Close
Close

Moje pierwsze 7 prac – #myfirst7jobs

Skip to entry content

W tym tygodniu w mediach społecznościowych trenduje hasztag #myfirst7jobs, pod którym ludzie opisują pierwsze zajęcia wykonywane w celu przytulenia trochę grosza. Dzięki czemu możemy poznać początki i drogę jaką przeszły osoby obecnie popularne w internecie bądź z sukcesami tworzące biznes. I tak, dowiedziałem się, że Tomasz Brzostowski, założyciel Browaru Brodacz, zaczynał od pracy na budowie wieku 13 lat, Agnieszka Oleszczuk-Widawska, polska startupowa królowa, pierwsze pieniądze zarabiała jako hostessa przy stoisku z mrożonkami, a Łukasz Kielban z Czasu Gentelmenów mył okna w sklepie.

Jak zazwyczaj jestem dystansowany do wszelkich mód i ewentualnie przekonuję się do nich po czasie, tak ta moda na pokazywanie swoich finansowo-zawodowych początków z miejsca do mnie trafiła i od razu uznałem ją za świetny pomysł. Dlatego, postanowiłem podzielić się z Wami moimi pierwszymi zarobkowymi zajęciami, wraz z nieco szerszym opisem, jak to wyglądało i co tam się działo.

Oto moje pierwsze 7 prac.

1. Zbieranie złomu

Może nazwanie pracą monitorowania lokalnych śmietników w poszukiwaniu porzuconych pralek czy lodówek, to określenie mocno na wyrost, nie mniej, jako nastolatek tak właśnie robiłem z kolegami. Żeby mieć na zachcianki typu kino, kebab na mieście, czy nowa płyta muzyczna, często musieliśmy sami organizować pieniądze, a że na legalną pracę byliśmy za młodzi i i tak nie mielibyśmy jej jak podjąć, bo chodziliśmy do szkoły, szukaliśmy innych sposobów. I czatowaliśmy, aż ktoś wyrzuci jakiś sprzęt AGD, który będzie można sprzedać na skupie złomu.

2. Roznoszenie ulotek po blokach

To też okolice końca gimnazjum. W tamtych czasach chyba nie było chłopaka, który nie zahaczyłby się o ten typ zajęcia, taki osiedlowy standard. Cały karton ulotek był ciężki jak cholera, wchodzenie na ostatnie piętro w klatkach, w których nie było windy męczyło jeszcze bardziej, ludzie, całkiem słusznie, mieli do Ciebie wonty, że robisz syf, a pieniądze były z tego prawie żadne. Ale jakieś tam były, a w 2004 trudno było zostać zasięgowym youtuberem, bo portal ten jeszcze nawet nie istniał.

3. Bycie chłopcem na posyłki w fabryce

Mama załatwiła mi pracę na hali produkcyjnej, w zakładzie pracy, w którym sama pracowała, co z jednej strony było spoko, bo mogliśmy razem dojeżdżać i wracać, ale z drugiej czułem się bardziej spięty, bo wiedziałem, że jeśli dam ciała, a nie daj boże dam ciała spektakularnie, to odbije się to na niej. Na szczęście z bieganiem po hali ze skrzynką na narzędzia i szmatami do wycierania smaru z maszyn, radziłem sobie całkiem nieźle, więc miesięczna misja zakończyła się sukcesem. A za zarobione 700 złotych, co w tedy wydawało mi się kwotą nie do rozpuszczenia, mogłem kupić sobie wymarzone szerokie spodnie marki Moro, „Muzykę Poważną” Pezeta i pojechać na wakacje do Wisły ze znajomymi.

4. Sklejanie pojemników na lampy

Przez kolejne 2 lata w wakacje również pracowałem w tej samej fabryce, co moja mama, tyle, że już nie na hali, a w warsztacie. Przy sklejaniu plastikowych pojemników na lampy produkowane w tym zakładzie. Nie było w tym jakiejś wyjątkowej filozofii, po prostu łatałem dziury powstałe w wyniku eksploatacji w kontenerach. Prosta, monotonna jak cholera, powtarzalna czynność, wykonywana w akompaniamencie „kurew” rzucanych przez współpracowników. Mimo to, jednak bardzo motywująca. Po spędzeniu kilku miesięcy w otoczeniu ludzi, którzy nie lubili swojej pracy, a każdy dzień niebędący weekendem traktowali jak karę, wiedziałem, że szybko muszę zrobić coś ze swoim życiem, by nie skończyć w takim miejscu będąc dorosłym.

5. Pracownik fizyczny w Castoramie

Byliśmy po maturze i żeby mieć za co imprezować przez 4 miesiące, aż do startu studiów, kolejny raz zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek pracy. Trafiło na nocki w Castoramie, w trakcie których wykonywaliśmy zadania z zakresu szumnie zatytułowanego visual merchandisingu, czyli po prostu rozkładaliśmy produkty po sklepie, tak, by ładnie się prezentowały. Kasa, jak na warunki i godziny pracy, była gówniana – 4,5zł na godzinę – a przez to, że agencja pośrednicząca kręciła ostre wałki, dostaliśmy ją dopiero we wrześniu.

6. Sprzedawanie gazet nad morzem

W związku z tym, że w trakcie tych najdłuższych wakacji w życiu chciałem choć na chwilę gdzieś wyjechać, a nie było za co przez niesportową zagrywkę z poprzedniego akapitu, zacząłem kombinować jak to zrobić bez angażowania gotówki. I w międzyczasie moja mama w Wyborczej znalazła ofertę sprzedawania gazet na plaży w Niechorzu. Brzmiało jak idealna fucha na sierpień, więc długo się nie zastanawiając, podpisałem co trzeba, wsiadłem w pociąg i pojechałem. Na miejscu zastałem mikro-kemping o powierzchni 20m2, w którym mieszkaliśmy w trójkę, i pracę 6 dni w tygodniu polegającą na zasuwaniu po piachu w pełnym skwarze z plecakiem wypchanym po brzegi gazetami, ale wtedy dla mnie była to praca marzeń. Morze, ludzie, przygody, idealny pretekst by zagadać do każdej dziewczyny i hajs na zabawę.

Do dziś wspominam ten okres z wypiekami na twarzy, radością w oczach i szybszym biciem serca, o czym szerzej pisałem w tekście „Życie jest spoko”.

7. Akwizytor

Pukając do drzwi przypadkowych ludzi i proponując im przeniesienie abonamentu z TPSA do Dialogu, oczywiście uważałem się za przedstawiciela handlowego tej drugiej firmy, ale dziś tego zajęcia tak nie nazwę, by nie obrazić wszystkich osób, które faktycznie są przedstawicielami handlowym z prawdziwego zdarzenia. Bycie teledomokrążcą było moją pierwszą pracą w Krakowie, którą dostałem nawet bez składania CV i zacząłem wykonywać na drugi dzień po przyjeździe, więc możecie sobie wyobrazić jak poważna była to posada. Nie mniej, dzięki niej na samym starcie całkiem nieźle poznałem miasto, jego rytm i sposób poruszania się po nim, bo akwizycję prowadziliśmy w większości dzielnic.

***

Tak wyglądało moje pierwsze 7 prac. Każda z nich coś wniosła do mojego życia i nawet jeśli był to przykry i bolesny wkład, to w jakimś stopniu mnie ukształtował, dając temat do przemyśleń i pokazując jak nie chciałbym, żeby moje życie wyglądało. Chętnie dowiem się jak początek zarabiania pieniędzy wyglądał u Was, więc jeśli macie ochotę podzielić się swoimi #myfisrt7jobs, to dawajcie do komentarzy. A jeśli zastanawiacie się nad założeniem firmy, to tu znajdziecie trochę na ten temat.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe_
(niżej jest kolejny tekst)

22
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
EmmS.jamaskaSarnaAleksandra Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
PePol
Gość
PePol

Moją przygodę z zarabianiem pieniędzy zaczęłam od zbierania wiśni w wakacje będąc chyba w 6 klasie podstawówki, wychodziły całkiem ogromne pieniądze za to (jak na tamte czasy) i za tydzień harowania w sadzie kupiłam sobie mp playera Creativa, którego zresztą mam do dzisiaj. Byłam opiekunką do dzieci, opiekunką osoby starszej, pracowałam jako hostessa na studiach, żeby było za co pójść na imprezę, później tester aplikacji zdalnie :) Ostatnią pracę wspominam całkiem miło ^^

Aneta Wójcik
Gość

1. Zbieranie jagód na sprzedaż w ramach wakacji u wujka. Było bardzo spoko, wszyscy to robili i każdy narzekał. Hajs przepuszczałam na słodycze, ponieważ były to czasy podstawówki :D 2. Sprzedaż puszek zbieranych tygodniami do jednego worka. Pieniądze z tego prawie żadne, więc już nie pamiętam na co wydałam. 3. Pierwszy (i jak na razie ostatni) własny biznes. Również podstawówka tylko późna. Zbierałam z rodzeństwem czereśnie z drzew za domem i wywiesiłam kartkę na bramie z informacją, że tu można kupić :) Mimo, że prawie wszyscy w okolicy mieli swoje to mieliśmy klientów ;) 4. Zbieranie truskawek u rolnika, to… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

7. To była moja trzecia, czy czwarta praca w Krakowie, jednak tragicznie płatna, ze względu na oszustwa księgowe pracodawców, jednak słyszałem, że w Warszawie w niektórych miejscach na wejściu jest stawka godzinowa 13zł netto, prawda to?

Aneta Wójcik
Gość

Prawda. Ja miałam 12 zł netto na wejściu a do tego prowizja. Jak komuś nie przeszkadza gadanie ciągle tego samego i wciskanie kitu nawet staruszkom to polecam. Mi sumienie nie pozwoliło tam zostać :)

Dominika
Gość
Dominika

Do pierwszej poważnej pracy wkręciłam się mając 15 lat i pracuję tam do dziś, choć słowo praca to może zbyt dużo w tym przypadku. Co miesiąc ogarniam sporych rozmiarów artykuł popularnonaukowy i jak na 2-3 dni pracy nad nim, to dostaję naprawdę fajną kasę. Pewnie jak większość młodych ludzi mam także za sobą sezonowe zbieranie owoców, mycie okien i sprzątanie. Jedną z fajniejszych była praca w Subwayu, ale niestety fatalnie rozcięłam sobie stopę i byłam zmuszona z niej zrezygnować. Obecnie mam status poszukującej – wypatruję jakiejś pracy w rodzinnej miejscowości.
:)

Ala
Gość
Ala

A gdzie można przeczytać te artykuły? :)

Jan Favre
Gość

Podbijam!

Dominika
Gość
Dominika

W miesięczniku „Astronomia” http://astronomia.media.pl/ :) Mniej więcej na początku gimnazjum założyłam bloga astronomicznego. Właściwie to dzięki niemu udało mi się dostać małe miejsce na stronach tego magazynu. Jeśli chodzi o bloga to zwinęłam już ten interes, ale co miesiąc zamieniam się w kosmitkę i sprawdzam, co tam w galaktyce piszczy. Astronomia to raczej niszowa dziedzina, ale całkiem przyjemna, jak już się człowiek wkręci. Mimo wszystko marzę jednak o blogu o zupełne innej tematyce…

Paulina
Gość
Paulina

Ja swoje pierwsze pieniądze zarobiłam w .. handlu. Zawsze miałam smykałkę do interesów i ciągnęło mnie do pieniędzy. Kiedy miałam 6 lat razem z kuzynką ustawiłyśmy przy chodniku długą deskę „ladę” i zaczęłyśmy robić bukiety z trawy, mleczy i co tylko jeszcze rosło na podwórku i sprzedawać po 5zł z okazji zbliżającego się dnia Matki. Nie wiem czy byłyśmy takie śmieszne czy żałosne, ale zarobiłyśmy wtedy swoje pierwsze „wielkie” pieniądze. I to całkowicie samodzielnie! :)

Jan Favre
Gość

Doceniam umiejętności sprzedażowe i pierwsze sukcesy w marketingu! Sprzedać trochę trawy za piątaka, to świetny biznes!

Agnieszka Wegrzyn
Gość
Agnieszka Wegrzyn

1) hostessa na stoisku z kawą, 2) opiekunka do dzieci, 3) remonty domowe (szpachla, malowanie, tapetowanie), 4) skrzypek ślubny (ave maria + aria i 50pln w portfelu), 5) korepetytor dla studentów i licealistów, 6) kelnerka/barmanka, 7) pracownik naukowy na uczelni w USA (gdzieś tam jeszcze było śpiewanie na ulicy za „co łaska” w Wenecji, sprzedaż obrazów i w ogóle, pieniądz musiał być!) …. a aktualnie doktorat w Holandii który jest to na umowę o pracę na 4-lata więc się wlicza!

Jan Favre
Gość

Łouł, imponująca droga!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czemu publiczne karmienie piersią może przeszkadzać?

Skip to entry content

W 2014 roku pewien kelner w pewnej sopockiej knajpie poprosił pewną klientkę, która zaczęła rozpinać bluzkę, żeby nakarmić dziecko, aby nie robiła tego na stali przy stoliku. Tylko w ustronnym miejscu. Bo takie są zalecenia kierownictwa, które uważa, że gościom restauracji nie podoba się publiczne karmienie piersią. Owa klientka się zirytowała, opuściła lokal, a po powrocie wytoczyła jego właścicielowi proces sądowy o dyskryminację. Rozprawa odbyła się w zeszłą środę i od tego momentu w sieci toczyła się wojna o publiczne karmienie piersią, po czym po weekendzie – jak każda internetowa afera, która trafiła na nieprzyjazny piątek, sobotę i niedzielę – zdechła.

Wojna wyjątkowo jednostronna, dodajmy, bo zadeklarowanych przeciwników karmienia piersią, głośno wyrażających swój sprzeciw była raptem garstka. Góra 7. Mimo, że grupa ta była tak nieliczna, chciałbym poświęcić jej chwilę uwagi, bo chyba wiem o co tak naprawdę mogło im chodzić, a co nie do końca byli w stanie wyartykułować. Ale to za moment.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nagości w miejscach publicznych, które nie są plażami, basenami, miejscami rekreacyjno-sportowymi, ani klubami ze striptizem. Bardzo nie podoba mi się posunięty do granic absurdu trend na obnażanie się i wmawianie wszystkim wokół, że prawie gołe kobiety na miejskich deptakach są ubrane. To co dzisiejsze nastolatki nazywają letnimi szortami – pomijając, że jest krótsze niż majtki moich rówieśniczek w czasach, gdy sam byłem nastolatkiem – wulgarnie odsłania pośladki, czyniąc je niemal nagie, ale wszyscy udajemy, że tak nie jest. Podobnie jest z leginsami ukazującymi kształt warg sromowych właścicielki, czy dekoltami po pępek, które niedługo zostaną sprowadzone do formy nasutników, bo przecież dopóki nie widać sutka nic się nie dzieje i wszyscy są ubrani, prawda?

Uprzedzając kontrgłosy, nagie męskie torsy też mnie rażą poza plażą, sauną, basenem, czy siłownią. Zasadniczo, mierzi mnie szczucie nagością bez względu na płeć. Tyczy się to również internetu i wszechobecnej golizny wykorzystywanej na potrzeby marketingu. Od banerków hurtowni wędliniarskich, przez youtuberki udające, że prowadzą kanały edukacyjne, po reklamy kosmetyków. Rzygam tą ciągłą próbą sprzedawania WSZYSTKIEGO seksem i żebraniem o moją uwagę za pomocą sterczących cycków, czy prężących się odwłoków. Od jakiegoś czasu czuję się wręcz napastowany. I im dłużej mam kontakt z mediami, tym bardziej jestem zaszczuty erotyką i intymnością, które powinny mieć miejsce w sypialni, a nie być główną tubą reklamową.

I tak przechodzimy do meritum. Uważam, że piersi, tak jak pośladki i wzgórek łonowy, to intymna część ciała, dlatego nie chcę oglądać ich nagich w miejscach publicznych, ponieważ mnie to krępuje i zniesmacza. Tak, wiem, że główną funkcją piersi nie jest bycie obiektem seksualnym, a dostarczanie pożywienia potomkowi i do tego je stworzyła natura. Tyle, że to argument logiczny, a sam ich widok odwołuje się do sfery emocjonalnej, w której kulturowo mamy zakodowane co innego.

Nie mniej, absolutnie nic nie mam do karmienia piersią w miejscach publicznych. Rozumiem, że dziecko to nie dorosły człowiek, któremu można zaplanować śniadanie, obiad i kolację, a potem wymagać od niego przestrzegania godzin poszczególnych posiłków. Nie mam własnego ani nawet cudzego dzieciaka, ale łapię, że to tak nie działa. Tym bardziej nie uważam, że mamy, dopóki dziecko nie skończy liceum, powinny siedzieć w domach i być wyłączone z życia w społeczeństwie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby były aktywne i robiły to, na co mają ochotę, nie dając się wtłoczyć w archaiczne ramy.

Jedyne, co może mnie razić, to ostentacyjne epatowanie nagością podczas publicznego karmienia.

Co zdarza się incydentalnie. W ciągu 28 lat zdarzyło mi się widzieć góra jakieś 4-5 razy, jak kobieta z zaspokajania głodu malucha robiła prawie że prowokacyjne przedstawienie, wystawiając nagą pierś i utrzymując ją w takim stanie w trakcie karmienia, więc zdecydowanie jest to marginalne zjawisko, z którego głupio nawet robić aferę. Bezapelacyjnie większość, czy niemal wszystkie kobiety karmiące dzieci własnym mlekiem, które dane było mi zaobserwować, robiły to w taki sposób, że musiałbym się mocno postarać, aby cokolwiek zobaczyć i gdyby nie zawiniątko na rękach, nawet nie miałbym pojęcia, że taka rzecz właśnie się dokonuje. Bo jestem prawie pewien, że dla drugiej strony, czyli matek, to też nie jest turbo komfortowa sytuacja, w której czują się gwiazdami estrady, chcącymi skupić na sobie spojrzenia wszystkich wokół. Piszę jednak o tym, bo w tych kilku przypadkach, gdy owa pierś była zupełnie naga, czułem się skrępowany i średnio komfortowo, ponieważ dla mnie to widok związany ze sferą intymną.

I wydaje mi się, że o to tak naprawdę może chodzić ludziom, którzy są przeciwni publicznemu karmieniu. O intymność.

W dyskusjach na ten temat, na które do tej pory się natknąłem, wiele osób często dość agresywnie broniło w pełni nagiego karmienia piersią, używając jednego z poniższych argumentów:

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to co z ciebie za facet?” – cóż, uważam, że o byciu prawdziwym, bądź nieprawdziwym facetem decyduje jednak coś innego, niż gotowość do oglądania piersi losowej przedstawicielki płci przeciwnej, niezależnie od sytuacji społecznej, a przede wszystkim niezależnie od tego, czy się na to ma ochotę, czy nie.

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to się nie patrz” – stwierdzenie w takiej sytuacji „to nie patrz” i oczekiwanie, że rozwiąże to sytuację i usunie dyskomfort, to tak samo jak powiedzenie „nie myśl teraz o różowym słoniu z kwiatami w trąbie”. Nie działa.

– „karmienie piersią to naturalna czynność” – człowiek w swoim życiu naturalnych czynności wykonuje całe spektrum, niektóre codziennie, bądź kilka razy dziennie, jednak sam fakt, że są one naturalne nie sprawia, że powinny być wykonywane publicznie, czy ostentacyjnie. Choćby takie całowanie. Gdy jesteś w restauracji, podejrzewam, że nie masz nic przeciwko temu, by dziewczyna siedząca stolik obok Ciebie okazała uczucia swojemu chłopakowi, dając mu buziaka. Jeśli jednak konsumujesz posiłek tuż przy parze, która za punktu honoru postanowiła pobić rekord w sprawdzaniu sobie nawzajem stanu migdałków językiem, to będzie Ci niekomfortowo jak cholera, bo nie przyszedłeś tam na spektakl intymności, a na obiad. Mimo, że to też naturalne. Z głośnym śmiechem, przesadną gestykulacją, czy każdym innym zachowaniem, które jest nachalne, będzie tak samo.

Podsumowując, w sporze o publiczne karmienie piersią, wydaje mi się, że garstce przeciwników jedyne co może przeszkadzać, to karmienie nagą piersią. Które w rzeczywistości występuje mega sporadycznie, pokazując, że cały konflikt jest w dużej mierze wydumany.

Sytuacje, w których warto mówić wprost

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką tołpa

Wiele osób, nawet poproszonych o wyrażenie swojej subiektywnej opinii, ma problem z mówieniem wprost, postrzegając to jako sposób na sprawienie komuś przykrości. Jakoś tak się przyjęło, że bezpośrednie odmawianie komuś, przekazywanie jednoznacznie krytycznych uwag, bądź wypowiadanie się w niezawoalowany sposób nie po myśli drugiej strony, to coś złego. Oczywiście osobiście, w kontakcie jeden na jeden. Bo w internecie, w komunikacji jeden do wielu, sprawa wygląda już nieco inaczej.

Czy faktycznie mówienie wprost, to działanie, którym można zrobić komuś krzywdę? Uważam, że wręcz przeciwnie, a oto kilka sytuacji, które to potwierdzają.

Praca

Z pracy zostałem zwolniony jeden jedyny raz w życiu. Dokładnie 8 lat temu, na samym początku życia w Krakowie, gdy łapałem się każdego zajęcia, byleby tylko zdobyć pieniądze na opłacenie połowy pokoju w obskurnej kamienicy. Zawód, który wówczas wykonywałem, był połączeniem akrobatyki z księgowością i elementami aktorstwa. Chodzi oczywiście o bycie kelnerem. Biorąc pod uwagę, że moje miejsce pracy nie było ani Wierzynkiem, ani restauracją w Hotelu Starym, tylko sieciową pizzerią w Galerii Krakowskiej, wydawało mi się, że moje umiejętności są wystarczające, aby zapisać na kartce zamówienie, a później przynieść talerz. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że nie i po tygodniu zostałem zwolniony.

Zastanawiacie się dlaczego? Ja też, jednak po usilnych prośbach o podanie powodu, usłyszałem, że „nie pasuję do zespołu”.

Z takim argumentem trudno polemizować, a jeszcze trudniej wyciągnąć z niego jakąś lekcję. Wydawało mi się, że współpracownicy mnie lubią, nikt nigdy nie zrobił mi kocówy w szatni i też nie byliśmy grupą naukowców wysłaną w kosmos w celu kolonizacji nowych planet, tylko osobami podającymi pizzę, więc kompletnie nie wiedziałem, o co tak naprawdę mogło chodzić. Gdybym usłyszał, że powodem było notoryczne mylenie zamówień, nieposkromiona niezdarność, przejawiający się wystającą słomą z butów totalny brak kultury, albo chociaż seks na zapleczu z narzeczoną menadżera w trakcie godzin pracy, mógłbym to poprawić. Albo chociaż wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. Gdy jednak zostałem zbyty mało wyrafinowaną ściemą, nie przyniosło to pożytku żadnej ze stron.

W późniejszej pracy – czy to w biurze nieruchomości, czy w portalu internetowym, czy w agencji reklamowej – gdy słyszałem zachowawcze i nieinwazyjne „wiesz, ten tekst, który mi podesłałeś mógłby być lepszy”, zawsze prosiłem o krytykę wprost, co konkretnie jest źle lub czy może całość jest beznadziejna, a jeśli tak to dlaczego. Tylko w taki sposób mogłem faktycznie poprawić to, nad czym pracowałem, a druga osoba być z tego zadowolona. Inaczej błądziłbym po omacku i oboje tracilibyśmy czas.

Związek

– Jesteś zła?
– Nie.
– O co ci chodzi?
– O nic.
– To czemu zachowujesz się jakbyś była obrażona?
– Domyśl się.

Gdyby faceci dostawali dychę za każdym razem kiedy słyszą od kobiet „nic” lub „domyśl” się, mogliby przestać chodzić do pracy. Z kolei, gdyby kobiety dostawały stówę za każdym razem, gdy faceci naburmuszają się i gapią w ekran, zamiast jakkolwiek zwerbalizować to, co siedzi im w głowie, w ogóle nie musiałyby rozpoczynać kariery zawodowej. Umiejętność mówienia wprost o swoich emocjach i potrzebach to podstawa zdrowego związku, mimo to wiele osób jej nie posiada lub nie chce używać, wymagając od partnera aby był jasnowidzem. Nie chcę nikogo martwić, ale do Wyroczni Delfickiej jest jednak kawałek, Maciej Wróżbita też jest tylko jeden, a wróżenie z fusów też jest mocno zawodne, więc postawiłbym jednak na rozmowę. Otwartą rozmowę. Czyli bez zdań w postaci monosylab.

W końcu jak macie być szczęśliwi, skoro nie powiecie sobie wprost, czego Wam do tego szczęścia potrzeba?

Sprawy domowe

Kto kiedykolwiek mieszkał ze współlokatorami, ten wie jak irytuje zlew zawalony brudnymi naczyniami, worki ze śmieciami piętrzące się pod drzwiami, czy włosy zapychające odpływ pod prysznicem. Z kolei osoby, które doprowadzają do takich sytuacji często kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy, dopóki im się o tym nie powie. I to nie za pomocą aluzji godnych asów dyplomacji, czy metafor na miarę mistrzów retoryki, bo te, w takich przypadkach, niestety nie działają. Jeśli zachowanie osoby, z którą mieszkasz doprowadza Cię do szału, niezależnie, czy to kwestia sprzątania, niegaszenia światła, czy stosunków płciowych o natężeniu dźwięku przekraczającym Twoją granicę komfortu, to najprościej będzie jej powiedzieć o tym.

Komunikowanie się z drugim człowiekiem w sytuacji konfliktowej zawsze jest lepsze, niż jego brak, a w 95% tego typu przypadków, samo poinformowanie o problemie wystarcza aby go rozwiązać.

Seks

Jedyny szczyt jaki jesteś w stanie osiągnąć ze swoim partnerem to Giewont? Z uniesień zostało Ci już tylko uniesienie brwi? Łóżko kojarzy Ci się jedynie ze snem, bo to, co tam robicie bardziej Cię usypia niż podnieca? Zamiast gry wstępnej wolałbyś już pograć w Pokemony? Pod kołdrą jesteście jak dwie równoległe, które nigdy się nie przetną? Nie wiesz po cholerę Wam ta kołdra? Warto o tym porozmawiać nazywając rzeczy po imieniu, bo ze zmowy milczenia jeszcze żaden seks dekady nie wyszedł.

Twórczość

Kiedy zaczynałem zabawę słowem, pierwsze teksty dawałem do oceny przyjaciołom i zaufanym znajomym, żeby powiedzieli mi, co o tym myślą. Wolałem od nich usłyszeć, czy da się to czytać, czy raczej oczy krwawią od gwałtu na języku polskim, niż bez takiego sygnału ostrzegawczego wystawić się na publiczną ocenę i spalić w ogniu krytyki obcych osób. Jeśli byłbym przekonany, że jestem reinkarnacją Barry’ego White, a w rzeczywistości wyłbym jak Enrique Iglesias bez playbacku, to oczekiwałbym, że przyjaciele powiedzą mi o tym, a nie będą udawać, że mam złoty głos, byleby tylko mnie nie urazić, wprowadzając tym samym w błąd. I ładując na minę.

Marki

Od dawna mamy na rynku więcej produktów niż potrzebujemy, dlatego od jakiegoś czasu nie kupujemy butów, telefonu, czy kawy samej w sobie, tylko emocje jakie wzbudza w nas dana rzecz. A raczej jej logo. Ucieczka od tego jest raczej niemożliwa i też nie wiem, czy konieczna, bo cały sęk w tym, by robić to świadomie. Świadomie wybierać produkty i dokonywać zakupów. Trudno jednak to zrobić w momencie, gdy nie wiemy do czego dana rzecz tak naprawdę jest i po co, z użytecznego punktu widzenia, mielibyśmy ją w ogóle kupować.

„Po co?”, „o co cho?” i „dlaczego?” pytam się sam siebie, widząc większość męskich kosmetyków, a czytając ich opisy, czuję się jak stereotypowa kobieta w jeszcze bardziej stereotypowej komedii, gdy mąż robi do niej podchody w nadziei na kopulację. Dostaję migreny. Dlatego autentycznie cieszę się, że jest taka marka jak tołpa, która stoi po drugiej stronie barykady, wprost informując na co i dla kogo jest dany krem, bez specjalnego owijania w bawełnę. Ich produkty mają prosty, czytelny dizajn, jasne, przejrzyste etykiety i jednoznaczne, niewymagające doktoratu z zakresu dermatologii, opisy. I to naprawdę zajebiście ułatwia sprawę.

…nasze kosmetyki i ich opisy są dla mężczyzn. A nie odwrotnie. Dla mężczyzn, którzy używają słowa „metro”, gdy mają na myśli środek komunikacji w dużym mieście. I tyle. Którzy chcą myśleć o sobie jako „nowoczesnych, dobrze wyglądających facetach”. I myślą.

To fragment z oficjalnej strony z zakładki mówiącej „dla kogo jesteśmy?”. Chciałbym, żeby każda marka była w stanie tak bezpośrednio odpowiedzieć na to pytanie.

Konkurs – 30 zestawów kosmetyków!

…ktoś mógłby powiedzieć, że wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Ale my uważamy, że to, jak czujemy się każdego dnia, wpływa na całe nasze życie. Zadowolenie to suma drobnych, ale przemyślanych decyzji.

my to nazywamy małą wielką pielęgnacją.

To z kolei fragment manifestu tołpy, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękami, gdybym tylko posiadał taką moc w lewej dłoni. Jeśli również zgadzacie się z tym mottem, to jest opcja, że zgodzicie się jeszcze mocniej, jeśli przekonacie się czym jest „mała wielka pielęgnacja” na własnej skórze. Mówiąc dosłownie. tołpa ma dla Was 30 zestawów swoich kosmetyków z linii green, każdy o wartości 120zł, które możecie zgarnąć w konkursie. Co trzeba zrobić?

green nawilzanie oczyszczanie men

Zadanie jest banalnie proste, wystarczy, że podacie swój przykład życiowej sytuacji, w której warto mówić wprost, wraz z krótkim uzasadnieniem, dlaczego.

Swoje odpowiedzi możecie zamieszczać w komentarzach pod tym tekstem albo w komentarzach na Fejsie, gdzie Wam wygodniej. Czas na wpisanie komentarza ze swoją propozycją (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) i zgarnięcie zestawu macie do 11.08. do godziny 23:59. Następnego dnia, w tym tekście, pojawią się wyniki zabawy, a zwycięzców wybiorę oczywiście na podstawie swojego widzimisię, aczkolwiek jak zwykle najwyżej punktowana będzie kreatywność i humor. W międzyczasie możecie zajrzeć na stronę tołpa:off, gdzie znajdziecie sporo inspiracji odnośnie wyłączania się z dzikiego pędu i wrzucania na luz.

To jak, w jakich jeszcze sytuacjach warto mówić wprost?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Toms Baugis