Close
Close

Zasada szczoteczki, czyli skąd wiadomo, że nie chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Nie chciałaś być sama. Już nawet nie chodziło o to, że na spotkaniach ze znajomymi, gdzie pary licytowały się na kupione szafki w IKEA, czułaś się jak piąte koło u wozu, równie na miejscu, co heteryk w gejowskim klubie. Wkurwiało Cię to jak bezpłatne nadgodziny, ale istotniejsze było co innego. Nie chciałaś być sama, bo miałaś już dość trzymania w sobie miłości na później. Tłamszenia wewnątrz tych wszystkich uczuć w pastelowych kolorach, które chciałaś dzielić z drugą osobą, ale wciąż musiałaś odkładać je na później. Później, które nie nadchodziło. Bałaś się, że stanie się z nimi to samo, co z tym winem, które dostałaś po obronie magistra i trzymałaś na specjalną okazję. Że od tego czekania, przekroczą datę ważności i zamienią się w ocet, a okazja nie nadejdzie.

Wzięłaś sprawy w swoje ręce. Poznaliście się przez tę straszną aplikację. Tę, którą wszyscy nazywali wirtualnym burdelem. To znaczy, wszyscy którzy o niej słyszeli, ale nigdy jej nie używali.

Napisał, że masz ładne okulary i wyglądasz w nich trochę jak Audrey Hepburn, co całkiem Cię ujęło, bo kupując je faktycznie myślałaś o swojej ulubionej aktorce. I było to o niebo lepsze, niż te wszystkie teksty o spadaniu z nieba i wiadomości typu kopiuj-wklej. Przed pierwszym spotkaniem pół dnia zastanawiałaś się jak się ubrać, chciałaś zrobić na nim wrażenie, ale jednocześnie nie chciałaś, żeby za dużo sobie pomyślał, starając się przy tym, abyś ani nie wyglądała jak po treningu na siłowni, ani jakbyś właśnie szła na studniówkę. Ostatecznie ubrałaś się jak na rozmowę o pracę. W charakterze hostessy. A on po prostu włożył luźne dżinsy, polówkę i sweter.

Mimo turbo dekoltu, udało mu się nie patrzeć na Twoje cycki przez całą randkę i nawet dał radę na tyle skupić się na rozmowie, by kilka razy Cię rozśmieszyć. Coś z tego będzie?

Wylądował między Twoimi udami na czwartym spotkaniu i na dobrą sprawę nie byłaś w stanie stwierdzić, czy to się stało „już”, czy „dopiero” na czwartym spotkaniu. Klasyczny dylemat singielki zmęczonej byciem singielką – zaspokoić swoją potrzebę bliskości, czy nie wyjść na łatwą? Na drugi dzień zadzwonił. I na trzeci. I na czwarty. I po tygodniu trudno było Ci wytrzymać więcej niż dobę bez usłyszenia jego głosu. I dosiadania go.

Seks był dobry. Bardzo dobry. Po takim czasie celibatu zadowoliłabyś się nawet kwadransowym misjonarzem, byleby tylko ktoś Cię wziął po, a nie przed grą wstępną, i dał się wtulić już po wszystkim, a tu nieoczekiwanie dostałaś mistrza minety i wirtuoza łechtaczki w jednym.

Kiedy lepka od podniecenia wchodziłaś na niego, wiedział co z Tobą zrobić. Wiedział jak Cię dotykać, kiedy przyspieszyć i w którym momencie złapać Cię za szyję żebyś doszła. Wiedział to tak dobrze, że zaczęłaś się zastanawiać ile innych musiał mieć przed Tobą, żeby posiąść tę wiedzę. I ile będzie miał po Tobie.

Pobawi się i zostawi? Zależy mu tylko na seksie?

Poza byciem w Tobie, zdarzało Wam się być razem też w innych sytuacjach. Zdobywaliście się na takie wariactwa jak wyjście do kina, obiad na mieście, a nawet spacer. Raz doszło do tego, że aż wyszliście na piwo z Twoimi znajomymi i jakimś cudem nie pozabijałaś ich tulipanem z barowego kufla, gdy zaczęli przerzucać się kompromitującymi faktami z Twojego życia. Był pierwszym facetem od 3 lat, z którym chciałaś robić coś więcej niż udawać zainteresowanie i wmawiać sobie, że nie ma ideałów i najważniejsze to, żeby mentalnie był choć trochę dojrzalszy niż Kuba Wojewódzki. Wpadałaś w niego jak w ruchome piaski i bałaś się, że po drugiej stronie może jednak nie być tęczy i gara ze złotem.

Było Ci z nim dobrze, gdy przychodził do Ciebie wieczorami… ej, ej, stop! Koniec o seksie! Ustaliliśmy, że znaleźliście w tym temacie wspólną płaszczyznę. Mówiąc dosłownie. Dobra już, wróćmy na ziemię niewyżyta kobieto, życie nie kręci się tylko wokół łóżka! Jeszcze raz: było Ci z nim dobrze, był inteligentny, potrafił Cię rozśmieszyć i miał dużo mniejsze ego niż kutasa, przez co lubiłaś z nim spędzać czas również w pozycji wertykalnej. I miałaś wrażenie, że jest to lubienie z wzajemnością. Tyle, że wrażenia mają to do siebie, że bywają złudne, a Ty ciągle nie byłaś pewna na czym stoisz. Mijały już 2 miesiące, a Ty wciąż nie poznałaś żadnego z jego znajomych, bywały dni, że nawet nie wysłał Ci głupiego smsa o tym, że pada i jest wtorek, nigdy nie mówił o Was w liczbie mnogiej, a na imprezę firmową poszedł sam. Lub z inną.

Kolejne zestawy pościeli lądowały w praniu, a Ty wciąż nie wiedziałaś, czy coś z tego będzie.

Nie składaliście sobie żadnych deklaracji, nie wpuścił Cię do swojego świata na tyle, byś mogła czuć się jego częścią i zastanawiałaś się, czy znów nie otworzyłaś serduszka przed kimś, kto nie chciał się w nim zadomowić, tylko sprawdzić, czy wygodne. Kolejny raz, bo już trafiłaś na pana, który pozwolił zakwitnąć uczuciom, które w Tobie rosły, by z dnia na dzień odciąć im dopływ wody i pozwolić im zwiędnąć jak zwykłym chwastom. Bolało za pierwszym razem. Bolało za drugim razem. I nie chciałaś po raz trzeci czuć bólu, gdy ktoś ususza to, co najdelikatniejszego nosisz w sobie. Bałaś się, że to, co Ty widziałaś jako ziarno kiełkującego związku, dla kogoś było tylko zbędny nasieniem, które się oddaje, wdeptuje w glebę i idzie dalej.

Piętrzący się chaos w Twojej głowie poukładało jedno niepozorne zdanie, wypowiedziane tuż przed tym, jak znowu miałaś ułożyć się do snu, opierając o jego ramię i zastanawiając, czy będzie następny raz.

– Zostawiam u ciebie swoją szczoteczkę, pamiętaj, że ty masz z Colgate, a ja Oral-B, bo obie są zielone.

– Szczoteczkę?

– No, szczoteczkę. Do mycia zębów. Wiesz, takie plastikowe coś z włóknami na co kładziesz pastę i wkładasz do ust, a potem przeciągasz po tym czymś, co ci wystaje z dziąseł, posuwistymi ruchami. Nasza cywilizacja nazywa to szczoteczką do zębów.

Jeśli mężczyzna zostawia u Ciebie swoją szczoteczkę do zębów, to możesz mieć pewność, że coś z tego będzie. Gdyby interesował go tylko seks, nawet by o tym nie pomyślał, nie mówiąc już o wykonaniu tak skomplikowanego procesu, jakim jest pójście do sklepu i kupienie jej. Nie wiedziałaś, że faceci to lenie i dopóki się nie zaangażują, mogą całe tygodnie myć zęby palcem, jak na zielonej szkole?

Teraz już wiesz. Nie ma za co.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tomaz Stolfa

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Test: jak dobrze znasz się na kobietach?

Skip to entry content

8 marca – dzień płci karmiącej. Bez kobiet, ani nie byłoby na nas na tym świecie, ani Nervosol nie sprzedawałby się w takich ilościach. Z okazji święta wszystkich matek, sióstr, córek, babć i pań z urzędów, warto zastanowić się, co my – mężczyźni – tak naprawdę o nich wiemy. Oprócz tego, że oczywiście każda z nich nie jest taka jak wszystkie. Co zupełnie nie stoi w sprzeczności z tym, że każda pada jak wygrana w Totolotka na widok Ryana Goslinga.

Wydaje Ci się, że coś tam ogarniasz z tymi laskami, bo raz udało Ci się bez pudła wyliczyć dni niepłodne? Nie bazuj na przypuszczeniach, sprawdź jakie są fakty! Przejdź test i dowiedz się jak dobrze znasz się na kobietach!

[qzzr quiz=”149216″ width=”100%” height=”auto” redirect=”true” offset=”0″]

Porównanie: praca z domu vs. praca w biurze

Skip to entry content

Odkąd zrezygnowałem z pracy na etacie, oprócz ciągłych pytań z czego będę żył jak minie moda na blogi i co robię z tym całym wolnym czasem, którego przecież nie poświęcam na pracę na blogu, bo to nie praca, słyszę, że powinienem całą Trójcę Świętą w bonusie z Maryją Wieczną Dziewicą całować po stopach, bo mogę pracować w domu. Dla przeciętnego etatowego pracownika, który, czy to przez charakter wykonywanego zajęcia, czy też ze względu braku cieć budżetowych w jego firmie, nie doświadczył jeszcze korporacyjnego „home office’u”, praca z domu wydaje się słodką opierdalanką przełamywaną słonym nicnierobieniem, w atmosferze różowych jednorożców skaczących nad nagimi niewolnicami każdego koloru skóry i rozmiaru miseczki, wachlującymi jegomościa leżącego z lapkiem na brzuszku i pierdzącego w ulubioną kołderkę.

Pracuję z domu od ponad półtora roku i wygląda to nieco inaczej. Nie mówię, że to katorga, przy której robota Syzyfa jest drapaniem się po jajkach, bo wtedy z pewnością bym to zmienił, ale nie jest tak nieznośnie sielankowo jak się to biurocopom wydaje. Dlatego, żeby to dobitnie zobrazować, przygotowałem porównanie zestawiające pracę z domu i pracę w biurze.

Dojazd, czyli jak mi się nie chce

Dojeżdżanie do biura nie jest czymś co spędza sen z powiek, raczej mocno tych powiek łapie się oburącz i z całej siły ciągnie je w dół, szepcząc do ucha jak Scarlet Johanson w „Her” pobudzające wyobraźnię: „zostań w domu, nie wychodź spod kołdry, tu Ci będzie lepiej”. Jasne, zrywanie się z łóżka w środku nocy, gdy zimą o 6:30 całe miasto jeszcze spowija mrok, nie jest mega opcją. Kiszenie się latem z obszczanym alkoholikami w komunikacji miejskiej i sprawdzanie ile przystanków jest się w stanie przejechać bez oddychania, też nie należy do najmilszych.

To wszystko prawda.

Tyle, że jeśli pracujesz z domu i masz świadomość, że nigdzie nie musisz dojeżdżać, bo z półprzymkniętymi oczyma możesz włączyć laptopa jeszcze w łóżku, sprawia, że czasem naprawdę trudno spod tej kołdry wyjść. I jeśli nie masz zewnętrznego przymusu, że musisz doprowadzić się wizualnie do stanu używalności, to bywa tak, że cały dzień chodzisz w piżamie. A czasem i całe dnie. Bo po co przebierać się, czesać i pięknić, skoro nikt Cię nie będzie oglądał, a w tym w czym, a przede wszystkim pod tym pod czym, spałeś jest tak wygodnie? To może doprowadzić do sytuacji, że po jakimś czasie w lustrze zamiast siebie widzisz pensjonariusza domu spokojnej starości.

Werdykt: remis.

Dress code, czyli korpokostium

Szczerze mówiąc brak konieczności przebierania się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w biurowy uniform był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem stanowisko kreatywne w branży reklamowej. A pracując z domu masz co dzień „ultra casual friday”.

Werdykt: nie będę Was trzymał w napięciu, dom wygrywa.

Atmosfera, czyli ludzie

W pracy, jak w klasie w podstawówce, są ludzie, którym śmierdzi z ust, pierdolą jak potłuczeni, albo samym wyglądem doprowadzają Cię do szału. I mimo, że ich nienawidzisz z całego życzliwego serduszka, które obdarowałoby wszystkich biednych, pokrzywdzonych i wegan, to wiesz, że jedyne co możesz zrobić, to się wkurwiać, bo zobaczysz ich jutro, po jutrze i po weekendzie. I tak w kółko, aż do emerytury.

W domu nie musisz z nimi przebywać, ani w jednym pomieszczeniu, ani nawet w jednym budynku. Tyle, że nie przebywasz też z nikim innym, a – spodziewam się, że się tego nie spodziewałeś – przebywanie z ludźmi w trakcie pracy jest bardzo ważne. Dlaczego? Bo Ci ludzie tworzą atmosferę do działania i motywują do nie odświeżania setny raz Fejsa. Jeśli przez 8 godzin widzisz, że wszyscy wokół Ciebie uwijają się jak Jenna Jameson w trakcie gangbangu, to to podejście też Ci się udziela i Twoja praca jest dużo bardziej efektywna. Jeśli jesteś pozostawiony sam sobie zarówno do pracowania, motywowania i bicia linijką po łapkach w przypadku opierdalanki, to jest dość trudno nie zamulić i nie zawiesić się na godzinę na przeklikiwaniu Youtube’a w poszukiwaniu piosenki z dzieciństwa.

Werdykt: w pracy chodzi o to, żeby pracować, a nikt Ci nie narzuci takiego chomąta jak biuro, tak że dom przegrywa.

Biurko, fotel i podkładka pod myszkę, czyli sprzęt

Tu jest większa loteria niż przy podrywaniu na „bolało? Jak spadłaś z nieba?”. Będąc etatowcem miałem okazję i pracować na kompach bardziej zamulonych niż człowiek w śpiączce, siedząc na chybocących się krzesłach pamiętających denominację złotówki, i przy trubo wypasionych sprzętach z górnej półki, rozwalając się na fotelu prezesa Orlenu. W domu z kolei masz taki sprzęcik i metraż miejsca, w którym pracujesz, na jaki pozwoli Ci budżet. A z tym bywa różnie. Bardzo różnie.

Werdykt: rzuć monetą, bo nie ma reguły.

Przerwy, czyli niepraca

Ci którzy nigdy nie pracowali z domu myślą, że cały dzień jest jedną wielką przerwą z przerwą na sprawdzenie maili. I tak niestety czasem bywa. Czemu niestety? Bo przypominam, że w pracy chodzi o pracę, a jeśli w niej jesteś i się opierdalasz, to może się to skończyć na dwa sposoby:

a) tracisz ją

b) nadrabiasz po godzinach albo w weekendy

Oba warianty są chujowe, więc dla Twojego dobra jest niekorzystanie z żadnego. Dodajmy jeszcze, że o ile siedzisz 8 godzin w biurze i w trakcie przerwy chcesz pobyć sam, to masz taką opcję. Zamykasz się w kiblu albo wchodzisz na dach i załatwione. Z kolei, będąc 8 godzin zamkniętym sam ze sobą w swoim sześcianie, przychodzi taki moment, że w trakcie przerwy chcesz pobyć z ludźmi i tu już jest problem, bo powiedzmy sobie, że sąsiedzi wyprowadzający psy pod Twój blok to nie do końca ludzie, a też trudno, żeby w 30 minut zrobić objazd po znajomych bez teleportu.

Werdykt: biuro nokautuje dom.

Kuchnia, czyli brudne kubki i podpierdalanie jedzenia z lodówki

Z firmowej lodówki nigdy nie stracił przygotowanego wcześniej obiadu tylko ten, kto odżywia się energią słoneczną. Znikające hermetyczne pudełka z gołąbkami są normą. Przywłaszczanie sobie cudzych herbaciano-kawowych kubków jest normą. Palenie głupa, gdy w kuchni pojawia się ogłoszenie o podjebanej własności jest normą. W domu normą jest, że takie rzeczy się nie dzieją, chyba, że mieszkasz na parterze i bezdomni robią sobie noclegownię z Twojego mieszkania pod Twoją nieobecność.

Werdykt: dom jest zwycięzcą. Jeśli tylko nie mieszkasz na parterze.

Czy praca z domu faktycznie jest tak zajebista?

Punktacja na koniec porównania wynosi 3:3 i tak faktycznie jest – nie ma zwycięzcy. Praca z domu na samym początku wydaje się złapaniem złotej rybki i zażyczeniem sobie nieskończonej liczby życzeń, jednak na dłuższą metę okazuje się nieefektywna i równie, jeśli nie bardziej, męcząca. Najlepszą opcją jest mieszanie tych dwóch wariantów i, jeśli jest taka możliwość, praca na przemian – na przykład 2 tygodnie w biurze, 2 tygodnie z domu, aby balansować nastawieniem i poziomem energii.

Gdyby to nie wchodziło w grę, zawsze można rzucić tę robotę w cholerę, wyjechać w Bieszczady i zająć się hodowlą owiec, które nie muszą być ani w biurze, ani w domu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Clement127