Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy reklamowej

Transseksualizm jest pojęciem prawie tak zdemonizowanym w naszym kraju jak „gender” i równie niezrozumianym, przez co często te określenia używane są zamiennie. Co oczywiście jest błędem, bo mimo, że oba związane są z płcią, to oznaczają co innego. „Gender” to tak zwana płeć kulturowa, czy też płeć psychiczna, czyli zestaw cech, zachowań i ról jakie w danym społeczeństwie przypisane są kobiecie bądź mężczyźnie.

Czym jest natomiast transseksualizm? Zgodnie z Wikipedią, to…

jedno z zaburzeń tożsamości płciowej, w którym identyfikacja płciowa nie zgadza się z płcią morfologiczną. Przyczyny tego zjawiska pozostają nieznane, rozpatruje się rolę czynników genetycznych, endokrynologicznych, neurorozwojowych i środowiskowych

Tłumacząc to łopatologicznie, to sytuacja kiedy płeć naszego ciała nie zgadza się z płcią, którą mamy w głowie – poczucie bycia kobietą w ciele mężczyzny lub poczucie bycia mężczyzną w ciele kobiety. Brzmi dziwnie/niezrozumiale/abstrakcyjnie/strasznie? Pewnie dlatego wiele osób dystansuje się od tego tematu i ze strachu woli się w niego nie zagłębiać, wrzucając go w szczelnie zamkniętą szufladę z etykietą „moce nieczyste”. Co skutkuje tym, że dla osób zmagających się z transseksualnością, to prawdziwy życiowy dramat.

W bardzo przystępny sposób problem ten obrazuje i tłumaczy nowy film Toma Hoopera – gościa, który dostał Oscara za „Jak zostać królem”.

22-go stycznia do kin wchodzi „Dziewczyna z portretu” – film oparty na życiorysie Lili Elbe, pierwszej osoby, na której przeprowadzono operację zmiany płci. Mimo, wydawałoby się, dość szokującej tematyki, opowieść poprowadzona jest bardzo łagodnie, bez scen nastawionych na skandal, czy wywołanie szumu wokół zjawiska za wszelką cenę. Reżyser położył nacisk na emocjonalny aspekt transseksualizmu, możliwie jak najspokojniej oswajając widza z zagadnieniem, bez żerowania na kontrowersji.

Ten tytuł, to opowieść o małżeństwie dwóch artystów – Einarze i Gerdzie Wegener – zajmujących się malarstwem, które wydaje się, że jest idealnie dopasowaną, kochająca się parą. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego razu koleżanka Gerdy, która dotąd pomagała jej pozując do portretów, nie może się zjawić i malarka prosi męża o przebranie się w damskie ciuchy, aby mogła dokończyć obraz. Einar z początku w rolę kobiety wchodzi niechętnie, później jednak, pod płaszczem zabawy, robi to coraz bardziej ochoczo, z każdym kolejnym razem coś w sobie odkrywając. Przełom następuje, gdy dla żartu przebrany za kobietę idzie z żoną na bal, i w damskim kamuflażu jest tak przekonujący, również dla samego siebie, że zapomina się i dochodzi do zbliżenia między nim, a innym mężczyzną.

Staje się nieodwracalne. Od tego momentu jego prawdziwa, a dotąd uśpiona, natura budzi się, dekonstruując całego jego życie, z nim samym na czele.

Eddie Redmayne – gość, który w zeszłym roku dostał Oscara za  wcielenie się w Stephena Hawkinga – jest idealnie stworzony do roli głównego bohatera! Pisząc „idealnie” nie mam na myśli, że całkiem mu pasuje udawanie faceta będącego niepewnym swojej tożsamości płciowej, nie. Mam na myśli, że widząc go na ekranie nawet nie masz cienia wątpliwości, że jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny. Nie wiem, czy jest jakiś inny aktor, który lepiej byłby w stanie zagrać transseksualistkę. Wcielić się w kobietę mogłoby wielu, udawania kobiety, która wcześniej była facetem pewnie też ktoś by podołał, ale być przekonującym jako osoba, która przechodzi pełną przemianę od jednej płci w drugą? Nie tracąc przy tym ani przez chwilę wiarygodności? Mega szacun.

Żonę Redmayne – czyli Gerdę Wegener – gra tutaj Alicia Vikander. Nie widziałem jej wcześniej w niczym interesującym poza „Ex Machiną”, ale po tym tytule zacząłem googlować wszystkie filmy z jej udziałem. Jest tutaj totalnie delikatna, zmysłowa i kobieca. Chodzący płatek róży. Czasem aż do przesady, bo chciałoby się zobaczyć ją wkurwioną, ciskającą piorunami w otoczenie, bo jakby nie patrzeć, jej ukochany mężczyzna, któremu się poświęca, przestaje nim być. Jednak nie wpływa to negatywnie na odbiór filmu. Widz mimo wszystko, przeżywa z nią dramat jej partnera, co z kolei uzmysławia, że zaburzenia tożsamości płciowej są trudne nie tylko dla osoby, którą dotykają, ale również dla jej najbliższego otoczenia.

„Dziewczyna z portretu” jest ważnym filmem z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wcześniej wspomniałem, jest w stanie wytłumaczyć laikowi zrozumiale, na czym polega transseksualizm, który nie jest zagadnieniem prostym i po przeczytaniu książkowej definicji, wcale nie musi być oczywisty. Po drugie, uwrażliwia człowieka na to zjawisko. Pokazuje, że to nie wymysł zdegenerowanych bywalców zachodnich gejowskich klubów, tylko problem, który pojawia się w człowieku niezależnie od niego i zamienia jego życie w piekło. Mimo, że nie jestem podatny na typowe wyciskacze łez, to tej historii się nie ogląda, ją się doświadcza i trudno robić to będąc kompletnie niewzruszonym.

Polecam ten film zwłaszcza osobom negatywnie nastawionym do tematu. Obudzi w nich empatię.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Wow, w zwiastunie Eddie naprawdę jest świetny, niewinny i zagubiony jak wiele transseksualnych kobiet na początku przemiany. Z chęcią obejrzę. Brakuje mi takich filmów, dlatego cieszę się z Transparent i z kolejnych produkcji podejmujących ten temat, bo coraz więcej moich przyjaciół jest zmuszona opuszczać Polskę z powodu totalnego braku akceptacji. Mało kto wyobraża sobie, że dla osoby transseksualnej bez zmienionych danych osobowych (czyli przed pozwaniem swoich własnych rodziców do sądu) problemem jest nawet pójście na siłownie, założenie jakiegokolwiek konta w banku, załatwienie spraw administracyjnych czy nawet kontrola biletów w komunikacji miejskiej (legitymujesz się dokumentami z inną tożsamością niż widoczna).
    Nie spodziewałam się tego tematu u Ciebie, fajne zaskoczenie :)

  • zygmunt

    Boże Świat zwaryjował-Sodoma i Gomora

  • Lukrecja Kowalska

    bardzo chętnie zobaczę, bo książka była pierwszą, jaką przeczytałam, w tym temacie. bardzo mnie poruszyła, tym bardziej, że sama jestem transpłciową kobietą w trakcie korekty. Chcę też bardzo pogratulować autorowi bardzo wyważonego, konkretnego i pełnego empatii tekstu o nas, o naszych problemach. Dziękuję w imieniu nas wszystkich, osób transseksualnych

  • Dot

    Dzięki za polecenie filmu, na pewno go zobaczę :) A jeśli chodzi o wpis, świetny jak zawsze. Krótko i na temat o ważnym temacie.

  • Ania

    Filmu nie oglądałam, ale nie trzeba mi wyjaśniać na czym transseksualizm polega. Powiem szczerze, że jest mi strasznie szkoda tych ludzi – nie wyobrażam sobie żyć w ciele, w którym nie czuję się dobrze.

    Nie wiem czy ktoś słyszał o historii Leelah Alcorn – była to transseksualistka z chrześcijańskiej rodziny, rok temu popełniła samobójstwo przez brak akceptacji ze strony najbliższych. Pisze brak akceptacji, ale nie wiem, czy tak można nazwać kompletne odłączenie ją od świata (wypisali ją nawet ze szkoły!) oraz wysyłanie jej na ,,terapie naprawcze”. Nie będę się bardziej w to zagłębiać, polecam poczytać o niej więcej bo historia straszna – pokazuje do czego są w stanie posunąć się ludzie z powodu uprzedzenia do transseksualistów. Ja rozumiem, że szok, że niedowierzanie itd ale dzieci powinno kochać się bezwarunkowo ( dla przykładu Leelah miała 17 lat, gdy popełniła samobójstwo a dziewczyną zaczęła czuć się w wieku 4 lat – 13 lat to sporo, aby to wszystko ogarnąć i zrozumieć).

    Film z chęcią obejrzę, ale czuję, że do ściany i tak nic nie dojdzie. Ale wierzę, że wielu ludziom może zupełnie zmienić podglądy.

    • Wydaje mi się, że takie podejście wynika właśnie z niewiedzy, braku zrozumienia problemu i, tak jak w przypadku homoseksualizmu, przekonania, że to choroba, którą da się wyleczyć. Dlatego warto edukować, bo pewnie nie za pierwszym, ale za 15 razem może to dotrze.

  • Akurat w ostatniej Polityce jest opisana historia Wojciecha, który stał się Marianną. To tak z rodzimego podwórka. Jednak mam wrażenie, że ile historii by nie opowiedzieć / nie nakręcić to kogoś, kto ślepo i tak jest anty to nic nie przekona do tego, że ci ludzie tak naprawdę wcale nie zieją ogniem. I w sumie to smutne, że w takich kwestiach jesteśmy aż tak zatwardziałym społeczeństwem.

  • TomaszHa

    Alicia Vikander pomimo bardzo specyficznej roli w Ex Machinie grała bardzo zmysłowo więc jak tu jest płatkiem róży to musze to zobaczyć :)

    • Jak na robota powiedziałbym nawet, że zbyt zmysłowo, ale może czepiam się ;)

  • korekta – nie Wegner a Wegener.

    • Z nazwiskiem masz rację, zgubiłem jedno „e”, ale co do imienia, mylisz się, bo zdecydowanie jest to „Gerda” https://en.wikipedia.org/wiki/Gerda_Wegener ;) Swoją drogą, widziałaś już film?

      • yup, pomyłka, edytowałam komentarz. Filmu jeszcze nie, ale czytałam niedawno książkę, którą też całkiem polecam.

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Sosnowiec, wiosna, 1 klasa podstawówki

Jest leniwe, ciepłe popołudnie, idealne na wyjście przed blok i łapanie pszczół do pudełek po zapałkach. Albo granie w Państwa-Miasta pożyczonym od bliźniaków scyzorykiem. Oni sami nie mogą, bo mają szlaban po wczorajszej wywiadówce. Oceny w ich dzienniczkach nieco się różniły od ocen w dzienniku nauczyciela, a mama nie kupiła tekstu od Romana z klatki obok, że „wszystko jest kwestią perspektywy”. A bieżąca perspektywa jest taka, że ani Justyny, ani Weroniki nie ma w domu, a Sławek też nie może wyjść, więc gra we dwójkę mija się z celem. Dlatego z Karolem wpadamy na inny pomysł. Równie dobry, jeśli nie lepszy – wejdziemy na kasztana za blokiem.

Chodzenie po drzewach ma w sobie coś magnetyzującego. Coś z pogranicza magii, czemu nie można się oprzeć. Przynajmniej będąc siedmiolatkiem.

Po pierwsze, czujesz dzikość. Ten zew natury, kiedy wspinasz się po gałęziach, czujesz jak uginają się pod Tobą, świadomość, że z każdym centymetrem w górę możesz spać, to coś czego nasza cywilizacja już nie doświadcza. Po drugie, budzisz w sobie odkrywcę, podróżnika, który eksploruje nowe, nieodkryte tereny wraz z tym jak zbliża się do czubka. A moment, kiedy widzisz swoje podwórko, śmietnik i trzepaki z góry? I chwila, kiedy możesz zajrzeć sąsiadom do mieszkań przez okna? Coś niepojętego!

Spojrzenie na oczywiste, codzienne obiekty i zarazem sprawy, które ich dotyczą z innej perspektywy, jest najlepszym startem do abstrakcyjnego myślenia jaki można dostać. Jednak nie wszyscy tak to odbierają.

Właśnie widzę moją babcię, która zmierza w naszym kierunku. I też nas widzi.

– Bój się boga, Jasiek, gdzie ty tam wszedłeś? Schodź! Schodź natychmiast!

– Babciu, ale czemu?

– Schodź, bo coś sobie zrobisz!

– Ja nie chcę.

– Spadniesz i coś sobie zrobisz! Noga ci się omsknie i będzie katastrofa! Natychmiast zejdź na ziemię!

Zszedłem.

 

***

 

Kraków, jesień, 5 rok studiów

Jest tak jesiennie, jak tylko możesz to sobie wyobrazić. Od tygodnia ciągle pada. Nie leje, nie kropi, pada. To ani nie przelotna mżawka, ani nie oberwanie chmury, tylko stały stan, w którym jesteś już tak przyzwyczajony do przemokniętych butów, uwalonych odpryskami z kałuż spodni i zachlapanych okularów, że przestajesz zwracać na to uwagę. Odczuwanie wilgoci jest dla Ciebie równie naturalne, co dla kłusowników w lasach amazońskich. Jedyne do czego nie możesz przywyknąć to wiatr. Pogodziłeś się już nawet z permanentną ciemnością, i egzystowaniem całe dnie zlewające się z nocami w półmroku, ale wiatru nie jesteś w stanie przeżyć. Kurewskiego wiatru, który bije Cię po twarzy jak pijany bokser – za każdym razem, gdy myślisz, że już opadł z sił dostajesz między oczy.

W taki dzień jedyne co możesz zrobić to iść się napić. Oczywiście w ramach kolejnego etapu oswajania wszechobecnej wilgoci.

Mam farta. Znajomy znajomego siostry szwagra ojca wujka kuzyna kogoś tam robi domówkę. A w zasadzie posiadówkę, bo ludzie w tym wieku udają, że nabierają ogłady i większość imprezy siedzą, zamiast być królami parkietu przesuwającymi bezwładem własnego ciała meble, jakimi byli jeszcze semestr temu. Mam pecha. W trakcie sprawdzania efektywności urządzeń chłodzących w kuchni, gość, który też przyszedł do lodówki po zimne piwo, okazuje się typem, z którym w poprzednim życiu coś tam studiowałem. I mieliśmy kompletnie rozbieżne pomysły na „życie”. I on bardzo chce teraz porozmawiać o tym „życiu”.

– No i co ty robisz?

– Pracuję z językiem.

– Ale co, językiem programowania? Czy kurwa nie wiem… pisarzem jesteś?

– Piszę bloga, chcę pisać książki, a póki co będę copywriterem.

– Copy-kurwa-co?

– Copywri… a resztą nieważne, nara.

– Ty słuchaj, bo na ogarniętego nawet wyglądałeś, ty chyba nie wiesz jak życie wygląda. Ty weź się do jakiejś roboty. Zrób se FCE i idź do Comarchu, to się zaczepisz albo gdziekolwiek w ogóle, bo jak widzę, to jesteś dziecko we mgle, po omacku gwiazdki z nieba szukasz. Zejdź na ziemię po prostu.

Nie zszedłem.

 

***

 

W dzieciństwie uczymy się, że ściąganie na ziemię, to troska o bezpieczeństwo. I zupełnie nie zauważamy, że wraz z wiekiem zamieniamy to w podcinanie skrzydeł.

Zejdź na ziemię? Nie, dziękuję. Jeszcze sobie polatam. Sięgnąłem chmur, więc czas na gwiazdy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Camilo Rueda López
---> SKOMENTUJ

17 rzeczy, które zaskakują w Mediolanie

Skip to entry content

We Włoszech miałem okazję być w trakcie tegorocznej Wielkanocy, kiedy zabrałem mamę do Rzymu, więc ten kraj nie był już dla mnie jakąś wielką zagadką. Po wizycie w stolicy, wydawało mi się, że Włosi niczym mnie już nie zaskoczą, bo co może przebić uliczne automaty z lubrykantami i przystanki z rozkładami bez godzin odjazdów? Albo plagę sprzedawców kijów do samojebek? Okazało się, że Mediolan jednak ma do zaoferowania kilka niespodzianek, które zapadają w pamięć. Tytuł światowej stolicy mody najwyraźniej zobowiązuje.

Oto 17 rzeczy, które zaskakują w Mediolanie!

Duomo di Milano – najbardziej zabarierkowany kościół w jakim byłem

Duomo - kościół w którym nigdzie nie można wejść (1)

Duomo - kościół w którym nigdzie nie można wejść (2)

Miasto mody pod kątem zwiedzenia nadaje się na maksymalnie 2-dniową podróż – w pierwszy dzień zwiedzasz katedrę i sklepy, w drugi obżerasz się pizzą i lodami. Serio, dużo więcej do zobaczenia tam nie ma, a i pierwszy punkt mocno rozczarowuje. Mimo, że wstęp do katedry w centrum miasta jest płatny, to możesz się poruszać po jakiejś 1/5 jej powierzchni. Reszta jest szczelnie otoczona barierkami, tak byś mógł popatrzeć sobie na jej poszczególne elementy tylko z oddali. Genialne, co?

Ogromne groby!

wielkie grobowce

Albo ktoś tu ma kompleksy, albo bardzo pozazdrościł Egipcjanom, ale tak właśnie wyglądają nagrobki na Cimitero Monumentale.

Galleria Vittorio Emanuele II – ekskluzywna galeria handlowa

ekskluzywna galeria handlowa

Wygląda naprawdę mega elegancko, bez kiczu, wiochy i przypałowych szyldów. Chodząc między sklepami po podłodze błyszczącej się jak oczy proboszcza przyjmującego kopertę na kolędzie, aż w głowie sam nuci refren kawałka Kreayshawn „Gucci, Gucci, Louis, Louis, Fendi, Fendi, Prada”.

Oryginalne sposoby żebrania

oryginalne sposoby żebrania

rzeźby z marchweki

U nas szczytem pomysłowości jest przyznanie się na kawałku kartonu, że zbiera się na jabola, a nie jedzenie. Ewentualnie bierze się na żebry psa, żeby wzbudzić współczucie. W Mediolanie robi się niemal instalację artystyczną z kolorowych pasków i powietrza wydostającego się z metra albo rzeźbi się w marchewce. Szacun za kreatywność!

Po mieście jeżdżą przebierańcy na rolkach

przebierańcy na rolkach

W zasadzie nie wiem czemu, ale na pewno nie żeby napastować ludzi, czy, jak to się teraz modnie mówi, robić pranki.

Coperto

coperto

Coperto to tak zwana „opłata za nakrycie” pobierania we włoskich restauracjach, czyli sposób na zdzieranie hajsu z ludzi. W Rzymie nie spotkałem się z tym w ani jednej knajpie, ani w centrum miasta, ani na obrzeżach. W Mediolanie „za nakrycie” kasują Cię wszędzie i to średnio 2 euro od osoby, więc wcale nie mało, zwłaszcza, że ceny dań w restauracjach też nie należą do najniższych.

Mega szerokie bilety do metra

szeroki bilet do metra

3-krotnie szersze niż polskie. To znaczy warszawskie.

Krzesła na budkach telefonicznych

krzesło na budce telefonicznej

To podobno innowacyjny projekt, zachęcający mieszkańców do aktywności fizycznej. Chcesz wygodnie sobie zadzwonić z reliktu zeszłej dekady? Musisz się chwilę pogimnastykować.

Reklamy na kościołach

reklama na duomo

A konkretnie na wcześniej wspomnianej ogromnej katedrze w centrum miasta. Nie ma to jak powiesić sobie billboard promujący tureckie skóry na świątyni religii katolickiej, co? To tak, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy Włosi są turbo wierzący.

Mikro-przystanki

mikro przystanki

To z kolei akcja promująca szczupłą sylwetkę. Przesadziłeś z obiadem? Wypadasz na ulicę.

Hipsterskie toalety

toaleta

Spłukiwanie wody nogą w Rzymie okazało się za mało nietypowe, mediolańczycy postanowili pójść krok dalej i usunąć muszę klozetową, zostawiając dziurę w ziemi. Z miejscem po bokach na… właśnie nie wiem na co. Kwadrans zastanawiałem się jak z tego skorzystać.

Wolnostojące miejsca do ładowania telefonów

ładowarki w środku miasta

Znajdujące się ot tak, w przestrzeni miejskiej. Świetna sprawa. Dla osób bez banków energii oczywiście.

Zamykanie stacji metra na noc

zamykanie metra

Po przylocie do Mediolanu, dostaliśmy się busem do dworca głównego, a stamtąd nie udaliśmy się od razu do mieszkania, tylko na szamę. No bo jak długo można odkładać zjedzenie pizzy? Jak już rzuciliśmy się na włoskie specjały, skończyliśmy jakoś chwilę przed jedenastą i zorientowaliśmy się, że wypadałoby w końcu dotrzeć do miejsca, w którym będziemy spać. Chcieliśmy do niego dotrzeć metrem, ale – uwaga, uwaga – stacje metra, są na noc zamykane na kłódkę! I to nawet w momencie, kiedy metro jeszcze kursuje!

Oczojebne ruchome reklamy

oczojebne reklamy

Idziesz sobie wieczorem nad kanałem z dziewczyną, chcesz żeby było romantycznie, nawet postarałeś się i włożyłeś czystą bieliznę, a tu jeb! Dostajecie prosto w oczy kurewskim migotem jakieś cholernej reklamy! I to nie raz, a co chwilę jesteście oślepiani jakimś animowanym billboardem zupełnie psującym atmosferę. Beznadzieja.

Radiowozy rodem z lat 60-tych

dizajn radiowozów policyjnych jak z lat 60

Wordartowy napis „POLIZIA” tak piękny, że grafik płakał jak projektował.

Pełna rozkmina „Ostatniej wieczerzy”

ostatnia wieczerza (1)

ostatnia wieczerza (2)

W Mediolanie, w refektarzu klasztoru przy Santa Maria delle Grazie, znajduje się jedna z najsłynniejszych prac Leonarda da Vinci wraz z tłumaczeniem składowych. Poszczególne elementy „Ostatniej Wieczerzy” podzielone są na części i dokładnie poopisywane, przez co na obraz patrzy się bardziej jak na film. Wyjaśnienie kto jest kim na fresku, co robi i co z tego wynika, naprawdę daje do myślenia. Brawo, za ogarnięcie rozkminy!

W każdej restauracji próbują Cię przekręcić na hajs

wszedzie próbują Cię przekręcić

Pomijam już to niedżentelmeńskie doliczanie coperta, ale w niektórych lokalach, oprócz „opłaty za nakrycie”, jeszcze osobno doliczają Ci opłatę za obsługę! Więc w naszym przypadku oprócz skasowania 2 euro coperta od 7 osób, doszło jeszcze 11% ekstra z całej sumy rachunku. Czyli summa summarum, zapłaciliśmy w sumie 30 eurasków za ten zaszczyt, że w ogóle pozwolili nam zamówić u nich jedzenie. Pomysłowe, kasować ludzi za to, że dają Ci zarobić, co? Oprócz tego dochodziły bardziej wyszukane wałki w stylu doliczania do rachunku napojów, których nikt nie zamawiał. I nie widział na oczy. Albo udawanie, że coś jest już w cenie zamówienia, po czym jednak pojawiało sie osobno na paragonie.

Mediolan – miasto, gdzie nauczysz się liczyć.

---> SKOMENTUJ