Close
Close

Porównanie: podryw na żywo vs. podryw na Tinderze

Skip to entry content

Przy okazji ostatniego tekstu o najpopularniejszej aplikacji randkowej, jeden z czytelników zasugerował, żebym zrobił porównanie – podryw przez Tindera kontra podryw na żywo. Sugerując, że uwodzenie w rzeczywistości, a nie przez internet jest efektywniejsze. I w ogóle lepsze. Czy faktycznie tak jest? Czy może jednak chodzenie po klubach to tylko strata czasu?

Żeby móc choć trochę sensownie odpowiedzieć na to pytanie, postanowiłem, że zrobię porównanie podrywu przez Tindera i na żywo, rozbijając tę kwestię na podstawowe składowe.

Strach przed podejściem

Tinder: przez to, że możesz nawiązać jakikolwiek kontakt z drugą osobą dopiero w momencie, gdy jesteście już sparowani i wiecie, że się sobie podobacie i chcecie się poznać, strach przed podejściem praktycznie nie istnieje (to „praktycznie” zarezerwowane jest dla turbo-ultra-introwertyków, dla których każdy kontakt z drugim człowiekiem wiąże się z dyskomfortem).

Na żywo: zależy to oczywiście od uosobienia, doświadczenia w podrywie i poziomu pewności siebie, ale dla kogoś, kto nie jest wytrawnym graczem, zawsze pojawia się mniejsza lub większa ściana, którą trzeba przeskoczyć zanim zacznie się podrywać kobietę i mniej lub bardziej paraliżujące widmo odrzucenia.

Łatwość prowadzenia rozmowy

Tinder: może to być dla Was paradoksem, ale nienawidzę rozmawiać przez internet i wszelkie komunikatory, i tego typu kontakt jest dla mnie strasznie męczący, jednak wiem, że dla większość ludzi tego typu forma prowadzenia konwersacji jest ułatwieniem, bo nie trzeba reagować natychmiast i gdy nie wie się co powiedzieć, można na spokojnie, bez presji obecności drugiej osoby, zastanowić się.

Na żywo: nie żebym był jakimś ekstra ekstrawertykiem, ale to dla mnie najbardziej komfortowy sposób prowadzenia komunikacji, jednak, znowu ujmując rzecz statystycznie, wiem, że wiele osób ma z tym problem, bo ze stresu łatwiej powiedzieć coś głupiego, a jak się rozmowa nie klei, to trzeba modlić się o cud, żeby ktoś wylał trochę Butaprenu.

Pewność, że druga strona jest wolna

Tinder: prawdopodobieństwo jest ogromne, bo teoretycznie to aplikacja dla singli szukających partnera, ale nigdy nie masz pełnych 100% pewności, że osoba, z którą rozmawiasz nie jest w związku i po prostu nie szuka opcji na seks na boku. To marginalne przypadki, ale mnie się zdarzało na takie trafić.

Na żywo: w tramwaju, na ulicy, w bibliotece, a nawet w klubie, nigdy, ale to nigdy nie możesz być pewien, czy człowiek, którego chcesz uwieść ma kogoś, czy nie. Za każdym razem musisz to sprawdzać empirycznie.

Chęć spotkania się

Tinder: tak jak wyżej, teoretycznie Tinder jest apką dla ludzi bez pary, którzy chcą tę sytuację zmienić, ale nie znaczy to, że nie spotkasz na nim gawędziar, które przyszły tu tylko „popisać z kimś”, żeby nacieszyć się namiastką relacji i nawet, gdy gadka klei się jak tapety z Castoramy, zupełnie nie zamierzają wychodzić z nią poza internet.

Na żywo: to czy poznana „na mieście” dziewczyna da Ci swój numer, a potem będzie chciała umówić się na randkę, zależy od tryliona czynników, bo mogła podać Ci swoje 9 cyfr na złość chłopakowi, z którym aktualnie się pokłóciła, być pijana, gdy Cię spotkała, realizować przegrany zakład z koleżankami, albo – jak to kobiety często mają w zwyczaju – wrócić do domu i się rozmyślić. Ewentualnie przypomnieć sobie, że jest lesbijką i tylko się zgrywała. Nie ma reguły.

Możliwość wpakowania się na minę

Tinder: ryzyko, że osoba, z którą rozmawiasz w rzeczywistości okaże się niezrównoważona emocjonalnie lub absolutnie nie podobna do tej z aplikacji, jest całkiem spore, bo jak w tej kampanii społecznej – „nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie”. Powiedzmy sobie, że trafienie na kolekcjonera kości albo blogera, który tylko udaje dziewczynę, żeby zebrać materiał do tekstu jest niewielkie, ale prawdopodobieństwo tego, że będzie brzydsza niż na zdjęciach jest już całkiem duże.

Na żywo: widziały gały co brały – w kwestii wizualnej masz podane danie na tacy. Jeśli oczywiście nie poznaliście się po pijaku w ciemnym klubie. W kwestii tego, czy przypadkiem nie jest jebnięta w głowę jest gorzej, bo takie rzeczy wychodzą po czasie i wszystkiego nie jesteś w stanie wyłapać w trakcie 15-minutowej rozmowy.

Czasochłonność

Tinder: założenie konta to jakieś 3 kliki, znalezienie pierwszej pary to jakiś kwadrans, a umówienie się na spotkanie to jakaś godzina pisania. Góra dwie.

Na żywo: wyjście do klubu to przynajmniej 3 godziny, a w przeważającej liczbie przypadków, CAŁA NOC, która później kończy się spaniem do południa i całym dniem kaca. A jeśli nie jesteś aktywnie działającym PUA to i tak nie masz pewności, czy COKOLWIEK z tego będzie.

Prawdopodobieństwo, że będziecie uprawiać seks / prawdopodobieństwo, że będzie z tego związek

Zarówno w przypadku Tindera jak i rzeczywistości, ile przypadków, tyle możliwości. Ani w jednej, ani w drugiej opcji nic nie daje Ci pewności, że – w zależności od potrzeb – znajomość skończy się szybkim seksem lub spotkasz materiał na związek. I w trakcie zakupów w galerii handlowej możesz trafić na osobę, z którą będziesz się tego samego wieczoru wymieniał płynami ustrojowymi, i na Tinderze możesz znaleźć miłość, która zaowocuje wspólnym kupowaniem poszewek na kołdrę w IKEA. A równie prawdopodobne, że spotkacie się raz i wyjdzie z tego tyle, co zawartość pełnego Pampersa.

Loteria.

Werdykt: czy podryw na żywo jest lepszy od podrywu na Tinderze?

Bardzo nie chciałem udzielać tej odpowiedzi pisząc „to zależy”, ale prawda jest taka, że niestety, to zależy.

To czy wyklikiwanie par na Tinderze i potem pisanie z nimi jest efektywniejsze od uwodzenia na mieście, zależy od tego, czy jesteś na etapie licealno-studenckim, czy pouczelniano-dorosłym. Jeśli chodzisz na zajęcia w trybie dziennym i do tego mieszkasz w koedukacyjnym mieszkaniu studenckim, to aplikacja randkowa nie ma Ci do zaoferowania nic, czego na co dzień nie znajdziesz w rzeczywistości. Jest tyle imprez, domówek, grilli, juwenaliów, projektów grupowych, czy zwykłego stania w kolejce do dziekanatu, że każdego dnia masz okazję w naturalny sposób poznać dziesiątki lasek. I nie zastanawiać się, czy na żywo są dużo grubsze niż na profilowym.

Jeśli jednak okres kupowania najtańszych parówek z Biedry i żywienia się zupkami chińskim wszelkich odmian masz już za sobą, to klikając serduszka i krzyżyki otwiera się przed Tobą całkiem nowe źródło znajomości. Jeśli dłuższy czas pracujesz na etacie lub, nie daj boże, jesteś wolnym strzelcem i zarabiasz na życie siedząc w domu, a Twoi znajomi albo dawno są po ślubie, albo właśnie takowy planują i większość spotkań wygląda jak zajęcia w szkole rodzenia, to Tinder daje Ci możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza. Bez konieczności duszenia się w papierosowym dymie, otępiania słuchu dudniącą muzyką, zarywania nocek i rozbijania świnki skarbonki przed wyjściem na miasto.

Podsumowując: jeśli jesteś około 20-tki, bujanie się po imprezach jest dużo lepsze niż Tinder, jeśli jednak jesteś około 30-tki, Tinder jest dużo efektywniejszy niż szlajanie się po klubach.

(niżej jest kolejny tekst)

23
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
12 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
sdfdsfdsDotRafalJustyna SieczkaAl ka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Wiola Starczewska
Gość

No i jeszcze prze z Tinder możesz podrywać: siedząc za biurkiem, pomiędzy jednym kliknięciem w Excel a drugim, podczas nudnego obiadu u babci, siedząc na kiblu, stojąc w kolejce w Biedrze oraz, uwaga! siedząc w barze przy drinku i mając wkoło mnóstwooo kobiet, do których można zagadać.

Piotr Enhap
Gość

A no tak, dzisiaj pisałem coś odnośnie podrywu.

Przygodę z tinderem jednak zakończyłem, na razie jestem w relacji ;) Poza tym nic nie wychwyciłem, po prostu muszę być w rzeczywistości. Cóż, czasami jak któraś przejdzie obok …. fiufiu

Basiaa
Gość
Basiaa

Po tym jak się okazało, że mój były przez kilka miesięcy, jeszcze będąc ze mną w związku, szukał sobie „koleżanek” na tinderze za moimi plecami, straciłam ochotę do korzystania z tej aplikacji.

Smok
Gość

Mógłby też szukać sobie „koleżanek” przebywając np. w bibliotece. Ale czy to jest logiczny powód, żeby przestać wypożyczać tam książki?

Jan Favre
Gość

Dokładnie. Albo przestać jeść pizzę, bo pracowała w pizzeri?

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Uo Boże no, dajcie babce spokój, chodzi o samą moc negatywnych skojarzeń do określonej rzeczy. Jakbym za każdym razem przejeżdżając z rodzicami koło McDonald’s dostawała od matki płaskiego w policzek, to pewnie bym tam nie weszła nawet gdyby rozdawali wszystko za darmo (przykład zaczerpnięty z Supersize Me).

Jan Favre
Gość

Olu, rozumiem o co Ci chodzi, ale zauważ, że to się zdarzyło raz, a nie „za każdym razem”.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ale amperaż emocjonalny był na tyle duży,że wsiadł dziewczynie na percepcję bardzo mocno.Ja ją rozumiem doskonale.

Basiaa
Gość
Basiaa

Dziękuję za zrozumienie. Dokładnie o to mi chodzi. Mam same negatywne skojarzania z aplikacją, dlatego mówię jej stanowcze nie.

Kamila Boruc
Gość

Janku, to nie smutek, że wydaje się trochę z tego artykułu, że w realu można poznać kobietę tylko na imprezie w klubie?

Jan Favre
Gość

W sensie masz na myśli, czy to nie smutek, że tak jest, czy tonie smutek, że tak napisałem?

Smok
Gość

Jest też jedna ważna zaleta aplikacji, która pojawia się w przypadku dyskotek.

W takim przybytku dziewczyna może odrzucić faceta z powodu niewyjściowych butów, spoconego czoła albo umiejętności tańca porównywalnego li tylko do pierwszych kroków potwora Frankensteina. Ów facet, który niewątpliwie będziew miał bogate wnętrze i umysł pełny myśli nietuzinkowych dostanie więc kosza.

A w aplikacji będzie miał szanse zaciekawić niewiastę słowami (albo np. podzielaniem podobnych zainteresowań) i gdy już dojdzie do spotkania, to kwestia wyglądu i podejścia do mody, czy też nawet umiejętności tańca będzie mało istotna.

I jeszcze jedno. Najlepsze są aplikacje, gdzie można napisać wiadomość do każdej użytkowniczki.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

17 sposobów na obrzydzenie sobie wiosny

Skip to entry content

Jesienią moje samopoczucie spada jak Chudy i Buzz Astral pod koniec pierwszej części „Toy Story”, a myśli spowija ciemność gęsta jak smog nad Krakowem. Zimą wpadam w letarg i błąkam się między jawą a snem, jak DiCaprio w przedostatniej scenie „Incepcji”, starając się nie wpaść w limbo. Za to wiosną… Wiosną wracam do żywych! Biegam nadaktywny na endorfinowym haju, czuję, że świat jest mój, a słońce świeci tylko dla mnie. Wiosna jest jak strzał najwyższej jakości kompotu dla heroinistów.

Mimo, że to najpiękniejsza pora roku, to da się ją skutecznie obrzydzić i poczuć wstręt do tego całego rozkwitu się fauny i flory. Mówisz, że to niemożliwe? Że nie da się mieć odruchu wymiotnego patrząc na przebiśniegi? To…

1. Stań przed przed lustrem w t-shircie i krótkich spodenkach. Stwierdź, że jesteś gruby.

2. Siądź na murku nad Wisłą. Podglądaj randkujące pary, przypominając sobie, że od roku jesteś sam.

3. Przejrzyj szafę. Zorientuj się, że nie masz żadnych fajnych niezimowych ciuchów.

4. Zobacz ludzi jeżdżących na rowerze. Narzekaj, że nie masz swojego.

5. Zaplanuj spontaniczną podróż stopem. Na którą nie pojedziesz, bo pracujesz.

6. Pójdź na piwo w plener. Dostań mandat za picie w miejscu publicznym.

7. Wybierz się na spacer do parku. W którym ostatni raz byłeś ze swoją byłą.

8. Dostań uczulenia na pyłki i słońce. Ni z tego, ni z owego w wieku 25 lat.

9. Upij się na ognisku kwietniowym. Zgub telefon, portfel i wszystkie dokumenty.

10. Przejedź się tramwajem. Z bezdomnymi. Bez klimatyzacji.

11. Przypomnij sobie o dniu wagarowicza. I o tym, że nie obchodzisz go już od 9 lat, bo jesteś za stary.

12. Odbierz fakturę za ogrzewanie. Rachunek za okres grzewczy po zimie w kamienicy zawsze poprawia humor.

13. Umów się na kawę na rynku. Zażenuj się bydłem, które robią pijani angole pod Mariackim w środku dnia.

14. Pójdź na lody na Starowiślną. Spędź 45 minut w kolejce.

15. Postanów sobie, że będziesz biegał przed pracą. Sprawdź poziom zanieczyszczeń powietrza przed pierwszym treningiem.

16. Wybierz się pojeździć na rolkach na Błonia. Najlepiej minutę po meczu Wisły/Cracovii.

17. Wejdź w psią kupę.

Nie ma za co.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Lynn Friedmann

Jak kreować negatywny obraz Polski bez wychodzenia z domu?

Skip to entry content

Od jakiegoś czasu jest głośno wokół trójki polskich Youtuberów nagrywających piosenki kabaretowe pod szyldem Gang Albanii. W swoim repertuarze mają taki utwór jak „Napad na bank” opowiadający o – uwaga, uwaga, nie zgadniecie! – napadzie na bank. Piosenka ma świetny podkład, dość przeciętny tekst, takie samo wykonanie i wyjątkowo słaby teledysk, jednak ze względu na swój kabaretowy humor i wulgarność, zyskała ogromną popularność. Ponad 24 miliony odsłuchań w rok. Do „Ona tańczy dla mnie” trochę brakuje, ale już nie tak dużo.

Czemu o tym piszę? Z powodu szkody jaką sobie robimy za granicą bez wychodzenia z domu.

Wczoraj na Facebooku ktoś znalazł Wietnamczyka, który nazywa się Naapada Nabang i skojarzył, że jego imię i nazwisko fonetycznie brzmi podobnie do wcześniej wspomnianego „Napad na bank”. I co z tego, spytacie? To, że od wczoraj profil tego człowieka przeżywa najazd Polaków. Kilkanaście tysięcy osób stwierdziło, że fakt podobieństwa między tytułem piosenki, a nazwiskiem przypadkowej osoby jest tak zabawny, że trzeba zalać ją tą informacją.

Robiąc przy okazji turbo bydło i kreując negatywny obraz Polski.

Potop

napaada nabang

Niczego nieświadomy Azjata wczoraj zaczął być zasypywany zaproszeniami do znajomych, prywatnymi wiadomości i komentarzami na jego profilu w niezrozumiałym dla niego języku, bo – przypomnijmy – wietnamski nie jest podobny do polskiego. Wcale. I nie mówimy tu o kilkunastu wiadomościach, czy kilkudziesięciu komentarzach, tylko o tysiącach. TY-SIĄ-CACH.

Wczujcie się w jego sytuację, jecie sobie niedzielny obiad z rodziną, ciesząc się końcówką weekendu, a tu nagle Wasz telefon zaczyna wariować i dostajecie dzikie liczby wiadomości po mongolsku. Nawet nie wiecie, w której części mapy są ludzie porozumiewający się tym językiem. Chcecie skontaktować się ze znajomymi, ale nie jesteście w stanie, bo nie ma jak się przebić przez falę ciągle napływających powiadomień.

Przez chwilę to może być śmieszne nawet dla obu stron, ale na dłuższą metę to uniemożliwienie korzystania ze swojego konta. Niefajnie, co?

Dzicz

dzicz 2

dzicz 1

dzicz 3

dzicz 4

dzicz 5

dzicz 6

dzicz 7

O ile napisanie „Naapada Nabang, kiedy napadasz na bank?” raz, może być śmieszne, o tyle robienie tego po raz setny jest już mega męczące. Ale to nic, dołóżcie do tego rzucanie wulgaryzmami w tego bogu ducha winnego człowieka i jawne manifestowanie rasizmu. Jesteście już zażenowani? To wmiksujcie w to jeszcze sugerowanie, że Jan Paweł II był pedofilem i spuentowanie tego bydła hasłem „Jestem z polski. Kurwa!”. Napisanie nazwy własnego kraju mała literą, to musi być duma, co? Ale co ja się czepiam, jest „kurwa” na końcu, więc wszystko się zgadza. I teraz pomyślcie, że któryś z tych komentarzy ten człowiek przetłumaczył sobie na wietnamski. Albo lepiej, że ktoś z jego znajomych zna polski. Albo jeszcze lepiej, że któryś z ichniejszych tabloidów, jakiś lokalny naTemat, podchwyci tę sytuację i wysmaruje o tym jednostronny, subiektywny artykuł, charakteryzujący wszystkich Polaków.

Piękna wizytówka naszego kraju, co?

Kradzież tożsamości

Gdyby rasizmu, mieszania z błotem i upadlania symbolu Polski było mało, to nasi rodacy postanowili na wszelki wypadek pójść krok dalej. I tworzyć Wietnamczykowi profile podszywające się pod niego. Kradnąc jego zdjęcia i dane osobowe. Kradnąc jego tożsamość. Cudowne. Z pewnością każdy z Was o tym marzy, żeby z prywatnej, anonimowej osoby, zupełnie bez swojego udziału i żadnego powodu stać się maskotką internetu, która będzie eksploatowana dopóki się nie znudzi, a potem zostanie rzucona w kąt. Z tym, że to, że odwróci się od niej zainteresowanie, nie znaczy, że chaos wokół niej zniknie.

Wyobraźcie sobie, że ktoś stworzył Wam kilkanaście profili, na których widnieje Wasza twarz, Wasze imię i Wasze nazwisko. I nie macie wpływu na to, co jest na nich publikowane. A może to być dosłownie wszystko, zarówno „memy”, na których zamiast nosa macie pochwę, jak i treści sugerujące odmienną orientację, bądź uderzające w Waszą religię albo w aktualnego prezydenta. Tłumaczenie się z tego pracodawcy lub prokuraturze musi być przezabawne.

Boki zrywać.

Użyj wyobraźni

Kieruję ten tekst do osób, które uważają tę sytuację za śmieszną albo dołożyły swoją cegiełkę do tego, żeby jeszcze ją dośmiesznić.

Możecie sobie z tego nie zdawać sprawy, ale posługując się językiem polskim i mówiąc, że jesteście z Polski, reprezentujecie nie tylko siebie, ale cały kraj. I nie musicie nawet wyjeżdżać za granicę, żeby to robić. Wystarczy, że napiszecie coś na facebookowym profilu jakiegoś obcokrajowca. Jeśli będziecie mili i kulturalni, tak też będzie postrzegane miejsce, z którego pochodzicie. I to samo tyczy się sytuacji, gdy będziecie zachowywać się jak jaskiniowcy. Przez pryzmat tego co robicie, ktoś będzie wyrabiał sobie opinię o całym narodzie. Teraz może mało was to interesuje, bo siedzicie w cieplutkim domku na wygodnej kanapce, ale gdy pojedziecie do Wielkiej Brytanii, a ktoś będzie widział w was chlejące wódę bydło, nie będzie wam już tak milutko.

Skojarzenie, że Napaada Nabang i „napad na bank” brzmi podobnie może i jest śmieszne, ale sugerowanie komuś z drugiego końca globu, że kraj, o którym jak dotąd nie miał pojęcia, zamieszkują same dzikusy, już tak śmieszne nie jest. Zwłaszcza, gdy to twój kraj.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Paul Gillard

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!