Close
Close

Nikt nie ma tylu przerw w pracy co palacz

Skip to entry content

Mój kumpel w zeszłym tygodniu zaczął pierwszą pracę. To znaczy pierwszą poważną pracę, bo mimo, że wcześniej mieszał łokciem cement w betoniarce i nawet mu za to płacili, nie traktował tego jakoś wyjątkowo poważnie. Udzielania korków z francuskiego – dosłownie, nie metaforycznie – też nie. W sumie to ten typ człowieka, który raczej do wszystkiego podchodzi z dystansem, dyplomatycznie rzecz ujmując, i spóźnił się na własną maturę, bo nie nastawił budzika. Ale pierwszą, jak już mam nadzieję wyraźnie to zaznaczyłem, poważną pracę, potraktował bardzo poważnie i nie dość, że był punktualny, to nawet włożył czyste buty i użył dezodorantu przed wyjściem. Pełna profeska.

Widzieliśmy się wczoraj na piwku, czy tam dwóch i pytam go jak wrażenia.

Zaaklimatyzowałeś się już? Masz swoją paprotkę i zestaw figurek na monitorze? – zagaiłem, kojarząc wygląd biurek w korpo jedynie z jakiegoś przedwojennego filmu z Whoopie Goldberg.

Co do klimy, to trochę za mocno chodzi, ale poza tym spoko – błyskotliwie odpowiedział Wojtek, chyba jednak myśląc, że pytam o klimatyzację.

Masz już kolegę z ławki? – kontynuowałem wątek licząc na jakieś głębsze zwierzenia.

Mój team jest całkiem spoko, team leader też. Ogólnie spoko – ale się przeliczyłem.

To spoko – więc nie kontynuowałem, myśląc, że może miały tam miejsce jakieś drastyczne wydarzenia i lepiej nie wymuszać takich wyznań. To jak z dokładką na obiedzie u babci – będzie chciał, to sam powie.

No, tylko będę musiał zacząć palić – czyli jednak, jakieś dantejskie sceny siadły mu na psychę.

Czemu? – zapytałem autentycznie zaniepokojony, bo Wojtek nawet heroiny nie chciał palić, a co dopiero papierosów.

Bo jak nie palisz, to masz jedną przerwę na obiad i nara, a jak jarasz, to bez przypału co godzinę możesz sobie wyjść na fajkę. 8 godzin razy 10 minut fajka, to jest 80, prawie 100, czyli na dobrą sprawę godzinę wolnego ekstra. To co mam nie wykorzystać? – zawsze imponował mi swoimi zdolnościami matematycznymi, ale trudno się nie zgodzić.

Tak dawno nie pracowałem na etacie – ponad 2 lata – że już zupełnie zapomniałem, jak to było i że faktycznie od zawsze palacze pracowali zdecydowanie mniej. Bo mieli te, niewytłumaczalne w logiczny sposób, cogodzinne przerwy na papierosa, podczas gdy osoby niepalące miały przerwę na obiad i ewentualnie, przy dobrych wiatrach, wcześniejszą na drugie śniadanie. I nikt, ale to kompletnie nikt się nie czepiał wychodzenia co chwilę na fajkę, mimo, że dla pracodawcy/firmy/zakładu była to ewidentna strata finansowa.

Co ciekawe, to przyzwolenie do dodatkowych przerw dotyczyło nie tylko prac fizycznych – gdzie można to jakoś wytłumaczyć, bo na takiej budowie, czy w warsztacie samochodowym, panują zdecydowanie inne zasady, niż w biurze rachunkowym – ale i miejsc opartych wyłącznie o pracę umysłową. Więcej, w pracy o charakterze biurowym, jak w szkole, na fajkę wychodzili ci najfajniejsi i na wspólnym papierosie z kimś z innego działu, byłeś w stanie załatwić dużo więcej niż „oficjalną” drogą. Nie mówiąc już o tym, że byłeś bardziej na bieżąco niż menadżer z tym, co się dzieje w firmie.

Wtedy mnie to dziwiło i dzisiaj też mnie to dziwi, bo z logicznego punktu widzenia, to premiowanie nałogu przez pracodawców i marnowanie kasy.

Nie krytykuję tutaj palenia papierosów jako takiego, bo sam – zdecydowanie nienałogowo, ale jednak – palę, tylko zastanawia mnie przekaz jaki płynie z góry. Mianowicie: uzależnij się od nikotyny, a będziesz mógł pracować mniej niż inni. Brzmi absurdalnie, ale tak jest. Fenomen ten pogłębia fakt, że gdyby ktoś po prostu chciał sobie co godzinę wyjść i postać przed budynkiem, bo lubi się pogapić w niebo, byłby ganiony za takie zachowanie. Wiem, bo próbowałem. A gdyby co te 60 minut wychodził przebiec się dookoła parkingu, bo mu się stawy zastały, byłby odbierany jako lekki wariat. Wiem, bo kolega próbował. Nie mówiąc już o tym, co by się działo, gdyby osoba niepaląca chciała sobie odebrać ten czas, który inni dostają na jaranie szlugów i na przykład codziennie wychodzić z pracy pół godziny wcześniej. Albo zamiast kaweczki i fajeczki, strzelać sobie pięćdziesiąteczkę wódeczki. W końcu alkoholizm to też nałóg.

Mimo, że sam palę, uważam, że wyróżnianie palaczy dodatkowymi przerwami jest niesprawiedliwe wobec osób niepalących i całkowicie irracjonalne. Bo jaki pracodawca ma w tym interes, żeby nagradzać bycie uzależnionym?

(niżej jest kolejny tekst)

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

Skip to entry content

Przychodzi taki smutny moment w życiu niektórych mężczyzn, że wyznawane po pijaku deklaracje miłości partnerka nagrywa na dyktafon. I nie ma już jak się wyłgać, że to „Irmina koam cie, jezteź kobietom moego szycia, bedziesz moom szonom” to jej się przyśniło. Gdy whisky się rozlała, trzeba wypić herbatę, której nawarzyło i poinformować kolegów, że pijaństwo ma duże gorsze skutki niż kac. Na przykład ślub. I teraz wchodzisz Ty, drogi czytelniku, cały na czarno, bo jak niby masz się ubrać na żałobę?

Jeśli to czytasz, to podejrzewam, że jesteś najlepszym przyjacielem pana młodego, czyli świadkiem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna za przygotowanie stypy. To znaczy wieczoru kawalerskiego. Podejrzewam, że masz już szyszkę w spodniach z przejęcia, bo największe wydarzenie jakie do tej pory organizowałeś to skołowanie flachy na studniówkę, ale spokojnie, od czego masz mnie? Byłem na wieczorze kawalerskim, na którym uczestnicy bawili się tak dobrze, jak pacjenci w hospicjum. Byłem też na ostatniej szalonej nocy pana młodego, z której nikt nie chciał wracać, bo imprezowało się lepiej niż Bradleyowi Cooperowi w „Kac Vegas”.

Co zrobić, żeby wieczór kawalerski był niezapomnianą imprezą, którą będziecie wspominać, aż do demencji starczej? A przede wszystkim jak podołać ogarnięciu tego przedsięwzięcia? Już tłumaczę, ale najpierw ustalmy sobie 3 podstawowe kwestie.

Po pierwsze: najlepsze wieczory kawalerskie, to imprezy poza miastem

Jeśli chcesz pójść po linii najmniejszego oporu i w trakcie ostatniego wieczoru Twojego najlepszego przyjaciela pójść do klubu, do którego chodzicie odkąd udało Wam się wmówić karkom na bramce, że macie 18 lat, to lepiej od razu powiedz, że masz wyjebane na tę imprezę. I jeśli chce, żeby było fajniej niż na imieninach u cioci Krysi, to niech poprosi o ogarnięcie tematu kogoś innego, bo Ty to spieprzysz. Serio, pozostanie w mieście, w którym mieszkacie na co dzień, to najgorsze, co możesz zrobić, bo ta impreza nie będzie różniła się niczym od 3749 poprzednich weekendów, kiedy poszliście na miasto.

Jeśli zależy Ci na tym, żeby przyszły pan młody i reszta ekipy dobrze się bawiła, wrzuciła na luz, zapomniała o pracy, obowiązkach, codzienności i działy się spontaniczne, szalone rzeczy, to musicie wyjechać z miasta. Im dalej, tym lepiej.

Po drugie: striptizerka musi być

Raz, że to tradycja, a dwa, że wszyscy to najmocniej wspominają. Nie zorganizuj striptizerki, a będzie Ci to wypominane, aż do następnego wieczoru kawalerskiego. Jeśli nie przez uczestników imprezy, to przez wyrzuty sumienia.

Po trzecie: każdy bierze odpowiedzialność za siebie

To, że jesteś kapitanem na tej łajbie, nie znaczy, że masz być też niańką chodzącą z pieluchą i szufelką za każdym.

Ktoś strzaskał sobie telefon w trakcie udowadniania, że zrobi fikołka na poręczy o 5 nad ranem? Ma nauczkę, żeby z takimi zabawami czekać do wschodu słońca. Ktoś przechlał wkład własny na mieszkanie w trakcie melanżu? Jeśli wie, że nie ogarnia finansów po pijaku, to nie powinien był brać ze sobą portfela. Albo pić. Ktoś zdradził narzeczoną z 16-latką, która weszła do klubu na dowód starszej siostry? Niech się cieszy, że nie z 14-latką, bo poszedłby siedzieć. I zawsze lepiej, żeby jego poligamiczne zapędy wyszły teraz, niż po ślubie.

W każdym z tych przypadków, nie ma żadnej Twojej winy, że ktoś nie potrafi się kontrolować. Jesteście dorośli, każdy z Was może wziąć pożyczkę w Providencie, więc każdy odpowiada za siebie.

Dobra, jak już żelazne podstawy mamy ustalone, to przejdźmy do szczegółów.

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

1. Każ panu młodemu przygotować listę gości. Z numerami telefonów do nich. Trudno, żebyś znał wszystkich jego ziomków z piaskownicy, amatorskiej ligi badmintona, 7 kierunków studiów i korpoboksu, a tym bardziej, żebyś był w 100% pewien, kogo z nich chce zaprosić na swój wieczór kawalerski. Im szybciej powiesz mu o liście nazwisk, tym lepiej, bo w niektórych przypadkach może to trwać naprawdę miesiącami, a czas zdecydowanie działa na Twoją niekorzyść.

2. Załóż na Facebooku tajną grupę do komunikacji z uczestnikami. Na szczęście nie żyjemy już w średniowieczu i nie musimy używać gołębi pocztowych do przekazywania sobie informacji, co przy próbie kontaktu z kilkunastoma osobami równolegle, mogłoby trwać aż do oświecenia. Wyślij każdej osobie z listy esa z linkiem do facebookowej grupy, gdzie będzie wszelkie info i działania związane z wydarzeniem. Kto się nie doda, znaczy, że nie chce brać udziału w imprezie. Aha, i argument z brakiem konta na Facebooku to słaby argument, jeśli komuś zależy choć trochę na panu młodym, to sobie założy.

3. Wymyśl gdzie jedziecie. Jeśli zostałeś świadkiem to znaczy, że znasz gościa, który będzie brał ślub na tyle dobrze, by stwierdzić, czy woli urwać film w Sopocie, Wrocławiu, Berlinie, czy Pradze. Jeśli nie jesteś pewien, to rzuć monetą, ale pod żadnym, uczulam, POD ŻADNYM pozorem nie pytaj go o to. Zepsujesz niespodziankę.

4. Zaproponuj 2 terminy wyjazdu. Dochodzimy do momentu, w którym musisz sobie wytatuować na wewnętrznej stronie powiek bardzo ważną maksymę: nigdy nie dogodzisz wszystkim. Zwłaszcza jeśli ci wszyscy, to więcej niż 3 ludzi. Niestety, ale zawsze choć jednej osobie coś będzie nie pasowało i nie zdarzy się tak, by któryś z terminów był optymalny dla każdego. Dlatego nie przejmuj się, gdy ktoś powie, że ani w jednym, ani w drugim terminie nie może. Gdyby mu faktycznie zależało, to mógłby w obu, a jeśli po prostu ma to w dupie, ale przez kurtuazję nie chce tego wyartykułować wprost, to choćbyś zaproponował i 365 dat, zawsze znajdzie jakąś wymówkę.

Wybierz opcję, za którą opowiedziało się więcej osób, nie emocjonując się wariantem, który zaznaczyła mniejszość. Tak działa demokracja.

5. Daj tydzień czasu na wpłacenie zaliczki na zrzutkę. Na przykład po stówce w ramach przedpłaty za nocleg. To da Ci jasną informację, kto faktycznie chce jechać i być przy panu młodym w jego ostatnich chwilach, a kto tylko udaje, bo jeszcze nie wymyślił odpowiedniego wykrętu.

6. Deleguj zadania. Możesz mieć mniemanie o sobie wyższe niż Yao Ming, ale jeśli nie chcesz brać L4, to musisz podzielić się zadaniami z innymi uczestnikami, bo sam wszystkiego nie ogarniesz. No i w końcu to nie jest Twoja impreza, którą sobie wymyśliłeś z nudów, tylko ważna chwila Waszego wspólnego kumpla, więc czemu tylko Ty masz być zaangażowany w przygotowania, a reszta ma przyjść na gotowe?

a) jedna osoba szuka noclegu – najlepiej na AirBnb, bo doba hotelowa jest negocjowalna i najczęściej dłuższa niż w „normalnych” hotelach, a raczej nie będziecie zbierać się do wyjazdu o 10:00, jeśli piliście do 7, co?

b) druga osoba szuka optymalnego połączenia – tak żebyście nie byli w podróży cały dzień, ale też wyruszali o jakichś ludzkich godzinach

c) trzecia osoba szuka klubów – zgodnych z muzyką i klimatem preferowanym przez pana młodego

d) czwarta osoba szuka striptizerki – zwracając uwagę na komentarze, żebyście się nie nacięli na oszustkę. W najgorszym wypadku robi rozeznanie w klubach go-go

e) piąta osoba szuka pozaimprezowych atrakcji – miło przed lub po imprezie porobić coś poza imprezowaniem, na przykład pograć w paintballa, spróbować sił w parku linowym, orzeźwić się na wakeboardzie albo pogłówkować w escaperoomie. Zalecam jednak nie przesadzać z atrakcjami i ograniczyć się do 1, ale zajebistej, maksymalne 2, bo na więcej i tak nie będziecie mieli ani czasu, ani siły

7. Cały czas trzymaj pana młodego w niepewności! Powiedz mu tylko, żeby się spakował na 2 dni, ale nie może wiedzieć gdzie jedziecie, ani co będzie się działo i najlepiej przed podróżą zawiąż mu opaskę na oczach i zdejmij dopiero na miejscu. Uczul innych na to, żeby się nie wygadali ani jemu, ani przyszłej żonie, bo zepsują tylko zabawę. Niespodzianka zrobi na nim nieporównywalnie większe wrażenie, niż gdyby znał plan imprezy.

8. Nie przesadź z melanżem w trakcie podróży. Wiadomo, że fajnie się pije w pociągu, ale jeszcze lepiej poza nim i szkoda byłoby, żebyście wieczór kawalerski zakończyli przed południem. Poza tym, ktoś musi odebrać klucze do miejsca, w którym będziecie spać, a po połówce na łeb, może nie być to takie proste do zrealizowania.

9. Nie bierzcie telefonów i kart kredytowych przed wyjściem na miasto. A w szczególności pan młody niech ich nie bierze. Przede wszystkim nie będzie go kusiło, żeby kontaktować się niepotrzebnie z narzeczoną, a po drugie, tego typu imprezy bywają grubsze niż matka Gilberta Grape’a, tak że warto nie kusić losu wyzerowaniem konta, wyrabianiem wszystkich dokumentów, czy dewastacją iPhone’a. Bezpieczeństwo przede wszystkim, jak to mawiali konstruktorzy Titanica.

10. Baw się! Bo o to w tym wszystkim chodzi, więc nie zapominaj, że nie jesteś tylko organizatorem, ale i uczestnikiem, który pojechał z kumplami na konkretny balet!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leo Hidalgo

 

Problemy kobiet, to też problemy mężczyzn

Skip to entry content

W poniedziałek odbędzie się Ogólnopolski Strajk Kobiet. Wspieram go jak mogę, bo jak można nie wspierać protestu przeciwko odebraniu ludziom możliwości decydowania o własnym ciele, zdrowiu i życiu? Technologicznie z roku na rok dokonujemy skoku, który wcześniej trwał stulecia i za pomocą kieszonkowego telefonu możemy przeprowadzić wideorozmowę z człowiekiem po drugiej stronie globu, co jeszcze nie tak dawno widzieliśmy tylko na filmach science-fiction, natomiast mentalnie cofamy się do średniowiecza i za chwilę będziemy sprawdzać, czy ktoś jest czarownicą, topiąc go w Wiśle i czekając, aż wypłynie. Jestem przeciwny odbieraniu kobietom podstawowych praw, tak bardzo, jak biegun północy jest przeciwny biegunowi południowemu i słyszę, że to wyjątkowe. Dziwi mnie to.

Dziwi mnie, że ze względu na to, że jestem mężczyzną, dostaję podziękowania za wsparcie Czarnego Protestu i Czarnego Poniedziałku. Dla mnie to oczywiste.

Tak się składa, że moja mama jest kobietą, moje obie babcie były kobietami i każda z moich partnerek też była kobietą. Moja wychowawczyni w podstawówce, gimnazjum i liceum była kobietą, przedszkolanka w pierwszym, drugim i trzecim przedszkolu również. Gdy w dzieciństwie spadłem z drzewa, tracąc przytomność po uderzeniu potylicą o konar, do mojej babci, która była kobietą, przyniosła mnie na rękach starsza koleżanka z placu, która też była kobietą, a gdy w wieku 18 lat, trafiłem do szpitala przez zatrucie farbą, salowa oraz pielęgniarką, która przynosiła mi kaczkę do łóżka, też była kobietą. Gdy wyprowadziłem się z domu, przyjeżdżając do Krakowa z jedną torbą i kilkoma złotymi w kieszeni, miejsce do spania w swoim mikropokoju i kromkę z pasztetem, dała mi przyjaciółka, która także była kobietą. Nawet kobieta, która dała mi pierwszą poważną pracę za niebotyczne – jak na ówczesne realia – pieniądze, była kobieta.

Nie żyjemy na osobnych planetach, nie jesteśmy odrębnymi gatunkami. Jesteśmy sobie nawzajem niezbędni, a problemy kobiet, to również problemy mężczyzn.

To nie jest tak, że kobiety żyją w jednym świecie, a mężczyźni w drugim i jeśli zabraknie tych pierwszych, to jakoś to będzie. My nawet nie żyjemy obok siebie, my żyjemy razem. Bez kobiet nie byłoby ani mnie, ani Ciebie, ani takiego harpagana jak Mariusz Pudziankowski, ani nawet takiego wybitnego myśliciela jak Terlikowski, czy Ziemkiewicz. Dlatego, gdy dzieje im się krzywda, musimy działać.

Nie da się mówić o problemach kobiet w oderwaniu od mężczyzn, w tak łączącym obie płcie temacie.

Ja wiem, że nauka coraz mocniej rozwija inseminację i in vitro, ale one wszystkie naprawdę nie zachodzą w te ciąże same. Tam wszędzie pojawia się mężczyzna. Również, gdy ciąża jest zagrożona, coś zagraża życiu matki lub dziecko z wrodzoną wadą umiera zaraz po porodzie. Lub gdy w jego trakcie umiera matka. Z tym wszystkim musi, powtarzam, musi zmierzyć się także mężczyzna. To nie jest tak, że faceci w tym nie uczestniczą i mają w dupie, czy ich dziecko będzie zdrowe, czy niezdolne do samodzielnego życia i czy ich partnerka w trakcie ciąży dostanie właściwą opiekę medyczną w razie problemów, czy zostanie odstawiona na półkę, dopóki jej stan nie będzie oznaczał pewnej śmierci.

Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to problem nas wszystkich, dlatego wszyscy powinniśmy się przeciwstawić.

W poniedziałek będzie miał miejsce Ogólnopolski Strajk Kobiet, ale jak dla mnie to powinien być Ogólnopolski Strajk Ludzi. Albo w ogóle Strajk Polaków. Ludzie powinni mieć prawo do decydowania o swoim ciele, do niepogłębiania skutków gwałtów i do tego, że ich życie będzie ratowane w pierwszej kolejności przed życiem zarodka. A już tak zupełnie przede wszystkim, powinni mieć prawo wyboru. Dlatego ja 03.10. wychodzę z domu i manifestuję swój sprzeciw i jeśli choć trochę zależy Ci na rzeczywistości, w której żyjesz i ludziach, którzy Cię otaczają, to też pokaż, że nie jest Ci wszystko jedno.

Gdy pielęgniarkom, górnikom albo rolnikom coś nie pasuje, wychodzą na ulice. My musimy zrobić to samo. I mówiąc „my”, mam na myśli również mężczyzn. Niech nasza męskość nie ogranicza się tylko do zmiany profilówki na Facebooku i oburzania się w internecie. Niech będą to bardziej namacalne działania, w końcu kobiety na nie zasługują.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mat Simpson