Close
Close

NOWE „GWIEZDNE WOJNY” SĄ ZAJEBISTE!

Skip to entry content

„Gwiezdne Wojny” to pierwszy film – nie animacja, a film, bo wiadomo, że pierwszy to był „Król Lew” –  w życiu na jaki mama zabrała mnie do kina, więc mam do serii OGROMNY sentyment. Mimo to, starałem się być obiektywny i podejść do kolejnej części z dystansem. A więc obiektywnie i zdystansowanie oceniam, że „Przebudzenie mocy” jest ZAJEBISTE!

Nie wiem czego spodziewałeś się po tym tytule, ale niezależnie, czy masz jakieś oczekiwania jak wyborcy PiSu czekający na pół tysia za dzieciaka, czy podchodzisz do tematu na chłodno jak Zbigniew Grycan, czy w ogóle nie wiesz o co kaman ze szturmowcami i rebeliantami, to ten film rozpierdala! Po prostu! To ponad 2 godziny rozrywki na poziomie wyższym niż Yao Ming, a gdy tylko się kończy, chcesz ją powtórzyć jak pierwsze kolokwium z macierzy na studiach! Wychodząc z seansu przed 3 w nocy, żałowałem, że kolejny jest dopiero o 12, bo z marszu poszedłbym na jeszcze jeden.

Nie chcę zdradzać fabuły jak Judasz Jezusa, bo zepsuję Ci zabawę, więc pozostanę przy wrażeniach.

Wrażenia są takie jakbyś wziął LSD pod język i wsiadł na kolejkę górską. Ciągle bujasz się między zaskoczeniem, ekscytacją, przerażeniem, szczęściem, smutkiem, a intrygą. I Cię to nie męczy. Tu nie ma słabych momentów, nie ma chwil zamuły, że drapiesz się po tyłku i zastanawiasz, czy jutro na obiad zjeść bigos, czy kaszankę. Jest czysty ogień, jakbyś ostatni krąg piekła wyszorował Cifem!

Stary Han Solo i stara Księżniczka Leia chwytają za serce mocniej, niż lekarz przy transplantacji. Karolak powinien się od nich uczyć jak gra się romantyczne sceny. Nowi bohaterowie są wyraziści jak ślady z węgla na śniegu i od razu zdobywają Twoją sympatię jakby Ci postawili oranżadę ze szkolnego sklepiku zaraz po wuefie. Nowy czarny charakter budzi grozę jak samotne dziecko po północy na cmentarzu i jednocześnie intryguje swoim pochodzeniem, a do tego jest młody i wkurwiony. Kozak!

A reszta? Reszta też rozpierdala!

Fabuła się klei jak ciasto na pierogi, dialogi są zabawne jak Mandaryna bez playbacku, muzyka idealnie dopełnia obraz jak plastikowe trociny w przesyłkach pocztowych, a efekty specjalne są na tyle dobre, że ich nie zauważasz. „Gwiezdne wojny: przebudzenie mocy” są PRZE-MEGA-TURBO-ZAJEBISTE!

I jest tylko jeden problem z tym filmem: CZEMU CIĘ JESZCZE NA NIM NIE MAAA??????

(niżej jest kolejny tekst)

25
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
AggMichałPaulaAuroraTomek Michalski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Blogierka
Gość

Dobranoc ;)

Jan Favre
Gość

Dzięki, była niezła, tylko trochę krótka!

Blogierka
Gość

Dla SW chyba było warto ;)

Anna Czarnecka
Gość
Anna Czarnecka

Czyli warto było najpierw oglądać reklamy przez 30 minut! :D

Anna Czarnecka
Gość
Anna Czarnecka

Good, teraz już wiesz, że warto było oglądać reklamy przed 30 minut! :D

Jan Favre
Gość

Ja zasadniczo lubię oglądać reklamy w kinie, tak że byłoby warto tak czy inaczej :)

Michał Durlej
Gość
Michał Durlej

Fabuła filmu jest trochę sztywna, chociaż nie ma tam niepotrzebnych scen. Dialogi także nie powalają, a najlepiej zagrał Pan czarny. Trzeba przyznać, że fajnie czuć klimat starej trylogii. Moim zdaniem fajnie że nie zepsuli tego filmu, niemniej jednak można go było zrobić lepiej.
P.S. Szkoda, że nie kontynuowali fabuły z książek

Jan Favre
Gość

O stary, dialogi dla mnie był świetnie wyważone! Nie pamiętam drugiego filmu w tym roku, na którym tak się śmiałem. Jedyne co mogli zrobić lepiej, to odpuścić albo bardziej zmodyfikować motyw z Gwiazdą Śmierci, ale po za tym, nie mam się zupełnie do czego przyczepić.

Michał Durlej
Gość
Michał Durlej

Nie taki stary :D
A tak na poważnie, to właśnie za dużo gagów było, żarciki i śmieszki w filmie są jak najbardziej spoko, ale nie co drugie zdanie :/

dobrymjud
Gość

Zgadzam się, że było EGSTRA, do tego uwielbiam te wszystkie nawiązania do starych epizodów, czad czad czad! TURBO KOZAK, znowu się czułam jak małe dziecko, któremu tata pokazuje na kasetach VHS starą trylogię. Tylko troszkę płakałam, że nie było przejść jak z MovieMakera (sentyment!), ale poza tym chcę jeszcze raz do kina. I jeszcze raz!
#hanshotfirst

Jan Favre
Gość

Ja też! Jak dam radę, to skoczę jeszcze przed świętami!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Do czego może doprowadzić lincz na nastolatce?

Skip to entry content

Od jakichś 2 tygodni internet nieustannie żyje sprawą 2 nastolatek z Warszawy, które pochwaliły się na Snapchacie, że uprawiały seks z muzykami z amerykańskiego zespołu. Wulgarną opowieść o tym, co dziewczyny robiły z raperami w podróżnym autobusie, ktoś wyciągnął ze Snapchata i udostępnił na YouTube, przez co zaczęła rozprzestrzeniać się wirusowo po całej sieci. I równie szybko co samo wideo, jeśli nawet nie szybciej, zaczęła rozsiewać się nienawiść do dziewczyn. Nie hejt – amerykańska nazwa, to zbyt łagodne określenie na to, co się dzieje wokół tego tematu – czysta, bezduszna, nienawiść.

Okazało się, że żyjemy w społeczeństwie strażników moralności, tylko niestety nie swojej, a cudzej. I że ci strażnicy czują się w obowiązku by pilnować jej we dnie, w nocy, i w czasie pracy, gdy szef nie widzi, że siedzą na Fejsie zamiast wykonywać obowiązki służbowe. I że najlepszą metodą obrony tych indywidualnie skompletowanych i narzuconych osobie trzeciej zasad, jest nazwanie jej

– kurwą
– jebanym lachociongiem
– zwykłym szlaufem do dymania
– slojem na sperme dla czarnuchuw
– dzidą co się z pizdą na łby pozamieniała

ewentualnie

– wrzodem na dupie ludzkości która nie powinna mieć prawa do oddychania

Tak, te określenia zdecydowanie pokazują wyraźną różnicę między zachowaniem tych niemoralnych nierządnic, a postawą nieskazitelnie czystych strażników moralności, będących wzorem cnót i wszelkiej prawości. Biorąc pod uwagę język, jakim posługują się osoby osądzające nastolatki, w pewnym momencie można mieć problem z określeniem, czyje zachowanie jest faktycznie naganne.

Zaraz po wybuchu afery broniłem dziewczyn, bo nie wydaje mi się, żeby internetowy lincz, na wzór ulicznych samosądów, był właściwą reakcją na tego typu sytuację w cywilizowanym świecie, przez co wielu strażników moralności wywnioskowało, że pochwalam zachowanie nastolatek. Otóż nie. Zupełnie nie pochwalam. Nie uważam, żeby chwalenie się z kim uprawia się seks było czymś właściwym. Nie pochwalam również traktowania przygodnych stosunków płciowych jako sposobu na zdobycie sławy. Nie wydaje mi się także, żeby wyzucie seksu z romantyzmu i emocjonalności, i sprowadzenie go do czysto fizjologicznego aktu, było dobrym pomysłem.

Tyle, że to tylko mój sposób postrzegania rzeczywistości i moja opinia. Uważam ją za najwłaściwszą, ale nie mam zamiaru zamordować każdego, kto ma inną.

Za to internetowi strażnicy cudzej moralności i kilku youtuberów omamionych zapachem przyrostu subskrypcji, chętnie przeprowadziłoby publiczną egzekucję, na, przypomnijmy jeszcze raz, nastolatkach. Dziewczynach, które może mają 19 lat i są pełnoletnie, ale równie prawdopodobne, że mają 17 i nie są. Jednak niezależnie, czy już mają dowód osobisty czy nie, są bardzo młode. To nie są 30-letnie, doświadczone, w pełni świadome kobiety, tylko dziewczyny z liceum. Nie wiem, czy wszyscy, którzy chcieliby je dla przykładu powiesić na szubienicy, już pozapominali w jakim stanie umysłowym było się w ogólniaku, ale ze swoich doświadczeń i obserwacji mogę powiedzieć, że w takim wieku – pod wpływem grupy, otoczenia, rówieśników – robiło się rzeczy skrajnie niemądre, niedumne i nieodpowiedzialne. Tyle, że nie tak spektakularne, bo nie było na tyle rozwiniętych mediów społecznościowych, żeby zapis czyjegoś przejawu nastoletniej głupoty, w ciągu doby mógł obiec całą Polskę.

Teraz może, więc 2 nastolatki są kolejny tydzień równane z ziemią.

UPSSS…

Posted by TEDE on 14 grudnia 2015

Kiedy wydawało się, że kto miał je zmieszać z błotem, w trosce o właściwe wzorce młodzieży, już to zrobił, do akcji wkroczył Tede. Prawie 40-letni, całkowicie świadomy jak działa Facebook, człowiek, który ponownie nakręcił spiralę nienawiści, publikując na swoim fanpage zdjęcie jednej z nastolatek w sytuacji seksualnej. Ktokolwiek by nie był na tym zdjęciu, to upublicznianie fotografii z nagimi ludźmi, po to żeby ich upodlić i zgnoić jest ohydne. W przypadku nieletnich, karane prawnie. A w momencie kiedy robi to stary chłop – który nieraz spotkał się z falą nienawiści i wie jak to jest być opluwanym w internecie – tylko po to, żeby się pośmiać i podżegać innych do linczu, jest nieludzkie. Rzadko się to zdarza, ale tym razem brak mi słów.

Ja – osoba, która ma obycie z siecią i jest w jakimś stopniu zahartowana na przyjmowanie wiader pomyj – po takiej serii upokorzeń i publicznym upodleniu, nie dałbym rady. Przez tak długi czas, przyjmując wyzwiska i będąc w atmosferze permanentnej nagonki na mnie, w najlepszym wypadku załamałbym się psychicznie. W najlepszym. W wersji realistycznej, będąc tak zaszczutym, stałoby się coś dużo, dużo gorszego. A teraz pomyślcie, w jakim stanie emocjonalnym musi być nastoletnia, wciąż jeszcze niedojrzała dziewczyna?

Jak myślicie, do czego może doprowadzić człowieka taki nieustanny lincz?

Do osób, które od tych 2 tygodni ją gnoją: naprawdę uważacie, że to właściwa metoda wychowawcza? Chcecie ją niszczyć psychicznie, aż nie targnie się na życie? Tak chcecie nauczać co jest właściwym zachowaniem, a co złym? Jeśli przez szykanowanie w internecie coś sobie zrobi, świat nie zmieni się na lepsze. Zmieni się na gorsze, a wy będziecie współwinni tragedii.

Weźmiecie za nią odpowiedzialność?

7 powodów, dla których wolę e-papierosy od zwykłych fajek

Skip to entry content

wpis jest wynikiem zaproszenia na premierę marki Vype i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Nie wiem, czy to kwestia silnej woli, genów, czy układu planet, ale nigdy nie udało mi się uzależnić od żadnej z używek. Ani od alkoholu, mimo, że mieszkałem w wielu akademikach, gdzie wódka lała się częściej niż woda, ani od papierosów, mimo, że zdarza mi się palić od czasów gimnazjum. Właśnie, zdarza. Nigdy nie paliłem regularnie, nie miałem sytuacji, że budziłem się rano i czułem, że muszę zajarać bo nie wytrzymam, ani nie przepuściłem na fajki wielokrotności dużego Fiata. Po prostu lubię palić i gdy zdarza się okazja – wyjście na piwo, moje urodziny, wakacje, sylwester – robię to dla przyjemności. Bo wciąganie i wypuszczanie dymu jest przyjemne.

Mała uwaga: jestem całkowicie świadom, że palenie szkodzi zdrowiu i mam nadzieję, że Wy również zdajecie sobie z tego sprawę. Podobnie jak używanie telefonów komórkowych, życie w stresie, siedzenie 8 godzin dziennie przed komputerem, czy mieszkanie w Krakowie. Dlatego nikogo do tego nie namawiam, ani nie zachęcam, jednak, biorąc pod uwagę, że to zabawa dla dorosłych, darujmy sobie wzajemne moralizowanie i jeśli ktoś jest całkowicie przeciwny, to proszę o odpuszczenie tematu, bo szkoda czasu na licytowanie się, czy gorsze są papierosy, kawa, czy smog.

Przez to, że nigdy nie traktowałem palenia jak konieczny element każdego dnia, tylko sporadyczny umilacz, bardzo lubię palić sziszę, bo jest esencją całego procesu. Słodki, miły, kojący zapach i duuużo mlecznego dymu. W paleniu sziszy nie chodzi o zaspokajanie głodu nikotynowego, tylko relaks i celebrowanie chwili. Zastanawiasz się pewnie teraz, co nagłówek tego tekstu ma wspólnego z tym, o czym piszę? Właśnie to, że e-papieros jest dla mnie taką miniaturową sziszą.

Kiedyś byłem sceptycznie nastawiony do tego urządzenia i bardziej kojarzyło mi się z czekającymi na emeryturę portierami, niż młodymi, nowoczesnymi ludźmi, ale wraz z tym, jak e-papierosy zaczęły ewoluować, powoli zacząłem się przekonywać, aż zupełnie nie uznałem, że to lepsze rozwiązanie niż zwykłe szlugi. E-papierosy, nie wyglądają już jak połączenie drążka zmiany biegów ze Star Treka z palcem wskazującym obcego. Te od Vype, są zgrabne, ładnie i minimalistycznie zaprojektowane, bez lampek choinkowych włączających się podczas palenia, bez psujących się grzałek i rozlewających się płynów po całej fai. Są eleganckie.

Ich hasło to „e-papierosy stworzone od nowa”, a ja mogę powiedzieć, że na pewno stworzone lepiej niż ich poprzednicy. Na tyle lepiej, że traktuję je jak mikro-sziszę i wolę je, niż zwykłe fajki. Czemu?

 

Po pierwsze, nie śmierdzi w pomieszczeniu, w którym palisz

vype e-papieros 6

W czasach kiedy palenie nie było zabronione w klubach, wchodząc na imprezę po północy czasem nie wiedziałeś, czy jesteś na parkiecie, czy w obozie koncentracyjnym. Witała Cię szary kisiel, po wejściu w który, całe Twoje ubranie momentalnie nim nasiąkało, do tego stopnia, że nawet jeśli byłeś aktywnym użytkownikiem nikotyny, to Ci to przeszkadzało. Zresztą, nie trzeba chodzić po klubach. Jeśli palisz w domu, to wiesz, że wystarczy jedna fajka, żeby cały pokój nią przesiąkł. Z e-papierosem nie ma tego problemu, bo jego dym po wypuszczeniu z ust po chwili jest bezwonny.

 

Po drugie, nie śmierdzą ci ręce

vype e-papieros 2

Wiele osób lubi palić po posiłku, ja również. Ale nienawidzę tego jak później śmierdzą mi dłonie. Zwłaszcza, gdy zamówiłem deser, który je się palcami.

 

Po trzecie, żar nie spada ci na ubranie

vype e-papieros

Ani nigdzie indziej. A zdarzyło mi się przypadkiem robić dodatkowe wywietrzniki i w spodniach, i w swetrach, i w kanapach, i w zasłonach. Nie żeby to zawsze wynikało z mojej wrodzonej niezdarności. Czasem ten mebel po prostu sam się napatoczył.

 

Po czwarte, nie musisz pamiętać o ogniu

A jak palisz sporadycznie, to zazwyczaj o nim zapominasz.

 

Po piąte, e-papieros jest nieinwazyjny dla niepalących

vype e-papieros 3

Dym z analogowych szlugów zazwyczaj drażni osoby niepalące i to czasem nie w tylko w nozdrza, ale i w oczy, co skutkuje łzawieniem. Ba, mnie samemu nie raz zdarzyło się uronić łzę, gdy szara mgiełka wpadła mi do oka. Z e-papierosami nie ma tego problemu, bo to, co się z nich wydobywa, to w zasadzie nie dym, ponieważ nic się nie spala, tylko para powstała przez podgrzanie płynu znajdującego się w nich. W raporcie zleconym przez organizację Public Health England, badacze z ośrodka Centre for Tobacco and Alcohol Control Studies podsumowali aktualny stan wiedzy, mówiąc:

Papierosy elektroniczne nie wytwarzają dymu, zatem jest jasne, że udokumentowane szkodliwe efekty biernego palenia ich nie dotyczą. Kontakt osób niepalących z oparami papierosów elektronicznych nie stanowi powodu do niepokoju, chociaż badania laboratoryjne sugerują, że korzystanie z e-papierosa w zamkniętym pomieszczeniu naraża innych na działanie nikotyny na poziomie jednej dziesiątej stężenia generowanego przez zwykły papieros.

 

Po szóste, jest więcej dymu

vype e-papieros 7

Tak jak pisałem we wstępie, to co mnie jara w jaraniu, to wciągnie i wypuszczanie dymu, patrzenie jak sobie leniwie frunie po przestrzeni i w jakie wzory się układa, i w przypadku e-cygaretek jest go zdecydowanie więęęcej.

 

Po siódme, nikt od ciebie nie sępi

vype e-papieros 9

Ani na imprezie, ani na ulicy, co w drugim przypadku często sprawia, że czas przejścia przez deptak w centrum miasta skraca się o połowę.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!