Close
Close

O motylach w brzuchu, które z czasem ustępują miejsca ćmom

Skip to entry content

Hey – „Nie więcej…”

To nie są motyle, prędzej ćmy
serce – pompa do krwi
nie więcej, nie więcej, nie więcej!
zawrotów głowy brak…

Jesteś nastolatkiem

Masz 16 lat, znacie się ze szkoły. Gdy widzisz ją na przerwie odruchowo poprawiasz fryzurę, bluzę i niechlujnie opadające na adidasy nogawki, a w głowie przeprowadzasz setki analiz możliwych scenariuszy Waszej interakcji, żeby być gotowym na każdą ewentualność i mieć w zapasie idealny na tę okazję tekst. W momencie, w którym przechodzi obok Ciebie i mówi „heeej”, robiąc to tak słodko, jakby cała składała się z syropu cukrowego, jedyne co masz w głowie to budyń. Budyń, który można by polać tym syropem.

Jesteś nią zauroczony do cna.

Zbierasz się do tego całymi dniami, ale w końcu zagadujesz do niej coś więcej niż „mieliście już klasówkę z funkcji liniowej?”, „która godzina?” i „był dzisiaj przedmiot X? bo słyszałem, że nauczycielka jest chora, a nie mam żadnych znajomych w klasie i jesteś jedyną osobą w całej szkole, która może mi udzielić tej niezbędnej do życia informacji”. Pytasz ją o jakąś równie bzdurną kwestię, ale summa summarum, wychodzi na to, że się z nią umówiłeś! Na randkę! Sam nie wiesz jak do tego doszło, ale wolisz się nad tym za bardzo nie zastanawiać, żeby nie dojść do wniosku, że zrobiła to z litości, albo, co gorsza, w trakcie rozmowy doznałeś całkowitego zamroczenia z wyłączeniem świadomości i w rzeczywistości nie umówiliście się na żaden romantyczny spacer, tylko zgodziłeś się wyprowadzić jej psa.

Lepiej nie rozkminiać, będzie co ma być.

A jest zajebiście, bo przychodzi nie dość, że w umówione miejsce, to jeszcze o umówionej godzinie i to bez psa! Gdybyś umiał nazywać części damskiej garderoby, cieszyłbyś się, że przyszła w tej swojej plisowanej spódnicy, odsłaniającej najzgrabniejsze nogi na świecie, przebijające wszystko, co można znaleźć pod hasztagiem #legsporn na Instagramie. Ale nie umiesz, więc jarasz się, że jej ciepłe jak czerwcowe popołudnie spojrzenie pada akurat na Ciebie i towarzyszy mu ten szczery, niewinny, uśmiech, którego nie da się złapać w kadr i zatrzymać na kliszy.

Kiedy po 15-tym okrążeniu tego samego stawu w końcu siadacie na ławce i przy nieśmiałej próbie złapania jej za rękę, nie dość, że nie dostajesz w twarz, to nawet na milimetr nie odsuwa się od Ciebie, czujesz, że w Twoim brzuchu dokonuje się jakieś poruszenie. Coś jakby wszyscy w trakcie mszy w kościele wstali, żeby zmówić pacierz. Jednak gdy postanawiasz zostać zawodowym kamikaze i od złączenia Waszych dłoni przejść do złączenia Waszych ust, gdy widzisz jej wzrok mówiący „nie mam pojęcia co się teraz stanie i nie wiem, czy to dobry pomysł, ale cała drżę z podekscytowania dokąd nas to zaprowadzi”, po czym Wasze wargi się spotykają, a oddechy zlewają w jeden gorący podmuch namiętności, czujesz, że w Twoim brzuchu następuje właśnie pospolite ruszenie. Pęd zwierząt tuż przed śmiercią Mufasy w „Królu Lwie”.

To motyle. Motyle wprawiające w ruch dynamo zakończone żarówką z napisem „miłość”.

Jesteście za młodzi, żeby być razem w dosłownym tego słowa znaczeniu, więc chodzicie ze sobą. W metaforycznym tego słowa znaczeniu. Wtulacie się w siebie oglądając razem filmy, wtulacie się w siebie spacerując po parkach i wtulacie się w siebie, gdy odprowadzasz ją na przystanek, a gdy akurat nie macie okazji by wyglądać jak dwie ściskające się pandy, myślicie o tym. Myślicie o sobie nawzajem, myślicie o Was, myślicie o odmianie wszystkich czasowników przez pierwszą osobę liczby mnogiej.

Czujecie hipereuforię. Do momentu aż coś zaczyna pękać.

Któreś z Was zmienia szkołę, Ty się przeprowadzasz, ona wyjeżdża na całe wakacje na drugi koniec kraju, i gdy spotykacie się ponownie, to już nie jest to samo. W głowie nie ma już tej gonitwy myśli, w oczach tego rozbieganego spojrzenia, w sercu tego przyspieszonego tętna, a w brzuchu wirujących motyli. Wszystkie wyleciały. Nie ma już miłości, która go wypełniała. Jest tam teraz pusto i ciemno.

Przez jakiś czas jest Ci źle i chodzisz struty jakbyś pomylił kanię z muchomorem sromotnikowym, ale w końcu dochodzisz do siebie. I ruszasz dalej. Bo chcesz znów to poczuć. Znów wznieść się na endorfinowy haj zakładający filtr ze szczęściem na oczy, na który poprzednio wypchnęło Cię zakochanie. Więc wyruszasz na poszukiwanie. Poszukiwanie motyli, które znów wprawią w ruch dynamo z napisem „miłość”. Bo wiesz, że to tylko kwestia czasu, aż znów je złapiesz.

 

Nie jesteś już nastolatkiem

Masz 20 lat, znacie się przez wspólnych znajomych i czujesz od niej taki powiew chłodu, jakby była lodowcem, w który pierdonął Titanic. Nie pozostajesz jej dłużny, odwdzięczając się równie ciepłym nastawieniem, do momentu aż na którejś z domówek jeden ze znajomych, co to jest i Twój i jej, nie wpada na genialny pomysł, żeby zagrać w butelkę. Jedyną grę godną nienastolatków. Gdy główny prowodyr zamieszania po obróceniu szyjki ze Starogardzkiej w Twoją stronę każe Ci ją pocałować, zastanawiasz się, czy nie zasymulować terminalnej choroby jamy ustnej, ale w końcu przełamujesz się, zamykasz oczy i zaczynasz masować jej język swoim, czując jak z przeładowania ambiwalentnymi emocjami drży jej warga. Otwierasz oczy i widzisz, że ta odpychająca zimnem góra lodowa właśnie stopniała. Twoje poczucie równowagi rezonuje z jej spojrzeniem i już oboje wiecie, że nie potrzebujecie żadnych gier towarzyskich, żeby poczuć falę sprzeczności, która magnetyzuje Wasze ciała.

Spędzasz z nią resztę imprezy, resztę kolejnego dnia, i kolejnego, i kolejnego, i kolejnego, który wypełniają Wam równie namiętne rozmowy, co seks, a po tygodniu niedorzecznych wydarzeń żywcem wyrwanych z komedii Woody’ego Allena, chcesz spędzić z nią resztę życia. Znów czujesz motyle w brzuchu, przy czym te teraz w porównaniu do tych poprzednich, to jak 28-centymetrowe Ornithoptera alexandrae przy 10-milimetrowych Oraidium barberae. Kto by się spodziewał, że wspólne szczytowanie może tak potęgować odczucia, co?

W pewnym momencie, z tak prozaicznych powodów jak zmiana światopoglądowa związana z rozpoczynaniem życia na własny rachunek, komedia romantyczna zaczyna zamieniać się w komedio-dramat, aż w końcu traci swój pierwszy człon i rozstajecie się, a motyle dzięki którym stąpałeś 30 centymetrów ponad chodnikami, ulatują bezpowrotnie, jak genialne pomysły wpadające do głowy tuż przed zaśnięciem. Wiedząc, że coś tak absolutnie wyjątkowego skończyło się, czujesz się gorzej niż Johnny Depp patrząc na oddalającą się Winonę Ryder w końcowej scenie „Edwarda Nożycorękiego”. Ale nie zatracasz się w rozpaczy nad utraconym uczuciem, bo wiesz, że skoro drugi raz udało Ci się do niego dotrzeć – i w dodatku pojawiło się mocniejsze niż wcześniej – to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zrobił to po raz trzeci.

Więc wyruszasz na poszukiwanie motyli. Bo wiesz, że to tylko kwestia czasu, aż znów je złapiesz.

 

Jesteś prawie dorosły

Masz 25 lat i poznajesz je głównie w pracy. Czasem w klubach, ale to naprawdę sporadycznie, bo odkąd większość czasu, w którym nie śpisz zajmuje Ci praca, odczuwasz niemal sprawiającą ból fizyczny niechęć do szlajania się po przepełnionych, dusznych tancbudach, w których kobiety wyglądają jakby przyszły wykonywać najstarszy zawód świata. Schemat, nie dość, że jest, to zazwyczaj ten sam. Po 15 minutach daje Ci swój numer, po 2 dniach umawiacie się na randkę, po 3 spotkaniach na mieście kolejne jest u któregoś z Was w domu i kończy się stosunkiem płciowym. Po miesiącu macie już rutynę, kto śpi u kogo w jakie dni tygodnia, a po kwartale z fasady fascynacji odpadają resztki zainteresowania, pod którymi jest obojętność, monotonia i znudzenie.

To co na początku znajomości wydawało Ci się trzepotem skrzydeł motyli, błyskawicznie okazuje się rumorem płatów nośnych ciem.

Z każdą kolejną próbą zakończoną niepowodzeniem, coraz bardziej tracisz nadzieję na złapanie tych kolorowych owadów odżywiających się nektarem kwiatowym. Spotkania ze znajomymi będącymi w parach tylko pogarszają sytuację. Masz wrażenie, że przespałeś swój moment, że wszystko co dobrego miało się wydarzyć w kwestii, tak odległej teraz i aż trudnej do przypomnienia sobie, miłości, już się wydarzyło. „Ale to już było i nie wróci więcej” jak śpiewała Maryla Rodowicz. „Znikło gdzieś za nami”. Szansa na złapanie motyli przepadła bezpowrotnie, a teraz jedyne co świat relacji damsko-męskich ma Ci do zaoferowania, to, symulujące uczucie z przeszłości, ćmy.

Wiesz, że to tylko marny substytut, że to półśrodek, którym nie zaspokoisz trawiącego Cię od wewnątrz głodu miłości. Ale masz już dość. Masz dość ciągłych rozczarowań i lądowania na dupie, gdy wzbijasz się na wyżyny, żeby złapać szczęście, a okazuje się, że to tylko jego podróbka, która wyglądała ładnie z ziemi. Zaczynasz racjonalizować sytuację. Zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej zadowolić się czymkolwiek, biorąc to, co podsuwa Ci los, niż ciągle chodzić głodnym w poszukiwaniu kogoś, kto w pełni zaspokoi Twoje łaknienie. Nie mając zupełnie pewności, czy ta osoba w ogóle istnieje.

 

Ludzie A

Po kilku zakończonych niepowodzeniem próbach znalezienia miłości w dorosłym życiu, poddają się, po czym dochodzą do wniosku, że to co przeżywali wcześniej, było tylko nastoletnimi uniesieniami. W porywach zauroczeniem. Bo nie ma czegoś takiego jak miłość. To tylko fikcja literacka, stworzona na potrzeby popkultury, a ci, którzy twierdzą inaczej oszukują się.

Ludzie A, aby oszczędzić sobie dyskomfortu związanego z kolejnymi rozczarowaniami na polu relacji damsko-męskich i jednocześnie choć w minimalnym stopniu zaspokoić potrzebę miłości, wchodzą w związek bez ekstatycznych uczuć, racjonalizując sytuację i tłumacząc sobie, że tak musi być. Zadowalają się ćmami.

 

Ludzie Z

Wbrew wszystkiemu i wszystkim szukają motyli, aż ich nie znajdą.

 

Jesteś dorosły?

Masz 27 lat, po 3 latach bezskutecznego szukania motyli w końcu zakochujesz się jak dekadę wcześniej. Szybciej bije Ci serce, gdy myślisz o niej, źrenice mają wielkość monet, gdy patrzysz jej w oczy, a gdy jesteście razem czarno-białe miśki mogą się od Was uczyć, co to znaczy być słodziakiem. Gdy po roku ten stan nie mija i jesteś absolutnie pewien, że poruszenia w Twoim brzuchu nie dokonują ćmy, mówisz o tym blogującemu znajomemu i dajesz zielone światło, jak na reklamie Persila, na opowiedzenie o tym innym.

No to opowiadam.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Adi Korndörfer
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Karolina Nitka

    uwielbiam!

  • Uwielbiam Twój styl. To niesamowite jak potrafisz operować językiem i oczarowywać czytelnika.

  • Minio

    Co raz mniej sił we mnie jest. Mam 28 lat(facet) Jestem człowiekiem świadomym, ustatkowanym singlem=]. Kochałem i chcę kochać, wiem co to za energia, która przeniesie kawałek nieba. Chodzę po tej planecie jak ten przysłowiowy mamut na wyginięciu szukając miłości, balansu i odwzajemnionych uczuć. Za dnia praca, po pracy małe hobby, wieczorami wracam do swojego małego domku w górach, otwieram butelkę wina i siedzę i patrzę na pusty dom, który wypełniam Ja i mój pies. Pragnę kochać. Weekend… jakoś muszę zabić czas, wsiadam w auto i jadę przed siebie 200 km myśląc, rozmyślając o życiu. Zatrzymuję się na kawę nad jeziorem. Widzę Ją w niebieskiej sukience spaceruje po plaży. Wstaje idę w jej kierunku nie wiem co mam powiedzieć, miałem w plecaku wino które dostałem w prezencie. To wypaliłem. Mam wino w plecaku napijesz się ze mną?. Ona odpowiada, skromnym uśmiechem OK. Zaczęło się motyle czy ćmy? Myślę, czy można się zakochać od przysłowiowego pierwszego wejrzenia w moim wieku? pierwsza randka potem druga randka potem następne i następne. Spotykamy się już dość często. Zwariowałem zakochałem się, mam tyle energii że przenoszę góry w pracy uśmiechcniety pełny entuzjazmu chodź nie uprawiamy uniesień miłosnych bo nie miała ojca i prosi o czas. Ja z uśmiechem na twarzy myślę mogę czekać aż do ślubu. Ja myślę każdej nocy o niej ona o mnie. Chcę krzyczeć na cały świat, że ją mam. Nagle Boję się strasznie! Boję się bo nigdy tak mocno się nie wpoiłem w kogoś. A zdaje sobie sprawę, że by zatrzymać taką osobę przy sobie na dłużej nie mogę odkrywać wszystkich kart bo jest to nie atrakcyjne, ale ja chcę tak mocno krzyczeć, że sie zakochałem w niej. Mijają miesiące. Obserwuję ją. Nic nie daje od siebie tylko bierze, moje bezpieczeństwo, poczucie wyjątkowości, moją miłość,od siebie nie daje nic kompletnie nic.Kontakty zgasł, nie dzwoni, ja nie dzwonię Myślę zachodzę w głowę pewnie są osoby trzecie… hmm może za bardzo pokazałem swoją miłość swoje uczucia. Może…
    To moja krótka historia motyli i ćmów (ona bała się tych robali) Moje serce kolejny raz dostało głęboką ranę. Warto było naprawdę warto było przeżyć te motyle, które wypełniły przez kilka miesięcy moje życie…Boli do tej pory! Czasami popłakuje ale radzę sobie z takimi rzeczami bo jestem silnym mamutem =] Poprostu nie chciałem grać w uwodzenie w tajemniczość itp chciałem być sobą czyli facetem. który ma uczucia. Dziękuję

  • Iskra

    Czytałam z uśmiechem na twarzy jak fragment dobrej powieści :). Swoją drogą brakuje mi takich książek, lekkich, z polotem, wywołujących uśmiech. Pozytywny akcent dzisiejszego dnia. Dziękuję Panu!

  • Kanapkazszynka

    Może nie jestem jeszcze całkiem dorosła, ale zdążyłam się już nauczyć, że motyle w brzuchu z miłością mają niewiele wspólnego.

  • Jakie cudowne zakończenie <3
    "gdy jesteście razem czarno-białe miśki mogą się od Was uczyć, co to znaczy być słodziakiem." :D

  • Smutno się jakoś zrobiło. Smutno powiało prawdą. Chyba na jakiś czas powinnam zrezygnować z takich postów, bo tylko się cholera demotywuję. Co to będzie, co to będzie…

  • Pingback: To już jest koniec?! | Co Gryzie Denysa?()

  • Eve S

    Fajny tekst :) Chociaż… motyle są ważne, ale ważniejsze jest co potem.

  • Joanna Wu

    Piękny tekst… Zawartość twojej głowy i serca jest niesamowita!

  • Motyle krótko żyją, grunt to pozwolić im sie rozmnażać, żeby co jakiś czas mogły wracać.

  • Dot

    „Ale masz już dość. Masz dość ciągłych rozczarowań i lądowania na dupie, gdy wzbijasz się na wyżyny, żeby złapać szczęście, a okazuje się, że to tylko jego podróbka, która wyglądała ładnie z ziemi.” Jakbyś pisał o mnie.

    Wspaniały wpis, przyznaję :)

  • S.

    „Miłość to nieracjonalne uczucie bliskości – wywołane wtórnym przeżywaniem swoich własnych emocji – odczuwanych jako niepowtarzalne, unikatowe.”
    W. Sikora

    • o3

      O, ktoś tu zna filozofijki!

      • S.

        Nie ktoś tylko ja :)

        • o3

          Chwali się!

          • S.

            No a co! :D

  • Niesamowicie emocjonalny tekst! :D

  • ka

    coś tam bym napisała najchętniej i jak zwykle się pomądrzyła, ponazywałai podefiniowała, ale chyba wolę posłuchać „30 cm” i innych fisza i się pouśmiechać ;-)

  • Mia Mamba

    Wierz mi lub ale nie, ale na końcu dosłownie się rozpłynęłam. Czekałam na ten tekst :)

  • Nie wiem czy to Twój najlepszy tekst, bo trochę ich w zapasie masz, ale ten jest chyba najtwójszy. I Cieszę się. Tak po prostu :)

  • W swoim życiu miałam kilka związków, bardziej i mniej poważnych i kilka razy czułam te motyle na prawdę mocno. Motyle, ściskanie w sercu, unoszenie się nad ziemią. Jednak dopiero ostatni związek wszedł na, powiedzmy, poważniejsze tory. Mieszkamy ze sobą, dzielimy łatwe i trudne sprawy i teraz motyle nie zawsze są motylami. Czasem są może właśnie ćmami, czasem widzę tyle niezgodności, tyle różnic. Ale później znowu pojawiają się motyle. Znowu unosze sie nad ziemia. A potem znowu opadam. Nie wiem. Może właśnie tak wygląda dorosłość.

    • Natalka

      O to, to. Po tych, tak zwanych, latach jest inaczej. Tyle się mówi, o tych motywach i ponieceniu, że kiedy już tego nie czujesz jak przedtem, aż zaczynasz myśleć, czy to wszystko gdzieś nie zwiało niepostrzeżenie… Czy to jednak tak właśnie wygląda ta ‚miłość’ z wyciągniętymi gaciami, praniem i kupowaniem papieru toaletowego w tle. Życie. Myślę sobie czasem, że to już tak jest. Trochę się trzeba tymi fikcjami literackimi rozczarować i trochę wymyślić sobie to po swojemu. Ani życia, ani miłości nie zaplanujesz. A trochę musisz wymyślić swoje fikcje i w nie uwierzyć.

  • Aleksandra Muszyńska

    A jeśli nie mija już pięć lat – to trzeba taką parę wypchać i postawić w ramkę jako archetyp wcielenia frazy „taka miłość się nie zdarza”, czy wystarczy wstawić zdjęcie w encyklopedię PWN pod tym samym hasłem :)?
    Szukać trzeba, do upadłego. Bycie z pierwszą lepszą osobą, bo „nie jest dobrze, ale źle w zasadzie też nie”, to brak uczciwości – zarówno względem samego siebie, ale i też względem tej osoby.

  • Wierzę w miłość i to, że jest ona możliwa. Bez tego byłobh nam zbyt pusto i zbyt zimno. Przykro tylko ludzi, którym jest wszystko jedno. Zadowalają ich ćmy w brzuch a do tego wiążą się ze znienawidzoną pracą. Wmawiają sobie, że tak powinno być, tak wygląda prawdziwe, dorosłe szczęśliwe życie.

    • Przykro jest dopiero wtedy, kiedy Ty czujesz motyle, ale trafiasz na wypruta z moralności ćmę klubową ;)

  • kel

    Nie mam w zwyczaju opowiadania o sobie w komentarzach, bo to #nikogo, ale żeby jeszcze bardziej wzmocnić pozytywny przekaz i dać jeszcze więcej tej nadziei powiem, że potwierdzam – jest światło w tunelu. Mój etap „Jesteś nastolatkiem” przedłużył się co prawda aż do „Jesteś prawie dorosły”, ale po spóźnionej o pół dekady refleksji dziś już „Jestem dorosły”. Od ponad pół roku.

  • Kim

    Pięknie opowiadasz. Aż mam ochotę pójść na randkę!

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Przekraczanie granic niejedno ma imię…

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Skyn®

Ruda

Ooo, stary, widziałeś tę Rudą? – zapytał wyjątkowo retorycznie Marcin. Czy jest ktokolwiek w tym pomieszczeniu, kto jej nie widział? Heh, pomieszczeniu… czy jest ktokolwiek w promieniu kilometra, kto jej nie widział? Czy to w ogóle możliwe nie zauważyć kogoś takiego jak ona? Nawet w worze pokutnym i bez makijażu wyglądałaby jak królowa imprezy, skupiając na sobie wzrok wszystkich facetów, a dziś jest odstrzelona jak na studniówkę, z bezwietrznie falującymi włosami, krwistą szminką na ustach i sukienką niedającą wymazać z pamięci tego, jak kosmiczne ma nogi. NASA jest już w drodze. Odkąd tu weszła, nie robię nic innego, tylko analizuję jakich mamy wspólnych znajomych i co musiałoby się stać, by któryś z nich nas w miarę naturalnie i przypadkowo zapoznał, a ten mnie pyta, czy ją widziałem. Tak, kurwa, widziałem ją, Marcin.

– No.

– Ale sztuka, człowieku, ogień!

– No, dobra jest.

– Dobra? Okulary ci zaparowały? To jest najlepsza laska w całym Poisonie! Idę na parkiet ją ogarnąć!

– Spoko, powodzenia.

– Dawaj ze mną! Ta jej koleżanka w leginsach też dobra.

– Nieee, nie mam dziś nastroju. Poza tym mam jeszcze browara.

– A co ci browar przeszkadza? Aaa, zresztą jak chcesz. Ja idę – wcale nie chciałem. Wcale nie chciałem zostać w loży i wcale browar mi nie przeszkadzał. Przeszkadzały mi moje kompleksy, rozbuchana wstydliwość i brak pewności siebie. Jej koleżanka była dobra. Była bardzo dobra, ale ja byłem zły, a podejście do niej, zresztą nie tylko do niej, podejście do jakiejkolwiek dziewczyny na tej cholernej osiemnastce i zaczęcie jakiejkolwiek interakcji poza „przepraszam, mogę przejść?”, było ponad moje siły. Bo przeszywał mnie paraliżujący, ale to naprawdę paraliżujący lęk przed odrzuceniem. Nie będę Wam tu rozbudowywał alegorii na 3 strony maszynopisu, żeby zobrazować, jak bardzo nie byłem w stanie tego zrobić. To po prostu było ponad moje siły, dobra? Dlatego wolałem udać, że najbardziej zjawiskowa dziewczyna w klubie nie robi na mnie wrażenia i siedzieć smutno przy piwie, udając, że świetnie się bawię. Kolejny raz.

Baletnica

– Dobra, podbijamy do nich! – mamy podejść do zupełnie obcych, w dodatku atrakcyjnych, dziewczyn, w publicznym miejscu ot tak? Wiem, że są juwenalia, plener i w ogóle, ale przecież my ich nie znamy. O czym będziemy z nimi rozmawiać? Wezmą nas za jakichś dziwaków albo nie wiem, zboczeńców. Głupi pomysł.

– Ty, no ale co im powiemy? Przecież ich nie znamy.

– To poznamy. O to chodzi w imprezach, nie? Że ludzie się poznają.

– Ty, no ale to będzie dziwnie wyglądać, że wyskoczymy do nich jak filip z konopi. Ani razem nie studiujemy, ani nie mamy jakichś wspólnych ziomków, ani jednym autobusem nawet nie jeździmy.

– Jak ci to pomoże, to pomyśl, że wszyscy pochodzimy od tej samej małpy. Albo, że jesteśmy z plemników tego samego Adama i jajeczek tej samej Ewy, jak jesteś wierzący. Albo, że kaszlemy drobnoustrojami w to samo powietrze, to na dobrą sprawę jakbyśmy się już całowali. Zresztą, jak potrzebujesz pretekstu, żeby zagadać do dziewczyny, to powiedz, że to zakład. Nie zagadasz to stawiasz kratę. A jak dalej chcesz wymyślać sobie wymówki, to od razu wstąp do zakonu, bo i tak cię czeka życie w celibacie.

– No dobra, ale co mówimy?

– Mówimy „cześć”.

– „Cześć”?

– Ty mówisz „cześć” do Baletnicy, ja do Wysokiej i dalej samo idzie – nie poszło. Nie poszło tym razem, nie poszło następnym i jeszcze następnym też nie. Mówiłem to cholerne „cześć” i kompletnie nie wiedziałem co dalej. Mam spytać „co tu robisz”? To chyba najgłupsze zdanie jakie można wypowiedzieć do człowieka spotkanego na imprezie. No, raczej nie szydełkuje. To co w takim razie? „Co studiujesz”? Jeszcze gorzej, pomyśli, że jakiś wywiad środowiskowy robię. Wszystko, co przychodziło mi do głowy po tym cholernym „cześć”, wydawało mi się idiotyczne i przez to, że mówiłem to absolutnie bez przekonania było idiotyczne. W efekcie po wymianie kilku równoważników zdań zapadała tak krępująca cisza, że skuty kajdankami czułbym się bardziej swobodnie. To uczucie ułomności towarzyskiej było okropne, przyprawiając o większą potliwość niż smażenie się w 45-stopniowym upale, jednocześnie przyspieszając akcję serca jak solidna ściecha, co skutkowało tym, że każda próba podrywu była równoznaczna ze stanem przedzawałowym. Ale mimo porażek i tak było to lepsze niż oglądanie, jak wszystkie okazje do poznania kogoś interesującego bezpowrotnie przelatują mi przed oczami jak odjeżdżający pociąg.

Monika

Te dwie? – „te dwie”, jak szczegółowo opisał je Paweł, były na oko 25-letnimi bezzmarszczkowymi brunetkami w nieco niedostosowanym do aktualnej pory roku odzieniu, które przyszły na piwo, żeby w spokoju pogadać o pasjonującym temacie z gatunku „co tam u ciebie?” i średnio mają ochotę na interakcję z kimkolwiek. To znaczy, tak zapewne bym uznał te 9 lat temu, panicznie bojąc się odrzucenia przez kobietę i szukając jakiejkolwiek wymówki, byleby nie narazić się na dezaprobatę. Tyle, że już nie miałem 18 lat, a zlewki typu „nie dzisiaj”, „sorry, ale mam chłopaka”, „za wysokiej progi chłopcze”, czy, najgorsza z możliwych, brak reakcji, robiły na mnie mniejsze wrażenie niż informacja o bezpiecznym usuwaniu pendrive’a. Zbyt daleko przesunąłem granicę pewności siebie, utwardzając sobie skórę na takich sytuacjach, żeby lęk przed negatywną opinią przypadkowej osoby mógł blokować mnie przed poznaniem jej. Poza tym, to były najładniejsze dziewczyny jakie widzieliśmy tego wieczoru, więc nie darowałbym sobie, gdybyśmy przepuścili szansę na rozmowę z nimi.

– Te dwie.

– Z czym wychodzimy?

– Może z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej?

– Że chcę się obciąć na łyso i czy to dobry pomysł?

– No, laski uwielbiają doradzać w takich sprawach, połowa z nich uważa, że mogłyby pracować jako stylistki.

– Moja eks była przekonana, że jest wyrocznią modową i zawsze ładowała się ze mną na zakupy.

– No, to dajemy!

– Dajemy! – no i daliśmy! To znaczy, one nam dały! Swoje numery telefonów. Zaczęliśmy od tego pytania o opinię, chwilę się z nimi podroczyliśmy, potem przeszliśmy od fryzur do ciuchów, potem do filmów, potem do muzyki, potem do podróży, potem do jedzenia, potem znowu do filmów, a potem do tego, że w mojej książce adresowej pojawiło się nowe 9 cyfr podpisanych jako „Monika”. 9 cyfr, które kiedyś wydawały mi się poza horyzontem zdarzeń, których mógłbym być autorem. Wydawało mi się, że tak się robi na filmach, że tak się opowiada w anegdotkach, że takie sytuacje gdzieś tam i kiedyś tam występują, ale nie przy mnie. A jeśli już, to z perspektywy trzecioosobowego obserwatora usadzonego w ciemnym kącie, a nie głównego bohatera kształtującego ich przebieg. Nie jest to zdobycie 8-tysięcznika, czy okrążenie kuli ziemskiej kraulem, ale wciąż, to pokonanie samego siebie. Przekroczenie swoich ograniczeń, dające poczucie hipereuforii i przekonanie, że „mogę wszystko”. Arcy uskrzydlające przekonanie.

Skynfeel™ Apparel

CROPPED SKYNFEEL 1971

Nie piszę o tym przypadkowo. Tak jak ja wielokrotnie przekraczałem swoje mentalne granice, żeby móc żyć w sposób jaki chce, pokonując wewnętrzne ograniczenia, tak sportowcy pokonują ograniczenia swojego ciała, przekraczając granice swoich możliwości, aby osiągać wyniki, o których marzą. Zwłaszcza tego lata mamy sporo okazji, by to obserwować. Skyn® również przygląda się tym wydarzeniom i w ramach niecodziennego, i dość śmiałego, eksperymentu przekroczył granice technologiczne, by umożliwić sportowcom uzyskiwanie jeszcze lepszych rezultatów.

O co chodzi?

Marka zaprosiła do współpracy Pauline van Dongen – projektantkę mody specjalizującą się w „wearable technology”, czyli „technologii nadającej się do noszenia” – by opracowała innowacyjny strój sportowy przyszłości – Skynfell™ Apparel – który będzie lekki, cienki, miękki i pozwoli poczuć wszystko. Przy pracy nad prototypem stroju wykorzystano najnowsze technologie oraz poliizopren, z którego Skyn® tworzy swoje produkty, przenosząc tym samym materiał do produkcji prezerwatyw z sypialni na bieżnię.

Brzmi abstrakcyjnie i cudacznie? To zobaczcie jakie są efekty tego eksperymentu.

Skakałbym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cristina Souza
---> SKOMENTUJ

Czemu ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”?

Skip to entry content

Mijający tydzień upłynął pod hasłem „Pokemon GO” i wszystkiego co z tą grą związane, moja tablica na Facebooku była zalana Charizadrami, Bulbazaurami i Pikachu’ami (nie mam pojęcia jaka jest poprawna liczba mnoga od tego żółtego chomika). Informacje o zamachach we Francji i Turcji z ledwością zdołały się przebić przez artykuły o tym, że na autostradach w USA powstają karambole, bo ludzie w trakcie jazdy samochodem łapią wirtualne potworki, powodując wypadki. Artykuły fikcyjne, dodajmy. Właściciele lokali gastronomicznych zdążyli już wykorzystać potencjał nowej mody, umieszczając wabiki na Pokemony w swoich knajpach, ściągając tym samym graczy chcących je złapać. Wabiki wirtualne, przypomnijmy. Świat oszalał.

Mimo, że gra jest oficjalnie dostępna w Polsce dopiero od kilkudziesięciu godzin, a wcześniej żeby ją pobrać na swój telefon i odpalić, trzeba było sporo się napocić, ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Odwołanie się do dzieciństwa

Jestem z rocznika ’88 i gdy byłem w podstawówce kreskówka o Pokemonach biła rekordy popularności. Jej fabuła już wtedy była dla mnie dość infantylna, co nie przeszkadzało mi jarać się walkami potworków, trenowaniem ich i ewoluowaniem na kolejny poziom. I wczuwać się, że to ja, a nie Ash Ketchum (główny bohater anime), mam kopiącego prądem gryzonia i łapię inne do pokeballi. Mając tak emocjonalnie naładowane tło historyczne za sobą, gra nie mogła nie odnieść sukcesu. Gdyby dzisiaj ktoś masowo wypuścił odświeżone klik-klaki albo jojo z aplikacją na smartfony, pozwalającą zapisywać wyniki i chwalić się nimi na Fejsie, też z miejsca by siadło.

Ludzie są zbieraczami

W podstawówce zbieraliśmy karteczki z „Króla Lwa” i tazo z „Gwiezdnych Wojen”. Na studiach wpisy w indeksie i butelki na wymianę. Teraz odznaki na Foursquarze, pary na Tinderze i lajki, gdzie tylko się da. Nic dziwnego, że jako gatunek uznaliśmy zbieranie wirtualnych zwierzątek za coś ekscytującego. W końcu to kolejna płaszczyzna, na której możemy mieć czegoś więcej niż inni.

To kolejna moda

Czemu coś jest modne? Bo ludzie to robią. Czemu ludzie to robią? Bo jest modne. Z „Pokemon GO” jest tak samo. Po prostu poleciała kula śnieżna, która zwiększa swoją masę, dopóki nie stopnieje. Świetny tego przykład mieliście w zeszłym tygodniu z „Prismą” – aplikacją do zdjęć. Poleciała fala profilówek przerobionych tym filtrem po mediach społecznościowych, po czym niemal całkowicie zniknęła. W ciągu kilku dni. Zresztą, jeśli ktoś był w stanie wmówić ludziom, że chodzenie w zniszczonych spodniach, wyglądających jak ściągnięte z bezdomnego, jest fajne i brać od nich za to gruby hajs, to nie wiem czemu jakakolwiek gra miałaby się nie przyjąć.

Poszerzona rzeczywistość

Poprzednie argumenty to były straszaki, teraz wjeżdża gruby kaliber. „Pokemon GO” jest pierwszą grą, która tak sensownie wykorzystuje „augmented reality”, czyli „poszerzoną rzeczywistość”.

Z Wikipedii: Rzeczywistość rozszerzona (ang. Augmented Reality) – system łączący świat rzeczywisty z generowanym komputerowo. Zazwyczaj wykorzystuje się obraz z kamery, na który nałożona jest, generowana w czasie rzeczywistym, grafika 3D. Istnieją także zastosowania wspomagające jedynie dźwięk (jak aplikacja RjDj na iPhone).

Na przykład, użytkownik AR może za pomocą półprzezroczystych okularów obserwować życie toczące się na ulicach miasta jak również elementy wytworzone przez komputer nałożone na rzeczywisty świat.

Co to oznacza? Że gra nie jest w komputerze, czy telefonie, a Ty z zewnątrz oglądasz ją na monitorze, czy wyświetlaczu. Gra jest na całej powierzchni świata rzeczywistego – na Twoim osiedlu, pod Twoim blokiem, w Twoim spożywczaku i w stołówce Twojego miejsca pracy. Wszędzie! Obszar gry to wszystko co widzisz na około siebie swoim własnymi oczami, a Ty jesteś w samym środku rozgrywki!

Idziesz na autobus, patrzysz na drogę przez kamerę w swoim telefonie i widzisz, że za przystankiem jest rzadki Pokemon trawiasty, którego możesz złapać, jeśli jeszcze trochę się do niego zbliżysz. Przechodzisz obok piekarni i dostajesz powiadomienie, że w pobliżu jest inny zwierzak, którego chcesz złapać, okazuje się, że siedzi w środku, przy ladzie. Idziesz na spacer wokół ulubionego stawu, a tu na molo podobna sytuacja. To nie Ty wchodzisz do gry, to gra weszła do Twojego świata i wypełniła go, dokonując symbiozy tego co wirtualne i rzeczywiste. No powiedz, że to nie jest zajebiste? Dla mnie totalny odlot! Przyszłość, to dziś!

To nie pierwsza gra, która wykorzystuje „augmented reality”, bo dużo wcześniej pojawiały się apki bazujące na tym systemie, ale „Pokemon GO” jako pierwszy robi to tak angażująco. Dlatego ludzie zwariowali na jego punkcie.

---> SKOMENTUJ