Close
Close

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta

Skip to entry content

Anita zawsze chciała mieć słonia. Czemu akurat słonia? A czemu akurat, nie? Co to w ogóle za pytanie? Masz coś do słoni, zwierzęca rasistko? Gdyby chciała mieć kanarka też zadałabyś takie pytanie? No, to jak już kwestię uprzedzeń mamy za sobą, to wróćmy do tematu.

Anita zawsze chciała mieć słonia. Gdy rodzice w wieku 5 lat zabrali ją do cyrku i zobaczyła z jaką siłą, z jaką pewnością siebie, z jaką mocą porusza się nieco starszy brat Dumbo, wiedziała, że to zwierzę dla niej. A z wiekiem ta pewność tylko się pogłębiała. Widząc na imprezach u znajomych roszczeniowe, do niczego nie nadające się, rozłożone na kanapach – jakby ich ciało miało dosłownie zacząć się rozkładać – koty, dostawała migreny, na którą był tylko jeden skuteczny sposób – ćwiartka wódki. Z kolei ciągle śliniące się i wiecznie brudne, łaszczące się o choćby plasterek szynki, psy, przyprawiały ją o niestrawność i na samą myśl o tym, że miałaby skończyć z podobnym we własnym mieszkaniu, zatykała usta ręką, żeby nie pobrudzić prawie oryginalnych Louboutinów z OLX. Nie mówiąc już o zjadających własne odchody chomikach, czy będących tylko na pokaz rybkach. Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.

Za to słoń! Słoń to jest coś! Wielokrotnie fantazjowała, że ujeżdża go w diamentowym diademie królowej betonowej dżungli, a wszyscy ludzie bez wyjątku – od korpoludzi, przez rycerzy ortalionu, po hipsterów – kłaniają się przed nią, widząc jak majestatycznie wygląda dosiadając największego ze ssaków. Setki razy wizualizowała jak sunie na nim przez miasto, ten wydaje z siebie ryk tłukący szyby w oknach, a wszystkie wytapirowane cizie w Matizach usuwają jej się z drogi, truchlejąc przed potęgą jej słonia. Albo jak bierze go na Mazury i przy zejściu do Śniardwego oblewa ją wodą ze swojej gigantycznej trąby, a ona błyszczy w słońcu odbijającym się od kropel spływających po jej idealnie opalonej, jasno-mahoniowej skórze, w trakcie tego, jak zarzuca włosami na prawo i lewo naśladując dziewczyny surferów z 90210. Albo po prostu, że spoko byłoby mieć słonia, bo lubi duże zwierzęta.

Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu. A w zasadzie nie rzeczywistość, tylko konformizm. Jej konformizm. I wygodnictwo.

Wiesz ile wymagań trzeba spełnić, żeby legalnie móc posiadać słonia w Polsce? Nie wiesz? Spoko, Anita też nie wie, bo zanim doszła do kwestii formalnych, przerosły ją kwestie techniczne. A mianowicie brak własnego domu z hektarem ziemi, żeby mogła tam trzymać swojego Trąbalskiego. Nie, że temat nie do ogarnięcia, czy coś, bo mogłaby po prostu to M2, a w zasadzie to kawalerkę z osobną sypialnią, co dostała od starych po obronie sprzedać i kupić na obrzeżach miasta coś z ogródkiem. No, ale trochę zachodu by było.

Co więc zrobiła nasza pasjonatka egzotycznych stworzeń z leniwcem na ramieniu, szepcącym jej do obu uszu? Wzięła kota.

Po pierwsze, kota nie trzeba było sprowadzać z Afryki. Po drugie, żeby mieć kota, nie musiała sprzedawać mieszkania w śródmieściu. Po trzecie, kot był tańszy w utrzymaniu. Po czwarte, robił mniejsze zniszczenia w trakcie rui. Po czwarte, jej najlepsza przyjaciółka była uczulona na słonie. Po piąte, co by powiedziała rodzina? Po szóste, o kota nie musiała się starać, bo sam przyszedł pewnego letniego popołudnia wskakując przez balkon do jej M2 na parterze. To znaczy do kawalerki z osobną sypialnią. I było jeszcze 1745 wymówek, dla których Anita wybrała mniej angażującą na starcie opcję, mimo, że nie do końca zaspokajała jej potrzeby i nie była tym, czego faktycznie chciała. Poza tym, przecież tyle jej koleżanek miało koty, czyżby wszystkie były nieszczęśliwe? Czyżby wszystkie się myliły? Niemożliwe. To pewnie tylko kwestia czasu, aż i ona się przekona, przejrzy na oczy i zobaczy, jakie koty są zajebiste.

Ale czas mijał, a jej podejście się nie zmieniało.

Już od pierwszego dnia z futrzakiem, mimo, że mięciutki, i słodziutki, i na samojebkach dobrze wychodzi, myślała o trębaczu. Jednak wmawiała sobie, że na radykalną zmianę jest już za późno, więc próbowała półśrodków. Zaczęła od rozmów z kotem na temat jego nawyków i zachowań, sugerując, że zamiast skradać się na palcach jak wystraszone dziecko, mógłby dostojnie stąpać jak drwal. Na przykład Tomasz Drwal. Albo zamiast piszczeć jak ciota, gdy coś mu się dzieje,  wziąłby się zebrał w sobie i ryknął. Albo nie lizał sobie jajek przy gościach, tylko polał się wodą jak już tak bardzo chce dbać o higienę. Ale kot był głuchy na jej sugestie, a gdy podnosiła głos, za cholerę nie wiedział, czego ta popieprzona baba od niego chce. W końcu był kotem i miał cały świat tam, gdzie wczorajszy Whiskas.

Nasza bohaterka nie poddawała się i cały czas szukała jakiegoś sposobu, żeby usłonić sierściucha. Zaczęła od mało inwazyjnych rzeczy, typu zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że przez parahipnozę połączoną z programowaniem neurolingwistycznym, udaj jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek. Później wjechała już z grubszym kalibrem, farbując mruczkowi sierść na szaro, doklejając mu do pyszczka słonie uszy i trąbę i próbując go ujeżdżać. Jednak kot niezłomnie szedł w zaparte i nie chciał się ugiąć, dewastując słoniową doklejkę pazurami i chowając się pod meblami przy próbie jazdy na jego grzbiecie. Pozytywna strona tej sytuacji był taka, że Anita mogła odpuścić odkurzanie na jakiś czas.

Po 6 miesiącach życia w ciągłym braku akceptacji, kot w końcu się wkurwił i uciekł.

Bo kot to kot, a słoń to słoń i jakich zaklęć byś nie użyła, to jeden nie przemorfuje w drugiego. Podobnie jest z facetami. Albo nie chcesz się wysilać przy poszukiwaniu partnera i bierzesz kanapowego leniwca wraz z wszystkimi jego przywarami, albo wiesz, że nie wytrzymasz codziennego patrzenia jak rośnie mu mięsień piwny i angażujesz czas i energię, rozglądając się za kimś, kto spełnia Twoje potrzeby, a nie tylko jest. Tak samo w drugą stronę, jeśli wzięłaś sobie imprezowego lwa, dla którego weekend bez urwanego filmu jest bardziej bolesny, niż polskie komedie romantyczne, to nie rób scen, że powinien siedzieć z Tobą w domu i oglądać „Plebanię”, bo widziały gały co brały.

Wielu laskom wydaje się, że wezmą sobie kolesia, który akurat się nadarzył i w miarę da się na niego patrzeć, a potem wymodelują sobie z niego mężczyznę swoich marzeń, jakby był jakąś paczką plasteliny. Nie. To tak nie działa.

Nie wkręcaj sobie, że przy Tobie się zmieni, nie łudź się, że masz taką moc sprawczą, by przebudować fundamenty jego osobowości, nie zakochuj się w jego potencjale. I przede wszystkim, nie oszukuj się, że łatwiej na mężczyźnie trwale wymusić pożądane zachowania i reakcje, niż znaleźć takiego, który po prostu je przejawia sam z siebie. Mimo, że dotarcie do takiego może kosztować Cię sporo wysiłku, to porównując to z ciągłą irytacją i niezadowoleniem w życiu codziennym, i tak wychodzi na OGROMNY plus. Zdecydowanie prościej jest stworzyć warunki do hodowania słonia, niż wymusić na kocie, by nagle słoniem się stał.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tinker*Tailor loves Lalka
(niżej jest kolejny tekst)

Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu

Skip to entry content

Słyszałeś to całe motywacyjne pieprzenie o wychodzeniu ze strefy komfortu? O tym, że gdy nie przekraczasz swoich granic, nie rozwijasz się? Że robiąc tylko to, co już znasz i umiesz, nie wydostając się poza obszar emocjonalnego bezpieczeństwa, skazujesz się na monotonię i nudę? A magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu? Słyszałeś, co? Ja też i z miejsca chciałem podpisać się pod petycją o zdelegalizowanie coachingu i rozwoju osobistego. Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam jak w piątej klasie podstawówki miałem grać drzewo w szkolnym przedstawieniu. Tak, drzewo. Niezbyt wymagająca rola, co? Ja to jednak widziałem zdecydowanie inaczej. Widziałem CAŁĄ SZKOŁĘ, przed którą miałem wystąpić i wiedziałem, że CAŁA SZKOŁA będzie mnie oceniać. Czy mam dość przekonujący strój, czy trzymam właściwą pozę i ogólnie, czy nie robię z siebie debila, co w tamtych czasach było istotniejsze, niż w dzisiejszych zastanawianie się, czy będę miał jak zapłacić za mieszkanie. Trzy tygodnie przed występem stała się tragedia. Nauczycielka organizująca teatrzyk stwierdziła, że będę mówił czterowersową kwestię. Czujecie? Miałem wyjść przed ten szwadron dzieciaków gotowych mnie rozszarpać i wypominać do końca życia najdrobniejsze potknięcie, i wyrecytować im aż cztery wersy! Niewykonalne!

Gdyby kłębki były wrzącym kwasem gotującym się w garnku, który zaraz ulegnie rozkładowi i doprowadzi do tego, że kuchenka wraz z całą instalacją gazową eksploduje, wysadzając przy tym połowę dzielnicy, mógłbym powiedzieć, że w tamtym okresie byłem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy to kwestia zaniżonej samooceny, problemów z poczuciem własnej wartości, gargantuicznej nieśmiałości, czy po prostu tego, że byłem dzieckiem, ale czułem się tak bardzo niegotowy, jak tylko to możliwe, do występowania przed kimkolwiek oprócz mojej mamy. Tydzień przed przedstawieniem zacząłem mieć problemy ze snem, a dzień przed zacząłem modlić się o tak szumnie zapowiadany koniec świata, który miał przyjść w 2000 roku i trochę się spóźniał. Mimo mojej ówczesnej głębokiej wiary w moc sprawczą modlitwy, nic takiego się nie stało.

Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tej cholernej szkoły, przebrać się za to pieprzone drzewo i wydusić z siebie te cztery wersy na oczach wszystkich. Kwadrans przed wygłoszeniem swojej kwestii zemdlałem.

Tracenie przytomności jest mało przyjemnym uczuciem, zwłaszcza, gdy masz 11 lat i kompletnie nie wiesz, co się dzieje z Twoim ciałem i świadomością. Stoisz pośród ludzi, tak jak stałeś wcześniej i nagle obraz zaczyna się ściemniać, ale nie że na sali robi się ciemniej, tylko tak jakby kineskop w przedpotopowym telewizorze zaczął się wyłączać – w ultra zwolnionym tempie, to na co patrzysz zaczyna pokrywać czerń. To samo dzieje się ze słuchem. Głos człowieka, który stoi tak blisko, że stykasz się z nim ramieniem zaczyna się oddalać, od-da-lać, oood-daaa-laaać, maaasz wraaa-żeee-nieee, żeee kaaaż-dyyy dźwięęęk jeeest cooo-raaaz daaa-leeej oood Cieee-bieee iii zwaaa-lniaaa. Aaaż zniii-kaaa zuuu-peeeł-nieee. I przestajesz słyszeć cokolwiek.

Gdyby problem z odbieraniem bodźców ze świata nie był wystarczająco przerażający, to dochodzi do niego zanik możliwości poruszania swoim ciałem. Chcesz podnieść rękę, żeby przetrzeć oczy i naprawić szwankujący wzrok, ale masz wrażenie, że odinstalował Ci się sterownik albo przynajmniej zdeaktualizował, bo kończyna unosi się jak w zatartym przez piach, nienaoliwionym robocie. Z nogami to samo. Chcesz nimi poruszyć, żeby wydostać się z tego pomieszczenia i odzyskać kontakt ze światem na otwartej przestrzeni, ale stoją w miejscu. A w zasadzie to przestają trzymać pion, jakby ktoś zaczął z nich spuszczać powietrze i teraz całą energię i procesy życiowe skupiasz na tym, żeby nie wyłączyło im się zasilanie i żebyś nie wylądował z twarzą na posadzce.

Bardzo, bardzo nieprzyjemne. Mniej więcej tak nieprzyjemne, jak gdy ktoś powala Cię na ziemię uderzeniem w tył głowy, trzy osoby Cię kopią po żebrach, a jedna okłada metalową rurką. Też nie wiesz, co się dzieje i czy dotrwasz, aż się skończy.

Po tym incydencie już nigdy nie chciałem publicznie występować przed nikim. W żadnych pieprzonych spektaklach, na żadnych cholernych jasełka, ani na żadnych posranych olimpiadach, czy – nie daj boże, w którego właśnie przestałem wierzyć – konkursach recytatorskich. W gimnazjum nie było z tym problemów, bo mieliśmy aspołeczną wychowawczynię, która absolutnie nie była gotowa do pracy z młodzieżą, więc kontakt z nami ograniczała do niezbędnego minimum i żeby nie brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nasze działania, wymiksowywała udział naszej klasy z wszelkich nadprogramowych czynności. Co odbiło się również tym, że w ciągu 3 lat nie byliśmy na ani jednej wycieczce. Ale nie miałem z tym problemu. Cieszyłem się całym sobą, że ominął mnie koszmar publicznych wystąpień.

W liceum, dzięki wybraniu zdecydowanie nieekstrawertycznej klasy matematycznej,  trauma udziału w szkolnych przedstawieniach również mnie ominęła, jednak sytuacja zmieniła się na studiach. Raz, że od przygotowywania prezentacji na zaliczenie nie dało się już uciec i kilka razy w semestrze trzeba było przed tych 30-40, a czasem nawet i 70 ludzi wyjść i świecić oczami, a dwa, że po wyprowadzce z domu musiałem mieć z czego żyć. Więc musiałem zacząć zarabiać. Więc musiałem znaleźć pracę. Więc musiałem zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A to kurewsko stresowało.

Potrzebowałem kasy na mieszkanie i jedzenie, i to potrzebowałem jej bardzo, bo mimo, że jestem mistrzem sztuki przetrwania, to wciąż daleko mi do Beara Gryllsa, a tym bardziej do Jezusa, żeby wytrzymać miesiąc bez szamy. Jaki skutek uboczny dawała ta paląca potrzeba? Stres. A w zasadzie to cały kokon ze stresu, który szczelnie mnie owijał tuż przed spotkaniem rekrutacyjnym. Często, a raczej niemal zawsze, wypadałem na rozmowach dużo poniżej swoich możliwości i nie byłem w stanie zaprezentować w pełni swoich umiejętności i wiedzy, bo nerwy zżerały mnie jak hiena świeże truchło, tuż po jego znalezieniu. Nienawidziłem tego i, na tyle na ile to możliwe, robiłem wszystko, by od tego uciec.

Może to zabrzmieć absurdalnie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy postanowiłem zająć się blogowaniem.

Pewnie zastanawiasz się, co ma pisanie internetowego pamiętnika w zaciszu uwitego z fotela, poduszki i koca gniazdka, do przemawiania ze sceny i wystawiania się na ocenę publiczności? Ano to, że najlepsi blogerzy występują jako prelegenci na kilkuset osobowych konferencjach. A ja nigdy nie chciałem być któryś z kolei, niezależnie czym się zajmowałem, jeśli było to moją pasją i robiłem to z autentycznej zajawki, zawsze chciałem być pierwszy. Jeśli czymś faktycznie się jarasz, nie chcesz być w tym przeciętny, skupiasz się na tym, żeby być najlepszy. Dążysz do doskonałości. Miałem więc prosty wybór, albo odpuścić blogowanie, albo przełamać swój paraliżujący strach przed publicznymi wystąpieniami.

Biorąc pod uwagę, że wciąż piszę, a Ty czytasz te słowa, chyba wiesz jaką decyzję podjąłem?

Pamiętam jak w 2012 roku pojechałem pierwszy raz na Blog Forum Gdańsk, nikogo nie znałem, wszystkiego się bałem, a gdy niespodziewanie zobaczyłem Andrzeja Tucholskiego potrzebowałem 20 minut, żeby zebrać się w sobie i powiedzieć „cześć, jestem Janek i cię czytam”. Od pierwszej prezentacji, którą zobaczyłem na tej imprezie, wiedziałem, że któregoś dnia to ja będę przemawiał do tego tłumu ludzi i tłumaczył niejasne zagadnienia z pozycji eksperta. No dobra, nie wiedziałem, ale bardzo chciałem. Chciałem być asem, a nie jopkiem w tej grze. Perspektywa bycia jednym z najlepszych łechtała moje ego i nakręcała, ale wizja skupienia na sobie spojrzenia setek oczu przerażała do szpiku kości, przyprawiając o przyspieszoną akcję serca, mokre dłonie i gęsią skórkę.

Śledzenie każdego ruchu, każdego słowa, każdej mikroekspresji mimicznej, wyczulenie na każdą zmianę tonu głosu przez tylu ludzi, przerażało mnie, tak jak przeraża spotkanie samotnego małego dziecka po zmroku na cmentarzu. Wielu rzeczy w życiu się bałem, ale to było dla mnie jak zrobienie krzyżowych nacięć na całym ciele i wrzucenie do akwarium z piraniami. Czułem, że gdybym był na miejscu osób, które podziwiałem siedząc na widowni, z miejsca dostałbym zawału.

Dałem sobie 2 lata, żeby przełamać ten strach.

Zajęło mi to jednak trochę dłużej. Po 3 latach wystąpiłem jako jeden z panelistów na Blog Forum Gdańsk, co było tylko połowicznym wykonaniem postawionego sobie celu, bo w trakcie panelu dyskusyjnego uwaga rozkłada się na wszystkich uczestników i również dobrze mógłbym w ogóle się nie odzywać, a pewnie i tak mało kto by to odnotował. Misja w pełni wykonana została dopiero po 3,5 roku. W zeszłą sobotę byłem prelegentem na Blog Conference Poznań i po otwarciu wydarzenia prowadziłem prelekcję dla jakichś 300 osób.

Ja, niegdyś dzieciak, który w podstawówce zemdlał, gdy miał przebrany za drzewo wyjść do równieśników i powiedzieć durny czterowersowy wierszyk, teraz przez pół godziny występowałem przed pełną salą w zupełnie obcym mieście, dzieląc się wiedzą. Łouł!

To nie przyszło samo, to nie przyszło znikąd. Oswajanie się ze stresem kosztowało mnie morze czasu i ocean energii. Pokonywanie ciągle wizualizującej się sceny jak tracę przytomność w trakcie prezentacji, albo jak w podczas wypowiedzi nagle zapominam kolejnej kwestii, zacinam się i nie mogę odblokować, a cała sala ryczy ze śmiechu, było dla mnie kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, którego przecież nie musiałem podejmować. Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. Zdecydowanie przyjemniej byłoby siedzieć w tym czasie w swoim bezpiecznym gniazdku i gapić się w monitor, niż narażać się na krytykę, kpiny i negatywną ocenę, występując na uczelniach, próbując swoich sił na Slamach Poetyckich, i sprawdzając się na lokalnych, mniejszych konferencjach, przed każdą z nich walcząc na śmierć i życie ze zdenerwowaniem, niepewnością i brakiem wiary we własne siły.

Czy w takim razie było warto? Biorąc pod uwagę, że każdy z tych kroków przybliżał mnie do upragnionego celu, który w końcu osiągnąłem, to…

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!

Wiesz, co było najlepsze w przełamaniu się na tak dużą skalę? Nie to, że gdy skończyłem mówić dostałem brawa. Nie to, że po prelekcji kilku uczestników powiedziało, że otworzyłem im oczy lub zmieniłem spojrzenie na jakąś kwestię. Nie to, że od osób, z których opinią się liczę usłyszałem, że poszło mi świetnie. Nawet nie to, że moi bliscy byli ze mnie dumni. To wszystko oczywiście było super i podbijało moje samozadowolenie pozwalając unieść się na wysokość trzeciego piętra, ale coś innego było dużo istotniejsze.

Efektem nie do przecenienia była świadomość, że mogę pokonać samego siebie!

Wiedza, że nie muszę godzić się ze stanem zastanym, że niedziałający element w sobie mogę zmienić, że to nie jest tak, że jestem uszkodzony i nic się nie da zrobić, dała mi skrzydła, na których wzleciałem na wysokość wieżowca. Nie mam zapędów, żeby zostać teraz zawodowym mówcą, czy w ogóle wodzirejem, bo zdecydowanie wolę pisać, ale świadomość tego, że gdybym chciał, byłbym w stanie to zrobić, jest jak zobaczenie swojego miasta z lotu ptaka, będąc wcześniej tylko naziemnym obserwatorem jednej ulicy. Wywraca perspektywę, jak przejście z geo do heliocentrycznego układu planet. Udowodnienie sobie samemu, że rzecz, która wcześniej wydawała Ci się kategorycznie niemożliwa, jednak jest to zrobienia, bo właśnie jej dokonałeś, jest jak zdobycie klucza, który otwiera wszystkie drzwi. To hipereuforia, to ucementowanie poczucia własnej wartości, to empiryczne przekonanie się o posiadaniu mocy sprawczej. Trudno opisać to uczucie słowami, żeby to w pełni zrozumieć, trzeba go doświadczyć.

Magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu. Długo myślałem, że to pieprzenie. Teraz wiem, że to prawda.

13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa

Skip to entry content

Pamiętasz te czasy, kiedy najmocniejszym pociskiem w stronę kolegi z klasy było nazwanie go głupkiem? Gdy nie tytułowało się ludzi wulgarnymi określeniami narządów rozrodczych? Tylko najwyżej kapuścianymi łbami? A gdy przegięli i nas zdenerwowali, zalecało się spadanie na drzewo? Mimo, że za dzieciaka dochodziło do konfliktów równie często, co za doroślaka, to nie były one tak brzemienne w skutkach. Czy to ze względu na słownictwo? Chyba nie, ale i tak wolałbym słuchać ówczesnych kłótni, niż tych aktualnych.

Z okazji dnia dziecka, czyli święta nas wszystkich, przypomnijmy sobie jak czule kiedyś potrafiliśmy się obrażać. Przed Tobą 13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa.

1. Przeżywasz jak mrówka okres – wjeżdżamy z grubej rury! Nikt, ale to absolutnie nikt z chłopaków w tamtych czasach nie wiedział czym jest rzekomy „okres”. Ale jakoś przyjęło się, że jak porównujesz kogoś do robaka, to poprzedzające to określenia, też muszą być ostrym pojazdem.

2. Turlaj dropsa – i bynajmniej nie było to jeszcze bardziej zawoalowane „zarzuć piksę”. Raczej zabawniejsze „wal się”.

3. Ciebie robił! – uniwersalna riposta na każdy obraźliwy epitet.

– Boże, jak ty wyglądasz… wystroiłeś się jak szafiarka!
– Ciebie robiła!

Działa cały czas, co?

4. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu braknie – czyli prosto i treściwie zobrazowane „nie kozacz”. Rzucane zazwyczaj, gdy ktoś się popisywał lub przechwalał, a dało się wyczuć, że to co mówi może się mijać z prawdą.

5. Dwóch na jednego, to banda Łysego – nigdy nie udało mi się ustalić personaliów Łysego i tego, czemu jego ekipa tak często była wymieniana przy okazji podwórkowcych konflitków. Jeśli ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę o kontakt.

6. Spier-papier! – dziś już nikt tak pięknie nie mówi, żebyś się oddalił.

7. Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika – nikogo z moich kolegów nigdy nie dosięgnęło to proroctwo, i podejrzewam, że nikogo z Twojej paczki również, jednak wszyscy i tak traktowali tę wróżbę jako przepowiednię krótkiego terminu realizacji. I bardzo sprawnie ów język przestawali pokazywać, panicznie wypatrując na horyzoncie zbliżających się krów.

8. Kto się przezywa, sam się tak nazywa – jeszcze bardziej uniwersalne, niż „ciebie robił”. Odbija każdy atak skuteczniej, niż dziecko Anny Kurnikovej z Jerzym Janowiczem, wychowywane przez siostry Williams.

9. Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu – gdy ktoś beształ Cię tak wyszukaną rymowanką, jasne było, że dalsze brnięcie w wyzywaninę nie ma sensu, bo, a nuż, okaże się, że jest zaginionym krewnym Kochanowskiego. I w kolejnej rundzie zrymuje jakiś tren z Twoim nazwiskiem. A wtedy pewne byłoby, że rym do tego, co napisane jest przy numerze Twojego mieszkania na domofonie, zostałby już na zawsze Twoim przezwiskiem. Przezwiskiem, którego z pewnością nie chciałeś mieć.

10. Po nazwisku, to po pysku – tu już mieliśmy większe prawdopodobieństwo realizacji niż w przypadku klątwy z wołowiną, jednak – paradoksalnie – oponent jeszcze gorliwiej wypowiadał sformułowania, na które reagowaliśmy w ten sposób.

11. Coś ci spadło… [po chwili lub gdy druga osoba spytała „co?”] ciśnienie w majtkach – do dziś nie wiem, co to tak naprawdę znaczyło, ale ciężar gatunkowy obelgi miał mniej więcej tę samą wagę, co obecnie zasugerowanie, że ktoś ma problemy ze wzwodem.

12. Jakbym miał taką twarz, to bym się uczył na niej siadać – pojazd po bandzie, jedna z najobraźliwszych obelg jaką stosowało się w dzieciństwie. Dostać takim hasłem przy kumplach, to jak stanąć gołą stopą na klocku Lego. Niby niepozorne, niby nikt się nie spodziewa, a boli jak cholera.

13. Chyba ty! – stosuję do dnia dzisiejszego. Zawsze się sprawdza.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog