Close
Close

W grudniu zeszłego roku opublikowałem na blogu tekst pod tytułem „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?”, który był internetowym koniem trojańskim. Nagłówek sugerował, że w tekście czytelnicy dostaną przepis na śmierć, jednak w środku znajdowało się coś zupełnie innego – numery telefonów, pod którymi można otrzymać pomoc będąc w dołku emocjonalnym. Dzięki tej sztuczce, osoby szukające sposobu na odebranie sobie życia znajdowały miejsca, w których mogą je uratować. Dotarcie do nich było to dla mnie bardzo ważne, więc ucieszyłem się, że trik zadziałał, wpis rozszedł się po Fejsie i zindeksował w Googlach.

Jednak, gdy po pół roku od publikacji posta wszedłem do statystyk bloga, to co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

 

Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić

Z fraz po jakich internauci trafiają na Stay Fly wynika, że 4000 osób miesięcznie wklepuje w Google „jak popełnić samobójstwo” i wpada tu szukając przepisu na śmierć. PRZERAŻAJĄCE! 4000 żywych istnień każdego miesiąca tak intensywnie myśli o odebraniu sobie życia, że aż zaczyna się do tego przygotowywać szukając najlepszego sposobu. Zobaczyłem tę liczbę i odebrało mi mowę, bo nie jest to jednorazowy przypadek, a powtarzający się co miesiąc trend!

To straszne, że tak wielu osobom jest tak źle ze sobą i swoim życiem, że aż planują jego zakończenie.

A trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko i wyłącznie ludzie, którzy trafili do mnie na bloga, a nie wszyscy, którzy wpisują tę kombinację w wyszukiwarce. Tych jest wielokrotnie więcej i szczerze mówiąc, aż słabo mi się robi, gdy myślę ile. Ile czyichś ojców, wyczekiwanych córek, kochanych mężów, bliskich przyjaciółek, czy dobrych kumpli z ławki, każdego miesiąca przeczesuje internet w poszukiwaniu jak najskuteczniejszej metody na bezbolesne samobójstwo. I znajduje ją.

 

Zróbmy rewolucję, zhackujmy Google!

Cytując Zeusa „nie ma co wychodzić z kina dopóki trwa seans”. Dopóki żyjesz, wynik meczu nie jest ustalony i wszystko może się zmienić, dlatego umyślne, bezpowrotne zakańczanie go przed czasem, to najgłupsze co można zrobić. Każdy nowy dzień to nowe możliwości i nowa szansa na znalezienie rozwiązania, a z autopsji wiem, że jak gówniana sytuacja by nie była, to zawsze jakieś się znajdzie. Tylko trzeba być w stanie je dojrzeć, co czasem nie jest możliwe bez pomocy psychologa.

Dlatego chcę, żebyśmy wszystkim zagubionym w labiryntach problemów podali nić Ariadny. A najłatwiej możemy to zrobić hackując Google.

Użyjmy technologii przeciwko niej samej. Zaspamujmy wyszukiwarki na hasło „jak popełnić samobójstwo” tekstami, w których ludzie znajdą iskrę nadziei. Jeśli osoba myśląca o odebraniu sobie życia na pierwszych 10 stronach wyników wyszukiwań znajdzie linki z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego, pod którymi może uzyskać pomoc, to jest bardzo duża szansa, że z niej skorzysta. Jeśli te 100 pierwszych wyników będzie odsyłać do wpisów o tym, że życie ma sens i że z każdego bagna da się wyjść, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ten człowiek naprawdę w to uwierzy.

Im więcej osób nie znajdzie w Googlach przepisu na śmierć, tym lepsza będzie otaczająca nas rzeczywistość!

 

Jak to zrobić?

Mam nadzieję, że nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że brak rodzin opłakujących bezsensowne odejście matki, syna, czy żony, to dobry pomysł. Żeby wywalić poradniki o wiązaniu pętli poza wyniki wyszukiwania i wepchnąć zamiast nich teksty niosące pomoc, wystarczą 4 proste kroki.

  1. Zatytułuj wpis „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?” lub „Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?” lub jakąś z kombinacji tych tytułów.
  2. Użyj we wpisie wielokrotnie takich fraz jak „samobójstwo”, „zabić się”, „odebrać sobie życie” i ich kombinacji lub pochodnych.
  3. Umieść we wpisie pozytywne treści, niosące nadzieję i dające wiarę, że nie ma problemu, z którym nie można sobie poradzić, a samobójstwo nie jest rozwiązaniem.
  4. Zachęć czytelnika, żeby zamiast planowania śmierci zadzwonił pod jeden z tych numerów, gdzie otrzyma fachową pomoc i dalsze wsparcie.
    116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
    22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
    116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
    801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
    800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Tyle wystarczy.

 

Czyjeś życie jest w Twoich rękach!

Nawet jeśli masz bloga modowego, nawet jeśli Twoi czytelnicy nie są zainteresowani tematyką społeczną, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś jednym z miliona i możesz sobie to odpuścić, bo zrobi to ktoś inny, to mylisz się. W pierwszym przypadku możesz dodać wpis z datą wsteczną, tak by nie wyświetlił się na głównej stronie, a w drugim, tak jak w przypadku wyborów, każdy głos się liczy. Każde działanie, które sprawi, że artykuły z listami tabletek, które trzeba połknąć, żeby się nie obudzić zostaną wyrzucone poza nawias, jest istotne.

Jesteśmy blogerami – liderami opinii, którzy mają wpływ na odbiorców. Pokażmy, że to nie tylko puste hasło! Pokażmy, że blogosfera ma realną moc zmieniania rzeczywistości!

autorem zdjęcia jest The Pondering Moose
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Co jest spoko w jesieni? (+ konkurs Somersby)

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Wpadłem do niego na jedno małe, no góra dwa, żeby porozmawiać o tym i owym. Czyli o ostatnich podobojach miłosnych i powodzie, dla którego mówi o nich w czasie przeszłym. Standard. Przekraczam próg i dolatuje do mnie, jak szpak do wiśni, którą chce właśnie wydziobać, znajomy refren.

Jak to jest, że nieoczekiwanie

Centralne ogrzewanie tak splata mi się z przemijaniem

Przekleństwa cedzę przez zęby, jest na co cedzić

Kiedy jesień mnie nachodzi bez zapowiedzi

~ Łona „Kaloryfer”

Ty, stary, co ty za smuty puszczasz? – zagaduję serdecznie na przywitanie.

No co? Trzeba się przygotować na najgorsze, nie? – odpowiada, zdradzając swój misterny plan.

Wojtek, ale to nie nowa praca, ani wystąpienie na szkolnym apelu, żebyś musiał się specjalnie przygotowywać – trafnie zauważam.

Gorzej, od pracy, czy szkoły możesz uciec, a jesień jest nieunikniona. Trzeba być gotowym na najgorsze – zauważa jeszcze trafniej?

No bez przesady, może nie będzie tak źle? – pytam w gruncie rzeczy sam siebie.

Tak? A co jest niby nie-złego w jesieni? – hmm, no zastanówmy się.

Oglądanie seriali

ogladanie-telewizji

Raz, że to właśnie po wakacjach wychodzi wiele nowych tytułów i większość nowych sezonów istniejących już seriali, a dwa, że w tym okresie czuję jakieś wewnętrzne przyzwolenie, że faktycznie mogę na to poświęcać czas i nie jest on stracony. Bo w lecie jakoś zawsze serce mnie boli, że tak dużo się dzieje dookoła i mógłbym pójść w tyle różnych miejsc, a ja zamiast to wykorzystać, siedzę przed monitorem.

Grzybobranie

akpa20160909_somersby_pp_8429

Jaka jest główna zaleta jesiennych deszczy? Powietrze w Krakowie robi się czystsze na pół godziny. A w miejscach, gdzie smog nie terroryzuje ludzi? Pojawiają się grzyby!

Nie robiłem nigdy papierów na leśniczego i też żaden ze mnie botanik, ale całkiem przyzwoicie znam się na grzybach. A przynajmniej na tyle, żeby być w stanie odróżnić jadalne, od tych które można zjeść tylko raz i czerpać przyjemność ze zbierania tych pierwszych. Bo grzybobranie, to takie „Pokemon GO”, tylko z nożem i siatką zamiast telefonu i powerbanku – przemieszczasz się, odkrywasz nowe tereny, polujesz na rzadkie okazy i jarasz się jak znicz olimpijski, gdy uda Ci się go upolować jako pierwszy. A potem w dodatku możesz jeszcze to zjeść. Zajebista zabawa.

Spotkania!

#Somersby #Blend

akpa20160909_somersby_pp_7996

Gdy opcja imprezowania pod gwiazdami gaśnie jak zapałka na wietrze, a wizja weekendowego grillowania jest już tylko nostalgicznym wspomnieniem, zaczyna się sezon na spotkania ze znajomymi w domach. I te nieokiełznane jak legendarne prywatki na Dietla 44 i te dużo spokojniejsze jak ustawka na planszówki, czy maraton filmowy. Gdy wiatr wygina drzewa jak na zajęciach z jogi, spoko móc posiedzieć w ciepełku i pogadać ze znajomymi o tym „co słychać w wielkim świecie”, cytując Bolca z „Chłopaki nie płaczą”.

A jeszcze lepiej siedzi się przy czymś dobry nie tylko dla duszy, ale i ciała.

somersby-appleblend-3

akpa20160909_somersby_pp_8373

W zeszły piątek mnie i kilku znajomych blogerów gościł Lord, racząc nas limitowaną edycją swojego trunku z kwaśniejszych jabłek niż zazwyczaj – Somersby Apple Blend 2016 – która powinna podejść wszystkim lubiącym bardziej wytrawniejsze smaki. Oprócz napitków były też bardzo zacne kąski, jedliśmy bruschettę z kurkami, cykorię z jarzębiną, kaczusię i ciasto z jabłuszek. Ale nie piszę tego, żeby się chwalić. No dobra, może trochę tak, ale nie tylko po to.

Jeśli chcesz, żeby Lord ugościł tak również Ciebie, to jest na to szansa!

Może wpaść do Ciebie i Twoich znajomych profesjonalny kucharz, który nie dość, że dostarczy zapas Somersby Apple Blend 2016, to jeszcze przyrządzi elegancką szamkę na szóstkę z plusem, żebyście mogli w pełni pocelebrować uroki jesieni. Co zrobić, żeby tak się stało? Wystarczy, że wraz ze swoją ekipą uwiecznisz na zdjęciu albo filmie jeden z takich wieczorków poetyckich, czy co tam robicie, jak się widzicie, i wrzucisz to na Instagrama, Facebooka albo Twittera dodając hasztagi #Somersby #Blend.

Do autorów najciekawszych zdjęć/filmów ze spotkań towarzyskich, przybędzie lordowski szef kuchni, który postara się, żeby Tobie i Twoim przyjaciołom nie zaschło w gardłach, ani żebyście nie padli z głodu. I to w asyście pana fotografa, który upamiętni tę prywatkę, co byście sami nie musieli się tym trudzić w trakcie konsumpcji. Spoko, co? Więcej szczegółów znajdziecie na oficjalnej stronie.

akpa20160909_somersby_pp_8329

Bajeczne zachody słońca

Jak to się dzieje, że we wrześniu, czy październiku niebo przy zachodzie jest wyjątkowo barwne? I wygląda jak impresjonistyczny obraz? Nie jestem asem z zakresu fizyki, więc krótko: właśnie dlatego, że jesienią jest wilgotniej, promienie słoneczne załamują się i rozpraszają przez kropelki zawieszone w powietrzu i chmury, co nadaje niebu czerwony kolor. Na który można patrzeć, i patrzeć, i patrzeć.

Szarlotka

autorem zdjęcia jest Vanessa Porter
autorem zdjęcia jest Vanessa Porter

Jesień to czas robienia przetworów, wytworów i ogólnie cudów z owocami, ale największym z nich wszystkich jest szarlotka! Ta, którą robiła moja babcia z kwaśnych jabłek była ultra pyszna i gdy się do niej dorywałem, byłem w stanie wsunąć na raz pół blachy od razu po wyjęciu z piekarnika! Ten smak był w stanie całkowicie zrekompensować mi krótsze dni i dłuższe wieczory.

Kasztany

autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem
autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem

Pamiętam jak pierwszy raz w życiu przyjechałem do Krakowa z wycieczką szkolną i poszliśmy na Wawel, nie mogłem uwierzyć, że na jego zboczach jest tyle kasztanów, które po prostu sobie leżą i nikt ich nie zbiera! U mnie na podwórku zawsze była walka, a w zasadzie to prawdziwa wojna, o nie i nieraz dostało się od kogoś z łokcia w żebra w trakcie zbierania. Nie mówiąc już o tym, że wdrapywanie się na drzewo i strząsanie ich, czasem kończyło się bardzo bolesnym upadkiem albo zwichniętą ręką.

Kasztany są przepiękne, można z nich zrobić milion rzeczy, rozwijają kreatywność jak klocki Lego i może to zabrzmieć śmiesznie, ale to właśnie pod ich wpływem w trakcie tej wycieczki w podstawówce zakochałem się w Krakowie i podjąłem decyzję, że chcę w nim żyć.

Spacery wśród kolorowych liści

spacer-w-lisciach

„50 twarzy Orange’a” w parkach, to jeden z sensowniejszych powodów, żeby ruszyć się z domu w tej nie do końca kochanej porze roku. Jeśli nie dla samego siebie, to choćby na randkę. Karmazynowe liście pod stopami to +20 do romantyczności i +50 do polubień na Instagramie.

Jak znacie inne nie-złe rzeczy w jesieni, to dawajcie do komentarzy.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #30: mówienie o zdradzie, pierwszy raz w telewizji i „źródło: internet”

Skip to entry content
źródło: internet
źródło: internet

Ten tydzień zdominowały dwa tematy. Pierwszy to nieudana kampania społeczna Fundacji Mamy i Taty, która przewinęła się chyba przez cały internet i nie ma kobiety, która nie miałaby obaw, że podróż do Tokio może się skończyć nieszczęśliwym życiem. Drugi to Zbigniew Stonoga i jego partyzantka społeczno-polityczno-niewiadomojaka, w której za bardzo się nie odnajduję i nie mam drugiego życia, żeby na bieżąco śledzić rozwój wydarzeń, więc uchylam się od komentarza. Oprócz tego, cisza i spokój jak Prozaciem zasiał.

10 najgorszych korporacji popkultury: świetna rozkmina charakteryzująca korpo siejące zagładę i zniszczenie w filmowo-serialowo-growych uniwersach.

Czy powiedzieć partnerowi o zdradzie? Dylemat moralny nękający robiących skoki w bok od zarania dziejów, w końcu rozwiązany. Sensownie uargumentowana rozpiska kiedy mówić, a kiedy nie.

Lekcje wyniesione z prowadzenia własnego biznesu: Asia ze Style Digger opowiada o tym, czego nauczyła się w trakcie prowadzenia firmy sprzedającej piżamy, jakie napotkała trudności i jakie cechy pozwoliły jej pokonać problemy. Inspirujący tekst, z którego wnioski można przełożyć na inne dziedziny.

Jak naprawić psujący się dzień? Masz tak, że wstałeś lewą nogą i czujesz, że jak nie ochlapie Cię kierowca ciężarówki, to gołąb narobi ci na nową czapkę? Któraś z tych 10 metod powinna zmienić Twoje nastawienie i uratować ten dzień.

Zbiór dziwnych emotikon: takich jak ta ( ͡° ͜ʖ ͡°), ta ಠ_ಠ, czy ta [̲̅$̲̅(̲̅5̲̅)̲̅$̲̅]. Miło popatrzeć, ale jak możecie, to powstrzymajcie się od używania ich w komentarzach.

Mój kumpel był pierwszy raz w telewizji: i odpowiada o tym, jak taka wizyta wygląda od kuchni. Mój debiut w telepudle wciąż przede mną, więc zapis wrażeń Maćka czytałem z wypiekami na twarzy.

Aplikacja robiąca bit ze zdania: nie wiem jak to inaczej opisać, po prostu wpisujesz jakieś zdanie/frazę i apka przerabia to na uderzenia perkusji. Lepiej się tego używa, niż o tym czyta.

Mem tygodnia: najśmieszniejsza z przeróbek nieśmiesznej kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, o której gadaliśmy dwa teksty temu.

Zdążyliście już dziś spłodzić coś ciekawego? ;)

Posted by Odmawiam wprowadzenia poprawek, powołując się na Klauzulę Dobrego Smaku on 10 czerwca 2015

 

Rosyjski zawodnik MMA: w ciągu 4 minut kilkanaście razy pacyfikuje atakującego go napastnika. I robi to z taką gracją, jakby tańczył w balecie.

The UnderGround Russians Series: Strongman Mikhail Koklyaev hosts a show about power lifting called „True Gym.” In this…

Posted by MixedMartialArts.com on 5 czerwca 2015

 

Klip tygodnia: bardzo dobry teledysk, genialny podkład i strasznie mizerny tekst, równie nieporywająco wykonany. Niestety w sieci nie ma jeszcze wersji instrumentalnej, ale warto sprawdzić dla samego obrazu i rytmu.


 

Fanpage tygodnia: świeżutki profil, bo powstał dopiero w tym tygodniu, ale warto go wesprzeć swoim polubieniem, bo piętnuje brzydki zwyczaj podpierdalania twórczości. I okradania twórców z autorstwa. Oprócz misji świadomościowo-społecznej, kolejny raz pokazuje na jakim poziomie chwieje się dziennikarstwo w Polsce i jak rzetelne są „duże” media.

W tvp.info Internet najwyraźniej podszywa się pod Andrzej Rysuje

Posted by Źródło : internet on 11 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: pewnie nie zauważyliście, że znowu nie pojawiła się stylówka tygodnia, ale nie sprawdzajcie, nie ma jej tam. Wynika to z prozaicznego powodu: bardzo dawno nie znalazłem świeżego modowego bloga, który by mnie ruszył, a nie chcę spamować Was starociami. Jeśli więc macie w swoich zakładkach „ulubione” jakieś szafiarskie odpały, to podrzućcie linka. Bez znaczenia, czy żeńskie, czy męskie.

---> SKOMENTUJ

Blaski i cienie bycia zawodowym blogerem

Skip to entry content

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak wiecie, 1-go czerwca stuknął mi okrągły rok bycia zawodowym, pełnoetatowym blogerem, żyjącym tylko i wyłącznie z tworzenia treści w internecie. I przez te 365 dni bardzo mocno ewoluowało moje wyobrażenie o tym, jak wygląda legendarny „wolny zawód”. Bo między tym jak jest on postrzegany przez społeczeństwo, a jak wygląda w rzeczywistości jest spora rozbieżność.

I chcę Wam o tej rozbieżności opowiedzieć, bo domyślam się, że jest sporo osób, które chciałyby szczerze i od kuchni poznać ten świat, a nie bazować tylko na kontrowersyjnych nagłówkach z naTemat i innych tabloidów. A przynajmniej ja w marcu 2011 – gdy dowiedziałem się o tym, że jest coś takiego jak blogi i że w Polsce są jacyś wariaci, którzy zamiast machać kilofem w kopalni coś tam klepią na komputerkach – bardzo, ale to BARDZO chciałem wiedzieć jak to wygląda naprawdę. Dlatego, gdy w końcu wymyślą wehikuł czasu, cofnę się do tej niepamiętnej zimy i podetknę sobie ten tekst pod nos.

To co, chcecie wiedzieć jak to jest być swoim własnym szefem, pracownikiem i związkiem zawodowym?

 

Zachłyśnięcie się wolnością

Gdy tylko kalendarz wskazał datę znajdującą się po sformułowaniu „ważna do dnia” na mojej umowie o pracę, zacząłem sypiać po 12 godzin. Odespałem cały poprzedni rok zarywania nocek i upajałem się błogą świadomością, że nikt, ale to NIKT, ale to naprawdę N-I-K-T nie ma takiej mocy, żeby zmusić mnie do wstawania rano, pracy do 16:00, zostawania po godzinach i wykonywania poleceń. Poczucie wolności i tego, że nie rodzice, nie szef, nie żona, ale Ty jesteś jedyną siłą na tej planecie, która może Ci cokolwiek kazać, jest lepsze niż wygranie na loterii.

Opiatyczna lekkość bytu. Która w pewnym momencie mnie przerosła.

Budzenie się o 13:00, leżenie pół dnia w łóżku i przygotowywanie śniadania, gdy większość ludzi jest dawno po kolacji jest fajne raz w tygodniu. Ale nie codziennie przez kwartał. Ten brak zewnętrznego przymusu doprowadził do tego, że faktycznie zaczynałem dzień, gdy moi znajomi byli już w jego środku i przez to kończyłem koło 4:00. Która to już nie jest w nocy, a jeszcze nie jest rano, tylko w jakimś bliżej nieokreślonym niebycie. I ja też się w nim znajdowałem, rozregulowując organizm i popadając w coraz większą niechęć do wszystkiego.

Aż stwierdziłem, że wolność wolnością, ale trzeba się ogarnąć.

 

Ułożenie planu dnia

Kiedy już miałem definitywnie dość zarywania nocek, żeby wyrobić się z pisaniem i korespondencyjno-administracyjno-biurową częścią blogowania, złapałem się za kark, dałem pstryczka w ucho i wprowadziłem samodyscyplinę.

Aktualnie cały dzień mam rozpisany na dzwonkach w telefonie i poza wyjątkowym sytuacjami typu wyjazd w ramach współpracy komercyjnej, wypad na konferencję, czy pierwszy dzień wiosny, dość rygorystycznie trzymam się planu. Od poniedziałku do piątku budzę się o 7:00, a później biorę się do pracy. Czyli pisania nowych tekstów, odpisywania na komentarze czytelników, korespondowania z agencjami reklamowymi, szukania zdjęć do wpisów, chodzenia na pocztę z umowami i mordowania się z WordPressem, gdy coś pierdolnie.

System organizacji dnia przez brzęczenie budzików w telefonie sprawdza się świetnie i polecam każdemu, kto ma problemy z byciem swoim własnym szefem.

 

Odpuszczenie fuch na boku

Jeśli chcesz być w czymś najlepszy musisz skupić się na jednej rzeczy, bo poza Mariuszem Pudzianowskim nikt nie jest omnipotentny. I prowadzenie bloga nie jest tu wyjątkiem od reguły. Byłem tego w pełni świadom, dlatego przechodząc na zawodostwo, z góry założyłem, że odrzucam wszystkie dodatkowe zlecenia. Wiedziałem, że takie rozmienianie się na drobne jedyne czym może poskutkować, to obniżeniem jakości głównego zajęcia, a, do cholery, przecież nie po to rezygnowałem z pracy.

 

Hiper rozsądne zarządzanie hajsem

Zmniejszenie ilości źródeł dochodu do jednego, jest wbrew wszystkim książkom poruszającym temat niezależności finansowej. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że owe źródło dostarcza nam pieniądze nieregularnie w niemożliwej do oszacowania kwocie i jest synonimem pojęcia „nieprzewidywalność”, to jest to bardzo ryzykowne. Żeby nie powiedzieć: skrajnie nieodpowiedzialne.

Mimo impulsywnej, momentami przesadnie emocjonalnej osobowości i częstego działania pod wpływem chwili, życie nauczyło mnie, że rozsądek w kwestii finansów to absolutna podstawa.

Zbyt wielu Ikarów pospadało na moim podwórku, zanim zdążyło w ogóle rozłożyć skrzydła, żebym był jednym z nich. Dlatego, zanim zwolniłem się z pracy, odłożyłem pieniądze na pół roku życia w przód, żeby mieć względne bezpieczeństwo finansowe. I spokojną głowę, że jeśli przez dwa miesiące nie wejdzie żadna kampania, to nie muszę rozglądać się za wolnym miejscem pod mostem.

Na szczęście nigdy nie musiałem korzystać z tej kasy, bo już od pierwszego miesiąca blogowania na pełen etat zacząłem zarabiać, jednak nigdy nie można było tego nazwać regularnymi, stałymi zarobkami. Bywały okresy, że przez kwartał nie zarobiłem ani złotówki, bo nie weszła żadna akcja lub, że przez kolejny kwartał czekałem na hajs, bo agencja leciała w chuja i nie chciała wypłacić wynagrodzenia. Takie sytuacje nauczyły mnie, że wybieganie myślą dalej niż do końca tygodnia i nieprzepuszczanie wszystkiego co mam na koncie jest sensownym pomysłem.

 

Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy!

Jak powiem, że przez ostatni rok zjechałem, zleciałem, zwiedziłem i zobaczyłem więcej niż przez całe życie, pewnie Cię nie ruszy. Dlatego, żeby pobudzić Twoją wyobraźnię powiem, że w tym roku zdążyłem być już 3 razy na tygodniowych wakacjach, a pod koniec tego miesiąca lecę po raz 4. Za granicę. Spoko, co? Dodaj do tego średnio raz na 2 tygodnie wypad do innego miejsca w Polsce, w ramach akcji na blogu lub spotkania branżowego, dziesiątki poznanych ludzi i setki zrobionych zdjęć i masz obraz jak to jest, z tym statycznym siedzeniem przed kompem.

 

Profesjonalizacja

Zrezygnowanie z pracy na etacie, skupienie się na pisaniu, określenie celów, ścieżki rozwoju i zawężenie sposobów zarabiania do akcji reklamowych, zaowocowało wepchnięciem blogowania na wyższym poziom.

Pisanie postów nigdy nie było dla mnie przerwą między dłubaniem w nosie, a przeglądaniem poczekalni Demotywatorów na kacu, ale odkąd mogę robić tylko to, robię to dużo lepiej. Rozbujałem bloga z 20 000 unikalnych użytkowników do 50 000, fanpage na Facebooku podwoił swoją wielkość i średnia liczba komentarzy pod tekstami też jest dwukrotnością tego, co było rok temu. Każdego tygodnia publikuję 4 wpisy – w poniedziałek, w środę i dwa w piątek – które żyją swoim życiem od 7 dni do miesiąca. To rewolucja w porównaniu do epizodyczności postów z początku Stay Fly i ich przypadkowych dat publikacji.

Z aspektów stricte biznesowych, nauczyłem się jak trzeba rozmawiać z osobami po drugiej stronie internetu, żeby wybić im z głowy zupełnie irracjonalny pomysł na akcję i przekonać do swojego, tak by uznali go za sensowny. I jak z nimi negocjować, by również obie strony były zadowolone z końcowych ustaleń. I jak przeprowadzać akcje reklamowe by cały świat był szczęśliwy, a jednorożce biegały po łące przeskakując przez tęczę.

W skrócie: losowość przekułem w skodyfikowany zbiór przemyślanych działań.

 

Wygrywanie życia

Czytając poprzednie akapity mogliście dojść do wniosku, że to całe bycie blogerem, to po prostu praca od 8:00 do 16:00 jak każda inna. I jest w tym dużo prawdy, bo jeśli za coś bierzecie się poważnie i nie chcecie, żeby to rządziło Wami, ale Wy tym czymś, musicie to jakoś usystematyzować. Chyba, że chcecie skończyć jak Amy Winehouse, Kurt Cobain albo brat Pezeta, który przez 10 lat nagrał 2 płyty. W tym jedną dobrą.

Blogowanie to praca, ale najzajebistsza na świecie!

Fakt, że stało się to podstawą mojego życia i wprowadziłem do procesu twórczego, i wszystkich pobocznych czynności, reguły, nie odebrał mi radości z robienia tego. Wręcz przeciwnie! Za każdym razem, gdy myślę o tym, że z niszowej zajawki i pasji, która wzbudzała szyderczy ryk w przerwach między zajęciami, stworzyłem coś co pozwala mi latać po świecie, kupować nowe buty i płacić rachunki w restauracjach, jaram się!

Jaram się, że mogę wyrażać siebie, przelewać myśli i bawić się słowem. Jaram się, że mogę robić to zawsze, gdy tylko mam to ochotę i to z każdego miejsca na Ziemi. Jaram się, że ktoś to czyta i to zdecydowanie częściej z aprobatą niż bez niej. Po prostu mnie to cieszy! I przede wszystkim, za każdym razem gdy widzę pierwsze komentarze po nowym postem, zawsze gdy podpisuję kolejną umowę współpracy, przy każdym nowym pomyśle na tekst, czuję ogromną satysfakcję, że jest coś w czym jestem naprawdę dobry.

To tak w dużym skrócie, jak to jest mówić do siebie „panie kierowniku”. Sporo różni się od Waszych wyobrażeń?

---> SKOMENTUJ