power lifting called „True Gym.” In this…

Posted by MixedMartialArts.com on 5 czerwca 2015

 

Klip tygodnia: bardzo dobry teledysk, genialny podkład i strasznie mizerny tekst, równie nieporywająco wykonany. Niestety w sieci nie ma jeszcze wersji instrumentalnej, ale warto sprawdzić dla samego obrazu i rytmu.


 

Fanpage tygodnia: świeżutki profil, bo powstał dopiero w tym tygodniu, ale warto go wesprzeć swoim polubieniem, bo piętnuje brzydki zwyczaj podpierdalania twórczości. I okradania twórców z autorstwa. Oprócz misji świadomościowo-społecznej, kolejny raz pokazuje na jakim poziomie chwieje się dziennikarstwo w Polsce i jak rzetelne są „duże” media.

W tvp.info Internet najwyraźniej podszywa się pod Andrzej Rysuje

Posted by Źródło : internet on 11 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: pewnie nie zauważyliście, że znowu nie pojawiła się stylówka tygodnia, ale nie sprawdzajcie, nie ma jej tam. Wynika to z prozaicznego powodu: bardzo dawno nie znalazłem świeżego modowego bloga, który by mnie ruszył, a nie chcę spamować Was starociami. Jeśli więc macie w swoich zakładkach „ulubione” jakieś szafiarskie odpały, to podrzućcie linka. Bez znaczenia, czy żeńskie, czy męskie.

Blaski i cienie bycia zawodowym blogerem

Skip to entry content

Jak wiecie, 1-go czerwca stuknął mi okrągły rok bycia zawodowym, pełnoetatowym blogerem, żyjącym tylko i wyłącznie z tworzenia treści w internecie. I przez te 365 dni bardzo mocno ewoluowało moje wyobrażenie o tym, jak wygląda legendarny „wolny zawód”. Bo między tym jak jest on postrzegany przez społeczeństwo, a jak wygląda w rzeczywistości jest spora rozbieżność.

I chcę Wam o tej rozbieżności opowiedzieć, bo domyślam się, że jest sporo osób, które chciałyby szczerze i od kuchni poznać ten świat, a nie bazować tylko na kontrowersyjnych nagłówkach z naTemat i innych tabloidów. A przynajmniej ja w marcu 2011 – gdy dowiedziałem się o tym, że jest coś takiego jak blogi i że w Polsce są jacyś wariaci, którzy zamiast machać kilofem w kopalni coś tam klepią na komputerkach – bardzo, ale to BARDZO chciałem wiedzieć jak to wygląda naprawdę. Dlatego, gdy w końcu wymyślą wehikuł czasu, cofnę się do tej niepamiętnej zimy i podetknę sobie ten tekst pod nos.

To co, chcecie wiedzieć jak to jest być swoim własnym szefem, pracownikiem i związkiem zawodowym?

 

Zachłyśnięcie się wolnością

Gdy tylko kalendarz wskazał datę znajdującą się po sformułowaniu „ważna do dnia” na mojej umowie o pracę, zacząłem sypiać po 12 godzin. Odespałem cały poprzedni rok zarywania nocek i upajałem się błogą świadomością, że nikt, ale to NIKT, ale to naprawdę N-I-K-T nie ma takiej mocy, żeby zmusić mnie do wstawania rano, pracy do 16:00, zostawania po godzinach i wykonywania poleceń. Poczucie wolności i tego, że nie rodzice, nie szef, nie żona, ale Ty jesteś jedyną siłą na tej planecie, która może Ci cokolwiek kazać, jest lepsze niż wygranie na loterii.

Opiatyczna lekkość bytu. Która w pewnym momencie mnie przerosła.

Budzenie się o 13:00, leżenie pół dnia w łóżku i przygotowywanie śniadania, gdy większość ludzi jest dawno po kolacji jest fajne raz w tygodniu. Ale nie codziennie przez kwartał. Ten brak zewnętrznego przymusu doprowadził do tego, że faktycznie zaczynałem dzień, gdy moi znajomi byli już w jego środku i przez to kończyłem koło 4:00. Która to już nie jest w nocy, a jeszcze nie jest rano, tylko w jakimś bliżej nieokreślonym niebycie. I ja też się w nim znajdowałem, rozregulowując organizm i popadając w coraz większą niechęć do wszystkiego.

Aż stwierdziłem, że wolność wolnością, ale trzeba się ogarnąć.

 

Ułożenie planu dnia

Kiedy już miałem definitywnie dość zarywania nocek, żeby wyrobić się z pisaniem i korespondencyjno-administracyjno-biurową częścią blogowania, złapałem się za kark, dałem pstryczka w ucho i wprowadziłem samodyscyplinę.

Aktualnie cały dzień mam rozpisany na dzwonkach w telefonie i poza wyjątkowym sytuacjami typu wyjazd w ramach współpracy komercyjnej, wypad na konferencję, czy pierwszy dzień wiosny, dość rygorystycznie trzymam się planu. Od poniedziałku do piątku budzę się o 7:00, a później biorę się do pracy. Czyli pisania nowych tekstów, odpisywania na komentarze czytelników, korespondowania z agencjami reklamowymi, szukania zdjęć do wpisów, chodzenia na pocztę z umowami i mordowania się z WordPressem, gdy coś pierdolnie.

System organizacji dnia przez brzęczenie budzików w telefonie sprawdza się świetnie i polecam każdemu, kto ma problemy z byciem swoim własnym szefem.

 

Odpuszczenie fuch na boku

Jeśli chcesz być w czymś najlepszy musisz skupić się na jednej rzeczy, bo poza Mariuszem Pudzianowskim nikt nie jest omnipotentny. I prowadzenie bloga nie jest tu wyjątkiem od reguły. Byłem tego w pełni świadom, dlatego przechodząc na zawodostwo, z góry założyłem, że odrzucam wszystkie dodatkowe zlecenia. Wiedziałem, że takie rozmienianie się na drobne jedyne czym może poskutkować, to obniżeniem jakości głównego zajęcia, a, do cholery, przecież nie po to rezygnowałem z pracy.

 

Hiper rozsądne zarządzanie hajsem

Zmniejszenie ilości źródeł dochodu do jednego, jest wbrew wszystkim książkom poruszającym temat niezależności finansowej. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że owe źródło dostarcza nam pieniądze nieregularnie w niemożliwej do oszacowania kwocie i jest synonimem pojęcia „nieprzewidywalność”, to jest to bardzo ryzykowne. Żeby nie powiedzieć: skrajnie nieodpowiedzialne.

Mimo impulsywnej, momentami przesadnie emocjonalnej osobowości i częstego działania pod wpływem chwili, życie nauczyło mnie, że rozsądek w kwestii finansów to absolutna podstawa.

Zbyt wielu Ikarów pospadało na moim podwórku, zanim zdążyło w ogóle rozłożyć skrzydła, żebym był jednym z nich. Dlatego, zanim zwolniłem się z pracy, odłożyłem pieniądze na pół roku życia w przód, żeby mieć względne bezpieczeństwo finansowe. I spokojną głowę, że jeśli przez dwa miesiące nie wejdzie żadna kampania, to nie muszę rozglądać się za wolnym miejscem pod mostem.

Na szczęście nigdy nie musiałem korzystać z tej kasy, bo już od pierwszego miesiąca blogowania na pełen etat zacząłem zarabiać, jednak nigdy nie można było tego nazwać regularnymi, stałymi zarobkami. Bywały okresy, że przez kwartał nie zarobiłem ani złotówki, bo nie weszła żadna akcja lub, że przez kolejny kwartał czekałem na hajs, bo agencja leciała w chuja i nie chciała wypłacić wynagrodzenia. Takie sytuacje nauczyły mnie, że wybieganie myślą dalej niż do końca tygodnia i nieprzepuszczanie wszystkiego co mam na koncie jest sensownym pomysłem.

 

Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy!

Jak powiem, że przez ostatni rok zjechałem, zleciałem, zwiedziłem i zobaczyłem więcej niż przez całe życie, pewnie Cię nie ruszy. Dlatego, żeby pobudzić Twoją wyobraźnię powiem, że w tym roku zdążyłem być już 3 razy na tygodniowych wakacjach, a pod koniec tego miesiąca lecę po raz 4. Za granicę. Spoko, co? Dodaj do tego średnio raz na 2 tygodnie wypad do innego miejsca w Polsce, w ramach akcji na blogu lub spotkania branżowego, dziesiątki poznanych ludzi i setki zrobionych zdjęć i masz obraz jak to jest, z tym statycznym siedzeniem przed kompem.

 

Profesjonalizacja

Zrezygnowanie z pracy na etacie, skupienie się na pisaniu, określenie celów, ścieżki rozwoju i zawężenie sposobów zarabiania do akcji reklamowych, zaowocowało wepchnięciem blogowania na wyższym poziom.

Pisanie postów nigdy nie było dla mnie przerwą między dłubaniem w nosie, a przeglądaniem poczekalni Demotywatorów na kacu, ale odkąd mogę robić tylko to, robię to dużo lepiej. Rozbujałem bloga z 20 000 unikalnych użytkowników do 50 000, fanpage na Facebooku podwoił swoją wielkość i średnia liczba komentarzy pod tekstami też jest dwukrotnością tego, co było rok temu. Każdego tygodnia publikuję 4 wpisy – w poniedziałek, w środę i dwa w piątek – które żyją swoim życiem od 7 dni do miesiąca. To rewolucja w porównaniu do epizodyczności postów z początku Stay Fly i ich przypadkowych dat publikacji.

Z aspektów stricte biznesowych, nauczyłem się jak trzeba rozmawiać z osobami po drugiej stronie internetu, żeby wybić im z głowy zupełnie irracjonalny pomysł na akcję i przekonać do swojego, tak by uznali go za sensowny. I jak z nimi negocjować, by również obie strony były zadowolone z końcowych ustaleń. I jak przeprowadzać akcje reklamowe by cały świat był szczęśliwy, a jednorożce biegały po łące przeskakując przez tęczę.

W skrócie: losowość przekułem w skodyfikowany zbiór przemyślanych działań.

 

Wygrywanie życia

Czytając poprzednie akapity mogliście dojść do wniosku, że to całe bycie blogerem, to po prostu praca od 8:00 do 16:00 jak każda inna. I jest w tym dużo prawdy, bo jeśli za coś bierzecie się poważnie i nie chcecie, żeby to rządziło Wami, ale Wy tym czymś, musicie to jakoś usystematyzować. Chyba, że chcecie skończyć jak Amy Winehouse, Kurt Cobain albo brat Pezeta, który przez 10 lat nagrał 2 płyty. W tym jedną dobrą.

Blogowanie to praca, ale najzajebistsza na świecie!

Fakt, że stało się to podstawą mojego życia i wprowadziłem do procesu twórczego, i wszystkich pobocznych czynności, reguły, nie odebrał mi radości z robienia tego. Wręcz przeciwnie! Za każdym razem, gdy myślę o tym, że z niszowej zajawki i pasji, która wzbudzała szyderczy ryk w przerwach między zajęciami, stworzyłem coś co pozwala mi latać po świecie, kupować nowe buty i płacić rachunki w restauracjach, jaram się!

Jaram się, że mogę wyrażać siebie, przelewać myśli i bawić się słowem. Jaram się, że mogę robić to zawsze, gdy tylko mam to ochotę i to z każdego miejsca na Ziemi. Jaram się, że ktoś to czyta i to zdecydowanie częściej z aprobatą niż bez niej. Po prostu mnie to cieszy! I przede wszystkim, za każdym razem gdy widzę pierwsze komentarze po nowym postem, zawsze gdy podpisuję kolejną umowę współpracy, przy każdym nowym pomyśle na tekst, czuję ogromną satysfakcję, że jest coś w czym jestem naprawdę dobry.

To tak w dużym skrócie, jak to jest mówić do siebie „panie kierowniku”. Jednak zanim to zrobisz, warto odpowiedź sobie na kilka pytań, zanim rzucisz etat.