Close
Close

Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu

Skip to entry content

Słyszałeś to całe motywacyjne pieprzenie o wychodzeniu ze strefy komfortu? O tym, że gdy nie przekraczasz swoich granic, nie rozwijasz się? Że robiąc tylko to, co już znasz i umiesz, nie wydostając się poza obszar emocjonalnego bezpieczeństwa, skazujesz się na monotonię i nudę? A magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu? Słyszałeś, co? Ja też i z miejsca chciałem podpisać się pod petycją o zdelegalizowanie coachingu i rozwoju osobistego. Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam jak w piątej klasie podstawówki miałem grać drzewo w szkolnym przedstawieniu. Tak, drzewo. Niezbyt wymagająca rola, co? Ja to jednak widziałem zdecydowanie inaczej. Widziałem CAŁĄ SZKOŁĘ, przed którą miałem wystąpić i wiedziałem, że CAŁA SZKOŁA będzie mnie oceniać. Czy mam dość przekonujący strój, czy trzymam właściwą pozę i ogólnie, czy nie robię z siebie debila, co w tamtych czasach było istotniejsze, niż w dzisiejszych zastanawianie się, czy będę miał jak zapłacić za mieszkanie. Trzy tygodnie przed występem stała się tragedia. Nauczycielka organizująca teatrzyk stwierdziła, że będę mówił czterowersową kwestię. Czujecie? Miałem wyjść przed ten szwadron dzieciaków gotowych mnie rozszarpać i wypominać do końca życia najdrobniejsze potknięcie, i wyrecytować im aż cztery wersy! Niewykonalne!

Gdyby kłębki były wrzącym kwasem gotującym się w garnku, który zaraz ulegnie rozkładowi i doprowadzi do tego, że kuchenka wraz z całą instalacją gazową eksploduje, wysadzając przy tym połowę dzielnicy, mógłbym powiedzieć, że w tamtym okresie byłem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy to kwestia zaniżonej samooceny, problemów z poczuciem własnej wartości, gargantuicznej nieśmiałości, czy po prostu tego, że byłem dzieckiem, ale czułem się tak bardzo niegotowy, jak tylko to możliwe, do występowania przed kimkolwiek oprócz mojej mamy. Tydzień przed przedstawieniem zacząłem mieć problemy ze snem, a dzień przed zacząłem modlić się o tak szumnie zapowiadany koniec świata, który miał przyjść w 2000 roku i trochę się spóźniał. Mimo mojej ówczesnej głębokiej wiary w moc sprawczą modlitwy, nic takiego się nie stało.

Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tej cholernej szkoły, przebrać się za to pieprzone drzewo i wydusić z siebie te cztery wersy na oczach wszystkich. Kwadrans przed wygłoszeniem swojej kwestii zemdlałem.

Tracenie przytomności jest mało przyjemnym uczuciem, zwłaszcza, gdy masz 11 lat i kompletnie nie wiesz, co się dzieje z Twoim ciałem i świadomością. Stoisz pośród ludzi, tak jak stałeś wcześniej i nagle obraz zaczyna się ściemniać, ale nie że na sali robi się ciemniej, tylko tak jakby kineskop w przedpotopowym telewizorze zaczął się wyłączać – w ultra zwolnionym tempie, to na co patrzysz zaczyna pokrywać czerń. To samo dzieje się ze słuchem. Głos człowieka, który stoi tak blisko, że stykasz się z nim ramieniem zaczyna się oddalać, od-da-lać, oood-daaa-laaać, maaasz wraaa-żeee-nieee, żeee kaaaż-dyyy dźwięęęk jeeest cooo-raaaz daaa-leeej oood Cieee-bieee iii zwaaa-lniaaa. Aaaż zniii-kaaa zuuu-peeeł-nieee. I przestajesz słyszeć cokolwiek.

Gdyby problem z odbieraniem bodźców ze świata nie był wystarczająco przerażający, to dochodzi do niego zanik możliwości poruszania swoim ciałem. Chcesz podnieść rękę, żeby przetrzeć oczy i naprawić szwankujący wzrok, ale masz wrażenie, że odinstalował Ci się sterownik albo przynajmniej zdeaktualizował, bo kończyna unosi się jak w zatartym przez piach, nienaoliwionym robocie. Z nogami to samo. Chcesz nimi poruszyć, żeby wydostać się z tego pomieszczenia i odzyskać kontakt ze światem na otwartej przestrzeni, ale stoją w miejscu. A w zasadzie to przestają trzymać pion, jakby ktoś zaczął z nich spuszczać powietrze i teraz całą energię i procesy życiowe skupiasz na tym, żeby nie wyłączyło im się zasilanie i żebyś nie wylądował z twarzą na posadzce.

Bardzo, bardzo nieprzyjemne. Mniej więcej tak nieprzyjemne, jak gdy ktoś powala Cię na ziemię uderzeniem w tył głowy, trzy osoby Cię kopią po żebrach, a jedna okłada metalową rurką. Też nie wiesz, co się dzieje i czy dotrwasz, aż się skończy.

Po tym incydencie już nigdy nie chciałem publicznie występować przed nikim. W żadnych pieprzonych spektaklach, na żadnych cholernych jasełka, ani na żadnych posranych olimpiadach, czy – nie daj boże, w którego właśnie przestałem wierzyć – konkursach recytatorskich. W gimnazjum nie było z tym problemów, bo mieliśmy aspołeczną wychowawczynię, która absolutnie nie była gotowa do pracy z młodzieżą, więc kontakt z nami ograniczała do niezbędnego minimum i żeby nie brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nasze działania, wymiksowywała udział naszej klasy z wszelkich nadprogramowych czynności. Co odbiło się również tym, że w ciągu 3 lat nie byliśmy na ani jednej wyciecze. Ale nie miałem z tym problemu. Cieszyłem się całym sobą, że ominął mnie koszmar publicznych wystąpień.

W liceum, dzięki wybraniu zdecydowanie nieekstrawertycznej klasy matematycznej,  trauma udziału w szkolnych przedstawieniach również mnie ominęła, jednak sytuacja zmieniła się na studiach. Raz, że od przygotowywania prezentacji na zaliczenie nie dało się już uciec i kilka razy w semestrze trzeba było przed tych 30-40, a czasem nawet i 70 ludzi wyjść i świecić oczami, a dwa, że po wyprowadzce z domu musiałem mieć z czego żyć. Więc musiałem zacząć zarabiać. Więc musiałem znaleźć pracę. Więc musiałem zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A to kurewsko stresowało.

Potrzebowałem kasy na mieszkanie i jedzenie, i to potrzebowałem jej bardzo, bo mimo, że jestem mistrzem sztuki przetrwania, to wciąż daleko mi do Beara Gryllsa, a tym bardziej do Jezusa, żeby wytrzymać miesiąc bez szamy. Jaki skutek uboczny dawała ta paląca potrzeba? Stres. A w zasadzie to cały kokon ze stresu, który szczelnie mnie owijał tuż przed spotkaniem rekrutacyjnym. Często, a raczej niemal zawsze, wypadałem na rozmowach dużo poniżej swoich możliwości i nie byłem w stanie zaprezentować w pełni swoich umiejętności i wiedzy, bo nerwy zżerały mnie jak hiena świeże truchło, tuż po jego znalezieniu. Nienawidziłem tego i, na tyle na ile to możliwe, robiłem wszystko, by od tego uciec.

Może to zabrzmieć absurdalnie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy postanowiłem zająć się blogowaniem.

Pewnie zastanawiasz się, co ma pisanie internetowego pamiętnika w zaciszu uwitego z fotela, poduszki i koca gniazdka, do przemawiania ze sceny i wystawiania się na ocenę publiczności? Ano to, że najlepsi blogerzy występują jako prelegenci na kilkuset osobowych konferencjach. A ja nigdy nie chciałem być któryś z kolei, niezależnie czym się zajmowałem, jeśli było to moją pasją i robiłem to z autentycznej zajawki, zawsze chciałem być pierwszy. Jeśli czymś faktycznie się jarasz, nie chcesz być w tym przeciętny, skupiasz się na tym, żeby być najlepszy. Dążysz do doskonałości. Miałem więc prosty wybór, albo odpuścić blogowanie, albo przełamać swój paraliżujący strach przed publicznymi wystąpieniami.

Biorąc pod uwagę, że wciąż piszę, a Ty czytasz te słowa, chyba wiesz jaką decyzję podjąłem?

Pamiętam jak w 2012 roku pojechałem pierwszy raz na Blog Forum Gdańsk, nikogo nie znałem, wszystkiego się bałem, a gdy niespodziewanie zobaczyłem Andrzeja Tucholskiego potrzebowałem 20 minut, żeby zebrać się w sobie i powiedzieć „cześć, jestem Janek i cię czytam”. Od pierwszej prezentacji, którą zobaczyłem na tej imprezie, wiedziałem, że któregoś dnia to ja będę przemawiał do tego tłumu ludzi i tłumaczył niejasne zagadnienia z pozycji eksperta. No dobra, nie wiedziałem, ale bardzo chciałem. Chciałem być asem, a nie jopkiem w tej grze. Perspektywa bycia jednym z najlepszych łechtała moje ego i nakręcała, ale wizja skupienia na sobie spojrzenia setek oczu przerażała do szpiku kości, przyprawiając o przyspieszoną akcję serca, mokre dłonie i gęsią skórkę.

Śledzenie każdego ruchu, każdego słowa, każdej mikroekspresji mimicznej, wyczulenie na każdą zmianę tonu głosu przez tylu ludzi, przerażało mnie, tak jak przeraża spotkanie samotnego małego dziecka po zmroku na cmentarzu. Wielu rzeczy w życiu się bałem, ale to było dla mnie jak zrobienie krzyżowych nacięć na całym ciele i wrzucenie do akwarium z piraniami. Czułem, że gdybym był na miejscu osób, które podziwiałem siedząc na widowni, z miejsca dostałbym zawału.

Dałem sobie 2 lata, żeby przełamać ten strach.

Zajęło mi to jednak trochę dłużej. Po 3 latach wystąpiłem jako jeden z panelistów na Blog Forum Gdańsk, co było tylko połowicznym wykonaniem postawionego sobie celu, bo w trakcie panelu dyskusyjnego uwaga rozkłada się na wszystkich uczestników i również dobrze mógłbym w ogóle się nie odzywać, a pewnie i tak mało kto by to odnotował. Misja w pełni wykonana została dopiero po 3,5 roku. W zeszłą sobotę byłem prelegentem na Blog Conference Poznań i po otwarciu wydarzenia prowadziłem prelekcję dla jakichś 300 osób.

Ja, niegdyś dzieciak, który w podstawówce zemdlał, gdy miał przebrany za drzewo wyjść do równieśników i powiedzieć durny czterowersowy wierszyk, teraz przez pół godziny występowałem przed pełną salą w zupełnie obcym mieście, dzieląc się wiedzą. Łouł!

To nie przyszło samo, to nie przyszło znikąd. Oswajanie się ze stresem kosztowało mnie morze czasu i ocean energii. Pokonywanie ciągle wizualizującej się sceny jak tracę przytomność w trakcie prezentacji, albo jak w podczas wypowiedzi nagle zapominam kolejnej kwestii, zacinam się i nie mogę odblokować, a cała sala ryczy ze śmiechu, było dla mnie kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, którego przecież nie musiałem podejmować. Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. Zdecydowanie przyjemniej byłoby siedzieć w tym czasie w swoim bezpiecznym gniazdku i gapić się w monitor, niż narażać się na krytykę, kpiny i negatywną ocenę, występując na uczelniach, próbując swoich sił na Slamach Poetyckich, i sprawdzając się na lokalnych, mniejszych konferencjach, przed każdą z nich walcząc na śmierć i życie ze zdenerwowaniem, niepewnością i brakiem wiary we własne siły.

Czy w takim razie było warto? Biorąc pod uwagę, że każdy z tych kroków przybliżał mnie do upragnionego celu, który w końcu osiągnąłem, to…

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!

Wiesz, co było najlepsze w przełamaniu się na tak dużą skalę? Nie to, że gdy skończyłem mówić dostałem brawa. Nie to, że po prelekcji kilku uczestników powiedziało, że otworzyłem im oczy lub zmieniłem spojrzenie na jakąś kwestię. Nie to, że od osób, z których opinią się liczę usłyszałem, że poszło mi świetnie. Nawet nie to, że moi bliscy byli ze mnie dumni. To wszystko oczywiście było super i podbijało moje samozadowolenie pozwalając unieść się na wysokość trzeciego piętra, ale coś innego było dużo istotniejsze.

Efektem nie do przecenienia była świadomość, że mogę pokonać samego siebie!

Wiedza, że nie muszę godzić się ze stanem zastanym, że niedziałający element w sobie mogę zmienić, że to nie jest tak, że jestem uszkodzony i nic się nie da zrobić, dała mi skrzydła, na których wzleciałem na wysokość wieżowca. Nie mam zapędów, żeby zostać teraz zawodowym mówcą, czy w ogóle wodzirejem, bo zdecydowanie wolę pisać, ale świadomość tego, że gdybym chciał, byłbym w stanie to zrobić, jest jak zobaczenie swojego miasta z lotu ptaka, będąc wcześniej tylko naziemnym obserwatorem jednej ulicy. Wywraca perspektywę, jak przejście z geo do heliocentrycznego układu planet. Udowodnienie sobie samemu, że rzecz, która wcześniej wydawała Ci się kategorycznie niemożliwa, jednak jest to zrobienia, bo właśnie jej dokonałeś, jest jak zdobycie klucza, który otwiera wszystkie drzwi. To hipereuforia, to ucementowanie poczucia własnej wartości, to empiryczne przekonanie się o posiadaniu mocy sprawczej. Trudno opisać to uczucie słowami, żeby to w pełni zrozumieć, trzeba go doświadczyć.

Magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu. Długo myślałem, że to pieprzenie. Teraz wiem, że to prawda.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Paula

    kurczę…. Siejesz ferment w mojej glowie ….

  • Pingback: Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?()

  • O paaanie. Witaj w moim świecie. W świecie tego mdlejącego drzewa. Po prostu jakbym czytał o sobie, z tym, że ja dalej tkwię w tej niemożności i strachu przed publicznymi występami, jakby ktoś mnie miał co najmniej zjeść. No ale widzę, że się da ;).

  • Lukasz Straszydlo

    Z reka na sercu: to setny blog, którego trafiłem przez jakis-tam-link i pierwszy wpis/artykuł, ktory przeczytalem od deski do deski. Sam jestem na etapie pokonywania swoich demonów i to co przeczytałem, daje mi nadzieje, ze na koncu powiem sobie ‚no fak, jednak bylo warto. Udalo sie’. Dziękuję za wlanie me mnie odwagi i wiary by cisnac dalej.

  • Rafał Ferber
  • Weronika Zuzańska

    Miałam tak samo jeśli chodzi o podejście do tej całej strefy komfortu. Na samą myśl o tym dostaję dreszczy, ale niedługo po tym przypominam sobie jakiego to daje emocjonalnego kopa. No i to piękne uczucie, że możesz wszystko :)

  • Ja powiem tylko tyle, że Twoja prezentacja na BCP była mega ;)

  • Ja też nie lubiłam wystąpień publicznych. Co zrobiłam? Doktorat i pracuję jako wykładowca :) Na konferencjach kiedy widzę przed sobą całą salę ludzi, i między nimi profesorów – ciągle jeszcze jest stres, a jak zaczyna się dyskusja…. No, mam jeszcze nad czym pracować.

  • Cześć Janek znalazłem literówkę w akapicie „Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tego cholernej szkoły”. Poza tym widzę że trochę design bloga wyładniał :) fajnie fajnie. Co do artykułu – nie że się czepiam ale uważam że strefa komfortu zawsze jest i nie da się z nie wyjść. To jak walczenie z własnymi ograniczeniami. O wiele bardziej jestem podejścia że nalezy te ograniczenia zaakceptować, ALE DZIAŁAĆ POMIMO ich i PRZESUWAĆ granicę strefy komfortu. Małymi kroczkami, lub rzucając się na głęboką wodę, jak w Twoim przypadku. Na każdego działa coś innego. Ja radzę sobie ze stresem w ten sposób że zawsze zakładam najlepsze możliwe zakończenia, ale również przewiduje te mniej optymistyczne wersje. Staram się zawsze mieć w zanadrzu zapasowy plan i przede wszystkim – przygotowywać najlepiej jak umiem. Cytując Wdowę (nie wiem czy słuchasz) „nie robię nic jeśli muszę, ale nie potrafię” i „nie ma nagrody, jeśli nie ma w górze tablicy z dziesiątką”. Gratuluje Ci sukcesu. Takie rzeczy są bardzo budujące, znam to z autopsji :)

  • Dot

    Masz rację, to uczucie przełamania się jest niesamowite :) Sama doświadczyłam go nie raz.
    Dzięki takim wpisom ludzie zdają sobie sprawę, że znani blogerzy są takimi samymi ludźmi jak my – tak jak my czegoś się boją, mają jakieś zmartwienia, problemy.
    Gratulacje dla Ciebie, Janek, że udało Ci się zrobić taki postęp! Nie byłam na BFG, ale jestem pewna, że Twoja prelekcja była świetna :)

  • Aleksandra Muszyńska

    Wzruszyła mnie wizja mini – Janka, pomalowanego w barwy maskujące i przebranego za element flory, który mdleje z nerwów :((.
    Niestety problemy te są mi obce. Zawsze gadałam dużo, bez problemu i do każdego, czy sobie tego ludzie życzą czy nie :D.

  • Takie historie są niesamowite. I bardzo mobilizują do pracy nad sobą! Ja konkursy recytatorskie uwielbiałam, bo mogłam na pamięć wykuć swoją kwestię i wypaść fenomenalnie. Ale już MÓWIENIE że sceny, w dodatku ciekawie, to jest coś, czego nie udało mi się nauczyć. Jeszcze.

  • Prawda to nad prawdami. Jak sobie przypominam, że przez kilkanaście lat miałam tak bardzo zaniżoną samoocenę, że kiedy słyszałam czyjś śmiech z odległości kilku metrów (a już tym bardziej obok siebie), to dałabym sobie (wtedy) rękę uciąć, że śmieją się ze mnie. I parafrazując klasyka, chodziłabym teraz bez ręki.
    W ten weekend rozwaliłam na łopatki mój kolejny największy lęk, czyli poznawanie totalnie obcych ludzi bez wsparcia kogoś, kto ich zna. To było dla mnie tak zaskakujące, że ci ludzie w ogóle chcieli się do mnie odezwać, że nadal czuję, jak od tego rosnę.
    Wyznaczyłam sobie kolejny cel. Tym razem podchodzenie do grupek na SeeBloggers. Już oblewa mnie pot na samą myśl o tym.

    • „Prawda to nad prawdami. Jak sobie przypominam, że przez kilkanaście lat miałam tak bardzo zaniżoną samoocenę, że kiedy słyszałam czyjś śmiech z odległości kilku metrów (a już tym bardziej obok siebie), to dałabym sobie (wtedy) rękę uciąć, że śmieją się ze mnie” – do połowy gimnazjum niestety miałem dokładnie to samo.

    • Dot

      Ja też dość często myślę, że jeśli ludzie się śmieją, to pewnie ze mnie. Do dziś pozostało mi takie wrażenie, ale już jestem o wiele bardziej pewna siebie i mimo że myśl „śmieją się ze mnie?” przechodzi mi przez głowę, myślę sobie „pff! nawet jeśli, to nieważne” i idę dalej z podniesionym czołem :D

  • O matko, idealnie wpasowałeś się w moje uczucia. I choć nie mam problemu z otwieraniem buzi do ludzi, ale na tegorocznym BCP, gula w gardle mnie pokonała i prawie się udusiłam. Moja strefa komfortu nagle zyskała kilometry. Swoją drogą, w życiu bym nie przypuszczała, że ty miałeś kiedyś podobnie :-). Napisałeś, że zajęło ci trochę pokonanie tej zmory, ja też go potrzebuje. Miło było zamienić z Tobą trzy słowa, byłeś jedynym, z którym dałam radę, bo nie darowalabym sobie. Wyszło jak wyszło :P, na szczęście będzie wiele okazji by to naprawić. Dzięki za ten tekst, jesteś żywym przykładem, że da się to pokonać. Pozdrawiam

    • Cała przyjemność po mojej i na przyszłość, naprawdę nie ma się czego bać, śmiało podchodź do kogo chcesz, bo na konferencjach są sami przyjaźnie nastawieni ludzie :)

  • Gratki! Super, że Ci się udało.

  • zdelegalizować janka, tego bloga i tę notkę! ja tam wolę oglądać seriale pod kocykiem, a nie tam… spełniać marzenia… pffff!

  • Gratulacje z okazji wyjścia ze strefy komfortu i świetnej prezentacji na konferencji (obejrzałam i tak jak inni, nigdy bym nie powiedziała, że ta opisana historia kiedykolwiek miała miejsce :)! Mam podobnie, bardzo nie lubię wystąpień publicznych i ciągle mnie stresują. I co dziwne, dużą część życia występowałam i rywalizowałam na scenie w ramach taneczno- sportowych aktywności, ale to jakoś nigdy chyba mi nie pomogło oswoić się z mówieniem. Bo to może tak jest, jak przy uczeniu się języków obcych. Żeby mówić, trzeba mówić. Albo, jak przy nakręcaniu video, o którym tez dużo się teraz „w branży” mówi. Że po prostu trzeba to robić, żeby nabrać wprawy i być coraz lepszym. Teoretyzowanie i przygotowywanie się na sucho nie da oczekiwanych rezultatów, chyba jednak. Co do określenia „strefa komfortu” i psycho-gadek kołczów wszelakich, też podzielam opinię. Mam na to alergię i złe skojarzenia ze spotkań z managerami średniego i wyższego szczebla w korporacjach :) A ja zawsze po tej drugiej stronie, resztkami sił i właśnie tą wspomnianą tremą walcząc z systemem:)

  • Klaudia Duda Augustowska

    Oczywiście gratulujemy przełamania i trzymamy kciuki, by było coraz lepiej… choć dla mnie już jesteś jednym z najlepszych! ♥
    A co to wychodzenia ze strefy komfortu.. to całe coachingowe gadanie to najprawdziwsza prawda. Przez 19 lat narzekałam na nadwagę, smucąc się nad swoim losem przy tabliczce czekolady. W pewnym momencie powiedziałam dość: zmniejszyłam ilości przyswajanego jedzenia i jako piękny wieloryb wyszłam na ulicę pobiegać .. może kilometr. Efekt tego jest taki, że teraz wychodzę i z gracją sarenki (ok, lekkie wyolbrzymienie) biegnę 10km, schudłam 11kg, czuję się ze sobą świetnie, poziom satysfakcji z siebie mam gdzieś w stratosferze, ciągle chodzę uśmiechnięta, a życie jest piękne. Zmiany są najlepszym co nas spotyka w życiu. #potwierdzoneinfo

    • Łouł, gratuluję determinacji i konsekwencji, super sprawa!

  • Z tym drzewem to chyba jakiś podręcznik dobrego wychowawcy był, ja w przedszkolu pokutowałem jako drzewko. Choinka. Reszta dzieciaków kiwała się wokół mnie (dzień tryfidów?) śpiewając kretyńską piosenkę o choince pięknej jak las. A jednak ocaliłem swą płeć oraz nie zostałem leśniczym. Ze strefy komfortu wyszedłem (a może wybiegłem) trzy dekady później, potwierdzam – to właśnie poza strefą jest zajefajnie. Z tą euforią to pewno czeka mnie jeszcze kilka wyjść (wybiegań) ale przyjęty kierunek jest zasadniczo słuszny. Tylko nazwę strefy bym zmienił, bo strasznie trąci sklepem meblowym ;)

  • Kilka przemyśleń po Twoim tekście. Też grałam drzewo. Było to w IV klasie i do dziś pamiętam swoją kwestię: „A na stawie w tym momencie pojawiły się łabędzie” :D Mocno to przeżyłam. Ale nie o tym. Ogromnie nie lubię couchingu i nawoływania do tego, by każdy z nas opuścił strefę komfortu – bullshit i wielka przykrość, że ludzie hajsy zbijają na naiwnych. Na mój chłopski, couchingiem niemuśnięty rozum, strefa komfortu to miejsce, w którym czujesz się… zajebiście komfortowo, tak, że nie chcesz tego zmienić. Tymczasem, Ty chciałeś i marzyłeś, by prowadzić prelekcję,więc trudno mówić, że komfortowo byś się czuł nic w tym kierunku nie robiąc. Dodatkowo nie lubię takiej zerojedynkowości, która jest w tym fragmencie: Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. To tak jakby było albo przełamywanie się, albo trwonienie czasu. A tak nie jest, bo mogłeś w tym czasie robić coś pożytecznego, jak praca nad blogiem.

    To, że podziwiam, że się przełamałeś to jedno, to, że miałeś odwagę przyznać się, jakie emocje stały za Twoim wystąpieniem – mega odwaga, bo widziałam transmisję i sądziłam, że przesadnie się nie denerwujesz, ale gdyby nie było w nim tytułowego pieprzenia o strefie komfortu, byłoby tak jakoś prawdziwiej.

  • Aż trudno w to uwierzyć, że byłeś w klasie matematycznej, Twój styl pisania jest świetny i tylko potwierdza regułę, że podział na umysły ścisłe i resztę to jednak trochę bujda. Co do samego tekstu- mnie też wkurzało takie gadanie o strefie komfortu. Jednak wkurzało tylko do momentu, gdy serio zrozumiałam o co w tym chodzi. Jestem bardzo nieśmiałą osobą, ale cały czas nad tym pracuję, w miniony weekend podczas finału konkursu dla projektantów, w którym brałam udział zostałam poproszona o udzielenie wywiadu. Moja pierwsza reakcja- nie ma mowy, nie dam rady, nic nie powiem i tylko się zbłaźnię i to na całą Polskę. Jednak za parę sekund przypomniałam sobie z czym walczę i że to kolejna bariera do pokonania. Ostatecznie wywiad poszedł raczej dobrze, czekam na publikację, powiedziałam co prawda kilka głupich rzeczy ze stresu, ale po wszystkim byłam z siebie niesamowicie dumna. Nie z faktu, że chcą ze mną przeprowadzać wywiady, ale właśnie z tego samego powodu co Ty- pokonałam siebie, swój strach i obawę, że nie dam rady :)

  • Gratulacje Janek! Doskonale wiem o czym mówisz. Co prawda jako dziecko chętnie występowałam na akademiach szkolnych, ale potem, w gimnazjum, mój lęk do przemówień publicznych stał się nie do przełamania. Każdy referat, recytacja wierszu, czy prezentacja były dla mnie prawdziwą katorgą. To trwało, aż do zakończenia studiów.

    W tamtym roku nastąpił przełom, przyjęłam zaproszenie na jedno ze spotkań dla blogujących mam i przeprowadziłam tam swoje pierwsze warsztaty. To było mega wyzwanie biorąc pod uwagę to, że osoba która panicznie bała się wystąpień publicznych musiała sensownie mówić i tłumaczyć wszystko przez godzinę :) Dałam jednak radę i satysfakcja jaką czułam potem była po prostu nieziemska. Do tej pory zastanawiam się, jak udało mi się przełamać do takiego kroku :)

  • Też miałem na początku trochę stresu, kiedy zaczynałem pracę jako wykładowca akademicki, ale później jakoś poszło. W tym roku przemawiałem nawet dla 15 000 osób, zupełnie przez przypadek :) Jeśli wierzysz w to co mówisz, reszta jakoś się ułoży. Ja jakoś podświadomie nie ufam tym, którzy zbyt dobrze przemawiają, bo wydaje mi się to mało wiarygodne…

  • Swoją prelekcją bardzo dobrze „otworzyłeś” BCP. Słuchając Cię, w życiu nie pomyślałabym, że za tym wystąpieniem stoi TAKA historia.
    Podziwiam i życzę, żebyś jak najczęściej opuszczał swoją strefę komfortu na kolejnych blogowych imprezach :)

    No i dzięki, że się tym podzieliłeś. Twój tekst daje mi nadzieję na przebicie swojej własnej bańki prywatności :)))

  • Zapraszam na impro ;) Niebawem mamy występ, ale co ciekawe, nawet w naszej grupie zdarzają się ludzie, którzy nie lubią występów.

  • Kurczę, motywujesz! Sama mam problem z wystąpieniami publicznymi i w ogóle z rozmawianiem z nowo poznanymi osobami ale jakoś sobie z tym powoli walczę :D Chociaż pewnie jak przyjadę w lipcu na See Bloggers to też się bede zbierać pół godziny jak zobaczę kogoś, kogo czytam :D Ale w tym roku pół godziny, a za rok 20 minut. I to juz jakiś progres, nie? :D

    • Na See Bloggers raz, że morze, dwa, że cieplutko, więc obstawiam 5 minut zawahania to będzie maks :D

  • Kurde, Janek, dokładnie tak samo. Od bodaj 6 klasy podstawówki, kiedy wyszedłem przed całą szkołę w konkursie recytatorskim i miałem powiedzieć dwa wiersze a w połowie pierwszego zaciąłem się na amen i zszedłem ze sceny. Jakaś blokada, bo od pierwszej klasy co roku zbierałem nagrody w tym konkursie! W przerwie schowałem się do kibla, bo wydawało mi się, że cała szkoła mnie otoczy i będzie się ze mnie śmiać. No ale w końcu trzeba było wyjść, i co? I nic! Jakby nie było wydarzenia. Od tamtego czasu zupełnie nie miałem problemu ze stresem w sytuacji 1:1 ale kiedy mam stanąć przed audytorium, właśnie w takiej sytuacji oficjalnej, bo tam zebrania w pracy to luz, zawsze się wychylałem, ale taka akcja 1:300 to przeżywam to do dziś na tydzień przed. Ten panel na BCP też przeżyłem, myślę, że mój stres w pierwszych minutach było widać, potem już miałem totalny luz i chciałem gadać jak najwięcej, co pokazuje, że blokujemy się sami wyobrażeniem a zastana sytuacja w ogóle nie jest już barierą. Więc mimo że tak każde wystąpienie przeżywam to niezmiernie cieszę się zawsze gdy przychodzi zaproszenie do takiego publicznego występu, bo od niedawna powtarzam sobie, że rozwijasz się tylko wtedy kiedy robisz rzeczy nowe. A nowe zawsze jest związane z jakąś niewiadomą, trema więc jest najlepszym objawem. A prezki na BCP gratuluję, oglądałem on-line! :D

    • „rozwijasz się tylko wtedy kiedy robisz rzeczy nowe” – dokładnie tak! Co do panelu, w którym brałeś udział, niestety nie widziałem początku, ale już w trakcie zupełnie nie było widać stresu i było elegancko!

  • Jakoś trudno mi uwierzyć, że musiałeś pokonać taką drogę, wyglądasz jakbyś się z tym urodził :) Prezentacji miałam przyjemność wysłuchać osobiście, więc wiem co mówię. Ale mogę powiedzieć, że poczułam się podobnie, kiedy w końcu nauczyłam się pływać, a byłam pewna, że niektórzy (czyli ja) po prostu nie są w stanie nigdy opanować tej umiejętności.

  • Kasia Sekula

    Uwielbiam ten stan, gdy robię więcej niż wydawało się, że mogę. Zdecydowanie dooobrze jest tak czarować! Mózg lubi robić nowe rzeczy, bo właśnie wtedy się rozwija – biologiczna magia :)
    ps.1 baaardzo mi się podobało Twoje wystąpienie!
    ps.2 Nie każdy kołcz jest coachem, warto znaleźć różnicę, nie tylko w pisowni :)
    ps. 3 Dr Housa miele na przemian z Przyjaciółmi

  • Karol Patience

    Pokonywanie własnych słabości to jedno, warto to robić, ale cały ten corpo-kołczowy bullshit o wychodzeniu ze strefy komfortu i rozwoju osobistym, dalej pozostaje bullshitem.

    • Nie przekonuję, że wszystko co mówią kołcze motywacyjne warto brać sobie do serca, bo też wyczuwam w tym dużo ściemy i żerowania na naiwności, ale akurat to z wychodzeniem ze strefy komfortu jest prawdą.

  • Robert

    Cała prawda, bardzo przyjemnie sie to czyta i na dodatek znowu poznałem nowe słowo „gargantuicznie”, dzięki Janek!
    Akurat teraz czytam książkę „Płonąc w atmosferze” i tam tez bohater zaczyna robic rzeczy, których dotychczas panicznie sie bał.

    • Też czytam tę książkę, wciągająca historia, piąteczka!

  • Janek, bardzo fajnie, że się tym dzielisz i że się przełamałeś :) Przeczytałam kiedyś, że to nie jest tak, że odważni ludzie się nie boją- oni boją się tak samo, tylko potrafią działać pomimo strachu. W pełni się z tym zgadzam. Półtora roku temu pierwszy raz poszłam na zajęcia pole dance- przerażona aż do bólu, bo niby jak inaczej może czuć się na swoich pierwszych zajęciach sportowych osoba, która na wszystkich wfach w swoich życiu była wybierana jako ta ostatnia i której każdy powtarzał, że co jak co ale w sport to ona nie potrafi. Przepadłam. Trenuję dalej, kocham to co robię. Dwa miesiące temu zaczęłam swoją przygodę ze street workoutem i tutaj było jeszcze ciężej, bo nie byłam już w przytulnej salce treningowej, gdzie obserwowało mnie sześć osób ale pośrodku placu, doskonale widoczna dla każdego trenującego plus dla każdego przechodnia i kilkunastu ludzi, którzy siedzieli gdzieś z boku i tylko obserwowali ćwiczących. Patrzyłam na ludzi, którzy potrafią znacznie więcej ode mnie, wstydząc się przy nich zaczynać od podstaw, robić rzeczy na swoim poziomie. Ale robiłam. Dzisiaj ciesze się, że zaczęłam. Potem dotarło do mnie, że za jakiś czas przyjdzie ktoś nowy, kogo to ja będę onieśmielała i mam nadzieję, że tej osobie też nie przeszkodzi to spełniać swoje marzenia. 5!

    • swoich marzeń*

    • Dzięki wielkie za podzielenie się swoimi doświadczeniami i gratuluję przełamania się!

  • Łauł, pełen podziw i szacunek. Ja do tej pory pamiętam jak bardzo trzęsły mi się ręce i pot spływał po czole ze stresu na studiach przy prezentacjach. To jak zbyt wysoka ściana by móc przeskoczyć. A wystarczy tylko lub aż mocno się odbić by dosięgnąć i zobaczyć co się za nim znajduje. I to odbicie to własnie ta moc, która drzemie gdzieś w środku. Jak się ją obudzi to można wszystko. Taka metafora. ;)

  • Miło było poznać osobiście (y)

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa

Skip to entry content

Pamiętasz te czasy, kiedy najmocniejszym pociskiem w stronę kolegi z klasy było nazwanie go głupkiem? Gdy nie tytułowało się ludzi wulgarnymi określeniami narządów rozrodczych? Tylko najwyżej kapuścianymi łbami? Ani nie kazało im się uprawiać stosunków płciowych, gdy przegięli i nas zdenerwowali, ale zalecało spadanie na drzewo? Mimo, że za dzieciaka dochodziło do konfliktów równie często, co za doroślaka, jeśli nie częściej, to nie były one tak brzemienne w skutkach. Czy to ze względu na słownictwo? Chyba nie, ale i tak wolałbym słuchać ówczesnych kłótni, niż tych aktualnych.

Dziś dzień dziecka, czyli święto nas wszystkich, przypomnij sobie jak czule kiedyś potrafiliśmy się obrażać. Przed Tobą 13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa.

1. Przeżywasz jak mrówka okres – wjeżdżamy z grubej rury! Nikt, ale to absolutnie nikt z chłopaków w tamtych czasach nie wiedział czym jest rzekomy „okres”, ale jakoś przyjęło się, że jak porównujesz kogoś do robaka, to poprzedzające to określenia, też muszą być ostrym pojazdem.

2. Turlaj dropsa – i bynajmniej nie było to jeszcze bardziej zawoalowane „zarzuć piksę”. Raczej zabawniejsze „wal się”.

3. Ciebie robił! – uniwersalna riposta na każdy obraźliwy epitet.

– Boże, jak ty wyglądasz… wystroiłaś się jak szafiarka!
– Ciebie robiła!

Działa cały czas, co?

4. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu braknie – czyli prosto i treściwie zobrazowane „nie kozacz”, rzucane zazwyczaj, gdy ktoś się popisywał lub przechwalał, a dało się wyczuć, że to co mówi może się rozmijać z prawdą.

5. Dwóch na jednego, to banda Łysego – nigdy nie udało mi się ustalić personaliów Łysego i tego, czemu jego ekipa tak często była wymieniana przy okazji podwórkowcych konflitków. Jeśli ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę o kontakt.

6. Spier-papier! – dziś już nikt tak pięknie nie mówi, żebyś się oddalił.

7. Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika – nikogo z moich kolegów nigdy nie dosięgnęło to proroctwo, i podejrzewam, że nikogo z Twojej paczki również, jednak wszyscy i tak traktowali tę wróżbę jako przepowiednię krótkiego terminu realizacji i bardzo sprawnie ów język przestawali pokazywać, panicznie wypatrując na horyzoncie zbliżających się krów.

8. Kto się przezywa, sam się tak nazywa – jeszcze bardziej uniwersalne, niż „ciebie robił”. Odbija każdy atak skuteczniej, niż dziecko Anny Kurnikovej z Jerzym Janowiczem, wychowywane przez siostry Williams.

9. Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu – gdy ktoś beształ Cię tak wyszukaną rymowanką, jasne było, że dalsze brnięcie w wyzywaninę nie ma sensu, bo, a nuż, okaże się, że ma zacięcie rymotwórcze i w kolejnej rundzie zrymuje coś z Twoim nazwiskiem. A wtedy pewne byłoby, że rym do tego, co napisane jest przy numerze Twojego mieszkania na domofonie, zostałby już na zawsze Twoim przezwiskiem. Przezwiskiem, którego z pewnością nie chciałeś mieć.

10. Po nazwisku, to po pysku – tu już mieliśmy większe prawdopodobieństwo realizacji niż w przypadku klątwy z wołowiną, jednak paradoksalnie oponent jeszcze gorliwiej wypowiadał sformułowania, na które reagowaliśmy w ten sposób.

11. Coś ci spadło… [po chwili lub gdy druga osoba spytała „co?”] ciśnienie w majtkach – do dziś nie wiem co to tak naprawdę znaczyło, ale ciężar gatunkowy obelgi miał mniej więcej tę samą wagę, co obecnie zasugerowanie, że ktoś ma problemy ze wzwodem.

12. Jakbym miał taką twarz, to bym się uczył na niej siadać – pojazd po bandzie, jedna z najobraźliwszych obelg jaką stosowało się w dzieciństwie. Dostać takim hasłem przy kumplach, to jak stanąć gołą stopą na klocku Lego. Niby niepozorne, niby nikt się nie spodziewa, a boli jak cholera.

13. Chyba ty! – stosuję do dnia dzisiejszego. Zawsze się sprawdza.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog
---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką Lech

Zastanawiałeś się kiedyś, co ma na Ciebie wpływ? Dość oczywiste jest, że ludzie bo to kim jesteś, w dużej mierze jest wypadkową Twoich rodziców, przyjaciół, wrogów i innych osób, które spotkałeś na swojej drodze, ale co jeszcze? Muzyka? Pewnie! W końcu jak mogłaby nie mieć znaczenia piosenka, z której refren nucisz tygodniami. Filmy? No jasne! Nic tak nie uwrażliwia jak „Król Lew”. A gry? Kto nie kupił sobie deskorolki pod wpływem „Tony Hawk’s Pro Skater 2”, niech pierwszy cofnie lajka. Dobra, mam wrażenie, że się rozumiemy, ale trochę się zagalopowaliśmy.

Spójrzmy trochę bliżej. Na coś bardziej codziennego.

Twoje otoczenie wpływa na Ciebie

Czemu większość osób nie jest w stanie zacząć nauki, dopóki nie wysprząta całego pokoju? A przynajmniej dopóki nie ma idealnego porządku na biurku? Czemu za pokój hotelowy z widokiem na morze trzeba zapłacić ekstra? Czemu w ogóle istnieje taki zawód jak projektant wnętrz? Czemu mieszkania w Warszawie są najdroższe w Polsce? Czemu milej się je posiłek na tarasie ogrodowym, niż w stołówce robotniczej? Czemu ludzie buntują się, gdy się dowiadują, że pod oknami ich domów ma przebiegać droga szybkiego ruchu?

Bo to co nas otacza ma znaczenie. Bo wpływa na nas.

Zamieszkałem w Krakowie, bo byłem zafascynowany atmosferą tego miasta, tym połączeniem ducha historii z wszechobecnym luzem i znajdowaniem się w centrum kultury. Ten klimat wielkiego przedsionka Europy, który jednocześnie ma w sobie kameralność małego miasteczka, urzekł mnie. I od chwili przeprowadzenia się tutaj 8 lat temu, aż do teraz, cały czas działa kojąco jak balsam. I każdego dnia zdaję sobie sprawę z tego jaki wpływ mają na mnie bulwary, po których spaceruję, parki i biblioteki, w których pracuję i kawiarnie, w których się spotykam z przyjaciółmi.

Pozytywny wpływ.

Chodzenie na TEDxy i słuchanie genialnych mówców inspiruje mnie, zresztą tak jak wpadanie do MOCAKu, czy Muzeum Narodowego. Spacerowanie po Lasku Wolskim zaspokaja moją potrzebę kontaktu z naturą, a leżenie na trawie na Bulwarach Wiślanych pragnienie odpoczynku. Trasa wokół błoń jest świetnym miejscem na liźnięcie trochę ruchu, a nieopodal świeżo otwarty skwer z foodtruckami w Cichym Kąciku, opcją na uszczknięcie trochę hipsterki. Nie mówiąc już o tym, jak spoko sprawą jest wspinanie się, pływanie, czy grillowanie na Zakrzówku. Podróżowanie komunikacją, natomiast jest gwarantem darmowej rozrywki. Zwłaszcza po północy.

To miasto i pobudza mnie, i daje oddech uspokojenia, i zasadniczo jest super! Choć kilka rzeczy bym zmienił, żeby było jeszcze lepiej, zwłaszcza że jest ku temu sposobność.

100 000 złotych na zmianę Twojego miasta na lepsze

lech

Marka Lech w ramach akcji LECHSTARTER daje milion (serio, tu nie ma literówki: MILION) złotych na pozytywną zmianę polskich miast. O co chodzi? O to, żeby zmieniać miejsca brzydkie na ładne, betonowe pustynie zastąpić zielenią, a nudne dzielnice wypełnić życiem. Czyli o to, żeby nam wszystkim żyło się ładniej, wygodniej i mądrzej. Lepiej. Do 5 czerwca (czyli do niedzieli) można głosować na innowacyjne pomysły, które zmienią Wasze otoczenia na przyjazne. Albo jeszcze przyjaźniejsze, niż do tej pory.

Projekty metamorfozy przestrzeni miejskiej dotyczą takich obszarów jak: zazielenianie, łączenie ludzi, nowe technologie, zmienianie na ładne. A wcześniej wspomniany milion zostanie rozdzielony w następujący sposób:

– 5 grantów dla 5 miast o wartości 100 000 złotych

– 20 mikrograntów dla 20 miast o wartości 25 000 złotych

O tym, które miasto dostanie ile kasy, na jaki projekt i czy w ogóle, decydujemy my. Codziennie można oddać 1 głos na daną propozycję i najchętniej, samolubnie namówiłbym Was, żebyście codziennie głosowali tylko na pomysły dotyczące ulepszania Krakowa, ale te z innych regionów są tak bardzo spoko, że źle bym się czuł, gdybym o nich nie wspomniał.

Co to za turbo koncepcje zmiany miejskiego otoczenia?

Odpicowane rury w Warszawie

LECHSTARTER warszawa

O co chodzi? Byliście kiedyś na warszawskim Targówku? Widzieliście te blaszane węże ciągnące się po powierzchni, wyglądające, jakby wielkiemu robotowi rozlały się wnętrzności? W sensie instalację rur naziemnych wijących się między domami i szpecących dzielnicę? Plan jest taki, żeby zaczęły ją zdobić.

Malowanie rur ciepłowniczych na Targówku zostanie podzielone na dwa etapy: w pierwszym, powstaną na nich murale stworzone przez artystów specjalizujących się w tym, w drugim, w trakcie konkursu zostaną wyłonieni graficy-amatorzy, którzy odpicują je wedle swojej fantazji. Aż już bym chciał zobaczyć, jak to będzie wyglądało!

–> GŁOSUJ! <–

 

Relaks do kwadratu w Słupsku

LECHSTARTER słupsk

O co chodzi? Są takie lokalizacje w Słupsku, które kiedyś tętniły życiem, będąc miejscem spotkań ludzi, a dziś są zapomniane jak długopis, który wpadł za kanapę i czas je przykurzył. Akcja jest taka, żeby zreaktywować je, czyniąc z nich przestrzeń publicznej integracji. Mają w nich powstać mobilne strefy relaksu w formie drewnianych wiat z trwale zamontowanymi leżakami, huśtawkami, hamakami, ławkami i stołami, jako miejsce spotkań i imprez, i bardzo szeroko rozumianego reklasu.

Biorę to!

–> GŁOSUJ! <–

Interaktywna ławka w Krakowie

LECHSTARTER kraków

O co chodzi? Chodzi o to, żeby ławki w parkach, czy na plantach, zamieniły się w darmowe cyfrowe biblioteki, z który możesz skorzystać za pomocą telefonu albo tabletu. Spoko, co?

Przestrzeń wokół ławeczki, zostanie zaaranżowana tak, aby swoją formą nawiązywała do dzieł sztuki dostępnych w niej. Czyli, że jak w ławce dostępny będzie „Władca Pierścieni”, to dookoła będą elfy i orki, a Twojego smartfona pilnować będzie Golum. No dobra, może ciutkę mnie poniosło, ale zapowiada się mega spoko, zwłaszcza, że w obrębie interaktywnej ławki publikować będzie można też własne prace. Czyli będzie jak pokazać skrywane po szufladach wiersze.

–> GŁOSUJ! <–

Podwórko Hilarego w Łodzi

LECHSTARTER łódź

O co chodzi? Łódź jaka jest każdy widzi. Wystarczy zejść z Piotrkowskiej w boczną uliczkę, żeby zacząć łapać się za portfel, co nieco niszczy pozytywne wrażenie budowane przez przepiękne murale. „Podwórko Hilarego”, ma być kreatywną przestrzenią współpracy artystów z mieszkańcami na rzecz zmiany miejskiego otoczenia. Ma być zarówno miejscem wystaw i towarzyszących im wernisaży scalających społeczność, jak i bieżącą strefą pracy twórczej.  I źródłem pomysłów na dalszą rewitalizację miasta.

–> GŁOSUJ! <–

Kajaki we Wrocławiu

LECHSTARTER Wrocław

O co chodzi? „Kajaki, kajaki, bo kajaki są od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego” jak mówi stara piosenka zespołu Fasolki. Mieszkańcy osiedla Port Olimpia we Wrocławiu też chcieliby się pobawić, dlatego pomyśleli, że można by coś zrobić z tą Odrą płynącą przez środek miasta.

Nie jestem jakimś wytrawny kajakarzem, a w zasadzie to żadnym, ale opcja spędzania czasu na łonie natury i podziwiania przyrody, uprawiając w tym czasie aktywność fizyczną razem z sąsiadem, czy tam sąsiadką, brzmi bardzo pierwszoklasowo.

–> GŁOSUJ! <–

Majsterkowicze w Poznaniu

LECHSTARTER poznań

O co chodzi? O to, że żeby przekonać ludzi do majsterkowania. Udostępniając im za darmo specjalistyczne maszyny, narzędzia i przestrzeń do działania. Ideą jest pokazanie, że zepsute rzeczy można naprawić, a nowe wykonać samemu, a – jak sami twórcy pomysłu mówią – „jeżeli ktoś myśli, że nie umie i nie da rady, to go nauczymy”.

Mnie nikt nie uczył, dlatego moje umiejętności naprawcze są mocno ograniczone, żeby nie powiedzieć, że ich nie ma, ale jeśli miałbym możliwość rozwijania ich pod okiem fachowców i to jeszcze za friko, to nie zaskoczę Was pewnie, jeśli powiem, że bym z niej skorzystał. A taka możliwość będzie, bo w ramach masjterkowych weekendów, oprócz dostępu do sprzętu, organizowane będą również spotkania z ekspertami.

–> GŁOSUJ! <–

 

Niech żyje się lepiej! Listę wszystkich miast i wszystkich projektów biorących udział w głosowaniu znajdziesz na stronie LECHSTARTERA. Daj znać, na który pomysł zagłosowałeś i czemu akurat na Kraków.

---> SKOMENTUJ