Close
Close

Co warto zobaczyć w Krakowie? Przewodnik śladami popkultury

Skip to entry content

wpis powstał przy współpracy z Wydziałem Promocji i Turystyki UM Kraków w ramach akcji „Kraków Experience”, koordynacja cyklu: Bloceania

Przewodników po tym mieście są setki, jeśli nie tysiące i chyba nie ma Polaka, który nie słyszałby o tym, że warto tu wpaść i zwiedzić Rynek Główny, Sukiennice i Wawel. Mimo to, regularnie dostaję od Was wiadomości prywatne i maile z pytaniem: co warto zobaczyć w Krakowie wpadając na kilka dni?  Sporo zastanawiałem się jak niesztampowo odpowiedzieć na to pytanie i stwierdziłem, że zrobię mini-przewodnik po Krakowie śladami popkultury.

Co to znaczy i o co w ogóle chodzi?

Od jakiegoś czasu coraz popularniejszy jest tak zwany „setjetting”, co można przetłumaczyć na polski jako „filmowa turystyka”, co w skrócie polega na tym, że ludzie podróżują do danego miasta, aby zwiedzić miejsca, w których kręcono sceny do znanych filmów. Dzieje się tak z Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie powstawało kozackie „Breaking Bad” i z Nowym Jorkiem, gdzie kręcono wszystkie pozostałe filmy. Pomyślałem, że spoko pomysłem będzie pokazanie Krakowa w takim ujęciu, bo jest bohaterem kilku historii. I to nie tylko filmowych. Gród Króla Kraka pojawiał się i w popularnych książkach, i w jeszcze popularniejszych piosenkach, i podejrzewam, że wielu z Was myślało o tym, żeby na żywo zobaczyć miejsca, które znało tylko z utworów.

Przekonajmy się zatem, co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury!

Teledysk: Quebonafide – „Solipsyzm” / Kładka Ojca Bernatka

kladka-ojca-bernatka-4

Kto słucha polskiego rapu, ten z pewnością kojarzy Quebo, a kto nie, ten ma okazję nadrobić zaległości, bo zarówno muzycznie, jak i światopoglądowo jest co nadrabiać. Powyższy utwór traktuje o

poglądzie filozoficznym głoszącym, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający, cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń – wszystkie obiekty, ludzie, etc., których doświadcza jednostka, są tylko częściami jej umysłu

cytując Wikipedię, natomiast w teledysku obrazującym go, pojawia się scena na Kładce Ojca Bernatka – jednym z bardzo ciekawych i mało oczywistych miejsc Krakowa. Kładka łączy Kazimierz z Podgórzem, jednak to nie ze swojej funkcji komunikacyjnej jest najbardziej znana. Na jej barierkach, na wzór wrocławskich mostów, zakochani wieszają kłódki z inicjałami symbolizującymi ich miłość, natomiast pod jej łukiem podwieszone są „fruwające” rzeźby autorstwa Jerzego Kędziory, dodające jeszcze bardziej uroku kładce.

Piosenka: Myslovitz „Kraków” – ulica Gołębia

golebia-4

Wśród turystów Rynek tonie znów,

ktoś zakrzyknął głośno, błysnął flesz…

Na Gołębiej twój płaszcz zaczepił mnie

w wystawowym oknie, w autobusie, w tłumie gdzieś…

Śpiewał Artur Rojek na płycie „Miłość w czasach popkultury”, a ja żeby jakoś opanować przedmaturalne przerażenie wsłuchiwałem się w te słowa, fantazjując jak może wyglądać ta Gołębia, na której czyjś płaszcz go zaczepił. Półtora roku później przekonałem się na własne oczy, dowiadując się, że jest na niej jeden z ładniejszych wydziałów Uniwersytetu Jagiellońskiego i jedna z najtańszych knajp w obrębie Plant. Niestety jak wygląda zaczepianie kogoś płaszczem nie dowiedziałem się do dziś.

Piosenka: Grzegorz Turnau – „Bracka” / ulica Bracka

bracka-3

Pozostajemy dalej w świecie muzyki i w dodatku w tym samym obszarze starego miasta, bo Gołębia dochodzi do Brackiej. Grzesiu śpiewa, że na tej ulicy pada deszcz i niektórzy biorą to za pewnik niezależny od pory roku i warunków atmosferycznych, po czym dziwią się, że jednak jest sucho. Otóż oficjalnie dementuję, na Brackiej nie zawsze pada deszcz, ale za to jest kilka przytulnych knajpek, bez mokrych dywanów i przeciekających zlewów, w których można się schować, gdyby faktycznie zaczęło lać.

Książka: Marcin Świetlicki „Dwanaście” / kawiarnia „Dym”

dym-4

Ze świata muzyki przenosimy się do krainy literatury kryminalnej, włócząc się po krakowskich ulicach i próbując rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci członków zespołu muzycznego „Biały Kieł”. W sensie, śledzimy „mistrza” – samozwańczego prywatnego detektywa uzależnionego od alkoholu – czyli bohatera powieści „Dwanaście”.

– Bardzo dobrze? – myśli sobie mistrz, siedząc w Dymie nad czystą wódką z lodem i wciśniętą połówką cytryny. Z Dymu jeszcze na szczęście nikt go nie wyrzuca, na szczęście jest tu prawie anonimowym, zwyczajnym klientem. Jeszcze nie zdążył, tak się wydaje, narozrabiać, jeszcze jego kartoteka tutaj jest zupełnie pusta. Suka grzecznie leży pod stolikiem, z lekka umęczona spacerem.

Jeśli chcecie się osobiście przekonać, gdzie jest tak milusińsko i napić się bardzo przyzwoitej kawy, to wpadajcie na ulicę świętego Tomasza, pod numer 13. Do „Dymu”.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / aleja Zygmunta Krasińskiego

instytut-4

Pozostajemy w klimacie kryminalnym, a w zasadzie, to go zaostrzamy. Dosłownie kilka miesięcy temu wyszło wznowienie prześwietnego dreszczowca „Instytut”, którego cała akcja rozgrywa się w krakowskiej kamienicy. Grupa znajomych po melanżu została uwięziona w mieszkaniu, z którego mimo desperackich prób nie może się wydostać i jedyne co im pozostaje, to z przerażeniem obserwować, jak kolejny z nich ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.

Książka tak mocno wciąga w historię, którą opowiada, że gdy tylko skończyłem ją czytać, zacząłem szukać mieszkania, w którym mogłoby dojść do tak bestialskiego mordu. Mimo, że główna bohaterka deklaruje iż jej lokum mieści się na alei Adama Mickiewicza 20, to nie jest to prawdą, ponieważ pod tym adresem znajduje się Uniwersytet Rolniczy, a naprzeciwko Akademia Górniczo-Hutnicza, o czym nie ma ani słowa w powieści. Jest natomiast fragment wskazujący, że z okna feralnego mieszkania widać ogólnospożywczy sklep Jubilat, w związku z czym, w wyniku indywidualnego śledztwa, doszedłem do tego, że musiało być ono jednak lokalizowane nieco dalej, czyli w połowie alei Zygmunta Krasińskiego.

Akurat ta ulica sama w sobie jest dość przeciętna, ale po tak mocnej lekturze, trudno jest się powstrzymać i nie spacerować wzdłuż kamienic, analizując, w której z nich mogło dojść do mrożących krew w żyłach zdarzeń opisanych w powieści.

Książka: Jakub Żulczyk „Instytut” / Klub „Piękny Pies”

klub-piekny-pies-3

Jeśli natomiast chcielibyście się dowiedzieć, gdzie pracowała główna bohaterka „Instytutu” i jej wesoła ferajna, to nie szukajcie na klubowej mapie Krakowa „Brzydkiego Kota” opisanego w kryminale. Zajrzyjcie za to do „Pięknego Psa”, na ulicy Bożego Ciała 9, bo to właśnie tam aktualnie mieści się lokal, który był pierwowzorem książkowego. Miejsce równie warte uwagi i zaskakujące, co zakończenie powieści.

Serial: „Majka” / Akademia Sztuk Pięknych

akademia-sztuk-pieknych-6

TVNowska „Majka”, mimo że jest serialem wzorowanym na wenezuelskiej telenoweli ma dwa naprawdę duże plus. Pierwszy: pokazuje Kraków latem, a że jego emisja startowała jesienią, oglądanie ujęć z zielonymi plantami i ludźmi wylegiwującymi się nad Wisłą działało bardzo kojąco i napawało optymizmem, że ta gorsza pora roku kiedyś się skończy. Drugi: tytułowa bohaterka studiuje na Akademii Sztuk Pięknych imienia Jana Matejki. Dzięki czemu przeciętny Kowalski może dowiedzieć, że taka uczelnia w naszym kraju w ogóle istnieje i ciutkę otrzeć się o sztukę.

Krakowska ASP w rzeczywistości jest wyjątkowo ciekawa – i to nie tylko dla studentów – dlatego gorąco zachęcam do odwiedzin. Oprócz inspirujących wnętrz i klimatu, zachwycić można się także rzeźbami, płaskorzeźbami i malunkami porozstawianymi na korytarzach. Zarówno będącymi tam od lat, jak i tymi, które ktoś przed chwilą wystawił z pracowni.

Film: „Pod Mocnym Aniołem” / kawiarnia „Cafe Szafe”

pod-mocnym-aniolem-5

Strzał z grubej rury. Dramat Smarzowskiego na podstawie książki Pilcha jest kinem mocnym, brutalnym i nie pozostawiającym niedomówień, dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach. Robert Więckiewicz brawurowo wcielił się w postać pisarza-alkoholika, który chce wygramolić się z nałogu dla kobiety. Jeśli historia ta chwyciła Was za serce jak transplantolog i chcielibyście wejść w nią jeszcze głębiej, odwiedzając miejsca, w których pojawiał się główny bohater, to tytułowy bar „Pod Mocnym Aniołem” znajduje się na ulicy Felicjanek 10, nazywa się „Cafe Szafe” i w rzeczywistości jest bardzo klimatyczną kawiarnią, do której warto zajrzeć niekoniecznie na piwo.

pod-mocnym-aniolem-7

Film: „Vinci” / plac Jana Matejki

plac-matejki-3

Borys Szyc, Robert Więckiewicz, Jan Machulski i Kamila Baar chcą ukraść legendarny obraz Leonarda da Vinci – „Damę z łasiczką”. Który akurat będzie wystawiany w Krakowie. Jak przygotowują się do napadu stulecia? Ten pierwszy z tą czwartą umawiają się na placu Jana Matejki, przed pomnikiem upamiętniającym 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, na nietypową randkę. W momencie, gdy Szerszeń pokazuje Magdzie obraz, który ma być obiektem porwania, pada jeden z lepszych dialogów w filmie.

– Po co ci to?

– No, pfff, wiesz, Leonardo na ścianie… czad.

– To powieś se DiCaprio.

Film: „Vinci” / Akademia Muzyczna

akademia-muzyczna-4

Oglądając komedię Juliusza Machulskiego zastanawialiście się, gdzie w Krakowie jest mieszkanie z widokiem na całe stare miasto, a przede wszystkim wieże Kościoła Mariackiego, na którego tarasie Borys Szyc spotyka się z Robertem Więckiewiczem?

Mam dla Was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że to mieszkanie nie istnieje. Dobra natomiast, że owym widokiem może rozkoszować się każdy, bo rozpościera się on z tarasu stołówki studenckiej Akademii Muzycznej na ulicy Świętego Tomasza. Ci to wiedzą jak sobie posiłek umilić, co? Żeby nie było wątpliwości, nie trzeba umieć grać na flecie, ani nawet mieć legitymacji studenckiej, żeby tam wejść.

W całym mieście nie ma chyba lepszej opcji na tani obiad, czy ekonomiczną kawkę.

akademia-muzyczna-5

Film: „Vinci” / Bulwar Czerwieński

bulwar-czerwienski-3

Na deser scena w jednej z moich ulubionych krakowskich miejscówek – na Bulwarach Wiślanych. Konkretnie na Bulwarze Czerwińskim. Jeśli chcecie się przekonać, że Pokemony nie do końca zawładnęły światem rozrywki i analogowe gry mają się całkiem dobrze, to wpadnijcie w ciepły dzień do kącika szachowego. Tylko potem bez pretensji, że jakiś lokalny wymiatacz Was poskładał.

***

Tyle z moich pomysłów na poznanie byłej stolicy od nieco innej strony i tego co warto zobaczyć w Krakowie podążając śladami popkultury. Zdecydowanie nie wyczerpałem tematu setjettingu i zwiedzania miasta w poszukiwaniu scen filmowych, bo pominąłem „Katyń”, „Listę Schindlera”, czy „Wodzireja” – a i podobno jakiś fragment „Grand Budapest Hotel” był kręcony w Krakowie – ale te smaczki pozostawiam Wam do odkrycia już na własną rękę. Wpadajcie, bo warto.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Renata

    jak dla mnie trzy dni w Krakowie to nawet za mało- chociaż wiadomo, że trzeba korzystać ile się może, my akurat ostatnio byliśmy cały tydzień w Miodosytni więc w samym sercu Kazimierza miejsce do wypadów ze zwiedzaniem mieliśmy świetne, ale teraz na wiosnę na pewno chcemy wrócić bo do Tyńca i tak nie zdążyliśmy się wybrać

  • Pingback: Wspomnienia października i listopada 2016 - Pani Kultura()

  • Śmieszek

    A słynna ul. Pomorska i W11 :D

  • Anna Roj

    Uwielbiam wpisy pokazujące ciekawe i mało znane miejsca w Krakowie. Świetnie się go czyta! Pozdrawiam serdecznie :)

  • gregs

    Mordeczko, Piękny Pies z książki to raczej nie ten z miejscówki z Bożego Ciała, ale oryginalny z Jana (a jak ktoś mówi, że oryginalny był na Sławkowskiej, to nie jest z Krakowa).

  • Robek

    „Czerwony Pająk” – Zakrzówek

  • Pingback: Gdzie warto fotografować w Krakowie? 12 najlepszych miejsc()

  • Pingback: Kraków z dreszczykiem emocji – 7 tajemniczych miejsc i mrocznych historii Krakowa - Życie jest piękne()

  • Odwiedziłem większość, ale stołówką mnie zaskoczyłeś!

  • Agata

    Ciekawy post, przywołuje dobre czasy krakowskiego życia ;) Wkradł się jednak mały błąd w poście – „Dama z łasiczką” jest stałą bywalczynią Krakowa, a nie jest tutaj tylko przejazdem ;) Aktualnie można ją oglądać na Wawelu ale jak tylko trwający już 6 lat remont Muzeum Czartoryskich (ul. Jana – polecam bardzo urokliwa ;)) się skończy z pewnością tam wróci. Po remoncie muzeum wróci do grona wartych do odwiedzenia krakowskich miejscówek.

    Bracka i G. Turnau nie przypadkiem idą ze sobą w parze. Mieszcząca się tam Nowa Prowincja przez wiele lat była własnością rodziny Turnaua, niestety całkiem niedawno ich drogi się rozeszły. Nie zmienia to faktu, że jest to jedno z najbardziej „krakowskich” miejsc – na maxa warte odwiedzenia. Gorąca czekolada świetna jak mało gdzie. Polecam rozsiąść się też na kanapach na piętrze, do którego wejście jest skrzętnie ukryte :)

  • Pingback: Poznaj Kraków z innej strony - zielony, aktywny i pełen niespodzianek.()

  • Aleksandra Muszyńska

    Ale super pomysł :).
    W Krakowie na Brackiej wpadłyśmy z koleżanką….na Turnaua :D. Serio, klisza do bólu, ale tak było. Do końca dnia byłyśmy pod ciężkim wrażeniem tego przypadku.

    • Mmmmm

      Nie taki przypadek. Turnau ma na Brackiej własną knajpę i bywa tam często-gęsto:)

      • Aleksandra Muszyńska

        Ćśś. Koleżanka do dziś myśli,że to był znak od Boga.Nie wyprowadzajmy jej z błędu.

      • JeillieBean

        To już nie jest jego kawiarnia i to grubo ponad rok :)

  • Ja dodam od siebie „Śniadanie mistrzów”, i niezrównany widok z tarasu Jubilatki;)

    Dzięki za ten post! Za każdym razem kiedy czytam o moim rodzinnym mieście, to się wzruszam…Jeszcze tylko 50 dni i będę się przechadzać Bracką i Gołębią!

  • Karola

    Super!
    Cafe szafe to była moja licealna kawiarnia :) – zresztą jej właściciel popełnił książkę o kawiarni i klimacie dzielnicy (ciekawe czy jeszcze jest do kupienia).
    Pamiętam ze jeszcze akcja cyklu „Kuzynki” (czy jakoś tak) Pilipiuka działa się w Krakowie. Nigdy nie doszłam do tego, w której kamienicy był zamurowany golem ;)

  • Okazuje się, że Kraków znam kiepsko, co gorsza muszę nadrobić parę filmów, ale zanim znowu go zacznę zwiedzać, będę już na bieżąco. ^_^

  • Do Krakowa przeprowadziłam się na początku września i od tamtego czasu wyszukuję filmy, które były tutaj kręcone, więc Twój post trafia w me gusta :D. Bardzo chętnie się trochę powłóczę i poodkrywam, bo póki co Kraków pozostaje dla mnie tajemnicą.
    Z tego co sama „odkryłam”, to kładka Ojca Bernatka pojawiła się też w filmie „Oszukane” z Katarzyną Herman i Arturem Żmijewskim, ale jeszcze nie zdążyłam się tam zapuścić (choć planuję!). Z kolei jedno z miejsc realizacji wspomnianej przez Ciebie „Listy Schindlera” (i napomkniętego w komentarzach na fejsbuniu „Nie kłam kochanie”) czyli Stajnię na Kazimierzu udało mi się już odwiedzić (i nawet zabrać tam rodziców – aha! ) :D.
    Swoją drogą – odbiegając od tematu – widziałam Cię około miesiąc temu na Tytano, ale chyba mnie „starstruck” poraził (ewentualnie – byłeś ze znajomymi, ja też ;)) i jakoś tak mi głupio było zagadać :/. Może następnym razem zaczepię Cię płaszczem ;).

    • Mogło tak być, zwłaszcza w porze śniadaniowej :)

      Co do tematu głównego, to akurat nie jestem wielkim fanem Stajni, ale szacun za skojarzenie z „Listą Schindlera”!

  • A sok pomidorowy na tarasie u Szerszenia mają?

  • <3 Kraków

  • Bardzo fajny post! Kraków znam bardzo słabo, więc chętnie „rozejrzalam” się po nim w takiej formie. Pozwolę sobie też wrzucić link do podobnego typu wpisu, tyle że śladami Rocky Balboa w Filadelfii :) http://za-oceanem.blogspot.com/2016/08/fliadelfia-sladami-rockyego-balboa.html?m=1

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Ćwiczyłem przez miesiąc z Chodakowską, czy schudłem?

Skip to entry content

Ras w utworze „Perwoll Vanish” rapuje „to co się dzieje, to nie wola boska, ruszaj dupę #Chodakowska” i słuchając tego wersu po raz setny, pomyślałem, że może ja też poruszam swoją. A że już Ewa została przywołana, to czemu by nie z nią? Budzi tak skrajne opinie w internecie, ma tylu oddanych – już nawet nie fanów a – wyznawców, i równie zaangażowanych nienawistników, że grzechem byłoby ominąć tak nośny temat i nie sprawdzić, czy jej owiane legendą treningi działają. Wizja stracenia kilku kilo też dodawała atrakcyjności temu pomysłowi, więc wyposażony w taką motywację masowego rażenia, zamówiłem „Skalpel Wyzwanie” – podobno najpopularniejszy i najbardziej wymagający z jej zestawów ćwiczeń – i zacząłem cisnąć. Opisując swoje codzienne wzloty i upadki pod hasztagiem #30DNIzCHODAKOWSKĄ na Facebooku.

Co dał mi miesiąc ćwiczeń z Ewą Chodakowską? Jak ćwiczy się z jej treningami na DVD? Czy w cztery tygodnie przeszedłem metamorfozę? I, najważniejsze, czy mam smukłe ramiona i pozbyłem się cellulitu?

Jak ćwiczy się z Ewką?

PRZYSZŁO! OD 1 PAŹDZIERNIKA JAZDA Z TEMATEM!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

Abstrahując od osoby Ewy, zmusić się do wysiłku fizycznego we własnym domu, w którym jesteśmy przyzwyczajeni do odpoczynku, a w zasadzie do obżerania się i leżenia na kanapie, samemu jest dość trudno. Jednego dnia, w przypływie naoglądania się wypiętych jędrnych tyłków na Instagramie, jeszcze da radę się zmotywować. Drugiego nawet też. Ale trzeciego, nie wiedząc jakie ćwiczenia mamy wykonywać, ani jak długo, jest niełatwo i zazwyczaj ambicjonalny zryw ku walce o własną sylwetkę i bycie najgorętszym ciachem w osiedlowej piekarni, kończy się równie szybko jak się zaczął.

Natomiast, widząc na telewizorze, monitorze, czy w ostateczności komórce, osobę, która pokazuje nam w jakie dziwne chińskie znaczki mamy się wyginać i ile czasu, a przede wszystkim przez cały czas wygina się razem z nami, jest zdecydowanie łatwiej. Mnie to w każdym razie bardzo pomogło, że nie jestem z tymi wszystkimi pozami z gry w „Twistera” po pijaku sam, tylko ktoś się męczy razem ze mną. Co do postaci samej Ewy, to jasne, momentami brzmi jak niechciane dziecko Paula Coelho i Mateusza Grzesiaka, ale mimo wszystko jej gadki są motywujące i nakręcają Cię, żeby nie odpuszczać już w pierwszym momencie zmęczenia, tylko próbować dać z siebie coś więcej. To jest super.

Jeśli chodzi o minusy, to turbo demotywujący jest fakt, że na nagraniach w ogóle nie widać zmęczenia trenerki. Co prawda w kilku momentach mówi, że uda ją pieką i też już opada z sił, ale jest to równie wiarygodne co gadka menela pod monopolwym, żebrzącego o 2 złote na bułkę. Przez cały trening na jej skórze nie pojawia się ani jedna kropla potu, co mega dołuje w momencie, gdy Ty już po 7 minutach ćwiczeń wyglądasz jakbyś wpadł w ciuchach do jeziora i wydaje Ci się, że jesteś gówniany, do niczego się nie nadajesz i nigdy nie dojdziesz do takiej formy jak ona.

Druga sprawa, kiedy ćwiczysz już trzeci tydzień i w kółko słuchasz tych samych komend i hasełek, które de facto powoli możesz cytować z pamięci, zaczyna Ci się nudzić. I to nudzić cholernie, bo ile razy można mielić tę samą gadkę? Przez to przestajesz się skupiać na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń i Twoje myśli zaczynają wędrować w dziwne rejony. Typu, co jutro zrobić na obiad i czy pingwiny mają kolana. Dużo ciekawszą opcją byłoby nagranie tego samego treningu kilkukrotnie z różnymi wstawkami tekstowymi, tak, by po tygodniu można było puścić sobie inną wersję i ciągle czuć świeżość i ten sam początkowy zapał.

Jak wrażenia z samych ćwiczeń?

A tak wyglądam po poranku z Ewą. Dziewczyno, co Ty ze mną robisz? #30DNIzCHODAKOWSKĄ

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

„Skalpel Wyzwanie” jest turbo intensywnym zestawem, gdzie trudno znaleźć chwilę na dłuższy oddech, a w trakcie wykonywania go, ma się wrażenie odgrywania głównej roli w dokumencie o drodze krzyżowej. Fakt, że nie ma też jakiejś ścieżki zwiększania stopnia zaawansowania ćwiczeń – typu: pierwsze 3 dni pobudzamy mięśnie, kolejny tydzień jedziemy na pół-gwizdka, żeby wejść w rytm, a dopiero później jedziemy z treningiem pełną parą – tylko od razu jesteśmy rzuceni na głęboko wodę, jakby ojciec sadysta zepchnął nas ze skarpy na Zakrzówku wprost do zalewu, mega mocno zniechęca. Bo jak z wygodnego fotela i ciepłych kapci momentalnie ktoś Cię teleportuje na poligon wojskowy przeczołgując po koszarach, to odruchowo chcesz stamtąd uciec. To tyle z narzekania.

[sociallocker id=”17312″]

Pozytywne aspekty tego, że Chodakowska się nie szczypie i jedzie z koksem jak Pablo Escobar są dwa. Po pierwsze, po ćwiczeniach jesteś pobudzony, nabuzowany endorfinami i w ogóle czujesz, że dzień będzie spoko. I mimo, że nazajutrz masz kurewskie zakwasy i boli Cię dupa, to i tak czujesz się dobrze, bo wiesz, że zrobiłeś coś dla siebie. Po drugie, gdy przejdziesz na raz cały ten morderczy trening, co mnie udało się dopiero po tygodniu, czujesz się jakbyś wygrał życie, a świat nie miał granic i wszystko było możliwe. Jesteś w stanie takiej euforii, że chcesz wyjść na ulicę i ogłosić się mesjaszem, a przynajmniej królem dzielni, wyciągnąć prawą rękę w górę i odlecieć na Krypton. I to nastawienie przekłada się na wszystkie aspekty życia, co jest naprawdę zajebiste.

Czy schudłem po ćwiczeniu przez miesiąc z Chodakowską?

Odpowiedzi na to pytanie wyczekują wszyscy, którzy śledzili akcję #30DNIzCHODAKOWSKĄ i sam jej wyczekiwałem jak Antoni Macierewicz wyjścia z szafy. Czy mam smukłe ramiona, silne plecy, jędrne pośladki, sześciopak na brzuchu i mogę pochwalić się zdjęciem spektakularnej metamorfozy, zestawiającym moją sylwetkę „przed” i „po”?

 

?

 

?????

 

???????????????????????

 

???????????????????????????????????????????????

 

?!?!?!??!?!??!???!?!??!!!!!??????!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!?????????????????????????????????

 

Niestety nie.

Czemu nie schudłem? To znaczy, przepraszam, schudłem, ale tylko 1 kilogram? Przede wszystkim dlatego, że – tak jak Ewa mówi na samym początku nagrania treningowego – 70% sukcesu to właściwa dieta. A ja swojej diety nie zmieniłem zupełnie, więc trudno oczekiwać cudów, jeśli nie ma żadnego Łazarza w pobliżu.

Druga kwestia, że zachowałem się totalnie głupio i nieodpowiedzialnie, nie robiąc żadnych przerw, gimnastykując się codziennie i nie dając odpocząć ciału, co doprowadziło do tego, że się przećwiczyłem nadwyrężając mięśnie brzuszne. I musiałem na ponad tydzień odpuścić trening, żeby nie nabawić się jakieś poważnej kontuzji. Cóż, zdrowy rozsądek zdecydowanie nie jest moim drugim imieniem i – jak zazwyczaj – pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Mimo to, całą akcją uważam, za zakończoną sukcesem.

Przede wszystkim dlatego, że mimo iż nie doznałem jakiejś spektakularnej utraty tkanki tłuszczowej, to czuję się zdecydowanie lepiej. Mam więcej energii, wolniej się meczę – pozdro z czwartego piętra bez windy – nawet, gdy się nie wyśpię jestem mniej zaspany i bardziej żywy, i zasadniczo jakoś tak pozytywniej na co dzień jest od tych ćwiczeń. Świadomość, że kilka razy w tygodniu robię coś dla siebie, co sprawia, że jestem sprawny i dbam o swoje ciało, jest bardzo budująca. Puentując, mogę zacytować stare góralskie przysłowie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. A kilogram mniej, też zawsze spoko.

Z istotnych aspektów tego wyzwania, nie mogę też pominąć faktu, że prowadziłem na bieżąco relację z ćwiczeń w mediach społecznościowych i każdemu, kto chce zacząć trenować cokolwiek, ale brakuje mu motywacji gorąco to polecam. Czemu? Przede wszystkim, gdy publicznie oświadczysz, że coś będziesz robił, to potem głupio się z tego wycofać i myśl, że ludzie będą Cię wypytywać, czemu nie ćwiczysz sprawia, że dla świętego spokoju już to robisz. Poza tym, dzięki bieżącemu opisywaniu swoich rezultatów, bardzo łatwo jest Ci zobaczyć postęp swoich działań, co dodatkowo motywuje i nakręca, że trud się opłaca, bo nie stoi się w miejscu. Innymi słowy: polecam.

Na koniec, złota myśl podsumowująca ten miesiąc, będąca parafrazą matki chrzestnej polskiego fitnessu „twoje ciało nie zawsze może więcej, niż podpowiada ci twój umysł”.

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ

Co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą?

Skip to entry content

Człowiek nigdy nie wie wszystkiego od razu, co często wywołuje u niego mocny stres. Idąc do pierwszej klasy podstawówki, nie masz pojęcia co będzie działo się w tej tak szumnie zapowiadanej w oparach trubo dorosłości „szkole”. I denerwujesz się, tym co Cię tam spotka, na jakich ludzi trafisz, czy się odnajdziesz i poradzisz sobie. Podobnie jest z pierwszą randką, pierwszą pracą i pierwszą orgią w dark roomie. Czego byś nie zrobił przed, wydaje Ci się, że nie jesteś gotowy, bo nie wiesz wszystkiego, przez co niepotrzebnie spinasz poślady.

Dzisiaj zajmiemy się tą drugą kwestią i odpowiemy sobie na pytanie „co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą?”, tak żebyś wyścig po hajs zaczął bez szukania pola startowego.

Ubiór

Jutro Twój pierwszy dzień w korpo i zastanawiasz się, czy iść w Superstarach, czy półbutach z Ryłko? O ile nie ma piątku, a konkretnie „zwykłego piątku”, czyli „casual friday”, to zapomnij o Adikach i włóż coś mniej jak Vanitas, a bardziej jak Mr Vintage. W sensie półbuty. Co do spodni, to begi, jogery, a zwłaszcza alladynki odpadają. Nie, że od razu spodzień w kancik, ale dżinsy o regularnym kroju bez udziwnień przy nogawkach, czy dziur na kolanach. Góra, to najbezpieczniej jednolita koszula lub polówka i kardigan lub sweter w serek. W takim zestawie nikt Ci złego słowa nie powie i też nie powinieneś się czuć jak Guliwer w krainie liliputów.

Są oczywiście firmy, gdzie nie ma żadnego kodu dla dresiarzy, znaczy „dress code’u” i możesz przyjść ubrany absolutnie jak chcesz, wliczając w to ciche szelesty z Reeboka, ale przecież nie każdy chce pracować w agencji reklamowej.

Komunikacja

Gdy już jesteś na miejscu i widzisz koleżankę z działu, której bliżej do Twojej mamy, niż Twojej byłej, ale znowu nie tak blisko, żebyś nie wyobrażał sobie jak wygląda bez tej ołówkowej spódnicy i koronkowego stanika, który podejrzałeś przez nieco za bardzo rozchyloną koszulę, zastanawiasz się, czy zwracać się do niej per „elo mordo, co tam?”, „dzień dobry, mam na imię Stanisław i będę z panią pracował”, czy „olejmy tę robotę i zamknijmy się w salce konferencyjnej na ostatnim piętrze, zgrałem kamasutrę na Kindle’a”. Zasadniczo w większości dużych firm, jeśli nie we wszystkich, z każdym jesteś na „cześć” i zwracasz się do współpracowników per „ty”. W małych przedsiębiorstwach, w których ludzie w wieku naszych rodziców pracują od 30 lat, i w urzędach, często nawet z ludźmi pracujący w tym samym pomieszczeniu co Ty, jesteś na „proszę panią”.

Przerwy

Kogo musisz spytać o pozwolenie na wyjście na siku? Ile możesz sikać? Co z fajeczką? Jak z obiadkiem?

Standardowo, w większości prac biurowych masz w środku dnia – koło 13-14 – jedną dłuższą przerwę na obiad, która trwa 30 minut. Możesz wtedy pójść pokontemplować złożoność wszechświata w toalecie, wyjść i połapać Pokemony wokół budynku, albo po prostu coś zjeść w stołówce pracowniczej. Twój czas, możesz robić z nim co chcesz, nawet przeznaczyć na maraton „Mody na sukces”.

Ale, ale, nie myśl, że poza tym – aż mi wstyd, że jeszcze nie użyłem tego fachowego określenia – „lunch breakiem” jesteś przyspawany do biurka i każda próba odejścia od niego skończy się interwencją grupy antyterrorystycznej. Nie. Co najwyżej przełożonego, jeśli wybitnie często Cię przy nim nie będzie. Jeśli potrzebujesz wyjść do toalety, zrobić sobie herbatę, czy uderzyć głową w ścianę i będzie to trwało mniej niż 5 minut, to po prostu wstajesz i idziesz to zrobić. I tyle. Nie musisz mieć od nikogo zgody na piśmie w tej sprawie. Radziłbym jednak, zwłaszcza na początku, nie przesadzać z przerwami na oglądanie snapów pod pretekstem wyjścia na siku, ponieważ w niektórych korpo na komputerach są zainstalowane programy mierzące aktywność i potem trzeba się tłumaczyć „team leaderowi”, czemu od 9:00 do 9:57 ani razu nie ruszyłeś myszką. Opóźniony paraliż senny lub próba obsługi komputera siłą woli może być tu słabą wymówką.

Gdybyś jednak chciał mieć więcej nielimitowanego wolnego w pracy, to zacznij palić, bo nikt nie ma tylu przerw w pracy, co palacz.

Wypłata

Czyli to co tygryski lubią najbardziej!

To, że interesuje Cię kwota netto – bo tyle dostajesz do rączki – a nie brutto – bo 1/4 z tego trafia do państwa – to chyba wiesz, co? Dobra okłamałem Cię, nie do rączki, tylko na konto w postaci przelewu, bo jesteśmy już kilka lat po epoce kamienia łupanego. Co do terminu wypłaty, to ustawowo hajsik za pracę w danym miesiącu musi się pojawiać na Twoim koncie najpóźniej 10 dnia kolejnego miesiąca. Gdyby był później, śmiało możesz dzwonić po Annę Marię Wesołowską, ale zazwyczaj jest na czas. Więcej, niektóre firmy mają nawet model wypłat ostatniego dnia bieżącego miesiąca, tak że od razu 30-go możesz pójść w tango.

Urlop

W dodatku płatny! Czyli coś co tygryski lubią jeszcze bardziej!

Zacznijmy od kwestii podstawowych: jeśli pracujesz na umowie o pracę – jeśli byłeś wcześniej na umowie o dzieło albo umowie zleceniu, to tak jakbyś był bezrobotny – poniżej 10 lat, w ciągu roku przysługuje Ci 20 dni płatnego urlopu. Jeśli powyżej 10 lat, aż 26 dni, w których możesz oglądać 24 godziny na dobę „Plebanię”, a i tak Ci za to zapłacą. Przy czym – bardzo istotna kwestia dla osób kochających naukę, czy też marnujących czas na studia – jeśli masz wyższe wykształcenie, to tak jakbyś miał 8-letni staż pracy. W sensie wcześniej masz prawo do 26 dni urlopu. A biorąc pod uwagę, że licencjat to też wyższe wykształcenie, to dużo wcześniej.

Chęć skorzystania z urlopu musisz zgłosić nieco wcześniej niż dzień przed i ów termin musi zatwierdzić przełożony, jeśli jednak nie robisz tego w ostatniej chwili i w ultra gorącym okresie, to nie ma z tym problemu.

Wypowiedzenie

Miałeś realizować innowacyjne projekty dla globalnych klientów, które w dziesięciostopniowej skali zajebistości zahaczały gdzieś o 112? Rzeczywistość jednak pokazała, że Twoja robota – tak elokwentnie opisywana w ogłoszeniu na Pracuj.pl – to w rzeczywistości mechaniczne klepanie tabelek w Excelu, od którego dostajesz boleśniejszego nadwyrężenia nadgarstka niż po maratonie masturbacji? Spoko, nie dostałeś dożywocia w tym Guantanamo, z każdej klatki, w sensie pracy, możesz się wymiksować składając wypowiedzenie.

Jeśli masz jakieś opory przed zwolnieniem się, bo wydaje Ci się to nieprawilne albo, że to nie wypada, głupio i w ogóle „co ludzie pomyślą?!?!111”, to zatrzymaj się.

Cześć moich znajomych z Warszawy zmienia pracę średnio co 6 miesięcy i nikomu nawet powieka nie drgnie w związku z tym zdarzeniem. To absolutnie normalne, że ludzie rotują między firmami i nie są przykuci kajdankami do danego stanowiska. To już nie są czasy naszych rodziców, że w pracowało się całe życie w tym samym zakładzie pracy, więcej, jeśli pracujesz w jednym miejscu dłużej niż 5 lat, to często jest to postrzegane jako lenistwo i brak chęci do rozwoju. Czyli cechy, których przyszli szefowie tygrysków nie lubią najbardziej.

Warto pamiętać, że będąc zatrudnionym na umowę o pracę, nie możesz odlać się na biurko przełożonego i powiedzieć „hasta la vista, baby!” z gracją Arnolda Schwarzeneggera z dnia na dzień, nie pojawiając się już więcej w biurze, bo obowiązuje Cię okres wypowiedzenia w trakcie którego w owej pracy musisz się jeszcze pojawiać. Ile on trwa? Cytując kodeks pracy:

  1. Jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż 6 miesięcy i nie była to umowa na okres próbny, a sama umowa miała charakter terminowy np. na dwa lata, to jego okres wypowiedzenia wynosi 2 tygodnie.
  2. Jeżeli pracownik był zatrudniony u jednego pracodawcy co najmniej 6 miesięcy, to jego okres wypowiedzenia wynosi 1 miesiąc.
  3. Pracownik zatrudniony u jednego pracodawcy co najmniej 3 lata, ma 3 miesięczny okres wypowiedzenia.

L4

Dawniej tym symbolem oznaczało się formularz zwolnienia lekarskiego i, jak syn Bohdana Łazuki w „Chłopaki nie płaczą”, tak już zostało. L4 wypisuje Ci lekarz, gdy jesteś obłożnie chory i nie dasz rady zapakować swojego worka z kośćmi do autobusu, żeby dojechać do pracy. Albo kiedy masz kaca i za cholerę nie chce Ci się wstawać na 7:00, a szkoda Ci dni z urlopu. W dni, gdy jesteś na zwolnieniu lekarskim, dostajesz 80% swojej normalnej stawki, którą dostajesz, gdy nie symulujesz choroby i chodzisz do pracy. Zaświadczenie lekarskie o swoim agonalnym stanie, musisz dostarczyć pracodawcy do 7 dni, po tym terminie oprócz tego, że nabawisz się kwasu w pracy, to możesz mieć problem z wypłatą za dni, gdy byłeś „chory”.

***

Wydaje mi się, że to wszystko co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą, jednak z uwagi na fakt, że ostatni raz pracowałem u kogokolwiek ponad 2 lata temu, dopuszczam ewentualność, że mogę nie o wszystkim pamiętać. Jeśli więc są jeszcze jakieś podstawowe pracownicze kwestie, które Cię nurtują, to dawaj znać. Zrobimy druga część.

---> SKOMENTUJ