Close
Close

19 rzeczy, które można zrobić w Zakopanem, gdy pada

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Samsung

W połowie września dostałem do testów Samsunga Galaxy A5 (2016), który – jak czytałem w opisie od producenta – miał mieć turbo mocny procesor i robić super ostre zdjęcia. Myślę sobie „zajebiście, jadę akurat do Zakopanego, to może nie zamuli, jak odpalę nawigację, Spotify, Facebooka i w międzyczasie pocykam jakieś epickie foty z górami na Instagrama za milion serduszek”. Telefon dał radę jak dobry wujek, ale Zakopane spisało się ciut gorzej. Przez cały wyjazd lało.

Czy było mi smutno? Zdecydowanie. Czy byłem zawiedziony? No raczej. Czy przekreśliłem ten wyjazd grubą, czarną kreską i zacząłem płakać w poduszkę, wizualizując jak bezpowrotnie zapadam się w łóżko? Nie! Czy mimo wszystko było spoko i bawiłem się jak Muniek Staszczyk na koncercie w Pszowie, a do Krakowa wróciłem wypoczęty i zregenerowany? Tak, bo walczę dzielnie przeciwko przeciwnościami losu, co zrobię to upadnę, wstanę, podniosę się, będę biec dalej, wszyscy dookoła będą się śmiać ze mnie i mówić, że jestem bezzwartościowy, dam radę, dobiegnę do tej mety i będę diamentem! kim jestem? jestem zwycięzcą! kim jestem? jestem zwycięzcą! kim jestem? jestem zwycięzcą!

W sensie, było całkiem git.

Co w takim razie można robić w Zakopanem, gdy pada?

1. Cieszyć się, że nie stoi się w korku

1

Nie czarujmy się, trasa do górskiej stolicy, to nie jest najbardziej przepustowa droga w Polsce. Zwłaszcza w weekend. Więc jeśli tylko jedziesz, a nie stoisz, to już jest ogromny plus, który może pozytywnie nastawić Cię na cały wyjazd.

2. Przebrać się za Teletubisia

2

Deszcz w górach daje możliwość nadrobienia niespełnionych fantazji z dzieciństwa. Po nocach śni Ci się jak wskakujesz w zestaw Dipsy’ego i paradujesz po deptaku w zielonym worku? W Zakopanem tę dewiację możesz zaspokoić bez przypału i karcącego spojrzenia przechodniów.

3. Zjeść oscypka

oscypek-2

Oscypki są dobre na wszystko i dobre ze wszystkim: z żurawiną, z chlebem, z pizzą, z grillem, z patelnią, z nudów. A te z owczego mleka, to już w ogóle jak baranek, który gładzi grzechy świata.

4. Poszukać ciepłych skarpet

4

Zima w Polsce trwa pół roku, więc warto przygotować się na nią już jesienią. Zwłaszcza, gdy jest się w górach, gdzie jesień trwa drugie pół. Poza tym, nie zapominajmy o Instagramie, foto takich skarp z góralskimi motywami nie obejdzie się bez fali serduszek.

5. Stwierdzić, że jednak nie jest źle i ruszyć w Tatry

5

Bo po to tu przyjechaliśmy, co nie? Więc piersiówka za pazuchę, czapa na uszy, foliowa peleryna do plecaka i ciśniemy w góry! Czy tam, w dolinki, bo jednak nieco bliżej nam do Typowego Kowalskiego niż do Marka Kamińskiego.

6. Znaleźć się na planie kolejnej części „Blair Witch Project”

6

Bez uprzedniego uzgodnienia z reżyserem jaką dokładnie rolę gramy. I czy to aby nie dokument, w którym jeden z głównych bohaterów ginie we mgle.

7. Znaleźć baranią głowę

7

W sensie, grzyba, szmaciaka gałęzistego, który potocznie się tak nazywa. Choć w sumie widzisz go na żywo pierwszy raz w życiu i nie wiesz, czy to nie szmaciak krótkotrzonowy. Tak, tak, wiem, te nazwy brzmią genialnie i już myślisz o tym, żeby wytatuować je sobie na przedramieniu.

8. Przypomnieć sobie, że jednak pada

8

A Ty w końcu nie wziąłeś tej czapki.

9. Iść dalej w nadziei, że schronisko jest już blisko

9

I za chwilę wzmocnisz się herbatą po góralsku i szarlotką. Oczywiście, jeśli tylko będzie można płacić kartą. Bo jeśli nie, to zostaje Ci odbicie schroniskowej pieczątki na dłoni i klacie, i grzanie się sławą, chwałą i splendorem jaki dostaniesz po powrocie do miasta. Choć może być to grzanie się uznaniem tylko u Twojej mamy, bo w dobie odznak na Foursquarze zielona, rozmazana smuga na skórze po wizycie na Kalatówkach, może na nikim więcej nie zrobić wrażenia.

10. Spotkać robaczka po drodze

10-1

10-2

I zobaczyć go dopiero na zdjęciu, na którym ostrość była ustawiona na początek drzewa, będąc pod wrażeniem, jak dobre zdjęcia z bliska robi Galaxy A5 (2016). Serio, no weźcie to obczajcie, Timon i Pumba by się oblizali.

11. I strumyczek

Który płynie z wolna, chociaż ziół nie rozsiewa maj, bo to już jesień, ale wpatrywanie się w niego, a przede wszystkim wsłuchiwanie w szum wody, uspokaja jak paczka Nervosolu.

12. Dotrzeć do schroniska

12

I kolejny raz być pod wrażeniem aparatu w telefonie, bo mimo, że wewnątrz było tyle światła, co szynki w kanapkach na lotniskach, to zdjęcie wyszło przyzwoicie i można zobaczyć na nim coś więcej, niż Jerzy Stuhr w „Seksmisji”. Co prawda w jadłospisie nie było herbaty z prądem, ale ta z brusznicą też dość przyzwoicie pokrzepiła.

13. Zauważyć, że ma się zaparowane okulary

13

Niby wydaje się, że co to jest przejść się dolinką, a jednak to coś więcej niż spacer po Plantach, czy zrobienie kółka wokół Błoń. Trochę w górę, trochę w dół i człowiek czuje się jak po treningu z Chodakowską. No dobra, jak po rozgrzewce z Chodakowską. Po treningu na szkłach nie miałbym pary, tylko wielkie krople potu. Nie mniej, ogarnijcie jak szeroką samojebkę można sobie zrobić tym sprzętem. I to jedną ręką.

14. Pofantazjować o zjechaniu na dół terenówką TOPRu

15

Jak byłem dzieciakiem nigdy nie wyobrażałem sobie, że sunę z Davidem Hasselhoffem jeepem po plaży i ratujemy niewiasty na potrzebę kolejnego odcinka „Słonecznego patrolu”. Jak już miałem jakieś fantazje motoryzacyjne, to bardziej związane z pokonywaniem dzikich gór terenówką Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

W sumie dalej tak mi zostało, umie ktoś odpalać z kabla?

15. Schodząc zauważyć grzyba rosnącego na drzewie

17

Którego laik przede mną nazwał rydzem, żeby zaimponować dziewczynie. Serio? Rydz rosnący na drzewie? Koleżanko, jeśli to czytasz, to nie jest chłopak dla Ciebie.

16. Zjeść placek po zbójnicku

18

Nie wyobrażam sobie wizyty w Zakopanem – niezależnie, czy z nieba leje się deszcz, czy żar, czy schodzi lawina, czy jest trzęsienie ziemi – bez zjedzenia placka po zbójnicku. Znanego w reszcie Polski, jako placek po węgiersku, czy też po prostu, placek z gulaszem wołowym. Nie jest to jakieś ultra wykwintne danie na miarę zwycięzcy „MasterChefa”, ale jest pycha! „Must have”, jakby to powiedziała szafiarka.

17. Pograć w „Mortal Kombat”

21

Dobra, to można zrobić wszędzie i zawsze, i nie jest to jakoś wyjątkowo powiązane z Podhalem, ale jak jesteś poza miejscem zamieszkania, ciutkę przemoczony i zmęczony, a na zewnątrz powoli się ściemnia, to taka rundka urywania głowy i łamania kręgosłupów pasuje jak ulał. Do „Mortal Kombat” mam ogromny sentyment, bo – jakkolwiek to zabrzmi – to jedna z gier mojego dzieciństwa, przy której spędziliśmy godziny ucząc się na pamięć kombinacji fatality. I o ile nie ma nic dziwnego w tym, że kolejna część wyszła na PS3, o tyle, gdy zobaczyłem, że ten sam tytuł jest dostępny na Androida, byłem bardziej w szoku niż Marysia, a już najbardziej, gdy zobaczyłem, że zajmuje 1,9GB.

Czy gra mająca prawie 2 giga może płynnie chodzić na telefonie? Przypominam, nie na komputerze, nie na konsoli. Na telefonie. Wszystkie znaki na ziemi i niebie, i kręgi na wodzie i w zbożu, mówiły, że nie, a okazało się że jednak tak. Ten kolos, który zarżnąłby moją stacjonarkę, nie mówiąc już o netbooku, na Samsung Galaxy A5 (2016) śmiga zupełnie bez cięć, nie blokując przy tym pozostałych aplikacji, a ucinanie kończyn cieszy jak w podstawówce.

18. Znowu wypić herbatę

19-1

Zakopiec w kwestii knajp kojarzy się albo z mega regionalnymi miejscami utrzymanymi w duchu przeszłości albo z tandetnym syfem pod turystów, a ma też takie knajpiane perełki jak hipsterska kawiarnia STRH. Oprócz tego, że wnętrze i wystrój jest bardzo pierwsza klasa – chciałbym mieć taki strych – to podają tam najlepszą herbatę z cytrusami, miodem i imbirem, jaką w życiu piłem. „Poezja!” – jakby to powiedział prozaik.

19. Pobawić się nowym telefonem

telefon

Jak Samsung Galaxy A5 (2016) sprawdza się w praktyce? Na ile deklaracje producenta pokrywają się z rzeczywistością? I czy telefon oprócz funkcji dzwonienia, smsowania i zastępowania lusterka, ma też opcję przyrządzania kwaśnicy albo chociaż podgrzewania pierogów ruskich? Niestety na jedno z tych pytań muszę odpowiedzieć „nie”.

Czytając o A5 przed testami trafiłem na zdanie „z 8-rdzeniowym procesorem nie czekasz już na telefon, to telefon czeka na ciebie” i spodziewałem się, że to tylko ładnie brzmiące hasło. Okazało się jednak, że to faktycznie prawdziwy kombajn i ile aplikacji nie miałbym otwartych w tle, to wszystko płynnie hula. Nieźle. Dalej czytałem o ostrych i wyraźnych zdjęciach, ale to możecie ocenić sami, bo wszystkie foty jakie znajdziecie w tym wpisie zostały wykonane A Piątką bez użycia żadnych filtrów, czy innej obróbki (no, poza zdjęciami, na których jest ów telefon, bo sfocenie go nim samym byłoby dość trudne). Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, a konkretnie to, że ciągle lało i była mgła, to uważam, że aparat poradził sobie naprawdę bardzo dobrze.

Z mojej perspektywy, czyli osoby traktującej komórkę jako główne narzędzie pracy, niezamulanie i jakość zdjęć są kluczowymi kwestiami, jednak z innych aspektów istotna jest też możliwość obsługi jedną ręką (w sensie, że nie jest zbyt wielki) i opcja włożenia karty SD rozszerzającej pamięć o 128 giga, co przy wbudowanych 12GB sprawia, że trzeba się postarać, aby to zapchać. A, i w tym modelu jest też sprytnie ogarnięta sprawa ładowania, bo pół godziny starczy, żeby nabić baterię od 0 do 50%.

Jeśli miałbym znaleźć jakiś istotny minus, który faktycznie odczułem, to jest nim gniazdo słuchawkowe.  W Galaxy A5 (2016) jest na dole, a ja jestem przyzwyczajony, że zawsze jest u góry i jakoś trudno było mi się przestawić chowając go do kieszeni w trakcie słuchania muzyki. Gdyby jednak ktoś mnie zapytał (a zapytał), czy mogę polecić ten telefon, to ze względu na niewieszanie się i naprawdę dobry aparat (a zwłaszcza opcję robienia panoramicznego selfie, która wciąż jest dość niszowa), odpowiedziałbym „tak”. I też tak odpowiadam, wybaczając wpadkę z kwaśnicą.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • ania

    Jakby co, to mam takiego Samsunga do sprzedania :) A Zakopane zawsze na propsie! :)

  • Herbaty, kawy, zabawę telefonem przerabiałam. Miałam to szczęście, że parę dni nie padało. A tutaj powrót do przeszłości, kawa i szarlotka w schronisku nad Morskim Okiem.

    https://uploads.disquscdn.com/images/ad1235cc6dc695ed5ec0e2c67d89d50d4932bea09225f969e9cbe939e58a42ac.jpg

  • Czyli mój Samsung Neo jest „wyższym modelem”, bo ma wyżej gniazdo słuchawkowe. Bo na górze :) Q.E.D :D

  • Follow upy do nieśmiertelnych klasyków zawsze w cenie

  • Chodzi za mną wymiana Galaxy Alpha na coś nowszego, właśnie ze względu na aparat, zwłaszcza ten przedni, który w moim jest… cóż, z poprzedniej epoki, czyli sprzed dwóch lat. Ale mi po głowie chodzi Galaxy S7.

  • Niezła jakość fotek jak na telefon. Chyba czas zmienić sprzęt.

  • Zapomniałeś jeszcze uwzględnić wypad na wieczorne piwo ;) od siebie mogę polecić pub seagram’s, jest klimat.
    Btw świetna recenzja Janek, chyba nie da się lepiej :)

    • Dzięki wielkie!

      A co do piwa, masz rację, ja z kolei polecam pub Armpstrong na Jagiellońskiej.

      • Zapisuję, może w listopadzie zrobimy wypadzik na 3 dni, to sprawdzimy :)

  • Tak wspomniałeś o tej Ewie i Twoim wyzwaniu, a ja przypomniałam sobie to sprzed dwóch lat, z mięsem, które podjęłam jakieś 2 tygodnie po Tobie i tak mi zostało.

    Jeśli przez Ciebie zacznę ćwiczyć z Chodakowską i będę to robiła przez dwa lata to kupię Ci lot w kosmos, jak Elon już je wprowadzi do ogólnego użytku.

    • Hahahaha, dobra to trzymam za słowo, aczkolwiek nie wiem jak zniosę stan nieważkości. A co do niejedzenia mięsa, to gratuluję, a w zasadzie to bardziej jestem pod wrażeniem!

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović
---> SKOMENTUJ

Nikt nie ma tylu przerw w pracy co palacz

Skip to entry content

Mój kumpel w zeszłym tygodniu zaczął pierwszą pracę. To znaczy pierwszą poważną pracę, bo mimo, że wcześniej mieszał łokciem cement w betoniarce i nawet mu za to płacili, nie traktował tego jakoś wyjątkowo poważnie. Udzielania korków z francuskiego – dosłownie, nie metaforycznie – też nie. W sumie to ten typ człowieka, który raczej do wszystkiego podchodzi z dystansem, dyplomatycznie rzecz ujmując, i spóźnił się na własną maturę, bo nie nastawił budzika. Ale pierwszą, jak już mam nadzieję wyraźnie to zaznaczyłem, poważną pracę, potraktował bardzo poważnie i nie dość, że był punktualny, to nawet włożył czyste buty i użył dezodorantu przed wyjściem. Pełna profeska. Ale nie ma się co dziwić, w końcu to posada w uznanej korporacji, której nazwy nie mogę zdradzić, ale powiem tylko, że zaczyna się na „C” i kończy na „apgemini”.

Widzieliśmy się wczoraj na piwku, czy tam dwóch i pytam go jak wrażenia.

Zaaklimatyzowałeś się już? Masz swoją paprotkę i zestaw figurek na monitorze? – zagaiłem, kojarząc wygląd biurek w korpo jedynie z jakiegoś przedwojennego filmu z Whoopie Goldberg.

Co do klimy, to trochę za mocno chodzi, ale poza tym spoko – błyskotliwie odpowiedział Wojtek, chyba jednak myśląc, że pytam o klimatyzację.

Masz już kolegę z ławki? – kontynuowałem wątek licząc na jakieś głębsze zwierzenia.

Mój team jest całkiem spoko, team leader też. Ogólnie spoko – ale się przeliczyłem.

To spoko – więc nie kontynuowałem, myśląc, że może miały tam miejsce jakieś drastyczne wydarzenia i lepiej nie wymuszać takich wyznań. To jak z dokładką na obiedzie u babci – będzie chciał, to sam powie.

No, tylko będę musiał zacząć palić – czyli jednak, jakieś dantejskie sceny siadły mu na psychę.

Czemu? – zapytałem autentycznie zaniepokojony, bo Wojtek nawet heroiny nie chciał palić, a co dopiero papierosów.

Bo jak nie palisz, to masz jedną przerwę na obiad i nara, a jak jarasz, to bez przypału co godzinę możesz sobie wyjść na fajkę. 8 godzin razy 10 minut fajka, to jest 80, prawie 100, czyli na dobrą sprawę godzinę wolnego ekstra. To co mam nie wykorzystać? – zawsze imponował mi swoimi zdolnościami matematycznymi, ale trudno się nie zgodzić.

Tak dawno nie pracowałem na etacie – ponad 2 lata – że już zupełnie zapomniałem, jak to było i że faktycznie od zawsze palacze pracowali zdecydowanie mniej. Bo mieli te, niewytłumaczalne w logiczny sposób, cogodzinne przerwy na papierosa, podczas gdy osoby niepalące miały przerwę na obiad i ewentualnie, przy dobrych wiatrach, wcześniejszą na drugie śniadanie. I nikt, ale to kompletnie nikt się nie czepiał wychodzenia co chwilę na fajkę, mimo, że dla pracodawcy/firmy/zakładu była to ewidentna strata finansowa.

Co ciekawe, to przyzwolenie do dodatkowych przerw dotyczyło nie tylko prac fizycznych – gdzie można to jakoś wytłumaczyć, bo na takiej budowie, czy w warsztacie samochodowym, panują zdecydowanie inne zasady, niż w biurze rachunkowym – ale i miejsc opartych wyłącznie o pracę umysłową. Więcej, w pracy o charakterze biurowym, jak w szkole, na fajkę wychodzili ci najfajniejsi i na wspólnym papierosie z kimś z innego działu, byłeś w stanie załatwić dużo więcej niż „oficjalną” drogą. Nie mówiąc już o tym, że byłeś bardziej na bieżąco niż menadżer z tym, co się dzieje w firmie.

Wtedy mnie to dziwiło i dzisiaj też mnie to dziwi, bo z logicznego punktu widzenia, to premiowanie nałogu przez pracodawców i marnowanie kasy.

Nie krytykuję tutaj palenia papierosów jako takiego, bo sam – zdecydowanie nienałogowo, ale jednak – palę, tylko zastanawia mnie przekaz jaki płynie z góry. Mianowicie: uzależnij się od nikotyny, a będziesz mógł pracować mniej niż inni. Brzmi absurdalnie, ale tak jest. Fenomen ten pogłębia fakt, że gdyby ktoś po prostu chciał sobie co godzinę wyjść i postać przed budynkiem, bo lubi się pogapić w niebo, byłby ganiony za takie zachowanie. Wiem, bo próbowałem. A gdyby co te 60 minut wychodził przebiec się dookoła parkingu, bo mu się stawy zastały, byłby odbierany jako lekki wariat. Wiem, bo kolega próbował. Nie mówiąc już o tym, co by się działo, gdyby osoba niepaląca chciała sobie odebrać ten czas, który inni dostają na jaranie szlugów i na przykład codziennie wychodzić z pracy pół godziny wcześniej. Albo zamiast kaweczki i fajeczki, strzelać sobie pięćdziesiąteczkę wódeczki. W końcu alkoholizm to też nałóg.

Mimo, że sam palę, uważam, że wyróżnianie palaczy dodatkowymi przerwami jest niesprawiedliwe wobec osób niepalących i całkowicie irracjonalne. Bo jaki pracodawca ma w tym interes, żeby nagradzać bycie uzależnionym?

---> SKOMENTUJ

Przychodzi taki smutny moment w życiu niektórych mężczyzn, że wyznawane po pijaku deklaracje miłości partnerka nagrywa na dyktafon i nie ma już jak się wyłgać, że to „Irmina koam cie, jezteź kobietom moego szycia, bedziesz moom szonom” to jej się przyśniło. Gdy whisky się rozlało, trzeba wypić herbatę, której nawarzyło i poinformować kolegów, że pijaństwo ma duże gorsze skutki niż kac. Na przykład ślub. I teraz wchodzisz Ty, drogi czytelniku, cały na czarno, bo jak niby masz się ubrać na żałobę?

Jeśli to czytasz, to podejrzewam, że jesteś najlepszym przyjacielem pana młodego, czyli świadkiem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna za przygotowanie stypy. To znaczy wieczoru kawalerskiego. Podejrzewam, że masz już szyszkę w spodniach z przejęcia, bo największe wydarzenie jakie do tej pory organizowałeś to skołowanie flachy na studniówkę, ale spokojnie, od czego masz mnie? Byłem zarówno na wieczorze kawalerskim, na którym uczestnicy bawili się tak dobrze, jak pacjenci w hospicjum i na ostatniej szalonej nocy pana młodego, z której nikt nie chciał wracać, bo imprezowało się lepiej niż Bradleyowi Cooperowi w „Kac Vegas”.

Co zrobić, żeby wieczór kawalerski był niezapomnianą imprezą, którą będziecie wspominać, aż do demencji starczej? A przede wszystkim jak podołać ogarnięciu tego przedsięwzięcia? Już tłumaczę, ale najpierw ustalmy sobie 3 podstawowe kwestie.

Po pierwsze: najlepsze wieczory kawalerskie, to imprezy poza miastem

Jeśli chcesz pójść po linii najmniejszego oporu i w trakcie ostatniego wieczoru Twojego najlepszego przyjaciela pójść do klubu, do którego chodzicie odkąd udało Wam się wmówić karkom na bramce, że macie 18 lat, to lepiej od razu powiedz, że masz wyjebane na tę imprezę i jeśli chce, żeby było fajniej niż na imieninach u cioci Krysi, to niech poprosi o ogarnięcie tematu kogoś innego, bo Ty to spieprzysz. Serio, pozostanie w mieście, w którym mieszkacie na co dzień, to najgorsze, co możesz zrobić, bo ta impreza nie będzie różniła się niczym od 3749 poprzednich weekendów, w które poszliście na miasto.

Jeśli zależy Ci na tym, żeby przyszły pan młody i reszta ekipy dobrze się bawiła, wrzuciła na luz, zapomniała o pracy, obowiązkach, codzienności i działy się spontaniczne, szalone rzeczy, to musicie wyjechać z miasta. Im dalej, tym lepiej.

Po drugie: striptizerka musi być

Raz, że to tradycja, a dwa, że wszyscy to najmocniej wspominają. Nie zorganizuj striptizerki, a będzie Ci to wypominane, aż do następnego wieczoru kawalerskiego. Jeśli nie przez uczestników imprezy, to przez wyrzuty sumienia.

Po trzecie: każdy bierze odpowiedzialność za siebie

To, że jesteś kapitanem na tej łajbie, nie znaczy, że masz być też niańką chodzącą z pieluchą, kaszką i szufelką za każdym.

Ktoś strzaskał sobie telefon w trakcie udowadniania, że zrobi fikołka na poręczy o 5 nad ranem? Ma nauczkę, żeby z takimi zabawami czekać do wschodu słońca. Ktoś przechlał wkład własny na mieszkanie w trakcie melanżu? Jeśli wie, że nie ogarnia finansów po pijaku, to nie powinien był brać ze sobą portfela. Albo pić. Ktoś zdradził narzeczoną z 16-latką, która weszła do klubu na dowód starszej siostry? Niech się cieszy, że nie z 14-latką, bo poszedłby siedzieć. I zawsze lepiej, żeby jego poligamiczne zapędy wyszły teraz, niż po ślubie.

W każdym z tych przypadków, nie ma żadnej Twojej winy, że ktoś nie potrafi się kontrolować. Jesteście dorośli, każdy z Was może wziąć pożyczkę w Providencie, więc każdy odpowiada za siebie.

Jak już żelazne podstawy mamy ustalone, to przejdźmy do szczegółów.

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

1. Każ panu młodemu przygotować listę gości. Z numerami telefonów do nich. Trudno, żebyś znał wszystkich jego ziomków z piaskownicy, amatorskiej ligi badmintona, 7 kierunków studiów i korpoboksu, a tym bardziej, żebyś był w 100% pewien, kogo z nich chce zaprosić na swój kończący singielstwo melanż. Im szybciej powiesz mu o liście nazwisk, tym lepiej, bo w niektórych przypadkach może to trwać naprawdę miesiącami, a czas zdecydowanie działa na Twoją niekorzyść.

2. Załóż na Facebooku tajną grupę do komunikacji z uczestnikami. Na szczęście nie żyjemy już w średniowieczu i nie musimy używać gołębi pocztowych do przekazywania sobie informacji, co przy próbie kontaktu z kilkunastoma osobami równolegle, mogłoby trwać aż do oświecenia. Wyślij każdej osobie z listy esa z linkiem do facebookowej grupy, gdzie będzie wszelkie info i działania związane z wydarzeniem. Kto się nie doda, znaczy, że nie chce brać udziału w imprezie. Aha, i argument z brakiem konta na Facebooku to słaby argument, jeśli komuś zależy choć trochę na panu młodym, to sobie założy.

3. Wymyśl gdzie jedziecie. Jeśli zostałeś świadkiem to znaczy, że znasz gościa, który będzie brał ślub na tyle dobrze, by stwierdzić, czy woli urwać film w Sopocie, Wrocławiu, Berlinie, czy Pradze. Jeśli nie jesteś pewien, to rzuć monetą, ale pod żadnym, uczulam, POD ŻADNYM pozorem nie pytaj go o to. Zepsujesz niespodziankę.

4. Zaproponuj 2 terminy wyjazdu. Dochodzimy do momentu, w którym musisz sobie wytatuować na wewnętrznej stronie powiek bardzo ważną maksymę: nigdy nie dogodzisz wszystkim. Zwłaszcza jeśli ci wszyscy, to więcej niż 3 ludzi. Niestety, ale zawsze choć jednej osobie coś będzie nie pasowało i nie zdarzy się tak, by któryś z terminów był optymalny dla każdego. Dlatego nie przejmuj się, gdy ktoś powie, że ani w jednym, ani w drugim terminie nie może. Gdyby mu faktycznie zależało, to mógłby w obu, a jeśli po prostu ma to w dupie, ale przez kurtuazję nie chce tego wyartykułować wprost, to choćbyś zaproponował i 365 dat, zawsze znajdzie jakąś wymówkę.

Wybierz opcję, za którą opowiedziało się więcej osób nie emocjonując się wariantem, który zaznaczyła mniejszość. Tak działa demokracja.

5. Daj tydzień czasu na wpłacenie zaliczki na zrzutkę. Na przykład po stówce w ramach przedpłaty za nocleg. To da Ci jasną informację, kto faktycznie chce jechać i być przy panu młodym w jego ostatnich chwilach, a kto tylko udaje, bo jeszcze nie wymyślił odpowiedniego wykrętu.

6. Deleguj zadania. Możesz mieć mniemanie o sobie wyższe niż Yao Ming, ale jeśli nie chcesz brać L4, to musisz podzielić się zadaniami z innymi uczestnikami, bo sam wszystkiego nie ogarniesz. No i w końcu to nie jest Twoja impreza, którą sobie wymyśliłeś z nudów, tylko ważna chwila Waszego wspólnego kumpla, więc czemu tylko Ty masz być zaangażowany w przygotowania, a reszta ma przyjść na gotowe?

a) jedna osoba szuka noclegu – najlepiej na AirBnb, bo doba hotelowa jest negocjowalna i najczęściej dłuższa niż w „normalnych” hotelach, a raczej nie będziecie zbierać się do wyjazdu o 10, jeśli piliście do 7, co?

b) druga osoba szuka optymalnego połączenia – tak żebyście nie byli w podróży cały dzień, ale też wyruszali o jakichś ludzkich godzinach

c) trzecia osoba szuka klubów – zgodnych z muzyką i klimatem preferowanym przez pana młodego

d) czwarta osoba szuka striptizerki – zwracając uwagę na komentarze, żebyście się nie nacięli na oszustkę. W najgorszym wypadku robi rozeznanie w klubach go-go

e) piąta osoba szuka pozaimprezowych atrakcji – miło przed lub po imprezie porobić coś poza imprezowaniem, na przykład pograć w paintballa, spróbować sił w parku linowym, orzeźwić się na wakeboardzie albo pogłówkować w escaperoomie. Zalecam jednak nie przesadzać z atrakcjami i ograniczyć się do 1, ale zajebistej, maksymalne 2, bo na więcej i tak nie będziecie mieli ani czasu, ani siły

7. Cały czas trzymaj pana młodego w niepewności! Powiedz mu tylko, żeby się spakował na 2 dni, ale nie może wiedzieć gdzie jedziecie, ani co będzie się działo i najlepiej przed podróżą zawiąż mu opaskę na oczach i zdejmij dopiero na miejscu. Uczul innych na to, żeby się nie wygadali ani jemu, ani przyszłej żonie, bo zepsują tylko zabawę. Niespodzianka zrobi na nim nieporównywalnie większe wrażenie, niż gdyby znał plan imprezy.

8. Nie przesadź z melanżem w trakcie podróży. Wiadomo, że fajnie się pije w pociągu, ale jeszcze lepiej poza nim i szkoda byłoby, żebyście wieczór kawalerski zakończyli przed południem. Poza tym, ktoś musi odebrać klucze do miejsca, w którym będziecie spać, a po połówce na łeb, może nie być to takie proste do zrealizowania.

9. Nie bierzcie telefonów i kart kredytowych przed wyjściem na miasto. A w szczególności pan młody niech ich nie bierze. Przede wszystkim nie będzie go kusiło, żeby kontaktować się niepotrzebnie z narzeczoną, a po drugie, tego typu imprezy bywają grubsze niż matka Gilberta Grape’a, tak że warto nie kusić losu wyzerowaniem konta, wyrabianiem wszystkich dokumentów, czy dewastacją iPhone’a. Bezpieczeństwo przede wszystkim, jak to mawiali konstruktorzy Titanica.

10. Baw się! Bo o to w tym wszystkim chodzi, więc nie zapominaj, że nie jesteś tylko organizatorem, ale i uczestnikiem, który pojechał z kumplami na konkretny balet!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leo Hidalgo

 

---> SKOMENTUJ