Close
Close

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość

Skip to entry content

Anna German – „Bez Ciebie nie ma mnie”

Przy Tobie z Tobą i dla Ciebie świat się zielenił.
A teraz pusto w całym niebie, na całej ziemi
I nie ma mnie bez Ciebie, nie ma mnie,
i lustro kłamie, nie ma mnie,

Od momentu, w którym pojawiamy się na tym świecie, system i popkultura fundują nam zbiorowe pranie mózgów, wtłaczając w nas przekonania, przez które jako dorośli ludzie  jesteśmy głęboko nieszczęśliwi.

System edukacji okłamuje nas, że zdobycie tytułu magistra jest gwarantem pracy i sukcesu zawodowego. Komedie romantyczne wmawiają mężczyznom, że skutecznym sposobem zdobycia kobiety jest nieustanne nadskakiwanie jej, obsypywanie prezentami i przybieganie na każde zawołanie, jak dobrze wytresowany pies. Kolorowa prasa przekonuje dziewczyny, że o ich atrakcyjności stanowi ciągłe podążanie za modą i bycie na bieżąco ze wszystkimi trendami. Facebook i Instagram kreują świat, w którym wszyscy dookoła Ciebie nieprzerwanie mają turbo interesujące życie składające się tylko z rozrywki i wycieczek.

A popowe piosenki przekonują, że nie możesz być szczęśliwy bez drugiej połówki, bo to związek czyni życie wartym życia.

Ludzie szukają drugiej połówki

JWP – „Do dupy”

Wyjeżdżam dziś, lecz jutro wrócę kiciu
Twój miś, P.S Nadajesz sens memu życiu!

Filmy, seriale, książki i piosenki zarażają młode umysły nowotworem idei, że szczęście w pojedynkę jest niemożliwe. Wmawiają ludziom w każdym wieku, że ich nadrzędnym celem jest życie w związku, bo tylko wtedy takie życie jest wartościowe i ma jakikolwiek sens. Z popkultury płynie prosty przekaz: będąc samemu NIE MOŻESZ cieszyć się życiem.

Już samo określenie „druga połówka” jasno stwierdza, że nie jesteś kompletny, autonomiczny, zdolny do samodzielnej egzystencji. Jesteś tylko połową czegoś. Nie jesteś jednostką, jedną całością, skończonym, niezależnym tworem, jesteś zaledwie połową, która musi znaleźć drugą połowę, że była w pełni wartościowa. Kompletna. Tak jakbyś wychodząc z łona matki miał tylko jedną rękę, jedną nogę i na gwałt musiał znaleźć kogoś, kto ma drugą, żeby w ogóle móc zawiązać buty.

Ale to gówno prawda.

Jeśli tylko nie jesteś bliźniakiem syjamskim – a statystyka mówi mi, że jednak nie – to masz komplet rąk, komplet nóg, komplet uszu, komplet oczu, komplet jąder lub jajników, i – jeśli tylko za dużo czasu nie spędzasz w internecie – komplet szarych komórek też powinien się znaleźć. I to zupełnie wystarcza, żebyś realizował plany, spełniał marzenia, zdobywał szczyty, pokonywał morza, rozwijał karierę i odnosił sukcesy. I się tym cieszył. I był z tego dumny. I czuł satysfakcję. I co tylko chcesz. Nie ma absolutnie żadnych logicznych przeciwskazań, żebyś to wszystko robił w pojedynkę.

Nawet do osiągania orgazmów nie jest Ci potrzebna druga osoba. Nie jesteś połówką. Jesteś całością.

Ludzie znajdują drugą połówkę

Messajah – „Lepsza połowa”

Wszystko co najlepsze przynosisz mi Ty
Dajesz mi radość z życia i ocierasz łzy
Już na zawsze chcę być z tobą bo
Jesteś moją lepszą połową

Po wieloletnim faszerowaniu kłamstwem, że życie w pojedynkę to nie życie, a już na pewno nie życie, które warto żyć, ludzie zaczynają wierzyć, że tym, co nada sens ich egzystencji, jest właśnie druga osoba. Nie pasja, nie poznawanie świata, nie realizowanie się, nie doświadczanie przeżyć, nawet nie praca. Druga osoba.

Warunkują poczucie własnej wartości i zasadność niestrzelenia sobie w łeb posiadaniem innego człowieka. I to posiadaniem niemal dosłownym. Więc, gdy już, zdecydowanie mniej niż bardziej metaforycznie, zdobędą go, chcą się do niego przykuć łańcuchem, żeby nie uciekł, ani żeby nikt go nie zabrał, jakby był walizką z hajsem z początku „Chłopaki nie płaczą”. I aby wzmocnić ogniwa tego łańcucha, wypowiadają magiczne zaklęcia typu „jesteś moim światełkiem w tunelu”, „bez ciebie nie ma mnie”, „gdyby nie ty, nie miałbym po co żyć” lub „wszystko bez ciebie to chuj”. I mimo głębokiej wiary w przyciągającą moc tych aforyzmów, po dłuższym czasie skutek najczęściej jest odwrotny.

Bo jakbyś się czuł, gdyby ktoś Ci w kółko powtarzał, że jesteś jedynym powodem, dla którego jeszcze nie skoczył z dachu? Że nic poza Tobą nie trzyma go przy życiu? Obciążające, co?

Ludzie tracą drugą połówkę

Oddział Zamknięty – „Bez Ciebie”

Bez Ciebie już nie ma mnie
Bez Ciebie już życie traci sens
Bez Ciebie mój cały świat nic już nie jest wart

Pomagałeś kiedyś iść kuśtykającej osobie? Albo jeszcze lepiej, niosłeś kiedyś na swoim barku zwłoki znajomego, którego przerósł melanż i wypił o jednego za dużo? Męczące, co? Tak brać na swoje plecy ciężar drugiej osoby i nieść Was dwoje? To teraz wyobraź sobie, że osoba, której na bieżąco dajesz odczuć, że jest jedynym powodem, dla którego oddychasz, nie ma tak od drzwi kamienicy, w której była impreza do drzwi taksówki, tylko cały czas. Non stop. Nieustannie czuje, że musi brać na siebie Twój ciężar i mieć tyle siły, żeby iść za Was oboje. A ta siła się kiedyś kończy. Bo jak długo można być ratownikiem wyławiającym topielca z bezsensu egzystencji? Nawet David Hasselhoff w „Słonecznym Patrolu” brał czasem wolne.

Zawęziłeś cały świat do tej osoby, więc gdy odchodzi, czujesz się jakby cały świat się skończył.

Nie zostałeś sam ze sobą. Zostałeś z siebie połową. Bo nie wierzyłeś, że jesteś na tyle kompletny, by egzystować w pojedynkę. A teraz, gdy świat wypadł Ci z Twoich rąk, jak na piątej płycie Myslovitz, jesteś o tym dogłębnie przekonany, bo tyle czasu sobie to wmawiałeś, że kłamstwo stało się prawdą. I nie budzisz się z ręką w nocniku. Budzisz się z ręką próbującą wyciągnąć Cię za uszy z szamba, w które wpadłeś. A gdy masz na tyle słaby wzrok, że nawet nie widzisz, w jakiej sytuacji się znajdujesz, topisz się.

***

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość. Nie trzeba kończyć matematyki stosowanej, żeby wiedzieć, że 1+1, to więcej niż 0.5 + 0.5.

autorem zdjęcia w nagłówku jest jst.fd
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Skąd bierze się biała plamka na spodzie bułki w McDonald’s?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W zeszłą środę razem z trójką czytelników (Pawłem, Patrycją i Pauliną) byłem w McDonald’s na ulicy Floriańskiej w Krakowie, zobaczyć jak lokal wygląda od kuchni (mówiąc dosłownie), sprawdzić jak to wszystko funkcjonuje od środka i skonfrontować kilka mitów z rzeczywistością. I prócz sentymentalnego powrotu do czasów, gdy sam pracowałem w Maku w trakcie studiów, mam dla Was odpowiedzi na większość pytań, które zadawaliście na Fejsie. Na większość, a nie na wszystkie, bo niektóre były tak niedorzeczne, że już po przeczytaniu ich na głos oczywiste było, że to absurd i nieprawda.

Nie przedłużając… jedziemy z tematem!

Co się dzieje z jedzeniem, które wystygnie?

sekretne menu mcdonalds

Wielu z Was zastanawiało się, co się dzieje z hamburgerami, które wystygły zanim ktoś je zamówił. Otóż wcześniej, kanapki, które przekroczyły dopuszczalny czas oczekiwania (i nie były już ciepłe, przez co, nie można było podać ich klientom), były liczone jako straty i wyrzucane. Natomiast w tym momencie, w lokalach, które przeszły modernizację (i stanowisko do składania zamówień oddzielone jest od stanowiska, w którym wydaje się jedzenie), niemal wszystko robione jest dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta, po to, aby wyeliminować sytuację stygnięcia szamy i zminimalizować straty do zera.

Dlaczego nie można zimnego jedzenia oddać bezdomnym? Bo pojawia się kwestia podatku od darowizny i niestety firma nie może ot tak, oddać komuś za darmo swoich produktów, tylko musi za to zapłacić, więc to mało ekonomiczna sprawa. A czemu nie można przewieźć tego jedzenia do schroniska dla zwierząt? Z tego samego powodu, plus, dochodzi do tego jeszcze kwestia transportu i spełnienia odpowiednich warunków do składowania żywności, więc też średnio się to kalkuluje.

Takie prawo, panie.

Czy w McMuffinach są jajka z proszku?

mcmuffin jajka

Nie. Byłem w chłodni, widziałem na własne oczy, wyżej macie foto. Są normalne jajka dwójki, od kur z chowu ściółkowego.

Przy okazji kwestii półproduktów z proszku, ktoś pytał, czy cebula w hamburgerach jest prawdziwa. Tak, cebula, tak jak wszystkie warzywa, i również wszystkie mięsa, jest prawdziwa. Nie z proszku, nie z drukarki 3D, nawet nie z amelinium.

Czy do cheesburgerów dodaje się środki antywymiotne? (opcjonalnie: czy do jedzenia w Maku dodaje się środki uzależniające)

środki natywymiiotne w mcdonalds

To jest ten typ pytania, który od razu po przeczytaniu na głos wydaje się idiotyczny i naprawdę trudno wziąć na serio, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach wierzył, że legalnie działająca firma robi coś takiego. Przedsiębiorstwo działające w tylu miejscach w Polsce i podlegające tylu różnym nieustannym kontrolom, bez zająknięcia zostałoby zamknięte, gdyby tylko faszerowało czymś jedzenie, ale to pytanie pojawiło się tyle razy, że oficjalnie na nie odpowiadam.

Uwaga, uwaga: nie.

Do wołowiny nie dodaje się nic poza solą i pieprzem (które widzicie powyżej) już po usmażeniu i, żeby nie było wątpliwości, do ŻADNYCH innych produktów w McDonald’s nie dodaje się ani środków antywymiotnych, ani uzależniających. Czuję się w tym momencie trochę, jakbym ogłaszał, że dokonałem przełomowego odkrycia i informował Was, że Ziemia jednak nie jest płaska, tylko okrągła, ale piszę to, żeby mieć czyste sumienie.

Do tego jedzenia nie wraca się dlatego, że ktoś coś do niego dosypał, tylko dlatego, że jest smaczne. Eureka co? Wiem, że prawda jest mało spektakularna, ale cóż, tak jest. A wchodzi dobrze na kacu, bo jest słone i ma w sobie tłuszcz. Podobnie jak pizza, kebaby, czy curry wursty.

Skąd się bierze biała plamka na spodzie bułki w McDonald’s?

plamki na bułkach w mcdonalds

Kolejna turbo spiskowa teoria mająca powiązanie z poprzednią. Co na temat „tajemniczych” plamek na spodzie bułek z hamburgerów w Maku mówią legendy miejskiej? Że to oczywiście miejsce, gdzie dodawana jest tabletka antywymiotna lub uzależniająca (w zależności, kto jest sympatykiem jakiego spisku).

Jaka jest prawda? To ślad po pęcherzu powietrza, który zostaje uwięziony w bułce, gdy placek niewyrośniętego ciasta trafia do formy. Szczelnie zamknięte ciasto zamyka trochę powietrza, które nie ma jak się wydostać.

Powtórzę jeszcze raz, żeby nie było wątpliwości: ta biała plamka, to ślad po powietrzu.

Czy nuggetsy powstają z różowej masy mięsa oddzielonego mechanicznie?

mcnuggets

Naoglądałem się różnych filmów w sieci i też się poważnie nad tym zastanawiałem. Niestety, kolejne rozczarowanie. Gdyby McNuggets były z przemielonego MOM, to po przerwaniu byłyby takiej konsystencji jak parówka. A nie są. Gdy przerwiecie je w połowie, wyglądają jak usmażona pierś kurczaka. Pewnie dlatego, że są z piersi kurczaka. Tyle, że pociętej.

Czy jedzenie z McDonald’s faktycznie się nie psuje?

mięso w mcdonalds

Coś na co czekały wszystkie tygryski. W tym ja.

Z tego co ustaliłem, to, po pierwsze, jedzenie z Maka psuje się, jak każde inne, tyle, że, jak każde inne, musi mieć ku temu odpowiednie warunki. Czyli ciemność, wilgoć i dostęp do bakterii. Jeśli ktoś nie będzie go dotykał, gołymi, niewysterylizowanymi rękami, a dodatku położy je w suchym, przewiewnym miejscu, to stanie się z nim to samo, co z szynką parmeńską, która wisi sobie po kilkanaście miesięcy, również nie psując się. Mianowicie, ususzy się.

Po drugie, i frytki, i hamburgery są solone, co ułatwia mumifikację. Czyli zasuszanie się.

Po trzecie, jak to mawiał Albert Einstein do swoich uczniów, nie wierzcie we wszystko co zobaczycie w internecie. A najlepiej przeprowadźcie taki test samemu i sprawdźcie, czy faktycznie tak jest. Bo może się okazać, że jednak Demotywatory kłamią. Tak jak w przypadku Grubsona i jego rzekomego raka.

praca w mddonalds

To tyle z naszej wizyty w Maku na Floriańskiej, ale jeśli jesteście dalej głodni (hehe) konfrontowania mitów z rzeczywistością, to sprawdźcie tekst dotyczący pracy w McDonald’s, relację z wizyty w zakładach dostarczających mięso i frytki, albo po prostu zadajcie im pytanie bezpośrednio. Bo, kto pyta, nie robi sobie siary przy znajomych, jak mówi stare polskie przysłowie.

Dzień, w którym całym sercem zacząłem popierać Janusza Korwina-Mikkego

Skip to entry content

Jeśli oczekiwałeś jednoznacznej deklaracji poglądów politycznych od pierwszej linijki, to wstrzymaj swoje konie, jak mawiają Amerykanie. Sprawa jest dużo bardziej poważna i zawiła. Prawie tak zawiła jak fabuła „Mody na sukces”.

Jakieś półtora miesiąca temu, zaczęło mnie boleć ucho, ale jak na prawdziwego mężczyznę, leczącego każdą dolegliwość banieczką albo dwoma, przystało, zignorowałem to. Nie będę przecież z jakimś głupim uchem od razu biegł do lekarza jak jakaś baba, co nie? No, to po tym jak pewnej nocy myślałem, że zwariuję z bólu i nie zmrużyłem oka do godziny 3:00, kiedy to półprzytomny pobiegłem na Orlen po cokolwiek przeciwbólowego, stwierdziłem, że jednak bez wizyty u pani w białym kitlu się nie obędzie. Mimo, że chodzenia po przychodniach i wysiadywania w kolejkach nienawidzę tak mocno, jak smażonej wątróbki, buraków i zimnej pizzy.

No i się zaczęło.

Najpierw poszedłem do lekarza rodzinnego, który przyjął mnie mimo, że owej rodziny  wcale nie posiadam. Miło z jego strony. Przyjął i powiedział, cytuję „ma pan zapalenie gardła i powiększony migdałek uciska trąbkę słuchową, przez co boli pana ucho”. Ani gardło mnie nie bolało, ani nie spodziewałem się żadnych instrumentów dętych w swoim organizmie, ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi. Dostałem siatkę leków, od których po tygodniu miało mi przejść.

Nie przeszło, no to jeszcze raz udałem się do lekarza rodzinnego, który przyjmuje również singli.

– Ma pan tyle woskowiny w uszach, że ja tam nic nie widzę. Nic. Nawet jakbym chciała dojrzeć, to nic. Nic nie widać, kompletnie nic – powtórzyła to tyle razy, że miałem wrażenie jakby grała w jakieś medyczne literaki i dostawała premię słowną za każdym razem, kiedy powie słowo „nic”.
– W sensie, sugeruje pani, że się nie myję? – co jest zarzutem absurdalnym, bo staram się to robić, co najmniej raz w miesiącu, a w okresach kiedy wychodzę z domu, nawet dwa razy.
– Ja nic nie sugeruję, ale musi pan iść do laryngologa, bo nic nie widzę. Nic. Kompletnie nic. Choćbym chciała, to ni… – na bank gabinet jest na podsłuchu i dostaje nowy stetoskop za każdym razem, kiedy powiem 30 razy „nic” w ciągu wizyty.
– Tak, rozumiem. To proszę wypisać mi skierowanie.

No i z tym skierowaniem sprintem do laryngologa na drugim końcu miasta, modląc, żeby przyjął mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka, topiące lodowce i łamiące serca z betonu, bo normalny termin oczywiście najszybciej za kwartał. Pani laryngolog na szczęście dość szybko okazała się człowiekiem i zgodziła się mnie przyjąć bez symulowania płaczu pocierając cebulą o powieki. Za co wielkie dzięki, bo nie zdążyłem znaleźć żadnego warzywniaka po drodze.

Gdy już usiadłem na fotelu, od razu uprzedziłem, że na bieżąco dbam o higienę osobistą, często nawet przy użyciu mydła, a czasem nawet i szamponu, i absolutnie nie mam pojęcia, skąd ta woskowina wzięła się w moich uszach. Pani laryngolog z miejsca dała wiarę moim zapewnieniom, widząc pewnie, że nie mam żadnych liści we włosach, ani etykiet z jaboli w brodzie, co mogłoby wskazywać na spanie pod mostem, i uspokoiła mnie wyjaśniając, że „wie pan, no, tak bywa”. Po czym wypłukała woskowe czopy powstałe, jak się od innego lekarza w końcu dowiedziałem, w skutek choroby i/lub nadprodukcji jakichś hormonów. I powiedziała, że mam lekkie zapalenie w prawym uchu. Co nieco bardziej niż nieco mnie zaskoczyło, bo cały czas bolało mnie lewe i od tych kilkunastu dni nie miałem żadnych obiekcji co do prawego. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi.

Po 5 dniach znów lewe ucho nie dawało mi spać, a do tego doszedł kurewski ból żołądka – dla zainteresowanych: uczucie jakby ktoś Ci żyletkami przeciągał po wnętrznościach – więc, jak bumerang, wróciłem do familijnej pani doktór.

– Ale jak to dalej boli pana ucho? – świetne pytanie. Tyle, że nie do mnie – Przecież tu już wszystko powinno być zaleczone.
– Dalej mnie boli, na tyle, że nie mogę spać, a do tego doszedł ból żołądka. Podejrzewam, że od leków – bo ile przecież można żreć tę chemię, bez konsekwencji dla organizmu?
– Jak to boli pana żołądek? No, teraz to już pan coś wymyśla. Pewnie zjadł pan jakąś starą kiełbasę – bez, kurwa, komentarza.

Pani doktór familijna, co to obraziła się, że choroba mi nie przeszkodzi mimo jej leczenia i najprawdopodobniej, to nie przechodzi przeze mnie, bo nie chcę, żeby mi przeszła, w ramach ostatecznej ostateczności dała mi skierowanie na SOR do szpitala Narutowicza. Czyli na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Myślę sobie: „ratunkowy”, to może w końcu ktoś mnie tam uratuje, bo ile można tonąć w takim absurdzie? Ale to był tylko początek potopu.

Oglądaliście kiedyś „12 prac Asteriksa”? Kojarzycie epizod, gdy mieli załatwić coś w urzędzie? Nie? To ja Wam ten epizod mogę opowiedzieć scena po scenie, bo przeżyłem go w zeszłym tygodniu.

Wchodzę do tego szpitala, widzę kolejkę dłuższą niż na spotkanie autorskie z Red Lipstick Monster, to pytam, czy jak mam skierowanie na SOR do laryngologa, to tutaj. W odpowiedzi dostaję krótko odszczeknięte „nie”, przy drugim podejściu już nieco dłuższe „nie, na SOR to na SOR”, a za trzecim razem, obrażona na cały świat pracownica szpitala jest nawet na tyle łaskawa, że wskazuje mi politowawczym machnięciem ręką, gdzie ten SOR jest. Bo jak mogę nie wiedzieć? W końcu jestem tu przecież już pierwszy raz.

Docieram do tego SORu, mówię w jakiej sprawie, słyszę, że mam czekać. No to czekam. Po kwadransie wchodzę na, tak zwany, wywiad diagnostyczny, mówię dokładnie to samo, co w poprzednim okienku – że ucho, że spać nie mogę, że boli – i słyszę, że mam iść zaczekać w kolejce do internisty. No to czekam. Mam już trochę doświadczenia w tym temacie, tak że idzie mi całkiem nieźle. Po kolejnym kwadransie internista wyczytuje, nawet nie tak bardzo przekręcając, moje nazwisko i mówi już w progu, że nie ma sensu, żeby mnie oglądał, bo to trzeba na oddział laryngologiczny. Myślę: łouł, chyba jestem geniuszem, wpadłem na to samo przed przyjściem tutaj, a w życiu nie otarłem się nawet o studia medyczne!

Idę na ten oddział laryngologiczny według jednoznacznych wskazówek „windą na drugie piętro i po lewej, a tam to już się pan zapyta” i docierając do miejsca „po lewej” pytam. Pytanie odbija się po korytarzu lekkim echem, po czym matka z dwójką dzieci, wyglądająca jak stały eksponat w tym muzeum cierpliwości, odpowiada mi, że lekarzy nie ma, bo poszli na obchód i trzeba czekać. Na czekaniu znam się już coraz lepiej, więc podejmuję wyzwanie. Po jakiejś połowie godziny zjawiają się lekarze i mówią, że z całego serca współczują mi problemów z uchem i po wysłuchaniu mojej historii prawie rozkleiły im się chodaki od wilgoci ich łez, ale oni tu na oddziale przyjmują dopiero po 16:00, a jest przed 12:00, więc muszę iść do poradni. Na parterze. Po prawej.

Ciuteńkę poirytowany, że straciłem absolutnie bezsensownie 40 minut, tylko dlatego, że interniście coś się popierdoliło, podążam za wskazówkami. Docieram i słyszę, że trzeba poczekać. No, w tym jestem już asem, więc napierdalam jak szalony. W końcu uchylają się wrota i słyszę coś na kształt „proszę”, brzmiące jednak jak „następny”.

– Dzień dobry, ja… – nie zdążyłem dokończyć.
– Co się dzieje? – dość osobliwa odpowiedź na „dzień dobry”.
– Czwarty tydzień boli mnie ucho i… – znów nie zdążyłem dokończyć.
– Jak mnie ząb bolał, to wyrwałem – że co? Ty tak na serio, czy ci się standup ze szpitalem pomylił?
– To proszę wyjąć skalpel i amputujemy, jak tak pan radzi – no dawaj śmieszku, zobaczymy, czy masz jaja, żeby to pociągnąć.
– Proszę się odwrócić – oj, chyba się panu doktórowi śmiszne teksty pokończyły.
– Ała – wepchnął mi wziernik z delikatnością Danny’ego Trejo w „Maczecie”.
– Ma pan zapalenie ucha – no, robimy grube postępy, powiedz mi coś czego nie wiem.
– A od czego się to wzięło panie doktorze, bo… – nie zdążyłem dokończyć po raz trzeci.
– A co pana to interesuje?  – nie wierzę, że lekarz w szpitalu naprawdę tak do mnie powiedział, to chyba halucynacje – Założymy panu opatrunek, dostanie pan antybiotyk i krople, i przejdzie.

Oczywiście raczkujący komik nie mógł mi wypisać recepty na wcześniej wspomniane lekarstwa osobiście, tylko z pobazgroloną kartką, którą wręczyła mi jego asystentka, musiałem wrócić do internisty. I zgadnijcie co zrobić? Macie jakieś typy/pomysły/nieśmieszne propozycje? Tak, dokładnie: czekać. Zaprawiony w boju poszedłem na rekord i dobiłem do 45 minut. 45 minut czekania na receptę. CZTERDZIEŚCI PIĘĆ. MINUT. NA. SAMĄ. RECEPTĘ.

Myślicie, że to koniec co? Że na drugi dzień ściągnąłem opatrunek, zakropiłem ucho, wziąłem antybiotyk i po tygodniu przeszło? Heh, zawsze wiedziałem, że mam czytelników jajcarzy. NIE, TO NIE BYŁ KONIEC.

Krople, które przepisał mi lekarz-kabareciarz, a konkretnie Atecortin, ZALEPIŁY MI UCHO! Serio, zakropiłem według zaleceń na ulotce, położyłem się na bok na 15 minut, po kwadransie odwracam się i przykładam chusteczkę do ucha, żeby nie pobrudzić poduszki, a tu nic. Cytując panią doktór familijną „nic, nic, kompletnie nic”. Krople wpłynęły, ale nie wypłynęły, tworząc jakąś tarczę osłonową jak w „Star Treku”. I przy okazji powodując, że stałem się pół głuchy na to ucho. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, przepisał, kazał stosować, to pewnie tak ma być. Przez noc wypłynie, rozejdzie się albo wyparuje, bo przecież nie pakowałby mnie umyślnie na minę, co nie?

Ale ani po nocy, ani po upłynięciu równej doby ucho się nie odetkało. Wręcz przeciwnie. Czułem, że czop powstały z tych zastygniętych kropli pęcznieje i zaczyna mnie uwierać. Wspominałem już, że przepisał mi je lekarz?

To była oczywiście sobota. Więc nie mogłem pójść „normalnie” do przychodni. Tylko na „świąteczny całodobowy dyżur”. Gdzie uprawiałem czynność, którą tak skutecznie trenowałem w szpitalu, przez półtorej godziny ciągiem. Żeby  po 25 minutach badania dowiedzieć się, że mam zapchane ucho. (ŁOUUUUUUŁ! NIE ŻEBYM TO POWIEDZIAŁ OD RAZU NA POCZĄTKU WIZYTY) I że muszę iść na płukanie ucha. Do laryngologa. W poniedziałek. Czyli za 2 dni. Bo oni tu nie płuczą. (WRRRR!)

Nie poddawałem się. I pojechałem do szpitala. Innego. Tym razem Rydgiera. Po uprzednim zatelefonowaniu. I opisaniu. Co się. Dzieje. Z moim. Uchem. I usłyszeniu, że „no, to pewnie trzeba przepłukać, to niech pan zgłosi się na SOR”. Przyjechałem, jak już wcześniej wspomniałem. I uciąłem sobie przemiłą pogawędkę z panią na SORze.

– Dzień dobry, od dwóch dób mam zatkane ucho po zakropieniu Atecortinem i… – oni uwielbiają przerywać.
– Boli pana to ucho? – nie musiałaby zadawać tego pytania, gdyby mi nie przerwała.
– Tak, boli i… – znowu! Znowu mi przerwała!
– A ma pan gorączkę?
– Nie wiem, bo nie mam termo… – kolejny, kurwa, raz!
– No to, jak nie ma gorączki, to nie ma zagrożenia życia. W poniedziałek pójdzie pan do laryngologa, to panu obejrzy – AAAAAAAAAAAAA, ZARAZ CHYBA ZWARIUJĘ!!!!!!!!!! ZARAZ TY BĘDZIESZ MIAŁA ZAGROŻENIE ŻYCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Przed rozbiciem szyby, za którą siedziała, przy użyciu metalowego krzesła, powstrzymała mnie kobieta siedząca na nim. A raczej powstrzymała mnie jej waga. Nie dało rady jej ruszyć z miejsca. Zawiedziony, wkurwiony, zrezygnowany i złamany psychicznie, powłóczyłem nogami w kierunku przystanku, żeby poużalać się nad swoim losem w ciepełku swojego łóżka i przejrzeć informacje w sieci na temat życia z jednym uchem. Bo wszystko wskazywało na to, że jedynym skutecznym rozwiązaniem będzie amputacja. Kuchennym nożem.

Gdy już zwątpiłem we wszystko oprócz pewników wyznawanych przez Bejamina Franklina, obudził mnie dźwięk gołębi kopulujących ze sobą na moim balkonie i okazało się, że jest poniedziałek. A ja go jakimś cudem dożyłem. Postawiłem swoje zwłoki do pionu, nałożyłem na nie odpowiednie na maraton czekania buty i spodnie, i pojechałem do znanej już pani laryngolog, znów modląc, żeby przyjęła mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka i tak dalej.

I… przyjęła! I… wypłukała! I… od tego momentu z uchem już nic się nie działo!!! Nic! NIC! N-I-C! NNNIIICCC!!! (medyczna premia słowna za użycie „nic” x 500) I wszyscy, żyli długo i szczęśliwie poza jednym wyjątkiem.

– Pani doktor, to to ucho zatkało się od tego Atecortinu?
– Tak, bo te krople takie są, bardzo gęste, jak budyń, wie pan, i one często zapychają, tak że pan, to w ogóle nie powinien nimi zakrapiać.
– Pani doktor, ale mnie je przepisał lekarz w szpitalu.
– To może zły lekarz był. Albo zły szpital. Hehe.

Po tym dniu miałem w głowie tylko jedną myśl: Januszu Korwinie-Mikke, królu mój, oddam na Ciebie wszystkie głosy, ale daj Ty mi prywatną służbę zdrowia! Nie chcę marihułaniny, nie chcę broni, nie chcę nawet legalnej prostytucji, chcę tylko prywatną służbę zdrowia, bo krew mnie zalewa, jak z moich składek zdrowotnych idzie hajs na złych lekarzy i złe szpitale, co mi ucho zatykają i jeszcze kręcą z tego bekę!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emily