Close
Close

W grudniu zeszłego roku opublikowałem na blogu tekst pod tytułem „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?”, który był internetowym koniem trojańskim. Nagłówek sugerował, że w tekście czytelnicy dostaną przepis na śmierć, jednak w środku znajdowało się coś zupełnie innego – numery telefonów, pod którymi można otrzymać pomoc będąc w dołku emocjonalnym. Dzięki tej sztuczce, osoby szukające sposobu na odebranie sobie życia znajdowały miejsca, w których mogą je uratować. Dotarcie do nich było to dla mnie bardzo ważne, więc ucieszyłem się, że trik zadziałał, wpis rozszedł się po Fejsie i zindeksował w Googlach.

Jednak, gdy po pół roku od publikacji posta wszedłem do statystyk bloga, to co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

 

Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić

Z fraz po jakich internauci trafiają na Stay Fly wynika, że 4000 osób miesięcznie wklepuje w Google „jak popełnić samobójstwo” i wpada tu szukając przepisu na śmierć. PRZERAŻAJĄCE! 4000 żywych istnień każdego miesiąca tak intensywnie myśli o odebraniu sobie życia, że aż zaczyna się do tego przygotowywać szukając najlepszego sposobu. Zobaczyłem tę liczbę i odebrało mi mowę, bo nie jest to jednorazowy przypadek, a powtarzający się co miesiąc trend!

To straszne, że tak wielu osobom jest tak źle ze sobą i swoim życiem, że aż planują jego zakończenie.

A trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko i wyłącznie ludzie, którzy trafili do mnie na bloga, a nie wszyscy, którzy wpisują tę kombinację w wyszukiwarce. Tych jest wielokrotnie więcej i szczerze mówiąc, aż słabo mi się robi, gdy myślę ile. Ile czyichś ojców, wyczekiwanych córek, kochanych mężów, bliskich przyjaciółek, czy dobrych kumpli z ławki, każdego miesiąca przeczesuje internet w poszukiwaniu jak najskuteczniejszej metody na bezbolesne samobójstwo. I znajduje ją.

 

Zróbmy rewolucję, zhackujmy Google!

Cytując Zeusa „nie ma co wychodzić z kina dopóki trwa seans”. Dopóki żyjesz, wynik meczu nie jest ustalony i wszystko może się zmienić, dlatego umyślne, bezpowrotne zakańczanie go przed czasem, to najgłupsze co można zrobić. Każdy nowy dzień to nowe możliwości i nowa szansa na znalezienie rozwiązania, a z autopsji wiem, że jak gówniana sytuacja by nie była, to zawsze jakieś się znajdzie. Tylko trzeba być w stanie je dojrzeć, co czasem nie jest możliwe bez pomocy psychologa.

Dlatego chcę, żebyśmy wszystkim zagubionym w labiryntach problemów podali nić Ariadny. A najłatwiej możemy to zrobić hackując Google.

Użyjmy technologii przeciwko niej samej. Zaspamujmy wyszukiwarki na hasło „jak popełnić samobójstwo” tekstami, w których ludzie znajdą iskrę nadziei. Jeśli osoba myśląca o odebraniu sobie życia na pierwszych 10 stronach wyników wyszukiwań znajdzie linki z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego, pod którymi może uzyskać pomoc, to jest bardzo duża szansa, że z niej skorzysta. Jeśli te 100 pierwszych wyników będzie odsyłać do wpisów o tym, że życie ma sens i że z każdego bagna da się wyjść, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ten człowiek naprawdę w to uwierzy.

Im więcej osób nie znajdzie w Googlach przepisu na śmierć, tym lepsza będzie otaczająca nas rzeczywistość!

 

Jak to zrobić?

Mam nadzieję, że nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że brak rodzin opłakujących bezsensowne odejście matki, syna, czy żony, to dobry pomysł. Żeby wywalić poradniki o wiązaniu pętli poza wyniki wyszukiwania i wepchnąć zamiast nich teksty niosące pomoc, wystarczą 4 proste kroki.

  1. Zatytułuj wpis „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?” lub „Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?” lub jakąś z kombinacji tych tytułów.
  2. Użyj we wpisie wielokrotnie takich fraz jak „samobójstwo”, „zabić się”, „odebrać sobie życie” i ich kombinacji lub pochodnych.
  3. Umieść we wpisie pozytywne treści, niosące nadzieję i dające wiarę, że nie ma problemu, z którym nie można sobie poradzić, a samobójstwo nie jest rozwiązaniem.
  4. Zachęć czytelnika, żeby zamiast planowania śmierci zadzwonił pod jeden z tych numerów, gdzie otrzyma fachową pomoc i dalsze wsparcie.
    116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
    22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
    116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
    801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
    800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Tyle wystarczy.

 

Czyjeś życie jest w Twoich rękach!

Nawet jeśli masz bloga modowego, nawet jeśli Twoi czytelnicy nie są zainteresowani tematyką społeczną, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś jednym z miliona i możesz sobie to odpuścić, bo zrobi to ktoś inny, to mylisz się. W pierwszym przypadku możesz dodać wpis z datą wsteczną, tak by nie wyświetlił się na głównej stronie, a w drugim, tak jak w przypadku wyborów, każdy głos się liczy. Każde działanie, które sprawi, że artykuły z listami tabletek, które trzeba połknąć, żeby się nie obudzić zostaną wyrzucone poza nawias, jest istotne.

Jesteśmy blogerami – liderami opinii, którzy mają wpływ na odbiorców. Pokażmy, że to nie tylko puste hasło! Pokażmy, że blogosfera ma realną moc zmieniania rzeczywistości!

autorem zdjęcia jest The Pondering Moose
(niżej jest kolejny tekst)

347
Dodaj komentarz

avatar
267 Comment threads
80 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
198 Comment authors
Adrian MrózkatrinDariaJanekSławomira Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Dobry z Ciebie człowiek, Janie. Tak po prostu – aż tyle i tylko tyle.

Jakub Wojajczyk
Gość
Jakub Wojajczyk

No pewnie, przecież każdy dobry człowiek polepsza statystyki bloga dzięki problemom innych :v

Może „myślę negatywnie” i „siedzę bezczynnie zamiast samemu coś zrobić”, ale serio, wątpię, że takie wpisy komukolwiek pomogą. Oczywiście poza autorem i jego Analyticsem.

Karolina
Gość
Karolina

Ci, którzy faktycznie o tym myślą nie będą wpisywać w Google takich haseł, wezmę sznurek, nóż, cokolwiek. Takich rzeczy szukają ci niezdecydowani, którym pomoc faktycznie może się przydać. Dlatego dobra inicjatywa, trzeba zawirusować wujka pozytywnymi treściami :)

Anna Kramarz
Gość

Każda osoba chcąca popełnić samobójstwo jest do pewnego stopnia niezdecydowana, nawet jeśli to niezdecydowanie sięga jednego promila. I jak najbardziej planujący samobójstwo przeszukują internet, chociażby żeby dowiedzieć się, jakie leki najlepiej zażyć, których nie mieszać, żeby nie zwymiotować albo jaki sposób na śmierć jest najlepszy, jeśli chce się później dobrze wyglądać (autentyczny przypadek). Także działamy, działamy, piszemy i zarzucamy Google naszym koniem trojańskim ;)

Marcin Michno
Gość

Świetna akcja – jak mi mózg pozwoli, top coś wrzucę:)

Jan Favre
Gość

Świetnie, bardzo się cieszę!

Marcin Michno
Gość

Parafrazując klasykę – u mnie słowo więcej warte od pieniędzy:)

http://nolifestyle.com/5-sposobow-na-samobojstwo/

Łukasz Przechodzeń
Gość

Tym bardziej, że musimy pamiętać o najgorszych samobójcach – nieudacznikach. To złośliwe co teraz napiszę, ale jak ktoś pożegna się z życiem, to jest tragiczna sprawa. Ale chyba jeszcze bardziej tragiczna, jest zostać całkowitym warzywem, którym musi się potem opiekować cała rodzina. 24 godziny na dobę. 7 dni w tygodniu.

Nie róbcie tego swoim rodzinom! Po prostu nie próbujcie! Wyjdźcie na rower, to pomaga odegnać złe myśli i uporządkować to co ma się w sercu!

Janek, świetny pomysł, jeszcze dziś coś napiszę u siebie. Warto takie akcje robić.

Jan Favre
Gość

Dziękuję Łukasz! Jeśli wrzucisz tekst do siebie, podrzuć proszę linka, bo będę je zbierał, żeby pokazać innym, że warto i żeby poszli za ciosem i również dołączyli.

Łukasz Przechodzeń
Gość
emmmm
Gość
emmmm

A jeśli ktoś wie, że za kilkanaście lat i tak stanie się takim warzywem, które będzie wymagało opieki 24h na dobę, to co? Może lepiej się zabić, niż robić to swoim rodzinom.

żaba
Gość
żaba

Ale te kilkanaście lat będzie z nimi normalnie. Mniej lub bardziej, a później zawsze jest nadzieja. Są te zle chwile i te dobre nawet jak się jest „warzywem” wg własnego pojecia, ale dla rodziny nawet jak głośniej sie odetchnie, mrugnie, poruszy bezwiednie galka oczna jest lepiej. Można dotknąć, przytulic, powiedziec cos fizycznie patrząc na ta osobę. Ja juz nie mam tej szansy. I jest to o wiele gorsze.

żaba
Gość
żaba

Wiem, ze czesc ma w dupie bo i tak nic pozniej nie ma. I co mnie obchodzi rodzina, przyjaciele, inni ludzie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi a ja nie mam sily zyc, bo jest to totalnie bez sensu. A może warto odciąć sie os bolu i juz nic nigdy nie czuć. Moze warto to wszystko skończyć.

Nie. Nie warto. Warto jest zyc i próbować zyc, ciezka sekunda po jeszcze gorszej sekundzie, nawet jak zabiera oddech, bo i tak za krótko jestesmy na tym świecie.

Malgosia Frej
Gość

Dobra rada wujku. Widac ze masz znikome pojecie o tym temacie.

Łukasz Przechodzeń
Gość

Ja tak, ale myślę, że pod telefonami podanymi przez Janka siedzą specjaliści, którzy wiedzą jak zacząć pomoc.

Malgosia Frej
Gość

Twoj komentarz i wydzwiek wpisu Janka jak i caly pomysl na ta akcje pokazuje jakie jest podejscie do problemu depresji i samobojstwa w Polsce. Prosty problem ktory mozna pomoc rozwiązać akcja blogerska. Jest to mi temat bardzo bliski i uwazam akcje za nietrafiona i okazujaca brak szacunku dla ludzi rozwazajacych odebranie sobie zycia. Clickbait. Ktory sprawia ze bloger sie lepiej poczuje a osoba po drugiej stronie bedzie oszukana.

Urszula
Gość

Nie wierzę, że to czytam.
Jak można pomyśleć w ogóle w ten sposób?
Mierzysz ludzi swoją miarą?

Malgosia Frej
Gość

Staram sie nie oceniac innych bo nie sadze zeby bylo to pomocne. akcje uwazam za zorganizowana w dobrej wierze, ale nadal nietrafiona. osoba ktora wpisuje w google tego typu pytania jest prawdopodobnie zdesperowana. zaczyna planowac skonczenie swojego zycia. wiadomoc o wydzwieku : „hej, zycie nie jest takie zle. tez kiedy sie slabo czulam ale z tego wyszlam. masz zadzwon na ten numer na pewno ci pomoze. to pisalem ja fajny bloger z internetow. ” prawdopodobnie sprawi ze ta osoba poczuje sie oszukana. nie uwazam ze trzeba miec doktorat zeby pomagac. ale w tym przypadku jest to temat bardzo wrazliwy i… Czytaj więcej »

Urszula
Gość

Przeczytałaś tekst?
„Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić”

Wiesz co to znaczy? Że jest szansa jednej z tych osób pomóc, jakoś ją podbudować. Być może wesprzeć. Wystarczy jedna! A cel zostanie osiągnięty
Dalej uważasz, że to nietrafiony pomysł? Że blogerom się zachciało ‚klików’?
Co trzeba mieć w głowie, żeby wpaść na tak idiotyczny pomysł. W dupie mam kliki – prawdę powiedziawszy wolałabym by nikt w ten tekst nie wchodził i nigdy go nie czytał.

Malgosia Frej
Gość

Masz swoje zdanie na ten temat, a moje jest odmienne. Obie mamy do tego prawo. Piszę o tym jak ja bym się czuła trafiając na taki tekst wyszukując w google takich pytań. Oszukana, zawiedziona, beznadziejna.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ale w jaki sposób, bo jak Boga kocham – nie rozumiem.”Cholera, chciałem się szybko zabić, a tu tylko ktoś mi wrzuca numery do telefonu zaufania, muszę szukać gdzie indziej!”?

Malgosia Frej
Gość

Tak, musze szukac gdzie indziej. kolejna osoba mnie oszukala, nie umiem nawet odszukac wiarygodnych informacji w internecie, jestem beznadziejny, jestem do niczego. tak mysli taka osoba. racjonalne myslenie schodzi na drugi tor. czasem jest sie w stanie oderwania do rzeczywistosci, moga pojawiac sie urojenia, halucynacje. to nie jest metodyczny proces szukania informacji.

Jan Favre
Gość

Małgosiu, nie wiem skąd u Ciebie tak negatywne podejście do tematu. Przede wszystkim nigdzie nie napisałem że myśli samobójcze, czy depresja to prosty temat. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest on na tyle skomplikowany, że potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Po drugie nie stawiajmy znaku równości między myślami samobójczymi, a depresją, bo biorą się one także z innych powodów, jak choćby ciąża w młodym wieku. Po trzecie, nie rozumiem w jaki sposób ta akcja okazuje ludziom brak szacunku? Rozumiem, że nie podoba Ci się oszustwo, bo wolałabyś, żeby te osoby wpisując w Google „jak się zabić” znajdowały instrukcję jak ciąć żyły,… Czytaj więcej »

Malgosia Frej
Gość

Uważam że Twoja akcja ma dobre zamiary, ale dla mnie okazuje brak delikatności i zrozumienia tego, jak czuje się osoba która zaczyna planować zakończenie swojego życia. Brak ufności, zamknięcie w sobie, poczucie beznadziei i bardzo niska samo-ocena to tylko niektóre z cech takiej osoby. Ostatnią rzeczą której potrzebuje jest dobra rada od blogerów na temat tego co ma ze sobą zrobić. Myślę, że pierwszym uczuciem po przeczytaniu takiego wpisu będzie zawód, poczucie oszukania i utwierdzenie w przekonaniu, że nikt nie rozumie przez co ona właśnie przechodzi. Niestety większość wpisów osób które wzięły udział w akcji pełna jest słów które mogą… Czytaj więcej »

Balbina Ogryzek
Gość

A mój mały ogryzkowy rozumek zgadza się po części z każdym z Was. Bo choć uważam, że idea jest GENIALNA! to pół dnia dziś poświęciłam na czytanie wszelkich dostępnych artykułów i publikacji o samobójstwach, żeby nie pogorszyć sprawy. Mój post jest bardzo krótki, ale nad każdym zdaniem zastanawiałam się godzinami. Bo nie chciałam wejść w rolę ciotki-dobrej rady, za trudny to temat.

Jan Favre
Gość

Ja widzę tę sytuację z zupełnie innej perspektywy. Osoby, które są zdeterminowane do pożegnania się ze światem, nie szukają informacji w internecie, tylko po prostu to robią. Jednak osoby, które szukają sposobów i tekstów na ten temat w sieci, to ludzie którzy są rozchwiani emocjonalnie, wahają się, nie są pewni, zastanawiają się. Są na granicy i można ich przeciągnąć w jedną lub drugą stronę, bo jeszcze nie podjęli decyzji. Gdyby było inaczej, nie potrzebowaliby internetu, żeby zrealizować swój pomysł. Dlatego do momentu kiedy klamka nie zapadła, wciąż jest szansa, żeby do nich dotrzeć i tu pojawiamy się my – blogerzy.… Czytaj więcej »

Justyna Skowera | elare
Gość

Ja uważam, że żaden samobójca tak do końca nie chce się zabić, to jest rozpaczliwe wołanie o pomoc. I tego typu posty sygnalizują, gdzie taką pomoc można otrzymać.

Anna Kramarz
Gość

Janie, jak wiesz, przyłączyłam się do Twojej akcji i uważam ją za potrzebną. Głęboko wierzę, że przepchanie gdzieś w odmęty Internetu prawdziwych porad, żywe historie osób funkcjonujących w blogosferze, które przeszły przez ciężki okres a także dotarcie do osób, które same nie planują popełnienia samobójstwa, ale mają takie osoby w swoim otoczeniu (a być może tego nie wiedzą/nie wiedzą, jak postępować) jest warte tego, by poświęcić jeden tekst na blogu, by zaangażować się w hackowanie Google. Jednak nie do końca się zgodzę z przekonaniem, że „jeśli ktoś prawdziwie chce się zabić, to tego nie przeczyta”. Samobójstwo jest procesem. Procesem, który… Czytaj więcej »

tattwa
Gość

Małgosiu, ja mam tylko jedno pytanie: mówisz o tym, jak poczułabyś się na miejscu takiej osoby. Piszesz z perspektywy lekarza (sugeruję się opisem profilu), czy osoby, która ma/miała depresję i faktycznie planowała samobójstwo? Pytam bez najmniejszej złośliwości. Zastanawiam się, na ile teoretyzujesz, a na ile jest to Twoja autentyczna reakcja. Osobiście zdecydowałam się do akcji dołączyć po ok. 14 latach powracających regularnie mysli samobójczych i zdiagnozowanej cyklotymii. Piszę z perspektywy kogoś, kto internet w poszukiwaniu podobych rad przekopał na wylot. Wiem, ile potrzebowałabym cyjanku i jak go zdobyć, wiem, które trucizny dostać łatwo i które nie dają żadnych szans, wiem,… Czytaj więcej »

Malgosia Frej
Gość

Pisze to na podstawie wlasnych doswiadczen. Jak widac po Twoim wpisie ze reakcje na tego typu akcje i wpisy sa niezwykle zroznicowane.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

No żeż do jasnej cholery, to już naprawdę trzeba mieć doktorat ze wszystkich dziedzin, w których człowiek chce się udzielić? Czy zamiast dać żulowi dwa złote lepiej pouczyć go o wartości jaką niesie za sobą praca i samorozwój? Zamiast wolontariatu w hospicjum i czytania bajek dzieciom z nowotworem lepiej nie zrobić nic, bo i tak zaraz umrą? Człowiek chce dobrze i robi to tak, jak umie, a tu jeszcze znajdzie się ktoś, kto chce na to napluć, narzygać, nasrać i rowerem przejechać. Dziewczyno, jak umiesz pomagać inaczej, to pomagaj inaczej, ale nie glanuj człowieka tylko dlatego, że usiłuje pomóc inaczej… Czytaj więcej »

Łukasz Przechodzeń
Gość

Ej, ej, ej, tylko nie rowerem przejechać ;) Prędzej spychaczem albo śmieciarką.

Anna Kramarz
Gość

O gęsty borze, za co O.o Co to do cholery jest samobójca-nieudacznik? Stwierdzenia pt. „wyjdź na rower, będzie lepiej” to idiotyzm tygodnia, na równi z komentarzem pewnej młodej blogerki: „ale jak się zabijesz, to więcej nie zobaczysz słońca!”. Nic dziwnego, że niektórzy są przeciwni takiej akcji – jak widzę podobne komentarze to jestem internetowym egzaminem dla wszystkich, którzy chcą go podjąć ten temat. Mam nadzieję, że to, co napisałeś wynika z niewiedzy. Proszę, poczytaj trochę na ten temat a później się wypowiadaj.

Balbina Ogryzek
Gość

I’ll do it.

Jan Favre
Gość

Super!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #30: mówienie o zdradzie, pierwszy raz w telewizji i „źródło: internet”

Skip to entry content
źródło: internet
źródło: internet

Ten tydzień zdominowały dwa tematy. Pierwszy to nieudana kampania społeczna Fundacji Mamy i Taty, która przewinęła się chyba przez cały internet i nie ma kobiety, która nie miałaby obaw, że podróż do Tokio może się skończyć nieszczęśliwym życiem. Drugi to Zbigniew Stonoga i jego partyzantka społeczno-polityczno-niewiadomojaka, w której za bardzo się nie odnajduję i nie mam drugiego życia, żeby na bieżąco śledzić rozwój wydarzeń, więc uchylam się od komentarza. Oprócz tego, cisza i spokój jak Prozaciem zasiał.

10 najgorszych korporacji popkultury: świetna rozkmina charakteryzująca korpo siejące zagładę i zniszczenie w filmowo-serialowo-growych uniwersach.

Czy powiedzieć partnerowi o zdradzie? Dylemat moralny nękający robiących skoki w bok od zarania dziejów, w końcu rozwiązany. Sensownie uargumentowana rozpiska kiedy mówić, a kiedy nie.

Lekcje wyniesione z prowadzenia własnego biznesu: Asia ze Style Digger opowiada o tym, czego nauczyła się w trakcie prowadzenia firmy sprzedającej piżamy, jakie napotkała trudności i jakie cechy pozwoliły jej pokonać problemy. Inspirujący tekst, z którego wnioski można przełożyć na inne dziedziny.

Jak naprawić psujący się dzień? Masz tak, że wstałeś lewą nogą i czujesz, że jak nie ochlapie Cię kierowca ciężarówki, to gołąb narobi ci na nową czapkę? Któraś z tych 10 metod powinna zmienić Twoje nastawienie i uratować ten dzień.

Zbiór dziwnych emotikon: takich jak ta ( ͡° ͜ʖ ͡°), ta ಠ_ಠ, czy ta [̲̅$̲̅(̲̅5̲̅)̲̅$̲̅]. Miło popatrzeć, ale jak możecie, to powstrzymajcie się od używania ich w komentarzach.

Mój kumpel był pierwszy raz w telewizji: i odpowiada o tym, jak taka wizyta wygląda od kuchni. Mój debiut w telepudle wciąż przede mną, więc zapis wrażeń Maćka czytałem z wypiekami na twarzy.

Aplikacja robiąca bit ze zdania: nie wiem jak to inaczej opisać, po prostu wpisujesz jakieś zdanie/frazę i apka przerabia to na uderzenia perkusji. Lepiej się tego używa, niż o tym czyta.

Mem tygodnia: najśmieszniejsza z przeróbek nieśmiesznej kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, o której gadaliśmy dwa teksty temu.

Zdążyliście już dziś spłodzić coś ciekawego? ;)

Posted by Odmawiam wprowadzenia poprawek, powołując się na Klauzulę Dobrego Smaku on 10 czerwca 2015

 

Rosyjski zawodnik MMA: w ciągu 4 minut kilkanaście razy pacyfikuje atakującego go napastnika. I robi to z taką gracją, jakby tańczył w balecie.

The UnderGround Russians Series: Strongman Mikhail Koklyaev hosts a show about power lifting called „True Gym.” In this…

Posted by MixedMartialArts.com on 5 czerwca 2015

 

Klip tygodnia: bardzo dobry teledysk, genialny podkład i strasznie mizerny tekst, równie nieporywająco wykonany. Niestety w sieci nie ma jeszcze wersji instrumentalnej, ale warto sprawdzić dla samego obrazu i rytmu.


 

Fanpage tygodnia: świeżutki profil, bo powstał dopiero w tym tygodniu, ale warto go wesprzeć swoim polubieniem, bo piętnuje brzydki zwyczaj podpierdalania twórczości. I okradania twórców z autorstwa. Oprócz misji świadomościowo-społecznej, kolejny raz pokazuje na jakim poziomie chwieje się dziennikarstwo w Polsce i jak rzetelne są „duże” media.

W tvp.info Internet najwyraźniej podszywa się pod Andrzej Rysuje

Posted by Źródło : internet on 11 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: pewnie nie zauważyliście, że znowu nie pojawiła się stylówka tygodnia, ale nie sprawdzajcie, nie ma jej tam. Wynika to z prozaicznego powodu: bardzo dawno nie znalazłem świeżego modowego bloga, który by mnie ruszył, a nie chcę spamować Was starociami. Jeśli więc macie w swoich zakładkach „ulubione” jakieś szafiarskie odpały, to podrzućcie linka. Bez znaczenia, czy żeńskie, czy męskie.

Blaski i cienie bycia zawodowym blogerem

Skip to entry content

Jak wiecie, 1-go czerwca stuknął mi okrągły rok bycia zawodowym, pełnoetatowym blogerem, żyjącym tylko i wyłącznie z tworzenia treści w internecie. I przez te 365 dni bardzo mocno ewoluowało moje wyobrażenie o tym, jak wygląda legendarny „wolny zawód”. Bo między tym jak jest on postrzegany przez społeczeństwo, a jak wygląda w rzeczywistości jest spora rozbieżność.

I chcę Wam o tej rozbieżności opowiedzieć, bo domyślam się, że jest sporo osób, które chciałyby szczerze i od kuchni poznać ten świat, a nie bazować tylko na kontrowersyjnych nagłówkach z naTemat i innych tabloidów. A przynajmniej ja w marcu 2011 – gdy dowiedziałem się o tym, że jest coś takiego jak blogi i że w Polsce są jacyś wariaci, którzy zamiast machać kilofem w kopalni coś tam klepią na komputerkach – bardzo, ale to BARDZO chciałem wiedzieć jak to wygląda naprawdę. Dlatego, gdy w końcu wymyślą wehikuł czasu, cofnę się do tej niepamiętnej zimy i podetknę sobie ten tekst pod nos.

To co, chcecie wiedzieć jak to jest być swoim własnym szefem, pracownikiem i związkiem zawodowym?

 

Zachłyśnięcie się wolnością

Gdy tylko kalendarz wskazał datę znajdującą się po sformułowaniu „ważna do dnia” na mojej umowie o pracę, zacząłem sypiać po 12 godzin. Odespałem cały poprzedni rok zarywania nocek i upajałem się błogą świadomością, że nikt, ale to NIKT, ale to naprawdę N-I-K-T nie ma takiej mocy, żeby zmusić mnie do wstawania rano, pracy do 16:00, zostawania po godzinach i wykonywania poleceń. Poczucie wolności i tego, że nie rodzice, nie szef, nie żona, ale Ty jesteś jedyną siłą na tej planecie, która może Ci cokolwiek kazać, jest lepsze niż wygranie na loterii.

Opiatyczna lekkość bytu. Która w pewnym momencie mnie przerosła.

Budzenie się o 13:00, leżenie pół dnia w łóżku i przygotowywanie śniadania, gdy większość ludzi jest dawno po kolacji jest fajne raz w tygodniu. Ale nie codziennie przez kwartał. Ten brak zewnętrznego przymusu doprowadził do tego, że faktycznie zaczynałem dzień, gdy moi znajomi byli już w jego środku i przez to kończyłem koło 4:00. Która to już nie jest w nocy, a jeszcze nie jest rano, tylko w jakimś bliżej nieokreślonym niebycie. I ja też się w nim znajdowałem, rozregulowując organizm i popadając w coraz większą niechęć do wszystkiego.

Aż stwierdziłem, że wolność wolnością, ale trzeba się ogarnąć.

 

Ułożenie planu dnia

Kiedy już miałem definitywnie dość zarywania nocek, żeby wyrobić się z pisaniem i korespondencyjno-administracyjno-biurową częścią blogowania, złapałem się za kark, dałem pstryczka w ucho i wprowadziłem samodyscyplinę.

Aktualnie cały dzień mam rozpisany na dzwonkach w telefonie i poza wyjątkowym sytuacjami typu wyjazd w ramach współpracy komercyjnej, wypad na konferencję, czy pierwszy dzień wiosny, dość rygorystycznie trzymam się planu. Od poniedziałku do piątku budzę się o 7:00, a później biorę się do pracy. Czyli pisania nowych tekstów, odpisywania na komentarze czytelników, korespondowania z agencjami reklamowymi, szukania zdjęć do wpisów, chodzenia na pocztę z umowami i mordowania się z WordPressem, gdy coś pierdolnie.

System organizacji dnia przez brzęczenie budzików w telefonie sprawdza się świetnie i polecam każdemu, kto ma problemy z byciem swoim własnym szefem.

 

Odpuszczenie fuch na boku

Jeśli chcesz być w czymś najlepszy musisz skupić się na jednej rzeczy, bo poza Mariuszem Pudzianowskim nikt nie jest omnipotentny. I prowadzenie bloga nie jest tu wyjątkiem od reguły. Byłem tego w pełni świadom, dlatego przechodząc na zawodostwo, z góry założyłem, że odrzucam wszystkie dodatkowe zlecenia. Wiedziałem, że takie rozmienianie się na drobne jedyne czym może poskutkować, to obniżeniem jakości głównego zajęcia, a, do cholery, przecież nie po to rezygnowałem z pracy.

 

Hiper rozsądne zarządzanie hajsem

Zmniejszenie ilości źródeł dochodu do jednego, jest wbrew wszystkim książkom poruszającym temat niezależności finansowej. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że owe źródło dostarcza nam pieniądze nieregularnie w niemożliwej do oszacowania kwocie i jest synonimem pojęcia „nieprzewidywalność”, to jest to bardzo ryzykowne. Żeby nie powiedzieć: skrajnie nieodpowiedzialne.

Mimo impulsywnej, momentami przesadnie emocjonalnej osobowości i częstego działania pod wpływem chwili, życie nauczyło mnie, że rozsądek w kwestii finansów to absolutna podstawa.

Zbyt wielu Ikarów pospadało na moim podwórku, zanim zdążyło w ogóle rozłożyć skrzydła, żebym był jednym z nich. Dlatego, zanim zwolniłem się z pracy, odłożyłem pieniądze na pół roku życia w przód, żeby mieć względne bezpieczeństwo finansowe. I spokojną głowę, że jeśli przez dwa miesiące nie wejdzie żadna kampania, to nie muszę rozglądać się za wolnym miejscem pod mostem.

Na szczęście nigdy nie musiałem korzystać z tej kasy, bo już od pierwszego miesiąca blogowania na pełen etat zacząłem zarabiać, jednak nigdy nie można było tego nazwać regularnymi, stałymi zarobkami. Bywały okresy, że przez kwartał nie zarobiłem ani złotówki, bo nie weszła żadna akcja lub, że przez kolejny kwartał czekałem na hajs, bo agencja leciała w chuja i nie chciała wypłacić wynagrodzenia. Takie sytuacje nauczyły mnie, że wybieganie myślą dalej niż do końca tygodnia i nieprzepuszczanie wszystkiego co mam na koncie jest sensownym pomysłem.

 

Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy!

Jak powiem, że przez ostatni rok zjechałem, zleciałem, zwiedziłem i zobaczyłem więcej niż przez całe życie, pewnie Cię nie ruszy. Dlatego, żeby pobudzić Twoją wyobraźnię powiem, że w tym roku zdążyłem być już 3 razy na tygodniowych wakacjach, a pod koniec tego miesiąca lecę po raz 4. Za granicę. Spoko, co? Dodaj do tego średnio raz na 2 tygodnie wypad do innego miejsca w Polsce, w ramach akcji na blogu lub spotkania branżowego, dziesiątki poznanych ludzi i setki zrobionych zdjęć i masz obraz jak to jest, z tym statycznym siedzeniem przed kompem.

 

Profesjonalizacja

Zrezygnowanie z pracy na etacie, skupienie się na pisaniu, określenie celów, ścieżki rozwoju i zawężenie sposobów zarabiania do akcji reklamowych, zaowocowało wepchnięciem blogowania na wyższym poziom.

Pisanie postów nigdy nie było dla mnie przerwą między dłubaniem w nosie, a przeglądaniem poczekalni Demotywatorów na kacu, ale odkąd mogę robić tylko to, robię to dużo lepiej. Rozbujałem bloga z 20 000 unikalnych użytkowników do 50 000, fanpage na Facebooku podwoił swoją wielkość i średnia liczba komentarzy pod tekstami też jest dwukrotnością tego, co było rok temu. Każdego tygodnia publikuję 4 wpisy – w poniedziałek, w środę i dwa w piątek – które żyją swoim życiem od 7 dni do miesiąca. To rewolucja w porównaniu do epizodyczności postów z początku Stay Fly i ich przypadkowych dat publikacji.

Z aspektów stricte biznesowych, nauczyłem się jak trzeba rozmawiać z osobami po drugiej stronie internetu, żeby wybić im z głowy zupełnie irracjonalny pomysł na akcję i przekonać do swojego, tak by uznali go za sensowny. I jak z nimi negocjować, by również obie strony były zadowolone z końcowych ustaleń. I jak przeprowadzać akcje reklamowe by cały świat był szczęśliwy, a jednorożce biegały po łące przeskakując przez tęczę.

W skrócie: losowość przekułem w skodyfikowany zbiór przemyślanych działań.

 

Wygrywanie życia

Czytając poprzednie akapity mogliście dojść do wniosku, że to całe bycie blogerem, to po prostu praca od 8:00 do 16:00 jak każda inna. I jest w tym dużo prawdy, bo jeśli za coś bierzecie się poważnie i nie chcecie, żeby to rządziło Wami, ale Wy tym czymś, musicie to jakoś usystematyzować. Chyba, że chcecie skończyć jak Amy Winehouse, Kurt Cobain albo brat Pezeta, który przez 10 lat nagrał 2 płyty. W tym jedną dobrą.

Blogowanie to praca, ale najzajebistsza na świecie!

Fakt, że stało się to podstawą mojego życia i wprowadziłem do procesu twórczego, i wszystkich pobocznych czynności, reguły, nie odebrał mi radości z robienia tego. Wręcz przeciwnie! Za każdym razem, gdy myślę o tym, że z niszowej zajawki i pasji, która wzbudzała szyderczy ryk w przerwach między zajęciami, stworzyłem coś co pozwala mi latać po świecie, kupować nowe buty i płacić rachunki w restauracjach, jaram się!

Jaram się, że mogę wyrażać siebie, przelewać myśli i bawić się słowem. Jaram się, że mogę robić to zawsze, gdy tylko mam to ochotę i to z każdego miejsca na Ziemi. Jaram się, że ktoś to czyta i to zdecydowanie częściej z aprobatą niż bez niej. Po prostu mnie to cieszy! I przede wszystkim, za każdym razem gdy widzę pierwsze komentarze po nowym postem, zawsze gdy podpisuję kolejną umowę współpracy, przy każdym nowym pomyśle na tekst, czuję ogromną satysfakcję, że jest coś w czym jestem naprawdę dobry.

To tak w dużym skrócie, jak to jest mówić do siebie „panie kierowniku”. Jednak zanim to zrobisz, warto odpowiedź sobie na kilka pytań, zanim rzucisz etat.