Close
Close

Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu

Skip to entry content

Słyszałeś to całe motywacyjne pieprzenie o wychodzeniu ze strefy komfortu? O tym, że gdy nie przekraczasz swoich granic, nie rozwijasz się? Że robiąc tylko to, co już znasz i umiesz, nie wydostając się poza obszar emocjonalnego bezpieczeństwa, skazujesz się na monotonię i nudę? A magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu? Słyszałeś, co? Ja też i z miejsca chciałem podpisać się pod petycją o zdelegalizowanie coachingu i rozwoju osobistego. Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam jak w piątej klasie podstawówki miałem grać drzewo w szkolnym przedstawieniu. Tak, drzewo. Niezbyt wymagająca rola, co? Ja to jednak widziałem zdecydowanie inaczej. Widziałem CAŁĄ SZKOŁĘ, przed którą miałem wystąpić i wiedziałem, że CAŁA SZKOŁA będzie mnie oceniać. Czy mam dość przekonujący strój, czy trzymam właściwą pozę i ogólnie, czy nie robię z siebie debila, co w tamtych czasach było istotniejsze, niż w dzisiejszych zastanawianie się, czy będę miał jak zapłacić za mieszkanie. Trzy tygodnie przed występem stała się tragedia. Nauczycielka organizująca teatrzyk stwierdziła, że będę mówił czterowersową kwestię. Czujecie? Miałem wyjść przed ten szwadron dzieciaków gotowych mnie rozszarpać i wypominać do końca życia najdrobniejsze potknięcie, i wyrecytować im aż cztery wersy! Niewykonalne!

Gdyby kłębki były wrzącym kwasem gotującym się w garnku, który zaraz ulegnie rozkładowi i doprowadzi do tego, że kuchenka wraz z całą instalacją gazową eksploduje, wysadzając przy tym połowę dzielnicy, mógłbym powiedzieć, że w tamtym okresie byłem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy to kwestia zaniżonej samooceny, problemów z poczuciem własnej wartości, gargantuicznej nieśmiałości, czy po prostu tego, że byłem dzieckiem, ale czułem się tak bardzo niegotowy, jak tylko to możliwe, do występowania przed kimkolwiek oprócz mojej mamy. Tydzień przed przedstawieniem zacząłem mieć problemy ze snem, a dzień przed zacząłem modlić się o tak szumnie zapowiadany koniec świata, który miał przyjść w 2000 roku i trochę się spóźniał. Mimo mojej ówczesnej głębokiej wiary w moc sprawczą modlitwy, nic takiego się nie stało.

Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tej cholernej szkoły, przebrać się za to pieprzone drzewo i wydusić z siebie te cztery wersy na oczach wszystkich. Kwadrans przed wygłoszeniem swojej kwestii zemdlałem.

Tracenie przytomności jest mało przyjemnym uczuciem, zwłaszcza, gdy masz 11 lat i kompletnie nie wiesz, co się dzieje z Twoim ciałem i świadomością. Stoisz pośród ludzi, tak jak stałeś wcześniej i nagle obraz zaczyna się ściemniać, ale nie że na sali robi się ciemniej, tylko tak jakby kineskop w przedpotopowym telewizorze zaczął się wyłączać – w ultra zwolnionym tempie, to na co patrzysz zaczyna pokrywać czerń. To samo dzieje się ze słuchem. Głos człowieka, który stoi tak blisko, że stykasz się z nim ramieniem zaczyna się oddalać, od-da-lać, oood-daaa-laaać, maaasz wraaa-żeee-nieee, żeee kaaaż-dyyy dźwięęęk jeeest cooo-raaaz daaa-leeej oood Cieee-bieee iii zwaaa-lniaaa. Aaaż zniii-kaaa zuuu-peeeł-nieee. I przestajesz słyszeć cokolwiek.

Gdyby problem z odbieraniem bodźców ze świata nie był wystarczająco przerażający, to dochodzi do niego zanik możliwości poruszania swoim ciałem. Chcesz podnieść rękę, żeby przetrzeć oczy i naprawić szwankujący wzrok, ale masz wrażenie, że odinstalował Ci się sterownik albo przynajmniej zdeaktualizował, bo kończyna unosi się jak w zatartym przez piach, nienaoliwionym robocie. Z nogami to samo. Chcesz nimi poruszyć, żeby wydostać się z tego pomieszczenia i odzyskać kontakt ze światem na otwartej przestrzeni, ale stoją w miejscu. A w zasadzie to przestają trzymać pion, jakby ktoś zaczął z nich spuszczać powietrze i teraz całą energię i procesy życiowe skupiasz na tym, żeby nie wyłączyło im się zasilanie i żebyś nie wylądował z twarzą na posadzce.

Bardzo, bardzo nieprzyjemne. Mniej więcej tak nieprzyjemne, jak gdy ktoś powala Cię na ziemię uderzeniem w tył głowy, trzy osoby Cię kopią po żebrach, a jedna okłada metalową rurką. Też nie wiesz, co się dzieje i czy dotrwasz, aż się skończy.

Po tym incydencie już nigdy nie chciałem publicznie występować przed nikim. W żadnych pieprzonych spektaklach, na żadnych cholernych jasełka, ani na żadnych posranych olimpiadach, czy – nie daj boże, w którego właśnie przestałem wierzyć – konkursach recytatorskich. W gimnazjum nie było z tym problemów, bo mieliśmy aspołeczną wychowawczynię, która absolutnie nie była gotowa do pracy z młodzieżą, więc kontakt z nami ograniczała do niezbędnego minimum i żeby nie brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nasze działania, wymiksowywała udział naszej klasy z wszelkich nadprogramowych czynności. Co odbiło się również tym, że w ciągu 3 lat nie byliśmy na ani jednej wycieczce. Ale nie miałem z tym problemu. Cieszyłem się całym sobą, że ominął mnie koszmar publicznych wystąpień.

W liceum, dzięki wybraniu zdecydowanie nieekstrawertycznej klasy matematycznej,  trauma udziału w szkolnych przedstawieniach również mnie ominęła, jednak sytuacja zmieniła się na studiach. Raz, że od przygotowywania prezentacji na zaliczenie nie dało się już uciec i kilka razy w semestrze trzeba było przed tych 30-40, a czasem nawet i 70 ludzi wyjść i świecić oczami, a dwa, że po wyprowadzce z domu musiałem mieć z czego żyć. Więc musiałem zacząć zarabiać. Więc musiałem znaleźć pracę. Więc musiałem zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A to kurewsko stresowało.

Potrzebowałem kasy na mieszkanie i jedzenie, i to potrzebowałem jej bardzo, bo mimo, że jestem mistrzem sztuki przetrwania, to wciąż daleko mi do Beara Gryllsa, a tym bardziej do Jezusa, żeby wytrzymać miesiąc bez szamy. Jaki skutek uboczny dawała ta paląca potrzeba? Stres. A w zasadzie to cały kokon ze stresu, który szczelnie mnie owijał tuż przed spotkaniem rekrutacyjnym. Często, a raczej niemal zawsze, wypadałem na rozmowach dużo poniżej swoich możliwości i nie byłem w stanie zaprezentować w pełni swoich umiejętności i wiedzy, bo nerwy zżerały mnie jak hiena świeże truchło, tuż po jego znalezieniu. Nienawidziłem tego i, na tyle na ile to możliwe, robiłem wszystko, by od tego uciec.

Może to zabrzmieć absurdalnie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy postanowiłem zająć się blogowaniem.

Pewnie zastanawiasz się, co ma pisanie internetowego pamiętnika w zaciszu uwitego z fotela, poduszki i koca gniazdka, do przemawiania ze sceny i wystawiania się na ocenę publiczności? Ano to, że najlepsi blogerzy występują jako prelegenci na kilkuset osobowych konferencjach. A ja nigdy nie chciałem być któryś z kolei, niezależnie czym się zajmowałem, jeśli było to moją pasją i robiłem to z autentycznej zajawki, zawsze chciałem być pierwszy. Jeśli czymś faktycznie się jarasz, nie chcesz być w tym przeciętny, skupiasz się na tym, żeby być najlepszy. Dążysz do doskonałości. Miałem więc prosty wybór, albo odpuścić blogowanie, albo przełamać swój paraliżujący strach przed publicznymi wystąpieniami.

Biorąc pod uwagę, że wciąż piszę, a Ty czytasz te słowa, chyba wiesz jaką decyzję podjąłem?

Pamiętam jak w 2012 roku pojechałem pierwszy raz na Blog Forum Gdańsk, nikogo nie znałem, wszystkiego się bałem, a gdy niespodziewanie zobaczyłem Andrzeja Tucholskiego potrzebowałem 20 minut, żeby zebrać się w sobie i powiedzieć „cześć, jestem Janek i cię czytam”. Od pierwszej prezentacji, którą zobaczyłem na tej imprezie, wiedziałem, że któregoś dnia to ja będę przemawiał do tego tłumu ludzi i tłumaczył niejasne zagadnienia z pozycji eksperta. No dobra, nie wiedziałem, ale bardzo chciałem. Chciałem być asem, a nie jopkiem w tej grze. Perspektywa bycia jednym z najlepszych łechtała moje ego i nakręcała, ale wizja skupienia na sobie spojrzenia setek oczu przerażała do szpiku kości, przyprawiając o przyspieszoną akcję serca, mokre dłonie i gęsią skórkę.

Śledzenie każdego ruchu, każdego słowa, każdej mikroekspresji mimicznej, wyczulenie na każdą zmianę tonu głosu przez tylu ludzi, przerażało mnie, tak jak przeraża spotkanie samotnego małego dziecka po zmroku na cmentarzu. Wielu rzeczy w życiu się bałem, ale to było dla mnie jak zrobienie krzyżowych nacięć na całym ciele i wrzucenie do akwarium z piraniami. Czułem, że gdybym był na miejscu osób, które podziwiałem siedząc na widowni, z miejsca dostałbym zawału.

Dałem sobie 2 lata, żeby przełamać ten strach.

Zajęło mi to jednak trochę dłużej. Po 3 latach wystąpiłem jako jeden z panelistów na Blog Forum Gdańsk, co było tylko połowicznym wykonaniem postawionego sobie celu, bo w trakcie panelu dyskusyjnego uwaga rozkłada się na wszystkich uczestników i również dobrze mógłbym w ogóle się nie odzywać, a pewnie i tak mało kto by to odnotował. Misja w pełni wykonana została dopiero po 3,5 roku. W zeszłą sobotę byłem prelegentem na Blog Conference Poznań i po otwarciu wydarzenia prowadziłem prelekcję dla jakichś 300 osób.

Ja, niegdyś dzieciak, który w podstawówce zemdlał, gdy miał przebrany za drzewo wyjść do równieśników i powiedzieć durny czterowersowy wierszyk, teraz przez pół godziny występowałem przed pełną salą w zupełnie obcym mieście, dzieląc się wiedzą. Łouł!

To nie przyszło samo, to nie przyszło znikąd. Oswajanie się ze stresem kosztowało mnie morze czasu i ocean energii. Pokonywanie ciągle wizualizującej się sceny jak tracę przytomność w trakcie prezentacji, albo jak w podczas wypowiedzi nagle zapominam kolejnej kwestii, zacinam się i nie mogę odblokować, a cała sala ryczy ze śmiechu, było dla mnie kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, którego przecież nie musiałem podejmować. Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. Zdecydowanie przyjemniej byłoby siedzieć w tym czasie w swoim bezpiecznym gniazdku i gapić się w monitor, niż narażać się na krytykę, kpiny i negatywną ocenę, występując na uczelniach, próbując swoich sił na Slamach Poetyckich, i sprawdzając się na lokalnych, mniejszych konferencjach, przed każdą z nich walcząc na śmierć i życie ze zdenerwowaniem, niepewnością i brakiem wiary we własne siły.

Czy w takim razie było warto? Biorąc pod uwagę, że każdy z tych kroków przybliżał mnie do upragnionego celu, który w końcu osiągnąłem, to…

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!

Wiesz, co było najlepsze w przełamaniu się na tak dużą skalę? Nie to, że gdy skończyłem mówić dostałem brawa. Nie to, że po prelekcji kilku uczestników powiedziało, że otworzyłem im oczy lub zmieniłem spojrzenie na jakąś kwestię. Nie to, że od osób, z których opinią się liczę usłyszałem, że poszło mi świetnie. Nawet nie to, że moi bliscy byli ze mnie dumni. To wszystko oczywiście było super i podbijało moje samozadowolenie pozwalając unieść się na wysokość trzeciego piętra, ale coś innego było dużo istotniejsze.

Efektem nie do przecenienia była świadomość, że mogę pokonać samego siebie!

Wiedza, że nie muszę godzić się ze stanem zastanym, że niedziałający element w sobie mogę zmienić, że to nie jest tak, że jestem uszkodzony i nic się nie da zrobić, dała mi skrzydła, na których wzleciałem na wysokość wieżowca. Nie mam zapędów, żeby zostać teraz zawodowym mówcą, czy w ogóle wodzirejem, bo zdecydowanie wolę pisać, ale świadomość tego, że gdybym chciał, byłbym w stanie to zrobić, jest jak zobaczenie swojego miasta z lotu ptaka, będąc wcześniej tylko naziemnym obserwatorem jednej ulicy. Wywraca perspektywę, jak przejście z geo do heliocentrycznego układu planet. Udowodnienie sobie samemu, że rzecz, która wcześniej wydawała Ci się kategorycznie niemożliwa, jednak jest to zrobienia, bo właśnie jej dokonałeś, jest jak zdobycie klucza, który otwiera wszystkie drzwi. To hipereuforia, to ucementowanie poczucia własnej wartości, to empiryczne przekonanie się o posiadaniu mocy sprawczej. Trudno opisać to uczucie słowami, żeby to w pełni zrozumieć, trzeba go doświadczyć.

Magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu. Długo myślałem, że to pieprzenie. Teraz wiem, że to prawda.

(niżej jest kolejny tekst)

52
Dodaj komentarz

avatar
37 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
37 Comment authors
Jan FavreKasia#53: Jak wyszłam poza strefę komfortu – Gocha czy nie GochaAneta JokiszPaula Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dawid Bartkowski / goodkid.pl
Gość

Miło było poznać osobiście (y)

Jan Favre
Gość

Mnie również.

Blogabella
Gość

Łauł, pełen podziw i szacunek. Ja do tej pory pamiętam jak bardzo trzęsły mi się ręce i pot spływał po czole ze stresu na studiach przy prezentacjach. To jak zbyt wysoka ściana by móc przeskoczyć. A wystarczy tylko lub aż mocno się odbić by dosięgnąć i zobaczyć co się za nim znajduje. I to odbicie to własnie ta moc, która drzemie gdzieś w środku. Jak się ją obudzi to można wszystko. Taka metafora. ;)

Frelka
Gość

Janek, bardzo fajnie, że się tym dzielisz i że się przełamałeś :) Przeczytałam kiedyś, że to nie jest tak, że odważni ludzie się nie boją- oni boją się tak samo, tylko potrafią działać pomimo strachu. W pełni się z tym zgadzam. Półtora roku temu pierwszy raz poszłam na zajęcia pole dance- przerażona aż do bólu, bo niby jak inaczej może czuć się na swoich pierwszych zajęciach sportowych osoba, która na wszystkich wfach w swoich życiu była wybierana jako ta ostatnia i której każdy powtarzał, że co jak co ale w sport to ona nie potrafi. Przepadłam. Trenuję dalej, kocham to… Czytaj więcej »

Frelka
Gość

swoich marzeń*

Jan Favre
Gość

Dzięki wielkie za podzielenie się swoimi doświadczeniami i gratuluję przełamania się!

Robert
Gość
Robert

Cała prawda, bardzo przyjemnie sie to czyta i na dodatek znowu poznałem nowe słowo „gargantuicznie”, dzięki Janek!
Akurat teraz czytam książkę „Płonąc w atmosferze” i tam tez bohater zaczyna robic rzeczy, których dotychczas panicznie sie bał.

Jan Favre
Gość

Też czytam tę książkę, wciągająca historia, piąteczka!

Karol Patience
Gość
Karol Patience

Pokonywanie własnych słabości to jedno, warto to robić, ale cały ten corpo-kołczowy bullshit o wychodzeniu ze strefy komfortu i rozwoju osobistym, dalej pozostaje bullshitem.

Jan Favre
Gość

Nie przekonuję, że wszystko co mówią kołcze motywacyjne warto brać sobie do serca, bo też wyczuwam w tym dużo ściemy i żerowania na naiwności, ale akurat to z wychodzeniem ze strefy komfortu jest prawdą.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa

Skip to entry content

Pamiętasz te czasy, kiedy najmocniejszym pociskiem w stronę kolegi z klasy było nazwanie go głupkiem? Gdy nie tytułowało się ludzi wulgarnymi określeniami narządów rozrodczych? Tylko najwyżej kapuścianymi łbami? A gdy przegięli i nas zdenerwowali, zalecało się spadanie na drzewo? Mimo, że za dzieciaka dochodziło do konfliktów równie często, co za doroślaka, to nie były one tak brzemienne w skutkach. Czy to ze względu na słownictwo? Chyba nie, ale i tak wolałbym słuchać ówczesnych kłótni, niż tych aktualnych.

Z okazji dnia dziecka, czyli święta nas wszystkich, przypomnijmy sobie jak czule kiedyś potrafiliśmy się obrażać. Przed Tobą 13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa.

1. Przeżywasz jak mrówka okres – wjeżdżamy z grubej rury! Nikt, ale to absolutnie nikt z chłopaków w tamtych czasach nie wiedział czym jest rzekomy „okres”. Ale jakoś przyjęło się, że jak porównujesz kogoś do robaka, to poprzedzające to określenia, też muszą być ostrym pojazdem.

2. Turlaj dropsa – i bynajmniej nie było to jeszcze bardziej zawoalowane „zarzuć piksę”. Raczej zabawniejsze „wal się”.

3. Ciebie robił! – uniwersalna riposta na każdy obraźliwy epitet.

– Boże, jak ty wyglądasz… wystroiłeś się jak szafiarka!
– Ciebie robiła!

Działa cały czas, co?

4. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu braknie – czyli prosto i treściwie zobrazowane „nie kozacz”. Rzucane zazwyczaj, gdy ktoś się popisywał lub przechwalał, a dało się wyczuć, że to co mówi może się mijać z prawdą.

5. Dwóch na jednego, to banda Łysego – nigdy nie udało mi się ustalić personaliów Łysego i tego, czemu jego ekipa tak często była wymieniana przy okazji podwórkowcych konflitków. Jeśli ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę o kontakt.

6. Spier-papier! – dziś już nikt tak pięknie nie mówi, żebyś się oddalił.

7. Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika – nikogo z moich kolegów nigdy nie dosięgnęło to proroctwo, i podejrzewam, że nikogo z Twojej paczki również, jednak wszyscy i tak traktowali tę wróżbę jako przepowiednię krótkiego terminu realizacji. I bardzo sprawnie ów język przestawali pokazywać, panicznie wypatrując na horyzoncie zbliżających się krów.

8. Kto się przezywa, sam się tak nazywa – jeszcze bardziej uniwersalne, niż „ciebie robił”. Odbija każdy atak skuteczniej, niż dziecko Anny Kurnikovej z Jerzym Janowiczem, wychowywane przez siostry Williams.

9. Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu – gdy ktoś beształ Cię tak wyszukaną rymowanką, jasne było, że dalsze brnięcie w wyzywaninę nie ma sensu, bo, a nuż, okaże się, że jest zaginionym krewnym Kochanowskiego. I w kolejnej rundzie zrymuje jakiś tren z Twoim nazwiskiem. A wtedy pewne byłoby, że rym do tego, co napisane jest przy numerze Twojego mieszkania na domofonie, zostałby już na zawsze Twoim przezwiskiem. Przezwiskiem, którego z pewnością nie chciałeś mieć.

10. Po nazwisku, to po pysku – tu już mieliśmy większe prawdopodobieństwo realizacji niż w przypadku klątwy z wołowiną, jednak – paradoksalnie – oponent jeszcze gorliwiej wypowiadał sformułowania, na które reagowaliśmy w ten sposób.

11. Coś ci spadło… [po chwili lub gdy druga osoba spytała „co?”] ciśnienie w majtkach – do dziś nie wiem, co to tak naprawdę znaczyło, ale ciężar gatunkowy obelgi miał mniej więcej tę samą wagę, co obecnie zasugerowanie, że ktoś ma problemy ze wzwodem.

12. Jakbym miał taką twarz, to bym się uczył na niej siadać – pojazd po bandzie, jedna z najobraźliwszych obelg jaką stosowało się w dzieciństwie. Dostać takim hasłem przy kumplach, to jak stanąć gołą stopą na klocku Lego. Niby niepozorne, niby nikt się nie spodziewa, a boli jak cholera.

13. Chyba ty! – stosuję do dnia dzisiejszego. Zawsze się sprawdza.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog

wpis jest wynikiem współpracy z marką Lech

Zastanawiałeś się kiedyś, co ma na Ciebie wpływ? Dość oczywiste jest, że ludzie bo to kim jesteś, w dużej mierze jest wypadkową Twoich rodziców, przyjaciół, wrogów i innych osób, które spotkałeś na swojej drodze, ale co jeszcze? Muzyka? Pewnie! W końcu jak mogłaby nie mieć znaczenia piosenka, z której refren nucisz tygodniami. Filmy? No jasne! Nic tak nie uwrażliwia jak „Król Lew”. A gry? Kto nie kupił sobie deskorolki pod wpływem „Tony Hawk’s Pro Skater 2”, niech pierwszy cofnie lajka. Dobra, mam wrażenie, że się rozumiemy, ale trochę się zagalopowaliśmy.

Spójrzmy trochę bliżej. Na coś bardziej codziennego.

Twoje otoczenie wpływa na Ciebie

Czemu większość osób nie jest w stanie zacząć nauki, dopóki nie wysprząta całego pokoju? A przynajmniej dopóki nie ma idealnego porządku na biurku? Czemu za pokój hotelowy z widokiem na morze trzeba zapłacić ekstra? Czemu w ogóle istnieje taki zawód jak projektant wnętrz? Czemu mieszkania w Warszawie są najdroższe w Polsce? Czemu milej się je posiłek na tarasie ogrodowym, niż w stołówce robotniczej? Czemu ludzie buntują się, gdy się dowiadują, że pod oknami ich domów ma przebiegać droga szybkiego ruchu?

Bo to co nas otacza ma znaczenie. Bo wpływa na nas.

Zamieszkałem w Krakowie, bo byłem zafascynowany atmosferą tego miasta, tym połączeniem ducha historii z wszechobecnym luzem i znajdowaniem się w centrum kultury. Ten klimat wielkiego przedsionka Europy, który jednocześnie ma w sobie kameralność małego miasteczka, urzekł mnie. I od chwili przeprowadzenia się tutaj 8 lat temu, aż do teraz, cały czas działa kojąco jak balsam. I każdego dnia zdaję sobie sprawę z tego jaki wpływ mają na mnie bulwary, po których spaceruję, parki i biblioteki, w których pracuję i kawiarnie, w których się spotykam z przyjaciółmi.

Pozytywny wpływ.

Chodzenie na TEDxy i słuchanie genialnych mówców inspiruje mnie, zresztą tak jak wpadanie do MOCAKu, czy Muzeum Narodowego. Spacerowanie po Lasku Wolskim zaspokaja moją potrzebę kontaktu z naturą, a leżenie na trawie na Bulwarach Wiślanych pragnienie odpoczynku. Trasa wokół błoń jest świetnym miejscem na liźnięcie trochę ruchu, a nieopodal świeżo otwarty skwer z foodtruckami w Cichym Kąciku, opcją na uszczknięcie trochę hipsterki. Nie mówiąc już o tym, jak spoko sprawą jest wspinanie się, pływanie, czy grillowanie na Zakrzówku. Podróżowanie komunikacją, natomiast jest gwarantem darmowej rozrywki. Zwłaszcza po północy.

To miasto i pobudza mnie, i daje oddech uspokojenia, i zasadniczo jest super! Choć kilka rzeczy bym zmienił, żeby było jeszcze lepiej, zwłaszcza że jest ku temu sposobność.

100 000 złotych na zmianę Twojego miasta na lepsze

lech

Marka Lech w ramach akcji LECHSTARTER daje milion (serio, tu nie ma literówki: MILION) złotych na pozytywną zmianę polskich miast. O co chodzi? O to, żeby zmieniać miejsca brzydkie na ładne, betonowe pustynie zastąpić zielenią, a nudne dzielnice wypełnić życiem. Czyli o to, żeby nam wszystkim żyło się ładniej, wygodniej i mądrzej. Lepiej. Do 5 czerwca (czyli do niedzieli) można głosować na innowacyjne pomysły, które zmienią Wasze otoczenia na przyjazne. Albo jeszcze przyjaźniejsze, niż do tej pory.

Projekty metamorfozy przestrzeni miejskiej dotyczą takich obszarów jak: zazielenianie, łączenie ludzi, nowe technologie, zmienianie na ładne. A wcześniej wspomniany milion zostanie rozdzielony w następujący sposób:

– 5 grantów dla 5 miast o wartości 100 000 złotych

– 20 mikrograntów dla 20 miast o wartości 25 000 złotych

O tym, które miasto dostanie ile kasy, na jaki projekt i czy w ogóle, decydujemy my. Codziennie można oddać 1 głos na daną propozycję i najchętniej, samolubnie namówiłbym Was, żebyście codziennie głosowali tylko na pomysły dotyczące ulepszania Krakowa, ale te z innych regionów są tak bardzo spoko, że źle bym się czuł, gdybym o nich nie wspomniał.

Co to za turbo koncepcje zmiany miejskiego otoczenia?

Odpicowane rury w Warszawie

LECHSTARTER warszawa

O co chodzi? Byliście kiedyś na warszawskim Targówku? Widzieliście te blaszane węże ciągnące się po powierzchni, wyglądające, jakby wielkiemu robotowi rozlały się wnętrzności? W sensie instalację rur naziemnych wijących się między domami i szpecących dzielnicę? Plan jest taki, żeby zaczęły ją zdobić.

Malowanie rur ciepłowniczych na Targówku zostanie podzielone na dwa etapy: w pierwszym, powstaną na nich murale stworzone przez artystów specjalizujących się w tym, w drugim, w trakcie konkursu zostaną wyłonieni graficy-amatorzy, którzy odpicują je wedle swojej fantazji. Aż już bym chciał zobaczyć, jak to będzie wyglądało!

–> GŁOSUJ! <–

 

Relaks do kwadratu w Słupsku

LECHSTARTER słupsk

O co chodzi? Są takie lokalizacje w Słupsku, które kiedyś tętniły życiem, będąc miejscem spotkań ludzi, a dziś są zapomniane jak długopis, który wpadł za kanapę i czas je przykurzył. Akcja jest taka, żeby zreaktywować je, czyniąc z nich przestrzeń publicznej integracji. Mają w nich powstać mobilne strefy relaksu w formie drewnianych wiat z trwale zamontowanymi leżakami, huśtawkami, hamakami, ławkami i stołami, jako miejsce spotkań i imprez, i bardzo szeroko rozumianego reklasu.

Biorę to!

–> GŁOSUJ! <–

Interaktywna ławka w Krakowie

LECHSTARTER kraków

O co chodzi? Chodzi o to, żeby ławki w parkach, czy na plantach, zamieniły się w darmowe cyfrowe biblioteki, z który możesz skorzystać za pomocą telefonu albo tabletu. Spoko, co?

Przestrzeń wokół ławeczki, zostanie zaaranżowana tak, aby swoją formą nawiązywała do dzieł sztuki dostępnych w niej. Czyli, że jak w ławce dostępny będzie „Władca Pierścieni”, to dookoła będą elfy i orki, a Twojego smartfona pilnować będzie Golum. No dobra, może ciutkę mnie poniosło, ale zapowiada się mega spoko, zwłaszcza, że w obrębie interaktywnej ławki publikować będzie można też własne prace. Czyli będzie jak pokazać skrywane po szufladach wiersze.

–> GŁOSUJ! <–

Podwórko Hilarego w Łodzi

LECHSTARTER łódź

O co chodzi? Łódź jaka jest każdy widzi. Wystarczy zejść z Piotrkowskiej w boczną uliczkę, żeby zacząć łapać się za portfel, co nieco niszczy pozytywne wrażenie budowane przez przepiękne murale. „Podwórko Hilarego”, ma być kreatywną przestrzenią współpracy artystów z mieszkańcami na rzecz zmiany miejskiego otoczenia. Ma być zarówno miejscem wystaw i towarzyszących im wernisaży scalających społeczność, jak i bieżącą strefą pracy twórczej.  I źródłem pomysłów na dalszą rewitalizację miasta.

–> GŁOSUJ! <–

Kajaki we Wrocławiu

LECHSTARTER Wrocław

O co chodzi? „Kajaki, kajaki, bo kajaki są od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego” jak mówi stara piosenka zespołu Fasolki. Mieszkańcy osiedla Port Olimpia we Wrocławiu też chcieliby się pobawić, dlatego pomyśleli, że można by coś zrobić z tą Odrą płynącą przez środek miasta.

Nie jestem jakimś wytrawny kajakarzem, a w zasadzie to żadnym, ale opcja spędzania czasu na łonie natury i podziwiania przyrody, uprawiając w tym czasie aktywność fizyczną razem z sąsiadem, czy tam sąsiadką, brzmi bardzo pierwszoklasowo.

–> GŁOSUJ! <–

Majsterkowicze w Poznaniu

LECHSTARTER poznań

O co chodzi? O to, że żeby przekonać ludzi do majsterkowania. Udostępniając im za darmo specjalistyczne maszyny, narzędzia i przestrzeń do działania. Ideą jest pokazanie, że zepsute rzeczy można naprawić, a nowe wykonać samemu, a – jak sami twórcy pomysłu mówią – „jeżeli ktoś myśli, że nie umie i nie da rady, to go nauczymy”.

Mnie nikt nie uczył, dlatego moje umiejętności naprawcze są mocno ograniczone, żeby nie powiedzieć, że ich nie ma, ale jeśli miałbym możliwość rozwijania ich pod okiem fachowców i to jeszcze za friko, to nie zaskoczę Was pewnie, jeśli powiem, że bym z niej skorzystał. A taka możliwość będzie, bo w ramach masjterkowych weekendów, oprócz dostępu do sprzętu, organizowane będą również spotkania z ekspertami.

–> GŁOSUJ! <–

 

Niech żyje się lepiej! Listę wszystkich miast i wszystkich projektów biorących udział w głosowaniu znajdziesz na stronie LECHSTARTERA. Daj znać, na który pomysł zagłosowałeś i czemu akurat na Kraków.