Close
Close

Motta, które miały wpływ na moje życie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

„Nie mieć życiowego motta, to jak przybijać gwoździe bez młotka”, jak to mawia Paulo Coelho i faktycznie, muszę przyznać, że wykonywanie tej czynności patelnią, czy paletką do ping-ponga jest zdecydowanie trudniejsze i mniej efektywne. I z życiem jest podobnie, mając jakąś sentencję, czy złotą myśl, którą człowiek na co dzień się kieruje, wiele spraw bywa prostszych i mniej wymagających zastanowienia się.

Każdy z nas prędzej, czy później trafia na jakąś maksymę, bądź hasło, z którym się identyfikuje, które go określa lub w prawdziwość którego po prostu wierzy. U mnie wraz z czasem motta życiowe ewoluowały i zmieniały się, przechodząc od babcinych powiedzeń, przez mądrości osiedlowo-ludowe, aż po całkowicie świadomie wybrane sentencje artystów, którzy byli moimi autorytetami, bądź idolami. Próbę czasu przetrwały tylko 3 z nich, mając jednocześnie największy wpływ na moje życie i kształtując moje postrzeganie świata, pomagając przy podejmowaniu decyzji i sprawiając, że dziś jestem tym, kim jestem.

najgorsze co możesz zmarnowac to talent

„Najgorsze co możesz zmarnować to talent” – nigdy nie wiedziałem, na ile sobie to wmawiam, a na ile tak faktycznie jest, ale zawsze wierzyłem w to, że mam talent do operowania słowem i że wyrządziłbym samemu sobie ogromną krzywdzę, jeśli nic bym z tym nie zrobił. Czas leci nieubłaganie, czy tego chcemy czy nie i czego byśmy nie robili, to nigdy nie stanie w miejscu, raz roztrwonione pieniądze zawsze możemy ponownie zarobić, ale jeśli mieliśmy ku czemuś predyspozycje i kompletnie nic z tym nie zrobiliśmy, to w końcu zaczyna to uwierać jak kamień w bucie.

Ten cytat, to wers Reno z utworu „Musisz klaskać”, który usłyszałem jako 19-latek i mimo iż czułem, że jest prawdziwy, to nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo. Gdy dziś, po latach, spotykam się ze znajomymi, którzy w młodzieńczych czasach zapowiadali się na świetnych muzyków, czy sportowców, ale nie chciało im się angażować i zakasać rękawów do pracy, często teraz, myśląc, gdzie by byli, gdyby wtedy nie odpuścili, żałują niewykorzystanego potencjału. Potencjału, który niezmarnowany dopełniłby ich życia, w wielu przypadkach czyniąc je lepszymi

Przywołuję to hasło, za każdym razem, gdy myślę, że nie chce mi się pisać książki, bo to zbyt wymagające zadanie.

kto chce znajdzie sposób, kto ine chce znajdzie powód

„Ten kto nie chce, znajdzie powód, ten kto chce, znajdzie sposób” – od zawsze nienawidziłem wymówek i tłumaczenia się czemu coś “nie wyszło”, zrzucając odpowiedzialność na osoby trzecie albo szerzej nieokreślone „czynniki losowe”. Nienawidziłem zarówno, gdy ktoś usprawiedliwiał się przede mną w ten sposób, jak i gdy ja sam próbowałem się tak tłumaczyć. Nienawidziłem tego, bo wiedziałem, że to kłamstwo. Jeśli mówisz, że czegoś się nie da, to nie znaczy, że to niemożliwe, tylko, że Ty tego nie potrafisz, a raczej po prostu Ci się nie chce. Nie chce znaleźć sposobu albo czasu, żeby to zrobić. Za to z szukaniem powodów, które będą dobrą wymówką, czemu czegoś nie robić, już nikt nie ma problemu.

jeśli będziesz robił to co zwykle będziesz dostawał to co zwykle

„Jeśli będziesz robił to, co zwykle, będziesz dostawał to, co zwykle” – to jest tak proste, a tak genialne, że gdy to odkryłem, czułem się jakbym wynalazł koło. Ta sentencja znaczy mniej więcej tyle co „jeśli chcesz zmienić swoje życie, to po prostu musisz coś w nim zmienić”. Są tysiące osób, które narzekają, że nie mogą znaleźć sobie partnera, ale gdy spotykają kogoś atrakcyjnego nigdy nie inicjują kontaktu. Są tysiące osób, którym przeszkadza, że są wykorzystywane w pracy, ale nigdy wprost się nie sprzeciwiają, gdy ktoś dokłada im obowiązków. Są tysiące blogerów, których frustruje, że nie mają niszowe blogi, ale nie robią nic, żeby poszerzyć tematykę albo ją zmienić.

Są miliony ludzi, którzy kurczowo trzymają się utartych schematów i dziwią się, że nic się nie zmienia i za każdym razem jest tak samo.

Też byłem taki i mimo, że mój sposób nawiązywani relacji z dziewczynami zupełnie się nie sprawdzał, z uporem maniaka w kółko go powielałem. Aż nie trafiłem na książkę „NLP. Wprowadzenie do programowania neurolingwistycznego”, w której przeczytałem to zdanie i wszystko zaczęło się zmieniać. Nie, nie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powoli i nierzadko bólach, ale upragniona zmiana następowała, bo wkładałem do równania inne zmienne, więc siłą rzeczy, wynik nie mógł być ten sam. Nadal, jeśli tylko jestem niezadowolony z jakiegoś aspektu, stosuje się do tej zasady i prędzej, czy później, jest tak jak chcę, żeby było.

sprith your truth

Te 3 złote myśli, to najistotniejsze motta, którymi kieruję się w życiu i które mają wpływ na mnie, jednak nie piszę o nich przypadkowo. Właśnie ruszyła akcja #SprayYourTruth, organizowana przez markę STR8 – producenta męskich kosmetyków. Przekładając na polski i tłumacząc łopatologicznie, chodzi o wysprejowanie swojej prawdy, czyli stworzenie grafiki z sentencją, która Was wyraża, którą kierujecie się w życiu lub opisuje to, co robicie. Na specjalnie przygotowanej w tym celu stronie, znajdziecie prosty kreator, który pozwoli Wam wrzucić Wasze motto na jakieś ładne tło i… zawalczyć o nagrody!

Każdy, kto stworzy grafikę ze swoją życiową maksymą, może wygrać jedną z kozackich nagród do rozwijania swoich zainteresowań. STR8 wspiera zajawkowiczów i ludzi z pasją, stąd pula nie jest przypadkowa, można zgarnąć między innymi: bilety na Openera, konsolę PS4, lustrzankę Nikona,  2000zł na zakupy modowe, projektor Benq, kamerę GoPro 4, a także nagrodę główną – 5000zł na podróż do dowolnego miejsca na Ziemi!

—> Weź udział w konkursie i zawalcz o 5000zł! <—

Dajecie znać jakie są motta, które miały wpływ na Wasze życie, a jeszcze lepiej, wklejcie w komentarzach swoje grafiki!
(niżej jest kolejny tekst)

8 sytuacji, w których możesz skasować czyjś komentarz

Skip to entry content

Jak powszechnie wiadomo, usuwanie komentarzy, a już nie daj boże i niech cię ręka Allaha broni, banowanie ludzi w internecie jest zamachem na wolność słowa. Bo przecież wolność słowa nie polega na tym, że masz prawo wyrazić zdanie na jakiś temat w SWOICH kanałach komunikacji. Nie. Wolność słowa polega na tym, że możesz przyjść do CZYJEGOŚ domu i pouczać go jak ma wychowywać dzieci, udzielać rad na temat odżywiania i spuentować swoją wypowiedź tym, że ma gówniany kolor ścian i natychmiast powinien go zmienić. Bo to przecież tylko Twoja opinia.

Wyrażasz tylko swoje zdanie, co nie? A jak ktoś ma z tym problem, to najwyraźniej nie radzi sobie z krytyką.

Mimo, że, według Januszów i Sebixów, wolność słowa daje ci prawo wejścia do czyjegoś internetowego domu – na jego bloga, konto na Twitterze, fanpage na Facebooku, czy profil prywatny – pouczania go i zachowywania się jakby to miejsce należało do Ciebie i ty byłbyś jego panem, to konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej przewiduje 8 wyjątkowych sytuacji, w których taki komentarz można usunąć. A nawet dać bana jego autorowi. I nie narazić się na wizytę CBŚ, zgłoszenie do prokuratury, interwencję policji, ani kontakt z innymi organami ścigania walczącymi z cenzurą w internecie.

Jakie to sytuacje?

1. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób Cię obraża

Nie ma znaczenia, czy to pojazd wprost typu “ale pierdolenie”, czy pośredni “zjedz coś czasem, bo sama skóra i kości”, czy bardziej zawoalowana obraza w stylu “jak na kobietę to całkiem niezły tekst, rozkręcasz się”. Wyobrażasz sobie, że ktoś przychodzi na Twoje urodziny i robi Ci przy wszystkich gościach takie przytyki personalne? Za ucho i za drzwi, nie ma takiego bicia.

2. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób obraża innych

Tym razem masz imieniny i jakiś Mirek na gazie, który wbił się na imprezę na krzywy ryj, mówi, że Twój brat ma brzydką koszulę, Twoja dziewczyna krzywe nogi, a Twój kumpel z pracy wygląda jak przez okno. Jeśli ktoś w komentarzach w internecie ciśnie po Twoich znajomych, czytelnikach albo jakimś autorytecie, to zdecydowanie musi zmienić piaskownicę, jeśli nie umie bawić się z innymi.

3. Zarzucanie czegokolwiek niezgodnego z prawdą

Tekst typowo napisany pod kliki.

Napisałeś to tylko po to, żeby wzbudzić kontrowersje, co nie?

Gdyby ci zapłacili zareklamowałbyś nawet gówno, a potem je zjadł?

Bronisz homosiów, bo sam jesteś ciepły.

To prawda, że byłeś z XYZ, ale cię zostawiła bo ABC?

Lewacka propaganda.

Do czego to doszło, żebyś musiał się tłumaczyć we własnym domu. I to z czegoś czego nie zrobiłeś. I co jest absolutnie nieprawdą. Absurd, co? No, to do zsypu z nim.

4. Czepialstwo

Ja rozumiem, że ktoś może dbać o poprawność językową i mieć na względzie prawidłowe posługiwanie się polskim, ale gdy widzisz, że notorycznie komentuje Twoje teksty tylko wtedy, gdy znajdzie w nich błąd – a często szuka błędów na siłę, nawet wtedy, gdy ich nie ma – to jest to zwykłe dopierdalanie się. Podobnie, gdy tworzysz treści wizualne – zdjęcia kulinarne albo modowe – a ktoś jedyne co w nich widzi, to drobne niedociągnięcia, mające marginalny wpływ na odbiór całości. O których oczywiście nie może poinformować Cię wysyłając wiadomość prywatną, tylko pisząc publiczny komentarz, tak by koniecznie inni również zwracali na to uwagę.

Nie jesteś psim ogonem, żeby jakiś rzep tak się Ciebie czepiał. Ban.

5. Podpisywanie się adresem bloga

Zamiast imieniem i nazwiskiem albo ksywką.

Wiesz, czemu ktoś pisząc komentarz u Ciebie na blogu, robi to nie jak Grażyna Nowak, tylko Grazynabloguje.blogspot.com? Bo liczy, że ktoś inny widząc tę porywającą domenę kliknie w nią i przejdzie do niej na bloga. Czyli zrobi sobie u Ciebie darmową reklamę. Bo przecież po to angażujesz tyle czasu, energii, pomysłów i nerwów w prowadzenie swojego miejsca w sieci, żeby wszystkie domorosłe asy marketingu mogły się u Ciebie reklamować, co nie? Spryciule. Nic, tylko pogratulować genialnego pomysłu. Pogratulować przyciskiem “delete”.

6. Przejaw buractwa

Jeśli ktoś w komentarzu, choćby na Twoim prywatnym profilu na Facebooku, pisze, że “murzyny to maupy, hehe, i tak śmisznie skaczom na teledyskach, hehe”, ewentualnie “i po ch*j sie te baby pchają do polityki, poje*ane, trza było zostać przy garach, a nie”, to nie ma sensu dyskutować. Jeśli jego najbliższe otoczenie przez tyle lat go nie uświadomiło, że pojmuje świat jakby go właśnie wyciągnięto z piwnicy, to Ty też nie zrobisz tego w batalii w internecie. Tylko stracisz czas i nerwy, bo bardziej prawdopodobne, że on ściągnie Cię do swojego poziomu, niż, że Ty wciągniesz go na swój.

7. Gdy ktoś pyta czemu skasowałeś jego komentarz

Oczywiście nie w prywatnej wiadomości bezpośrednio do Ciebie, tylko w kolejnym, publicznym komentarzu, tak żeby przypadkiem nikomu to nie umknęło i, a nuż, udało się wywołać gównoburzę.

8. Gdy jakiś komentarz Ci się nie podoba

Jeśli to nie było czytelne, to na początku tego tekstu się zgrywałem. Kasowanie komentarzy i banowanie ludzi nie jest zamachem na wolność słowa. Jest zadbaniem o swoje miejsce w sieci. Twoje konto na Instagramie, Twój kanał na Youtube, Twój profil na Naszej-Klasie, Twój blog, to wszystko Twoje miejsca w sieci. Internetowe domy. Niezależnie, czy jesteś osobą “prywatną”, czy “publiczną”. I tak jak w rzeczywistym domu, tym, w którym budzisz się i zasypiasz, możesz zrobić co tylko Ci się podoba, bo jest TWÓJ.

Nikt nie ma prawa czegokolwiek na Tobie wymuszać, masz absolutnie wolną rękę.

Wyobraź sobie, że na kanapie w salonie, gdzie na co dzień się relaksujesz i korzystasz z rozrywki, usiadł obok Ciebie jakiś przypadkowy typ. Ani nie jest wulgarny, ani Cię nie obraża, ani nie przejawia buractwa w inny sposób, ale mimo to niewiarygodnie Cię irytuje. Wkurza Cię sposób w jaki się wypowiada, jego poglądy albo częstotliwość z jaką je manifestuje. Z jakiegoś powodu, zupełnie nieistotne jakiego, budzi w Tobie bardzo silną niechęć.

Jaki jest tego skutek? Coraz rzadziej przychodzisz do SWOJEGO salonu posiedzieć na SWOJEJ kanapie, bo on cały czas tam jest i Cię wkurza. Dochodzi do tego, że TWÓJ salon, który tak bardzo lubiłeś zaczął być powodem pojawiania się w Tobie negatywnych uczuć. Co robisz z człowiekiem, który znikąd pojawił się w TWOIM WŁASNYM DOMU i sprawia, że źle się w nim czujesz? Jestem pewien w 100%, że jeśli tylko będziesz mieć taką możliwość, to go stamtąd usuniesz.

I dokładnie to samo możesz zrobić w internecie.

Nie masz obowiązku kochać wszystkich ludzi na całym świecie i nie ma znaczenia, czy Twoja niemiłość do kogoś jest poprawna politycznie. Nie musisz nikogo prosić o zgodę, ani przed nikim tłumaczyć się z tego, że kogoś nie chcesz mieć w swoim miejscu w sieci. Bo to Twoje miejsce i najważniejsze, żebyś Ty się w nim dobrze czuł.

Dlatego możesz usunąć czyjś komentarz, a nawet go zablokować, jeśli tylko Ci się on nie podoba. To zupełnie wystarczający powód.

autorem zdjęcia w nagłówku jest flattop341

Negatywne konsekwencje odarcia związku z prywatności

Skip to entry content

Do tego tekstu popchnęła mnie ostatnia sytuacja z pewną szafiarką, która relacjonowała cały swój związek na Snapchacie, upubliczniając najbardziej intymne momenty, aż do chwili gdy doprowadziła do kryzysu ze swoim partnerem i również przepraszała go w tym medium. Co później komentowało pół Polski, próbując ingerować w rozwój wydarzeń. W żaden sposób nie chcę jej dopieprzyć, czy wyśmiać, ale na przykładzie tego co zrobiła, zwrócić uwagę na kwestie, z których najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Mimo, że przez swoją działalność blogową, w internecie jestem postrzegany jako osoba publiczna, mam wrażenie, że moje życie jest bardziej prywatne niż wielu osób, które nie utrzymują się z publikowania w sieci. Nigdy nie pokazywałem nikogo z rodziny na zdjęciach, a jeśli byłem w związku, też zostawiałem tę informację dla wąskiego grona znajomych. Mimo, że mógłbym na tym sporo ugrać, bo jedynie zwierzęta klikają się tak dobrze jak związkowe statusy, czy romantyczne zdjęcia z partnerką.

Czemu nie dzieliłem się tym ze swoimi czytelnikami? Bo chciałem, żeby mój związek był mój, a nie całego internetu. Nie krytykuję osób, które otwierają swoje relacje na widzów, bo rozumiem chęć dzielenia się z innymi pozytywnymi emocjami i szczęściem, ale ma to swoją cenę. Całkiem sporą. I warto, żeby każdy kto odziera swój związek z prywatności miał świadomość negatywnych konsekwencji jakie to ze sobą niesie. A szczególnie osoby młode, zachłyśnięte relacjoniowaniem każdego momentu swojego życia w sieci.

Gdy wystawiasz związek na ocenę, nie zawsze będzie ona pozytywna

Jeśli ustawiasz na Facebooku status “Anna Kowalska w związku z Janusz Nowak”, to musisz być gotowy, że poza polubieniami i życzeniem powodzenia w relacji, będą pojawiać się też inne reakcje. Nieśmieszne żarty, głupie docinki, czy jawne kpiny. Nie masz obowiązku tego akceptować, ale musisz spodziewać się, że tak może się stać, gdy wpuszczasz między Was dwoje całego Facebooka. Bo to trochę tak, jakbyś zrobił chrzciny i powiedział, że może wpaść na nie całe miasto. Impreza przestaje być już Twoim prywatnym, kameralnym wydarzeniem i musisz się liczyć z tym, że obcy będą zachowywać się inaczej, niż byś sobie tego życzył.

Postronne osoby zaczynają ingerować w to, co się między Wami dzieje

Przez to, że otwierasz relację na osoby trzecie, często czują się one uprawione do tego, by mówić Wam jak ma ona wyglądać. I wchodzić w nią z butami, gdy nie jest według ich widzimisię.

Gdy wrzucisz zdjęcie z świętowania wspólnej rocznicy, ktoś spyta, czemu jeszcze nie mieszkacie razem, przecież to już najwyższy czas.

Gdy Twoja partnerka oznaczy się sama na imprezie, ktoś zacznie drążyć, czemu jest bez Ciebie, czy przypadkiem się nie pokłóciliście i czy to na pewno dobry pomysł puszczać ją bez opieki na imprezę.

Gdy dodasz fotkę z kumplem na piwie, a w tym samym dniu, nie daj boże, Twoja dziewczyna opublikuje status, że jest chora, ktoś stwierdzi, że powinieneś zajmować się swoją dziewczyną i jesteś beznadziejnym chłopakiem.

Gdy podlinkujesz silnie nacechowaną emocjami piosenkę – niezależnie, czy turbo dołującą, czy mega pozytywną – będzie to rozpatrywane w kontekście Twojej relacji.

Gdy przez dłuższy czas nie będziecie umieszczać wspólnych zdjęć, ktoś zasugeruje, że coś złego się między Wami dzieje i pewnie Wasz związek się kończy.

Widzowie będą Wam próbować narzucić jak powinniście się do siebie odnosić, jak spędzać czas, w którym momencie mieć dziecko i w jakiej pozycji uprawiać seks. I to wszystko oczywiście będzie dziać się publicznie, przy audiencji reszty widowni, czekającej na Twoją reakcję. Miło, co?

Wasze rozstanie będzie wydarzeniem medialnym

Ja wiem, że jak zaczynasz z kimś być, jesteś zauroczona jakby ktoś wypowiedział zaklęcie i dotknął Cię czarodziejską różdżką i śmiejesz się sama do siebie, gdy tylko o nim myślisz, bo wydaje Ci się, że już zawsze będziecie razem. Że to uczucie, które łączy Was teraz, będzie wieczne, nigdy się nie skończy i nawet śmierć Was nie rozłączy. Wiem, też tak miałem nieraz, tyle że… no właśnie, miałem tak więcej niż raz. Moje doświadczenie, obserwacje i statystyka rozwodów dowodzi, że może być inaczej – nie położą Was do tej samej trumny i jednak kiedyś się rozstaniecie.

Koniec związku rzadko kiedy należy do bezbolesnych wydarzeń, a robienie z tego happeningu z publicznością zdecydowanie zaostrza podłe samopoczucie i nie łagodzi bólu.

Czemu o tym piszę? Bo jeśli upubliczniliście Waszą relację, to bardzo trudno będzie zakończyć ją już tylko prywatnie – między Wami, bez informowania o tym reszty internetu. Oczywiście żadnej parze nie życzę źle, ale radziłbym po pierwszym miesiącu bycia razem nie ustawiać jeszcze wspólnych profilowych i zasypywać Instagrama dokumentacją tego, co robicie razem, bo po kwartale może się okazać, że będzie trzeba to wszystko kasować i tłumaczyć się osobom trzecim “co się stało”. A gdy się ma złamane serce i leczy rany po tym, że “nie wyszło”, czytanie dziesiątek komentarzy pod zmianą status związku na “wolna” zupełnie nie pomaga.

Dzieciaki biorą z tego przykład

Ten akapit kieruję nie do “zwykłych” użytkowników internetu, a do osób, które ze względu na to, czym się zajmują, mają jakiś zasięg w sieci.

Jeśli jesteś totalnym ekshibicjonistą i relacjonujesz każdy, ale to każdy, nawet najintymniejszy moment swojego związku na Snapchacie – od przytulania, przez całowanie się, po wspólne zasypianie, czy budzenie się w łóżku – to Twoi małoletni obserwatorzy przyjmują to za wzór do naśladowania. Oczywiście odpowiedzialność za wychowanie dzieci zawsze ponoszą ich rodzice, ale jeśli Twoja główna grupa odbiorców to 13-17, musisz wiedzieć, że to Ty jesteś dla nich największym na świecie autorytetem i ogromnie na nie wpływasz.

Jeśli pokazujesz, że wszystko jest na sprzedaż i życie nie ma takiego obszaru, w którym byłoby prywatne, to one przyjmują to za pewnik i właściwą drogę postępowania.

Ty udostępniając intymne momenty i odzierając się z prywatności zyskujesz popularność i zasięg, który później monetyzujesz we współpracy z markami. Oni robiąc to samo narażają się na krytyczną ocenę otoczenia, z którą jeszcze nie potrafią sobie radzić i na grzebanie brudnymi paluchami w tym, co w nich najdelikatniejsze. Co najgorsze, nie rozumieją, czemu ktoś z nich kpi, czy obrzuca błotem, bo przecież u ich idolki wszystko wyglądało tak pięknie i polubienia lały się wiadrami.

Raz upublicznioną prywatność trudno odzyskać

Dlatego warto się zastanowić, czy cena zrezygnowania z niej, jest adekwatna do tego, co można zyskać w zamian.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Balley Cheng